nowa113
03.08.06, 21:58
Witam
chciałabym aby ktoś z Was doradził mi co powinnam zrobić. MAm to
nieszczęście, że jestem dzieckiem alkoholika. odkąd sięgam pamięcią ojciec
pił, raz więcej raz mniej. Wracał zalany i uwalał się na łóżku itp. Pewnie
możecie sobie wyobrazić inne sceny, upokorzenia. Od ponad 10 lat nie
mieszkamy z nim. On mieszka teraz u swojej matki, ona go utrzymuje i zadręcza
się swoim synusiem, własciwie na własne życzenie.
Jednak do rzeczy: wkrótce wychodzę za mąż, mój narzeczony nie zna tych
pięknych szczegółów i nie zna mojego ojca. MIeszkamy w tym samym mieście, a
on chodzi na melinę w dzielnicy, gdzie jest mój przyszły dom. Po prostu się
boję, że przyjdzie na ślub pod kościół i narobi mi wstydu. NIe chcę się kryć
z mężem przed nim, nie chcę ukrywać swojego dziecka. Chcę swobodnie odwiedzić
rodzinę, a nie czaić się aż on wyjdzie na swoją melinę.
Moja mama odcieła się od tego wszystkiego. Był czas kiedy chciała ojca z tego
wyrwać, oddać na odwyk, ale jej teściowa tak chroniła synusia, że teraz sama
się z nim użera. A mama swoje przeżyła, wyprowadziła się od pijaka, zaczęła
nowe życie. W sumie rodzina ze strony ojca zawsze w głupi sposób go
tłumaczyła, zamiast dać kopa na otrzeźwienie to utrzymywała. Tak jest nadal
ale coraz bardziej zaczyna im to przeszkadzać, mówią o tym otwarcie. Siostra
wkrótce wyjeżdza na studia do innego miasta z myślą ze już tam zamieszka na
stałe, więc tez ją to specjalnie nie obchodzi.
On do wszystkiego jest zdolny, będzie mnie śledził i zaszczycał swoimi
wizytami. A uwierzcie mi wtedy, to ja chyba go zabiję, no może nie gołymi
rękami, chyba kupię tyle wódki żeby się zachlał na śmierć, wtedy wszyscy
odetchną z ulgą.
Sam oczywiście odwyku nie chce. Babcia ma słomiany zapał aby to załatwić,
albo chociaż coś sie dowiedizeć w tym kierunku. Mama zapewne nei będize
chciała brac w tym udziału. Dzisiaj po kolejnej awanturze, wyzwiskach
postanowiłam że muszę coś zrobić z tym gó....nem. Toż to paranoja żeby jeden
gad tak zatruwał nam życie. Nawet zapytałam go czy pójdzie na odwyk, najpierw
potraktował to jako żart, później jak wspomniałam o ubezwłasnowolnieniu, to
oczywiście zostałam zezwana i dowiedziąłam się że to on mnir ubezwłasnowolni,
śmieszne i tragiczne zarazem. Ale mam przczucie że to walka z wiatrakami,
potrzebuję kogoś do pomocy, a jestem sama. Pewnie zacznie on płakać, uzalać
się nad swoim losem, a babcia zmięknie - zawsze tak było.
Proszę doradzcie mi czy to wogóle ma jakiś sens, czy dam radę z tym się
rozprawić, przynajmniej spróbować.
Przepraszam że opisałm to takimi wulgarnymi słowami, to niestety część mojego
życia :(