anuszka_ha3.agh.edu.pl
19.03.12, 09:13
Od czasu do czasu pojawiają się w Polsce próby wprowadzenia perspektywy feministycznej w publicystyce katolickiej. Tutaj znalazłam jakiś świeży przykład:
www.deon.pl/inteligentne-zycie/z-bliska/cialo-jakich-malo/art,7,czy-baby-sa-jakies-inne.html
Próbuję to rozszyfrować.
Bo są tam liczne słuszne uwagi - np. to o patriarchacie w pozornie postępowej Wielkiej Brytanii. (Bardzo trafne, ja w ogóle uważam, że kultura anglosaska pod wieloma względami ma dużo więcej patriarchatu do zwalczenia, niż kultura słowiańska.)
Ale są też fragmenty, które nie do końca rozumiem, co mają na celu.
Np. podkreślanie, że mózg kobiety i mężczyzny JEDNAK się różni. Albo to:
Gender studies postuluje dowolny wybór elementów, z których człowiek będzie budował swoją tożsamość, co w praktyce oznacza nieograniczone niczym (także płcią biologiczną) możliwości autokreatywności jednostki. W wielu punktach takie myślenie nie daje się pogodzić z antropologią chrześcijańską.
Nie rozumiem, dlaczego dla pobożnych katolików to jest takie zagadnienie. Dlaczego nie poczują się spokojni, póki nie upewnią się, że JEDNAK istnieje biologiczna różnica pomiędzy płciami (a kto w to wątpi, u licha??). A potem dziwna niekonsekwencja - skoro już są przekonani, że różnica jest biologiczna, to dlaczego tak usilnie podkreślają, że nie wolno robić niczego wbrew biologii? Przecież gdyby biologia na to nie pozwalała, to ludzie by tego nie robili...
Mam wrażenie, że w tym strachu przed "mieszaniem płci" chodzi o strach przed homoseksualizmem. Ale to i tak nie wyjaśnia, skąd bierze się ten strach.
Ja to rozumiem jako dziwne przekonanie, że "prawo Boże" zapisane jest, ba, nawet nie w Biblii, ale w genach - połączone z przekonaniem, że człowiek zdolny jest nawet tak silne prawo łamać. Nie rozumiem, jaki to ma sens. Albo inaczej - to może nie mieć sensu racjonalnego, ale co takie wierzenie ludziom daje emocjonalnie?
Aha, teraz pomyślałam, że to przesuwanie prawa Bożego z Biblii do sfery nauk przyrodniczych bardzo przypomina problem z Galileuszem. Kiedyś chodziło o astronomię, teraz chodzi o biologię. W dzisiejszych czasach byłoby to bardzo osobliwe, gdyby dla kogoś trajektorie ciał niebieskich stanowiły podstawę światopoglądu religijnego. Więc dlaczego dla tylu ludzi kwestia podziału na płcie jest tak fundamentalna?
Wydaje mi się, że na tych problemach ten katolicki feminizm się potyka, żeby nie powiedzieć - wykłada. Bo nie można jedną ręką podpisywać się pod stwierdzeniem, że tak! tak! doskonale wiemy, jakie są NATURALNE różnice między płciami - a drugą ręką podpisywać się pod tym, że wiele przekonań o "naturalnych" cechach płci (nawet tych naukowych przekonań) może być wynikiem uprzedzeń.