janulodz
16.01.08, 17:05
Wczoraj parę godzin spędziłem na swoim dawnym łódzkim osiedlu, gdzie przez
dwadzieścia lat mieszkałem i gdzie właściwie przepiłem 1/3 swojego
dotychczasowego życia. Z pewną obawą stąpałem po starych , częściowo
zmienionych, a w większości takich jakie je zapamiętałem uliczkach i
alejkach. Wróciły wspomnienia, przed oczami stanęły mi twarze dawnych "kumpli
flacha" i miejsc, gdzie waliłem z gwinta, plastykowego, a jeszcze wcześniej
"musztardowego" kubka, gdzie tankowało się wodę do popicia, kupowało
"zagrychę, lub "odpoczywało" po intensywnym treningu. Trochę żal, trochę
wstyd, ale główną myślą było, czy ja jeszcze mam chęć się napić. Nie,
stanowczo nie, choć to miejsce jakby do tego namawiało. Potem zobaczyłem
potwora. Dawny sąsiad, z którym niejedną flaszeczkę obróciliśmy. Nie będę
opisywał.
Żal było patrzeć. Zrobiłem coś wbrew sobie, to był odruch. "Pożyczyłem" mu
"piątkę". Szkoda chłopa, ale jak sobie pomyślałem, że to mogłem być ja......
Pięć lat nas dzieli, pięć kilometrów i cała przepaść.
Może moja przeprowadzka to też jeden z czynników, który uruchomił we mnie ten
mechanizm wychodzenia z uzależnienia.