alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu,,

01.06.06, 10:56
chce jej pomóc...a ona wciąga w to i mnie...pije od miesiąca i nie chce
przestać..twierdzi,ze minie,że przejdzie...ale ona juz nie mysli..do aa nie
pójdzie...do terapeuty nie pójdzie...do kościoła nie pójdzie...jak jej moge
pomóc..?..jak zacząć?...żeby odemnie też nie uciekła?...:(
    • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 11:07
      Ty musisz od niej uciec. Tylko w ten sposób mozesz ją zatrzymać.
      • gatgato Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 11:27
        :(...
        • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 11:48
          Czy masz wystarczającą wiedzę, jak trzeba postąpić w takim przypadku? Mnie nie
          wypada odsyłać Cię do specjalistów od współuzależnień, bo jestem przeciwna
          obowiązującej terapeutycznej sztampie, ale trzeba wielkiej cierpliwości, żeby
          przebrnąć przez setki internetowych zapisów, stron, wreszcie przez zasoby
          biblioteczne. Ale jeśli spieszysz się, bo - istotnie - bardzo długi i
          niebezpieczny ciąg, można się nawet zapić, zatruć ciężko, tak będzie
          najszybciej. No i dobrze być jeszcze w jakimć konkretnym związku, w małżeńskim,
          w konkubinacie dłuższym, w zupełnie nieformalnym - trudniej podjąć jakieś
          zddecydowane kroki.

          Od Twojej pomysłowości zależy, czym możesz ukochaną przestraszyć, bo gadaniem to
          się za bardzo nie da, ani sobą też, bo teraz najwiekszą miłością Twojej pani
          jesteś nie Ty, ale butelka.

          Wiesz, czego boi się alkoholik? Że mu paliwa zabraknie... Idź w tym kierunku:
          niech wie, że jej zabraknie, nawet denaturatu.
          • jerzy30 Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 11:56
            po prostu odejdz - innej drogi nie ma - moze sie wtedy opamieta [moze]
            • christmas_tree Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 12:43
              Jerzy - nie wydaje mi się że to jest dobra metoda dla alkoholika, jeśli się
              kocha taką osobę - rani też partnera...
              Sprawa jest mocno skomplikowana. Chodzi o asertywność. Z jednej strony - racja -
              strach, że zabraknie paliwa. Przejmujący - "co to będzie, jak nie wypiję? co
              za ból...?" A z drugiej Twoje, jako bliskiego partnera - nie tylko prawo, ale
              też rodzaj powinności - utrzymywania siebie w stanie równowagi - szalenie ważne.
              Niestety - to jest czasem jak w sytuacji, kiedy ludziom się zdarzają ćpające
              dzieci... pamiętacie taki film Trainspotting? Ja dobrze, w okresie grzania,
              niejako na usprawiedliwienie, obejrzałem go 7 razy. Jest tam epizod, że rodzice
              Marka (głównego bohatera) zamykają go w sypialni aż się odtruje. Ma on potworne
              przejścia (ta fraza "no methadon..", potem jednak zaćpanie w sytuacji niezłej i
              korzystnej sytuacji nie wciąga go w nałóg (albo tak mi się tylko wydaje).
              Renton wyłazi, ale do tego jest potrzebne:
              - rozumiejąca i silna osoba (żona, ojciec, nawet kochanka, ale raczej nie
              dziecko, chyba...)
              - SILNA WOLA

              Jeśli bowiem opuścisz człowieka w drodze do zdrowienia, nie będziesz miała na
              niego żadnego wpływu, a kto wie - może znów powróci do nałogu? Kto wie -
              będziesz mieć wyrzuty sumienia z tego powodu. Lepiej rzecz zakończyć -
              jakkolwiek (ależ ze mnie filozof). Skoro teraz z nim jesteś - namów go do
              terapii, i to naprawdę poważnej.
              • magtomal Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 13:19
                "namów go do terapii" - nie jest to możliwe; sam alkoholik musi jej chcieć.
                Namawiam męża od 10 lat - nawet ją dla świętego spokoju podjął - terapeuci
                Go "wkurzali" - chodząc na terapię spowodował po pijaku wypadek samochodowy,
                więc ją przerwał. Chodzi na AA i nadal pije... Co musi się stać, by zrozumiał,
                że nie może pić? W każdym razie widzę, że nikt, nawet najbardziej kochająca
                osoba do niczego Go nie namówi.
                • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 13:38
                  Ależ on rozumie, że nie może pić...
                  Pije, bo ma za co.

                  Co do mnie: gdyby nie potraktowano mnie z miłością, chodzi mi tylko o jedną
                  osobę, nie przestałabym, bo po co? A poza tym: w koncu do mnie dotarło, ze nikt
                  mnie nie będzie utrzymywał.

                  Najlepiej byłoby alkoholikowi opróżnić mieszkanie, żeby nie miał co sprzedać,
                  czego słuchać, co oglądać, co czytać, do kogo zagadać, o, wtedy nawet terapeuta
                  byłby rozmówcą jak najbardziej pożądanym dla najwybredniejszego - wyjąwszy mnie,
                  rzecz jasna:))).

                  Technicznie opróżnienie chaty do naga jest możliwe, w pewnych przypadkach
                  oczywiście. Nawet podczas obecności zainteresowanego, kiedy śpi snem zasłużonym.
                  Ale gdzieżby tam współuzależniony miał do tego głowę? Najlepiej jest robić... nic.

                  • magtomal Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 13:44
                    Udaje Mu się połączyć zarabianie z piciem (jeszcze...). Zarabia lepiej ode
                    mnie, swoje długi (po wypadku - spore) spłaca sam. Tak więc faktycznie ma za co
                    pić...
                    • drak02 Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 14:37
                      Prawdopodobnie straty które ponisi nie sa jeszcze w jego mniemaniu dokuczliwe.
                      każdy ma swoja granicę, po przekroczeniu której nastepuje przewartościowanie
                      własnego życia. Dla niektórych taka granica jest utrata pracy (zarobków) dla
                      innych utrata rodziny. Sa i tacy którzy zaczynaja kumac że coś jest nie tak
                      kiedy lądują na dworcu a inni mimo że doznali już kompletnego upodlenia dalej
                      uważają ze w zasadzie nic złego się nie dzieje.
                      Reasumując, decyzja o zmianie swojego życia jest dosyc mocna uwarunkowana
                      osobowością i wrażliwością alkoholika. Każdy ma swój własny system motywacyjny.
                      Dla wielu alkoholików realna groźba (groźba która moze być spełniona) odejścia
                      bliskiej osoby , bywa swoistym wstrząsem. Dla innych taka perspektywa nie ma
                      większego znaczenia. Generalnie , alkoholik musi się dostatecznie updlic aby
                      zobaczyś siebie w miarę obiektywnie (kompletny obiektywizm w przyladku pijącego
                      alkoholika nie istnieje).
              • jerzy30 Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 16:12
                kochanie tez ma swoje granice - a bardziej rani ten co pije niz ten co ma
                partnera pijacego - ten co pije ma za nic uczucia bliskiej mu osoby - dla niego
                partnerem jest flaszka - zawsze wierna - zawsze w poblizu - zawsze
                pocieszajaca - to jego kochanka i narzeczona - zawsze rozumiejaca - nigdy
                gderajaca - nigdy wymagajaca
        • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 22:31
          Może nie będzie aż tak źle... Nie martw się na zapas, przeciez tylu jest
          trzeźwych alkoholików, ludzi wartościowych, a że swoje juz wycierpieli, to i
          lepszych, bardziej czułych, odpowiedzialnych. Może i Wam pisany jest lepszy
          wariant? Daj znać, czy coś się wymyśliło i poprawiło... Odwagi!!! i cierpliwości:)
          • gatgato Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 22:42
            dzięki e4ska za wszelkie dobre słowa ciepłe...dziś był ten dzień...pierwszy od
            prawie miesiąca bez picia..jeszcze za wczesnie na to by powiedziec,że coś
            zrozumiała...trochu "otrzeźwiała"...zauważyła ile spieprzyła...zobaczymy jak
            długo...a ya się modlę o cierpliwość i nieugiętość dla mnie...pozdrawiam..
            • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 04.06.06, 21:58
              Hej, Romeo, dziś jest czwartego czerwca. Oby był czwartym szczęśliwym dniem dla
              Twojej Julii... Ale wiem, różnie bywa. Pozdrowienia dla Was, Eska - która czasem
              ma nadzieję...
              • gatgato Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 05.06.06, 08:32
                jak nie przy mnie to przy kimś innym "dobrze bawić" się będzie...ani 2,ani 3,ani
                4 czerwca dniem szczęsliwym nie były...też mam nadzieje...ale nie wiem czy to
                wystarczy..
                • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 05.06.06, 09:54
                  Jeśli nie powstrzymał Twojej kochanej ten krótki moment trzeźwości, nie doceniła
                  Twojego poświęcenia, dobroci, no i nie boli jej Twój smutek, to chyba nie masz
                  ma co czekać. Widzisz, kiedy ja miałam swoje ciągi, to marzyłam o chwili, kiedy
                  przestanę pić. Tylko że ja sobie źle tłumaczyłam swoje postępowanie, mówiłam do
                  siebie - na drugi raz wypiję tylko trochę, czemu ja wypiłam znów "za dużo", czy
                  ja rozumu nie mam, taki wstyd, krzywdzę swoich kochanych, martwią się, sąsiadka
                  stara parzy mi ziółka, boi się, ze jak ja umrę, to kto jej pomoże, z kim sobie
                  pogada i pośmieje.., jej też mi było żal. No i dotarło do mnie: po prostu błąd
                  mojego myślenia polega na tym, że jestem już nie prawdopodobnie, ale naprawdę
                  alkoholikiem, więć choćbym bardzo chciała, nie wyhamuję po jednej lampce, mnie
                  kieliszek jeden nie zadowoli, ja będę pić i pić, bo przestaję myśleć, a
                  właściwie myślę, ale powstrzymać się nie mogę.

                  Wydaje mi się, że błędem jest jednolita ocena, jakaś uraniłowka
                  terapeutyczno-aowska, że wszyscy alkoholicy są jednakowi, że każdy tylko butelkę
                  kocha. Nieprawda, ja nienawidziłam butelki, bałam się jej, a kochałam ludzi.
                  Dopiero wtedy, kiedy najgorzej piłam, uświadomiłam sobie, jak bardzo ich kocham,
                  że nawet tych obcych, a tak dobrych dla mnie sąsiadów, szkoda mi, bo nie mam sił
                  z nimi pożartować, pośmiać się, fryzurkę nową pochwalić, płaszcz ocenić, podanie
                  jakie napisać, i te wszystkie drobne nasze sprawy powszednie są mi odebrane z
                  mojej winy, a ja jestem zupełnie bezbronna.

                  Ale są też i tacy, którzy nawet na trzeźwo kochać nie umieją. Znam zupełnie
                  trzeźwe kobiety, ktore zamieniają życie związanych z nimi mężczyzn w piekło,
                  męczą swoje dzieci - sama mam taką matkę, która nigdy nie piła... Ale jakie
                  zalotne potrafią być, jakie pociągające, jaki uwodzicielski arsenał wzbogacony
                  dobrymi radami z pism kobiecych mają do swojej dyspozycji, i najgorsze, zawsze
                  znajdą głupiego, co wpadnie w ich sidła. A pijaczki jeszcze do tego z samej
                  istoty choroby swojej, żeby spokojnie dotrwać do następnej flaszki, potrafią
                  wyczyniać kuglarskie sztuczki zwane manipulacją, a jak ktoś taką kocha, to się
                  nawet specjalnie wysilać nie muszą.

                  Twoja też, jeśli ładna, znajdzie szybko nową miłość, jeszcze odegra przed nim
                  słodką porzuconą naiwność, aż wreszcie, jeśli będzie mieć szczęście, ona, nie
                  Ty, po latach powie: ile ja spieprzyłam, straciłam to i tamto, staniesz się dla
                  niej jedynie tematem jakiejś pracy, które pijaki trzeźwiejące wypisują na
                  terapiach, zbledniesz w jej pamięci... a Ty - co z tego będziesz miał?

                  Bo wiesz, ja jednak uważam, że wódka daje jakieś świadectwo bycia człowiekiem.
                  Przyjrzyj sie, a może teraz tylko zanalizuj wszystko, co ona robi - jesteś
                  pewien, że z wzajemnością kochasz? Czy warto Ci pakować się w to okropne
                  współuzależnienie, które nie jest niczym innym, jak ciężką chorobą psychiczną?

                  Sam musisz podjąć decyzję, oczywiście, napisałam, jak ja widzę Cię sprzed
                  swojego monitora... No i - czy ona już czasem nie próbowała się "leczyć"? Bo jak
                  próbowała, i nic z tego nie wyszło, to lepiej będzie dla niej, jak ją sobie
                  odpuścisz. Przynajmniej na poważnie weźmie sobie terapeutyczne nauki i wreszcie
                  otrzeźwieje.

                  Pozdrawiam serdecznie, no i przypominam, że "tego towaru nigdy nie zabraknie",
                  jak mówił o kobietach jeden z moich przyjaciół, gdyśmy sobie grzecznie
                  powiedzieli "do widzenia" :)))



    • wojtech451 Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 22:50
      Odejść trudno (gdzież by ją zostawić taką nieszczęśliwą!), patrzec na jej
      pijaństwo już sie nie da, namówic na terapię nie da rady, jak pomóć?
      Trzeba zrobic - instrukcja obsługi wg. wojtech451:
      pierwszy krok - przerwać ciąg, sama nie przestanie!
      drugi - zadbać o leczenie czyli załatwić odtrucie w szpitalu
      trzeci - wymusić jej zgodę
      czwarty - po odtrucie od razu na terapię w ośrodku dla uzaleznionych -
      sześciotygodniową! Niełatwo zsynhronizowac w czasie!
      piaty i ostatni najtrudniejszy - utrzymać trzeźwość!
      Pierwsze dwa to co najwyżej kilkanascie dni urlopu, pozostałe a zwłaszcza piąty
      to dni, tygodnie, miesiące, lata...
      Czy wystarczy Ci sił?
      • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 01.06.06, 23:26
        Wojtku, ja Cię bardzo szanuję, Twoją wiedzę i odpowiedzialność, jaką tutaj widać
        na forum... na litość, doktrynerstwo wygodne jest dla zawodowców, ale czy dla
        nas, chorych albo grzesznych? Ona ma już swój pierwszy dzień... Potrzebuje się
        trochę wzmocnić, żeby mieć do czego wracać. Oczywiście, specjaliści od twardej
        miłości (w tym określeniu czai się wielkie oszustwo, ale niech tam!) twierdzą,
        że najlepiej zagiąć alkoholika na kacu, że wtedy na wszystko się zgodzi... Ja
        wiem, jak było w moim przypadku, mnie pomogła wielka dobroć, wielka delikatność,
        pora na jakie takie uporanie się ze sobą, na ten wspaniały powrót do ukochanego
        serca, a nie jakieś zimne gadanie. Gdyby mi ktoś wtedy mówił o detoksach,
        odwykach, o psychiatryku, nie wiem, chyba popełniłabym samobójstwo - taki
        zresztą miałam zamiar.

        Dwoje kochających się ludzi, zapewne młodych, może spróbować, tak, spróbować bez
        zimnych pomagierów, a jeśli im się tym razem nie powiedzie, to przecież
        terapeuci nie wymrą, przeciwnie, mnożą się jak króliki - ich nie zabraknie.

        Niech sobie zakochani porozmawiają serdecznie, niech sobie popłaczą albo
        pośmieją, zastanowią się wspólnie i samodzielnie, co robić - może dziewczyna
        sama zechce na terapię, na odwyk? Może tak jak ja i wielu innych - sama spróbuje
        dać sobie radę?

        Po co od razu z buta?

        Pewnie jestem sentymentalna, ale miłość uważam za zbyt piękną rzecz, aby ją
        traktować jak piąte kółko... nawet jeśli przynosi cierpienie - warto kochać. Na
        miękko, nie na twardo:)))
        A co będzie później? To samo pytanie stawia się po zakończeniu rozmaitych
        terapii, a odpowiedzi bywają rozmaite... nie wszytkim pisana wiktoria.
        • wojtech451 Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 02.06.06, 06:51
          e4ska napisała:
          >na litość, doktrynerstwo wygodne jest dla zawodowców, ale czy dla
          > nas, chorych albo grzesznych?

          Alez my jestesmy w tej materii zawodowcami! Hektolitry wypitego alkoholu, lata
          treningu w leczeniu kaca, w oszukiwaniu siebie i wszystkich wkoło; że
          przejdzie, że to chwilowe, że inni tez piją i to więcej, tysiace argumentów,
          kłamstw - w moim przypadku dobre 20 lat. A gdyby wziął mnie wtedy ktoś za
          mordę, wsadził na odwyk, zmusił, to zapewne dzisiaj byłbym o wiele dalej niż w
          ciągu tych 20 lat. Nie straconych bo oprócz picia starałem sie zyć normalnie
          ale patrząc z dzisiejszego punktu widzenia lat chorych. Mogłem zrobić na
          trzeźwo znacznie więcej, cieszyć się wychowaniem dzieci (kiedy one
          wydoroślały?!), zobaczyć trochę świata, nie zbankrutować!
          Dzisiaj nadrabiam te zaległości, dostałem jeszcze jedną ostatnią szansę.
          I się spieszę bo czasu mam coraz mniej....
          Zapewne mam duża satysfakcję że poradziłem sobie z piciem sam i była to moja
          decyzja, która we mnie dojrzewała latami tylko że trwało to zbyt długo!
          P.S.
          Mój wpis był pewnym uzupełnieniem. Forumowicze najczęściej piszą:
          idź do poradni, pogadaj z terapeutą, jesteś współuzalezniony itd. lub rzuć w
          cholerę pijącego partnera.
          Pokazałem drogę pośrednią.
          • drak02 Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 02.06.06, 08:48
            ESka - jesteś faktycznie bardzo sentymentalna, w chorobie alkoholowej to
            niestety nie jest pomocna cecha.
            Zgadzam się z Wojtkiem, ja też poprzez takie "cackanie" straciłem parę
            bezcennych lat.
            • e4ska Re: alkohol zamiast krwi...trociny zamiast rozumu 02.06.06, 10:37
              Smoku srogi, ale ja jestem kobietą i mnie wolno być sentymentalną, ach, żebym ja
              jeszcze płakać umiała, wylewałabym łzy nad każdym uroczym kwiatuszkiem czy
              rozjechaną żabką... o rozjechanym motylku nie będę wspominać, bo nieładnie
              plagiatować genialnego alkoholika-mężczyznę, sentymentalnego zresztą:)
              Więc, ponieważ kobiety są - z moim wyjątkiem, oczywiście - mniej ładne, mniej
              mądre od mężczyzn, wykorzystują mniejszą część swojego mniejszego mózgu, gubią
              się w terenie nawet z mapką (syndrom rowerzystki, która zawsze dojeżdża nie tam
              i nie wtedy, gdzie trzeba)... więc pozostanę ze swoim uporem jak w golono,
              strzyżono, trudno, będę sobie kraulować pod prąd.

              Co zaś kochankowie postanowią, zobaczymy, czy ich miłość silniejsza, czy wódka -
              mają swoją wielką szansę oboje. My, alkoholicy, boimy się samotnej konfrontacji
              z butelką i, niestety, miewamy rację:((((

              Każdy ma swój czas walki - po najgorszym momencie powrotu do życia,
              permanentnej niepewności: wyjdę z tego czy nie wyjdę? - masz tę swoją trzeźwą
              radość z niczego. Nic jest dla mnie dzisiaj bardzo niebieskim niebem za oknem,
              para zawziętych srok wydziwia nad łaciatym dachowcem, łaciaty idzie z godnością,
              zmierza bardzo powoli pod najbliższą lancię dla ubogich, jego godność i
              powściągliwość przypomina skacowanego, który, wzmacniany krzekotem
              współuzależnionych, nieśpiesznie, lecz z konsekwencją udaje się w kierunku
              pierwszego dziś browca.

              A poza tym odkryłam dziś rano szybki sposobik graficzny, więc jak wróci do domu
              ten, który pierwszy pokazał mi przycisk Power, pochwalę się, niech wie, jaką ma
              mądrą starszą:))) i w ogóle... w ten pedagogiczny sposób uświadomię fachowcowi,
              że nawet w informatyce można się czegoś nauczyć od ignoranta... podobnie jak
              fachowiec od ignoranta w temacie uzależnień.

              A teraz... do roboty, eska! Miłej pracy wszystkim życzę, Tobie, Draku, dzięki,
              pomyślę:)
Pełna wersja