corrina_f1
01.10.05, 14:29
Dzień 1
Środa, 7 września
Wyprawa do Londynu rozpoczyna się dość wczesną porą. Wstaję przed 5:00,
ponieważ z Hazel Grove muszę dojechać jeszcze do dworca autobusowego w
Stockport, satelicie Manchesteru. O tak wczesnej porze autobusy kursują
jeszcze rzadko, denerwuję się więc trochę spędzając w ciemnościach na
przystanku kolejne minuty. Rozważam nawet złapanie stopa, ale na szczęście
minutę po 6:00 przyjeżdża wreszcie autobus. Jazda do Stockport o tej porze
zajmuje jakieś 10 minut. Ale trzeba jeszcze dojść ok. 200 m. Wszystko
wyliczone praktycznie do minuty. Wpadam na dworzec, ale tam wielkie pustki.
Ani ludzi, ani autobusu. Teoretycznie powinien być za 3 minuty. Ale może już
był? Stres narasta. Nagle podjeżdża. Ufff!
Podaję bilet kierowcy, wskakuję na górne, prawie puste piętro. W całym
autobusie może kilkanaście osób. Odjeżdżamy w kierunku lotniska w
Manchesterze, a następnie już prosto autostradą do Londynu. Powrotny bilet w
linii National Express kosztuje na dzień dzisiejszy 26 GBP. Kupiłam go 2 dni
przed podróżą. Bilet kupiony na tydzień przed wyjazdem kosztuje 20 GBP.
Autokar jest wygodny i choć jedzie niestety aż 5 godzin, stanowi
prawdopodobnie najtańszą alternatywę.
Część trasy udaje mi się z przerwami przespać. Kiedy jest już zupełnie jasno,
postanawiam przestudiować przewodnik i wydrukowane z internetu informacje o
kilku tanich hotelach.
Autobus planowo powinien zjawić się w Londynie o 11:15. Zbliżamy się już na
przedmieścia, a na zegarku ledwo po 10:00. Dopiero po chwili orientuję się,
że owszem, sama jazda autostradą Manchester – Londyn faktycznie zajmuje tylko
4 godziny, ponieważ ostatnia, piąta to wjazd do zakorkowanego miasta.
Kilkukilometrowy korek zaczyna się już na autostradzie. W efekcie na dworzec
Victoria Coach Station przyjeżdżamy… punktualnie o 11:15.
Wysiadam przytłoczona miejskim hałasem i tłumem, oczywiście nie mam pojęcia,
gdzie właściwie jestem. Bez paniki, myślę sobie. Jeśli ktoś sądzi, że Londyn
jest takim sobie średnim miastem, jest w wielkim błędzie. Jest ogromny,
głośny, pełen ludzi i samochodów przebijających się przez wszechobecne korki
w przeciwnym kierunku. Trzeba uważać na wszystko, szczególnie na ten odwrotny
kierunek jazdy. Wydawało mi się, że opanowałam to nieźle w ciągu ostatnich
dni w Manchesterze, ale chyba byłam w błędzie.
Swoje pierwsze kroki kieruję do hali pobliskiego dworca kolejowego Victoria,
gdzie znajduje się punkt informacji turystycznej. Choć mam kilka namiarów, z
ciekawości pytam o tanie noclegi, dowiaduję się jednak, że najtańsze jedynki
zaczynają się od 35 GBP. Ciekawe. Według moich informacji z internetu,
powinnam jednak znaleźć coś za 30. Zobaczymy. W punkcie informacji nabywam
też 2 tzw. „travel card”, dzienne bilety na 1 i 2 strefę (4,70 GBP po
godzinie 9:00 do północy).
Następnie przy pomocy mapy miasta, odnajduję pobliską ulicę Belgrave, na
której, jak również w pobliżu której, dosłownie roi się od tanich hotelików.
W zasadzie można uderzać tam w ciemno, prędzej czy później trafi się na coś
odpowiedniego. Standard zaczyna się od klasy turystycznej, a większość z nich
to małe 2* hoteliki lub B&B prowadzone przez Chińczyków, Pakistańczyków i
każdy inny naród, poza Brytyjczykami. Pracują w nich głównie Polki, Ukrainki,
Rosjanki, które zajmują się sprzątaniem i przygotowywaniem śniadań. Innymi
słowy – żadna rewelacja, ale na 1 noc, jak w moim przypadku, absolutnie
wystarcza. W większości z nich jednoosobowy pokój z łazienką na korytarzu
kosztuje 30 GBP. To tyle, ile planowałam przeznaczyć. Okazuje się jednak, że
w kilku preferowanych przeze mnie hotelikach na Hugh Street nie ma już
wolnych jedynek. Dwójka kosztuje 49 GBP, więc jak dla mnie, niestety za dużo.
Szukam dalej dochodząc na Warwick Way, gdzie w końcu trafiam na Colliers,
dwupiętrowy jak prawie wszystkie w okolicy, hotelik, prowadzony przez (chyba)
Pakistańczyka. Pokój jest, na dodatek za 25 GBP i to z własną łazienką.
Rewelacja. Oczywiście pokoik nie jest specjalnie przytulny, szeroki niewiele
więcej niż łóżko, ale pościel właśnie zmieniona, łazienka, hmm, powiedzmy ok.
(wanna nie do końca umyta). Jest ręcznik, mydło, telewizor i telefon. W
pokoju spędzam praktycznie tylko 7 godzin snu, więc czego chcieć więcej?
Odświeżam się szybko po podróży, zostawiam zbędny ekwipunek, pakuję
przewodnik i aparat. W drogę.