someone.else
19.03.04, 13:27
Znalazłam się na środku wzburzonego morza. Fale uderzały o siebie białymi
grzywami, w szyku całkiem dowolnym. Stałam na rufie. Stanowiła ona przód
galeonu. Przez chwilę nawet nie zdziwiło mnie to. Statek płynął tyłem, a mnie
to nie zaniepokoiło.
Czułam jego kołysanie. Odwróciłam się - po przeciwległej stronie statku, na
dziobie, który rufą był, na niewielkim podeście, stał mężczyzna. Patrzył
przed siebie - nie na mnie. Splecione z tyłu ręce nadawały całej postaci
wyraz zamyślenia, nieobecności. Powiodłam spojrzeniem w kierunku prawej
burty. Tam, na ławeczce - jedynej zresztą na tym dziwacznym statku, siedziały
dwie kobiety.Jedna z nich cicho pojękiwała ze strachu i od zawrotów glowy
wywołanych chorobą morską. Zaczęła płakać. Przyglądalam się temu w milczeniu.
Stałam na rufie, która przodem statku była. Nagle spostrzegłam, że druga
kobieta siedząca na ławce mocno potrząsnęła tą, która się bała. Pchnęla ją -
głowa pierwszej kobiety uderzyła o burtę. Przeraził mnie widok jej martwych
oczu i krew, co natychmiast z nosa trysnęła. Strach wpadł głęboko we mnie,
sparaliżował tak, iz żaden ruch niemożliwym był. Serce zamarło we mnie - to
była moja matka. Podbiegł do niej ów mężczyzna z dzioba, co tyłem był - jej
oczy odzyskały blask życia. Poczułam ulgę i już dłużej nie patrzyłam na
rodziców. Statek płynął dalej....
Obudzilam się zapłakana...