LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :)

01.10.05, 14:29
Dzień 1
Środa, 7 września

Wyprawa do Londynu rozpoczyna się dość wczesną porą. Wstaję przed 5:00,
ponieważ z Hazel Grove muszę dojechać jeszcze do dworca autobusowego w
Stockport, satelicie Manchesteru. O tak wczesnej porze autobusy kursują
jeszcze rzadko, denerwuję się więc trochę spędzając w ciemnościach na
przystanku kolejne minuty. Rozważam nawet złapanie stopa, ale na szczęście
minutę po 6:00 przyjeżdża wreszcie autobus. Jazda do Stockport o tej porze
zajmuje jakieś 10 minut. Ale trzeba jeszcze dojść ok. 200 m. Wszystko
wyliczone praktycznie do minuty. Wpadam na dworzec, ale tam wielkie pustki.
Ani ludzi, ani autobusu. Teoretycznie powinien być za 3 minuty. Ale może już
był? Stres narasta. Nagle podjeżdża. Ufff!
Podaję bilet kierowcy, wskakuję na górne, prawie puste piętro. W całym
autobusie może kilkanaście osób. Odjeżdżamy w kierunku lotniska w
Manchesterze, a następnie już prosto autostradą do Londynu. Powrotny bilet w
linii National Express kosztuje na dzień dzisiejszy 26 GBP. Kupiłam go 2 dni
przed podróżą. Bilet kupiony na tydzień przed wyjazdem kosztuje 20 GBP.
Autokar jest wygodny i choć jedzie niestety aż 5 godzin, stanowi
prawdopodobnie najtańszą alternatywę.
Część trasy udaje mi się z przerwami przespać. Kiedy jest już zupełnie jasno,
postanawiam przestudiować przewodnik i wydrukowane z internetu informacje o
kilku tanich hotelach.
Autobus planowo powinien zjawić się w Londynie o 11:15. Zbliżamy się już na
przedmieścia, a na zegarku ledwo po 10:00. Dopiero po chwili orientuję się,
że owszem, sama jazda autostradą Manchester – Londyn faktycznie zajmuje tylko
4 godziny, ponieważ ostatnia, piąta to wjazd do zakorkowanego miasta.
Kilkukilometrowy korek zaczyna się już na autostradzie. W efekcie na dworzec
Victoria Coach Station przyjeżdżamy… punktualnie o 11:15.
Wysiadam przytłoczona miejskim hałasem i tłumem, oczywiście nie mam pojęcia,
gdzie właściwie jestem. Bez paniki, myślę sobie. Jeśli ktoś sądzi, że Londyn
jest takim sobie średnim miastem, jest w wielkim błędzie. Jest ogromny,
głośny, pełen ludzi i samochodów przebijających się przez wszechobecne korki
w przeciwnym kierunku. Trzeba uważać na wszystko, szczególnie na ten odwrotny
kierunek jazdy. Wydawało mi się, że opanowałam to nieźle w ciągu ostatnich
dni w Manchesterze, ale chyba byłam w błędzie.
Swoje pierwsze kroki kieruję do hali pobliskiego dworca kolejowego Victoria,
gdzie znajduje się punkt informacji turystycznej. Choć mam kilka namiarów, z
ciekawości pytam o tanie noclegi, dowiaduję się jednak, że najtańsze jedynki
zaczynają się od 35 GBP. Ciekawe. Według moich informacji z internetu,
powinnam jednak znaleźć coś za 30. Zobaczymy. W punkcie informacji nabywam
też 2 tzw. „travel card”, dzienne bilety na 1 i 2 strefę (4,70 GBP po
godzinie 9:00 do północy).
Następnie przy pomocy mapy miasta, odnajduję pobliską ulicę Belgrave, na
której, jak również w pobliżu której, dosłownie roi się od tanich hotelików.
W zasadzie można uderzać tam w ciemno, prędzej czy później trafi się na coś
odpowiedniego. Standard zaczyna się od klasy turystycznej, a większość z nich
to małe 2* hoteliki lub B&B prowadzone przez Chińczyków, Pakistańczyków i
każdy inny naród, poza Brytyjczykami. Pracują w nich głównie Polki, Ukrainki,
Rosjanki, które zajmują się sprzątaniem i przygotowywaniem śniadań. Innymi
słowy – żadna rewelacja, ale na 1 noc, jak w moim przypadku, absolutnie
wystarcza. W większości z nich jednoosobowy pokój z łazienką na korytarzu
kosztuje 30 GBP. To tyle, ile planowałam przeznaczyć. Okazuje się jednak, że
w kilku preferowanych przeze mnie hotelikach na Hugh Street nie ma już
wolnych jedynek. Dwójka kosztuje 49 GBP, więc jak dla mnie, niestety za dużo.
Szukam dalej dochodząc na Warwick Way, gdzie w końcu trafiam na Colliers,
dwupiętrowy jak prawie wszystkie w okolicy, hotelik, prowadzony przez (chyba)
Pakistańczyka. Pokój jest, na dodatek za 25 GBP i to z własną łazienką.
Rewelacja. Oczywiście pokoik nie jest specjalnie przytulny, szeroki niewiele
więcej niż łóżko, ale pościel właśnie zmieniona, łazienka, hmm, powiedzmy ok.
(wanna nie do końca umyta). Jest ręcznik, mydło, telewizor i telefon. W
pokoju spędzam praktycznie tylko 7 godzin snu, więc czego chcieć więcej?
Odświeżam się szybko po podróży, zostawiam zbędny ekwipunek, pakuję
przewodnik i aparat. W drogę.
    • corrina_f1 Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) 01.10.05, 14:30
      Wychodzę na Buckingham Palace Road, przy której znajduje się Victoria Station
      (lokalizacja praktycznie centralna, do wielu miejsc można dojść piechotą) i
      znów jestem trochę przerażona ogromem miasta. Nie mam praktycznie żadnego
      planu. To znaczy plan jest, tylko szansa na zobaczenie choć połowy, jest raczej
      znikoma. Przychodzi mi do głowy pomysł podsunięty przez znajomych jeszcze w
      Polsce. Turystyczny autobus – słynny czerwony double decker, który mniej więcej
      w ciągu 2 godzin (w zależności od pory dnia i korków), dociera do praktycznie
      wszystkich atrakcji Londynu. Zdecydowanie nie jest to forma zwiedzania, jaką
      preferuję, ale po dłuższej chwili namysłu, dochodzę do wniosku, że jeśli
      chcę „liznąć” chociaż najważniejsze miejsca, to moja jedyna szansa, sama w 2
      dni z pewnością nie dotrę wszędzie tam, gdzie planowałam. To dobre rozwiązanie
      dla wszystkich, którzy do Londynu wpadają na dzień lub dwa, a chcą zobaczyć
      obowiązkowe miejsca. Okazuje się, że taką formę zwiedzania wybiera bardzo wielu
      turystów. Autobusy odjeżdżają spod głównych atrakcji turystycznych co
      kilkanaście minut i prawie zawsze są pełne. Widać je praktycznie wszędzie.
      Są przynajmniej dwie firmy, Big Bus, w której bilet (ok. 20 GBP lub nieco
      więcej) ważny jest przez 48 godzin od momentu wykupienia, oraz The Original
      Tour, gdzie dobowy bilet kosztuje 16 GBP. Decyduję się na TOT i jest to całkiem
      dobry wybór. Bilet ważny jest faktycznie 24 godziny od momentu zakupu od
      przedstawiciela firmy, który sprzedaje je na przystanku przy Vicotia Station.
      Ważny jest również na krótki rejs po Tamizie, z którego niestety nie zdążę
      skorzystać. Do autobusu można wsiąść i wysiąść na każdym z kilkudziesięciu
      przystanków. Trasę można rozpocząć w dowolnym miejscu, w którym się akurat
      znajduje, pod warunkiem oczywiście, że w pobliżu znajduje się przystanek.
      Wsiadając do autobusu otrzymuje się słuchawki, które podłącza się przy swoim
      siedzeniu i wybierając odpowiedni język, można usłyszeć komentarz o wszystkich
      mijanych miejscach. Istnieje również opcja autobusu z przewodnikiem na żywo. Ja
      trafiam na ten z słuchawkami rozpoczynam swoją objazdówkę spod Victorii.
      Kierując się na północ mijamy Hyde Park Corner, jadąc Park Lane wzdłuż
      najbardziej znanego chyba londyńskiego parku rzucam okiem na słynny Speakers
      Corner, gdzie każdy w niedzielne południe może wyrazić swoje zdanie na każdy
      temat, pod warunkiem, że nie obraża się królowej, nie nawołuje do rasizmu i
      terroryzmu i nie przeklina.
      Skręcając przy Marble Arch przedzieramy się, niestety już w korkach, do Baker
      Street, gdzie przy stacji metra stoi ponad 2 metrowy pomnik najsłynniejszego
      detektywa, Sherlocka Holmes’a a tuż obok znajduje się Muzeum Figur Woskowych
      Madame Tussauds oraz londyńskie Planetarium. Przebijając się przez zakorkowaną
      Portland Place przecinamy dosłownie kawałeczek londyńskiego królestwa zakupów
      na Oxford Street. Szkoda, że nie zdążę tu wrócić. Następnie od strony Regent
      Street wjeżdżamy na Picadilly Cirrus ze słynną statuą Erosa i najbardziej chyba
      znaną na świecie reklamą TDK i Sanyo. Po kilku minutach wjeżdżamy na Trafalgar
      Square, gdzie wreszcie postanawiam wysiąść.
      Wśród licznych londyńskich placów, jakie udało mi się przez te 2 dni zobaczyć,
      Trafalgar zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Pogoda właśnie zaczyna się
      poprawiać i zza białych chmur wygląda słońce, dzięki któremu woda w fontannach
      robi się jeszcze bardziej błękitna. Na placu króluje 45-metrowa kolumna Nelsona
      w towarzystwie ogromnych posągów lwów, na które wspinają się turyści. Płytka z
      brązu na posągu Karola II po południowej stronie zaznacza geograficzny środek
      stolicy. W coraz mocniejszym słońcu błyszczy fasada National Gallery, którą
      można zwiedzać za darmo. Jednak oczywiście nie mam na to czasu. Trafalgar
      Square znany jest także z setek gołębi, zwalczanych mniej lub bardziej
      skutecznie przez burmistrza Kena Livingstone’a, który wprowadził zakaz ich
      karmienia. Mało kto jednak przestrzega tego zakazu. Na prawo od National
      Gallery znajduje się przyciągający wzrok kościół St. Martin In The Fields.
      Po kilkunastu minutach decyduję się wyruszyć w dalszą drogę. Mogłabym wsiąść
      powrotem do autobusu, ale dostrzegam w oddali najbardziej znany chyba na
      świecie zegar na wieży i postanawiam tym razem udać się do niego piechotą
      wzdłuż White Hall, administracyjnego serca kraju. Jest to całkiem dobry pomysł,
      ponieważ dzięki temu załapuję się na ostatnią tego dnia zmianę warty konnej
      przy budynku White Hall. Ta oficjalna, w godzinach porannych, jest ponoć o
      wiele bardziej spektakularna niż przed Pałacem Buckingham. Ja jednak podziwiam
      zmianę tylko 2 konnych strażników, co mimo wszystko też ma swój urok.
      Zwłaszcza, że jeden z koni jest trochę narowisty i zdecydowanie nie ma ochoty
      na wejście do ciasnej bramki. Wstępuję na chwilę na „tyły” White Hall Palace,
      skąd, przez St. James’s Park można dotrzeć spacerem prosto do Buckingham
      Palace. Tą atrakcję pozostawiam sobie jednak na następny dzień. Wracam na
      Whitehall Parlament i kierując się w stronę Big Bena mijam przykuwający wzrok
      przepiękny i bardzo wymowny pomnik poświęcony kobietom II Wojny Światowej.
      Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się siedziba Brytyjskiego Rządu i słynna
      Downing Street, gdzie o dziwo, policja pozwala mi zrobić zdjęcie najbardziej
      znanych w Wielkiej Brytanii Drzwi, sprzed których często przemawia Tony Blair.
      Następnie, już za White Hall Palace znajduje się Cabinet War Room a ja
      właściwie jestem już na Parliament Square. Przede mną niezaprzeczalny cud
      angielskiej gotyckiej architektury – Houses of Parliament ze słynnym Big Benem
      oraz West Minster Abbey z kościołem Św. Małgorzaty. To właśnie od niego
      rozpoczynam zwiedzanie i nie żałując 8 GBP, po dokładnej kontroli wchodzę do
      środka. W przeciwieństwie do St. Paul’s Cathedral, West Minster Abbey nigdy nie
      uzyskało miana katedry. Opactwo nazywane bywa „własnością” królewską i
      administrowane jest bezpośrednio przez Głowę Kościoła Anglikańskiego, czyli
      Królową. Pomimo wielkiego przepychu dekoracyjnego wewnątrz, odnoszę wrażenie,
      że budowla prezentuje się ciekawiej z zewnątrz. Wzrok przyciąga XIII wieczny
      tron koronacyjny, za którym znajduje się Kaplica Henryka VII z przepięknym
      kryształowym sklepieniem, wspaniały przykład późnego angielskiego gotyku. W
      pewnym momencie w całej świątyni słychać głos pastora i nagle wszyscy
      zatrzymują się w miejscu. Jest to chwila ciszy i modlitwy, o jaką prosi pastor
      w intencji ofiar lipcowych zamachów. Dopiero w tym momencie uświadamiam sobie
      to, o czym właśnie myśleć nie chciałam.
      Spacerując następnie po krużgankach zaglądam na chwilę do College Garden,
      pełnym studentów kończących właśnie zajęcia. Zdaje się, że dotarłam tu w
      ostatniej chwili, ponieważ, kiedy opuszczam już kościół, strażnik tłumaczy
      jakieś Włoszce, że już zamknięte.
      Przechodząc wzdłuż Houses of Parliament, szukając jakichś oryginalnych ujęć Big
      Bena (to nie takie proste, chyba każde ujęcie „już było”!), wpadam na chwilę do
      pobliskiego Tesco po kanapkę i sok. Zupełnie nieświadomie wybieram najbardziej
      chyba ulubiony angielski zestaw lunchowy (mocno spóźniony o tej porze). Po tylu
      godzinach zwiedzania najwyższa pora na przekąskę. Kolację planuję zjeść w China
      Town.
      • corrina_f1 Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) 01.10.05, 14:30
        Siadam na schodach nad Tamizą, tuż koło West Minster Bridge i pożeram kanapkę.
        Tuż przede mną, po drugiej stronie rzeki wielkie koło Londyn Eye. Rozważam,
        kiedy skorzystać z tej atrakcji. Dochodzę do wniosku, że południe następnego
        dnia będzie najlepszym rozwiązaniem ze względu na dobre światło do zdjęć.
        Pogoda wprost rewelacyjna, i trudno w to uwierzyć, ale choć to już wrzesień,
        wrzesień 18:00 panuje wciąż 30 C !
        Po skromnym posiłku postanawiam przejść na drugą stronę Tamizy, poszukując
        jednocześnie przystanku mojej turystycznej linii. W końcu wydałam na bilet 16
        GBP, a nie przejechałam nawet połowy trasy. Rano zakupiłam też 2 dzienne bilety
        na metro i autobusy miejskie (w sumie 9 GBP) i właśnie dochodzę do wniosku, że
        to był nieco chybiony pomysł, ponieważ z komunikacji miejskiej nie skorzystałam
        jak na razie w ogóle. Czas więc wrócić choćby na dach double deckera, bo dzień
        się kończy, a ja w sumie dość mało widziałam. Tylko gdzie ten przystanek ? Wg
        mapki, jaką dostaje się przy wejściu, powinien być na końcu mostu. Tylko, że go
        tam nie ma. Wszędzie natomiast mijają mnie autobusy konkurencyjnej firmy.
        Schodząc z mostu idę wciąż przed siebie, po lewej stacja Waterloo, mogłabym
        stąd gdzieś dojechać metrem, tylko dokąd? Skręcam w prawo, wydaje mi się, że
        mignął mi gdzieś autobus, którego poszukuję. Pod szpitalem Św. Pawła znajduję
        przystanek. Jednak nie ma na nim logo firmy turystycznej, jedynie miejskie
        numerowane autobusy. Kiedy jestem na drugiej stronie ulicy, sprawdzając, dokąd
        mogłabym stąd dojechać, nagle w przeciwnym kierunku podjeżdża na przystanek mój
        autobus. Biegnę do niego jak sprinter (w japonkach jest to jednak dość
        skomplikowane), ale niestety nie zdążam. Jest mi już zupełnie wszystko jedno, w
        którym kierunku jechać, byle załapać się na autobus i zobaczyć jeszcze kawałek
        Londynu, bo czuję że moje nogi naprawdę odmawiają posłuszeństwa. Siadam więc na
        przystanku i czekam na kolejny. Mija chyba pół godziny a autobusu wciąż nie
        ma ! W międzyczasie przejeżdżają dziesiątki miejskich i w końcu zła już
        porządnie, wsiadam w pierwszy lepszy, jaki podjeżdża, nie sprawdzając nawet
        trasy. Chcę się stąd wydostać, bo nie mam siły wracać piechotą pod Parlament.
        Mimo wszystko to spory kawałek. Okazuje się, że autobus dowozi mnie na
        Parliament Square, gdzie jeszcze godzinę temu kupowałam kanapkę. Teraz
        przynajmniej jestem pewna, że stąd odjeżdżają autobusy turystyczne. Czekam i
        faktycznie za chwilę jeden podjeżdża. Wsiadam. Uff.
        Przejeżdżamy wzdłuż Tamizy przez Millbank i rzekę przecinamy mostem Lambeth
        Bridge. Ulicą Lambeth Palace Road dojeżdżamy do.. uwaga, uwaga.. przystanku pod
        szpitalem, na którym przez pół godziny czekałam na ten autobus! No cóż…
        Jadąc wzdłuż prawego brzegu Tamizy mijam ponownie London Eye, kino Imax przy
        Waterloo, a następnie mostem Waterloo Bridge wracam na zachodni brzeg udając
        się w kierunku St Paul’s Cathedral. Ogromnie żałuję, że nie zdążę obejrzeć jej
        w środku. Może jutro, myślę sobie, ale w rzeczywistości wiem, że to, co
        zostawiam sobie na jutro, w praktyce oznacza, następnym razem.
        W City zakorkowujemy się na dobre. Dochodzi 19:00, pora wielu powrotów do domu.
        Autobus przecina rzekę kolejnym mostem, tym razem London Bridge, z którego
        podziwiam sąsiadującą wizytówkę Londynu, czyli Tower Bridge. Rzut oka na London
        Dungeon i kolejna przejażdżka mostem, Tower Bridge właśnie. Tuż za nim, po
        lewej stronie w zachodzącym powoli słońcu dumnie prezentuje się forteca Tower
        of London. Warta zwiedzenia, ale i tym razem, kiedy indziej…
        W drodze powrotnej Teatr Sheakspeare’a, Tate Modern, w oddali Swiss Re –
        „Ogórek” projektu Normana Fostera, to wszystko oczywiście tylko z daleka.
        Wysiadam w okolicach London Eye. To przemyślana podczas przejażdżki decyzja.
        Nie ma mowy, żebym jutro zdążyła tam dotrzeć. Miałam w planach jeszcze tyle
        miejsc. Jeśli nie teraz, to nigdy. Dochodzę do wniosku, że w gruncie rzeczy nie
        wiadomo, jaka będzie jutro pogoda, więc może i światło kiepskie, a właśnie
        zbliża się kulminacja zachodu słońca, który z kabiny wielkiego koła może
        wyglądać naprawdę imponująco.
        Kolejka, jak się okazuje, nie jest wcale tak długa. Kupuję bilet za 12 GBP i
        oczekuję na swoją kolej. Każda szklana gondola zabiera 25 osób, pełne okrążenie
        trwa ponoć 28 minut. Jak większość atrakcji turystycznych, także i London Eye
        nie należy do najtańszych, jednak moim zdaniem warto wydać te pieniądze, bo
        zachód słońca oglądany z takiej perspektywy jest naprawdę imponujący. Zdążam na
        niego praktycznie w ostatniej chwili a kiedy karuzela kończy pełne okrążenie,
        Londyn zaczyna zapalać swoje latarnie i kolorowe reklamy, coraz wyraźniejsza
        staje się iluminacja Parlamentu.
        Po zakończonej przejażdżce, wciąż pełna wrażeń, mijam londyńskie Akwarium,
        gdzie w hallu znajduje się bardzo osobliwy zbiornik, w którym pływają rybki.
        Jest on mianowicie zrobiony w… kabinie samochodu ! Z tego, co pamiętam, Forda
        K, który jest sponsorem Akwarium. Rybki pływające za szybami auta wyglądają
        naprawdę zadziwiająco. Tuż obok, słynna Galeria Saatchi z chińską wystawą
        czasową i ekspozycją rzeźb Salvadora Dali, ustawionymi również na powietrzu,
        nad brzegiem Tamizy.
        Kilka nocnych zdjęć Parlamentu i okolic Tamizy. Po raz kolejny tego dnia
        przedostaję się na drugi brzeg mostem Westminster. Nie mam dalszego planu. Jest
        już ciemno a ja trochę głodna. Myślę o China Town. Jeszcze nie do końca wiem,
        jak się tam dostać, ale mniej więcej znam chociaż kierunek. Stojąc przy stacji
        Metra Westminster, postanawiam wreszcie z niego skorzystać. Prawdę mówiąc,
        zupełnie nie pamiętam o zamachach. Schodzę do metra bez najmniejszych obaw. W
        Londynie życie toczy się zupełnie normalnie, choć wiele mniejszych i większych
        szczegółów może wskazywać na to, że nie jest tak, jak dawniej. Policja i
        zwiększona ochrona praktycznie na każdym kroku. W miejscach turystycznych
        szczegółowe kontrole, na ulicach plakaty namawiające do zgłaszania wszelkich
        odstępstw od normy w dziedzinie bezpieczeństwa. I może właśnie dzięki tym
        wszystkim zabiegom nie czuję strachu czy niebezpieczeństwa. Prawdopodobnie
        Londyn żył na swój sposób normalnym życiem już następnego dnia po zamachach. Bo
        musiał. I teraz też musi.
        Kiedy przypominam sobie, że przed wyjazdem obiecałam sobie nie korzystać z
        metra, myślę, że to było dość dziwne postanowienie.
        Londyńskie metro nawet całkiem mi się podoba. O ile w ogóle może się podobać.
        Oczywiście trudno wystawiać taką ocenę będąc zaledwie na kilku stacjach, ale
        te, na których miałam okazję się przesiadać, wcale nie są tak brudne, jak się o
        nich mówi. Są natomiast zatłoczone o każdej porze. Jestem tu już po godzinach
        szczytu, a ludzi wszędzie pełno. Na Green Park przesiadam się w jeszcze niżej
        położoną linię i tylko jedna stacja dzieli mnie od Picadilly Circus. Właściwie
        nie wiem do końca, dlaczego trafiam akurat tam. W moim planie nie ma już
        żadnych konkretów, jest całkowita spontaniczność, ponieważ zmęczenie daje o
        sobie znać na każdym kroku. Ale mimo wszystko to dobry pomysł. Plac z
        rozświetlonymi reklamami i fasadami London Trocadero – kulturalno-rozrywkowego
        centrum miasta, wieczorową porą wygląda jeszcze ciekawiej niż za dnia. Siedząc
        z mapą pod fontanną wiem, że China Town jest bardzo blisko. Ale chyba naprawdę
        nagle opadam z sił, bo decyduję się na dość desperacki czyn, jakim jest wizyta
        w stojącym naprzeciwko Burger Kingu. Bez komentarza…China Town zostawiam na
        jutro. To jedna z nielicznych obietnic, jaką uda mi się spełnić.
        Po „kolacji” postanawiam wrócić do hotelu. Mija 21:00, czyli 9 godzina
        zwiedzania. Na dziś naprawdę starczy. Wracam więc metrem do Victoria Station,
        znów z przesiadką na Green Park. Do hotelu docieram przed 22:00, szybki
        prysznic, przegląd zrobionych kilkuset zdjęć i sen, zasłużony odpoczynek.
        • corrina_f1 Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) 01.10.05, 14:31
          Dzień 2
          Czwartek, 8 września

          Zgodnie z planem, całkiem wyspana, wstaję o 7:30. Śniadanie podawane jest od
          8:00 – 9:00. Nic nadzwyczajnego, klasyczne kontynentalne – mleko z płatkami, 2
          tosty, dżem, jajko na twardo, kawa, herbata, sok. Jak dla mnie spokojnie
          wystarczy aż do lunchu.
          Pakuję całą zawartość mojego dobytku, dziś niestety będzie ciężej, muszę przez
          cały dzień nosić się ze wszystkim i kilka minut po 9:00 opuszczam hotel udając
          się w kierunku Buckingham Palace Road. I znów nie bardzo mam plan. Do zmiany
          warty pod pałacem jeszcze ponad 2 godziny. Czy spożytkować je na jakąś pobliską
          atrakcję, czy udać się prosto na plac i czekać? W dniu dzisiejszym jako
          absolutny obowiązek planowałam British Museum i China Town, oraz wspomnianą
          zmianę warty. Reszta miała wyjść w praniu. Tymczasem w praktyce wychodzi
          oczywiście zupełnie co innego.
          Swoje kroki kieruję zatem w kierunku Buckingham Palace. To jakieś 15-20 minut
          spokojnego spaceru. W sam raz, żeby porządnie się obudzić. Po drodze wpadam na
          małą czarną (właściwie białą) do Starbucks Coffee. Z przykrością stwierdzam, że
          to kolejne miejsce w Anglii, gdzie… nikt nie mówi po angielsku. Obsługa,
          praktycznie w całości składająca się z Latynosów, rozmawia ze sobą wyłącznie po
          hiszpańsku, wśród klientów wszelkich możliwych nacji bynajmniej nie dominuje
          język Wyspiarzy. Tak jest w 80% sklepów, kawiarni, restauracji. Jeśli chcesz
          porozmawiać z prawdziwymi Anglikami, nie jedź do Anglii, bo możesz się zawieść,
          przychodzi mi na myśl…
          Po drodze mijam The Royal Mews (Stajnie Królewskie) oraz The Queen’s Gallery.
          Docieram do placu przed Pałacem, gdzie jego sam środek zdobi wielka kolumna
          poświęcona Królowej Wiktorii (Queen Victoria Memorial). Po placu kręci się
          zaledwie garstka turystów, jeszcze 1,5 godziny… Spacerkiem okrążam sobie Plac,
          robię kilka zdjęć i widzę, że ci nieliczni, jak na razie, turyści, już powoli
          ustawiają się wzdłuż pałacowego ogrodzenia. Hmm, zdaje się, że jeśli chcę
          zobaczyć coś więcej niż głowy i machające ręce, powinnam się tam także jak
          najszybciej udać. Perspektywa długiego wyczekiwania w coraz mocniej grzejącym
          słońcu wydaje się być mało ciekawa. Siadam więc na murku przy ogrodzeniu i
          wyjmuję przewodnik. To jedyna lektura, jaką przy sobie posiadam. Czytam na
          spokojnie o miejscach, w których już byłam, i do których planuję dotrzeć.
          Zupełnie przypadkiem odnajduję informację o Królewskich Stajniach, które można
          zwiedzać, oraz o tym, że jeśli na Pałacu powiewa czerwono-złoto-niebieska
          flaga Royal Standard, Elżbieta II jest w domu. Jeśli wywieszona jest brytyjska
          flaga Union Jack, Królowa jest nieobecna. Tak, jak dziś. W sierpniu i wrześniu
          Elżbieta II przebywa wraz z częścią Rodziny Królewskiej w Szkocji, wtedy też
          otwarte są dla zwiedzających przeszło 24 pokoje w Pałacu. Wydatek, jak wstęp do
          większości londyńskich atrakcji, 12 GBP. Hmmm… British Museum z kolei darmowe.
          Hmmm… British Museum otwarte jest praktycznie każdego dnia i kiedyś tam na
          pewno jeszcze je odwiedzę. Królowa wyjeżdża na wakacje tylko raz w roku,
          właśnie mamy wrzesień, a jej akurat nie ma. Otwarte są zatem królewskie
          apartamenty. Hmmm… A może obejrzeć sobie szybko królewskie konie, a następnie
          pędzić metrem do Muzeum? Zobaczymy. Na razie czekam na zmianę warty.
          W międzyczasie przechadzające się wcześniej grupki turystów, stają się coraz
          większym tłumem, aż w końcu stanowią grupę tak liczną, jak niedzielni
          pielgrzymi na Anioł Pański w Watykanie.
          Sama ceremonia ma więcej z przedstawienia niż z prawdziwej zmiany warty. Mam
          wrażenie, że gwardziści momentami wygłupiają się, pomimo absolutnie poważnych
          min na ich twarzach. Najbardziej sympatyczny chyba moment to występ królewskiej
          orkiestry, która zaskakuje wszystkich, grając znane klasyki muzyki rozrywkowej,
          m. in. z musicalu „Grace” („Summer Nights”). Kupa śmiechu i zabawy. Cała
          ceremonia trwa około 45 minut i kiedy żołnierze znikają za bramą Pałacu,
          turystyczny tłum rozbiega się równie szybko dookoła ruszając w dalsze miejsca.
          Do tej pory wydawało mi się, że największe skupisko turystów widziałam tego
          lata w Rzymie. Okazuje się, że miało się to jednak nijak do tego, co od wczoraj
          obserwuję w Londynie…
          Nie jestem jeszcze przekonana do zwiedzania królewskich apartamentów, egipskie
          ekspozycje w British Museum kuszą jak nic innego. Tymczasem decyduję się na
          krótkie odwiedziny w The Royal Mews. Jako wielka miłośniczka koni nie mogę
          sobie odpuścić. Zanim nabywam bilet, pytam, ile czasu zajmuje zwiedzanie,
          podobno maksymalnie 45 minut. I czy są tam na pewno konie. Oczywiście!
          Wspaniale. Nabywam bilet za 6 GBP i czym prędzej udaję się do środka. Jak
          wielkie jest moje zdziwienie, kiedy okazuje się, że w stajniach jest tylko…
          jeden koń! Resztę ekspozycji stanowią karoce i powozy należące do Rodziny
          Królewskiej. Jestem mocno rozczarowana. Przez „stajnie” przebiegam więc w 15
          minut i przy wyjściu dowiaduję się od innej pani, że konie również przebywają
          aktualnie na wakacjach!
          • corrina_f1 Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) 01.10.05, 14:32
            Przechodząc kolejny raz obok wejścia do królewskich komnat, wciąż biję się z
            myślami, czy zafundować sobie tę atrakcję. Przypadkiem słyszę, jak sprawdzająca
            bilety pani tłumaczy komuś, gdzie znajduje się kasa i jakoś nogi same niosą
            mnie do bramy Green Park. Tam właśnie nabywam bilet nie za 12, a za 13,5 GBP.
            To chyba najdroższa ekstrawagancja, na jaką sobie tu pozwalam, ale trudno, raz
            się żyje. Po podliczeniu tych 2 dni wieczorem moja twarz nie jest już tak
            uśmiechnięta, ale chyba miałam taką świadomość?
            Kupuję bilet na 13:15 (kilkudziesięcioosobowe grupy wpuszczane są mniej więcej
            co 15 minut), czyli dosłownie za chwilę. Czekając na wejście w cieniu drzew,
            pracownik muzeum, bo tak chyba chwilowo można nazwać komnaty, informuje o
            wszystkich kwestiach bezpieczeństwa i o tym, co smuci mnie najbardziej,
            mianowicie o zakazie fotografowania. Cóż, trudno.
            Przy wejściu kontrola chyba jeszcze dokładniejsza niż na lotnisku. Można się
            także zaopatrzyć w „audio-przewodnik”, kapitalną pomoc przy zwiedzaniu. Małe i
            proste urządzenie, ale naprawdę przydatne. Okazuje się, że mój pomysł z
            odwiedzinami Pałacu to strzał w dziesiątkę. Zwiedzałam już wiele podobnych
            miejsc, ale Buckingham Palace chyba bije wszystkie. Może między innymi dlatego,
            że nie jest to bynajmniej obiekt muzealny, a autentyczna, używana na co dzień
            rezydencja Królowej. W godzinnej przechadzce wśród komnat, galerii, sal
            balowych i jadalnych jest coś magicznego i niesamowitego. Przez chwilę można
            poczuć się jak w innym świecie. Bilet z pewnością warty jest tych 13 funtów.
            Na koniec krótki spacer po pałacowych ogrodach, niestety tylko wyznaczoną
            ścieżką i żegnaj wielki świecie. Tymczasem robi się trochę późno i chociaż
            autobus do Stockport mam dopiero o 19:00, wiem już, że Muzeum mogę już
            odpuścić. Dochodzi 15:00 a ja trochę zgłodniałam. Tym razem moja próżność
            zwycięża nad duchem sztuki. Wybieram China Town, dziś już nie mogę sobie tego
            odmówić. Mija dłuższa chwila, zanim po wyjściu zza murów Pałacu odnajduję
            stację metra, ale kiedy już do niej docieram, kierunek jest prosty – Soho i
            stacja Leicester Square. Stamtąd już dosłownie kilka kroków, bo właśnie tu
            zaczyna się chińska dzielnica. Nie jest tak wielka, jak mi się wydawało, ale z
            pewnością pełna wszystkiego, co cieszy oko fotografa i podniebienie głodnego.
            Wzdłuż Gerrard i Lisle Street zatrzęsienie azjatyckich restauracji, barów,
            sklepów spożywczych, kramów z warzywami. Do wyboru do koloru. Zwłaszcza od
            kolorów aż kręci się w głowie. Wyobrażam sobie, jak bajecznie musi wyglądać to
            miejsce po zmroku, kiedy rozświetlone jest neonami i reklamami. Po ulicach
            kręcą się w zdecydowanej mierze Azjaci, a prowadzone przez nich przybytki
            kulinarne z każdego praktycznie azjatyckiego kraju (jednak z przewagą
            chińskich) kuszą barwnymi szyldami i witrynami, których
            charakterystyczną „metką” są wiszące w oknach marynowane w specjalnej
            marchewkowej zalewie kurczaki, kaczki i inne kawałki suszonego mięsa. Większość
            z nich zachęca napisami wyłącznie w języku chińskim, japońskim, czy tajskim.
            Ale ułatwieniem bywają często zdjęcia potraw eksponowane przed wejściem, co
            oczywiście w praktyce też niewiele pomaga.
            Nie wiedzieć czemu, do niedawna kuchnia azjatycka wydawała mi się mało
            przekonująca. Do czasu, kiedy kilka dni wcześniej skosztowałam wielu jej
            specjałów w pewnym barze w China Town w Manchesterze. Poza kilkoma naprawdę
            ognistymi potrawami, większość bardzo przypadła mi do gustu, dlatego koniecznie
            chciałam kontynuować moją kulinarną podróż w Londynie. Zachęcająco brzmiała
            (głównie ze względu na cenę) oferta jednej z ulotek, jaką ktoś wcisnął mi do
            ręki. Za „szwedzki” bufet (w tym przypadku oczywiście chiński) bez ograniczeń
            coś koło 6 GBP. W Manchesterze próbowałam podobnej oferty w naprawdę dobrym
            barze za 7,5 GBP. Cena jest bardzo w porządku z kilku powodów: 1 – jak na
            Anglię to wręcz bardzo tanio, 2 – najadłam się tak, że przez kilka godzin nie
            mogłam się ruszać, bo koniecznie chciałam spróbować wszystkiego, choćby w
            najmniejszej ilości, żeby mieć pojęcie o smaku, 3 – nawet przeliczając na naszą
            walutę, 45 zł za taką wyżerkę to kwota absolutnie warta grzechu, bo w niejednej
            warszawskiej restauracji, nie koniecznie aż tak egzotycznej, zostawia się na
            głowę znacznie więcej.
            Mój wzrok ląduje nagle na szyldzie chińsko-tajskiej restauracji, w której za
            około 5-6 GBP można kosztować w podobny sposób potraw z baru chińskiego lub
            tajskiego. Decyduję się na tajski. Młoda Azjatka rozmawiająca przez komórkę
            przed wejściem wskazuje mi 1 piętro. W efekcie na pierwszym znajdują tylko
            kuchnię chińską. Wchodzę na drugie. Niby jest napis, że tajska, ale jak się
            okazuje, również tylko chińska. Przy nie do końca czystych stołach pełno
            Chińczyków żwawo wymachujących pałeczkami. Oczywiście żadnych turystów.
            Właściwie to jednak nie chcę tu jeść. Chińszczyznę mogę sobie kupić w
            Manchesterze. Mam ochotę na tajską, bo właśnie przypomniałam sobie o pewnym
            specjale tej kuchni, zupie kokosowej z kurczakiem, curry i trawą cytrynową.
            Swojego czasu jadłam w Warszawie nędzną namiastkę tej zupy, ale pamiętam, że
            odkąd zobaczyłam kiedyś na discovery, jak jest ona przygotowywana, z jakich
            składników się ją przyrządza, zawsze koniecznie chciałam jej spróbować.
            W moim ręku ląduje kolejna ulotka, tym razem malezyjsko-tajskiej restauracji
            Absolute Thai (42 Dean Street), która znajduje się już w Soho, poza bramami
            China Town. Sprawdźmy. Kiedy docieram do jej drzwi, zapoznaje się z wywieszonym
            przed wejściem menu. Okazuje się, że choć powiewa tu flaga malezyjska, gotują
            także po tajsku. I jest zupa kokosowa! Rewelacja. Wchodzę. Już od wejścia
            podoba mi się wystrój, choć knajpka o tej porze świeci pustkami. Nie ma raczej
            nic wspólnego z prostymi, nie zawsze czystymi barami w China Town. Jest to dość
            trendy lokalik w stylu wielu miejsc w Soho, nowoczesny design w kolorach czarno
            pomarańczowych, minimalizm dekoracyjny, przyjemny jazz w tle, chłodna
            klimatyzacja, miły półmrok. Kelner przynosi kartę, ale w niej nie znajduję
            swojej zupy. Okazuje się, że kuchnię tajską serwuje się dopiero w wieczornym
            menu, jednak ponieważ tajski kucharz jest już w pracy, kelner obiecuje coś
            załatwić. I faktycznie po jakimś czasie wraca z miseczką dymiącej, przyjemnie
            pachnącej kokosem i curry zupy. Słowo daję, poezja! Porcja jest na tyle duża, a
            czasu na tyle mało, że niestety decyduję się tylko na nią. Zwłaszcza, że tania
            wcale nie jest (6,5 GBP jak na samą zupę to już w sumie nie mało).
            Opuszczam restaurację i postanawiam jeszcze chwilę pokręcić się bez celu po
            ulicach Soho. Nabywam kilka pamiątek dla rodziny i skoro dochodzi już 17:00,
            wsiadam w metro do Victorii, skąd za 2 godziny odjeżdża mój autobus. Nie ma
            sensu stawać na głowie, żeby zobaczyć coś jeszcze. Zostawię to na następną
            wizytę. Na dworzec kolejowy Victoria docieram absolutnie zatłoczonym o tej
            porze metrem. Decyduję się na zakup dużej kanapki, w końcu przede mną jeszcze 5
            godzin jazdy. Upał wciąż nie do zniesienia. Kupuję więc dużo picia. Udaję się w
            kierunku dworca autobusowego, położonego nieco dalej po drugiej stronie
            Buckingham Palace Road. Mam jakieś 40 minut. W sam raz. Wreszcie przynajmniej
            się nie spóźniłam. Jestem wykończona. Nagle podnoszę głowę i oczom nie wierzę.
            Dostrzegam koleżankę, z którą przez ostatnie 3 lata jakoś nigdy nie było okazji
            i czasu się spotkać. Drę się niemożliwie przez pół hali, padamy sobie w
            objęcia. Jaki świat jest mały! Okazuje się, że przyjechała z mężem na kilka dni
            na konferencję, a teraz właśnie odprowadzała koleżankę na autobus do
            Birmingham. Rozmawiamy kilkanaście minut, wciąż nie mogąc uwierzyć, że planowo
            nie udało nam się żadne spotkanie w Warszawie, i że trzeba było przyjechać aż
            tu, aby na siebie wpaść. Żegnamy się w momencie, kiedy podjeżdż
            • corrina_f1 Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) 01.10.05, 14:33
              Żegnamy się w momencie, kiedy podjeżdża mój autobus. Niedługo zacznie zachodzić
              słońce. Na niebie ani jednej chmurki. Bardzo szybko zasypiam na swoim
              siedzeniu, jednym z nielicznych podwójnych. Tym razem jadę już jednopiętrowym,
              dość pełnym autobusem, w którym, o zgrozo, żadne siedzenia się nie rozkładają!
              Nie jest więc specjalnie wygodnie i budzę się co jakiś czas, żeby zmienić
              pozycję. Kiedy dojeżdżamy do Manchesteru, dochodzi północ, a na dworze…leje !
              Deszczowi towarzyszy też gęsta mgła. Dopiero wysiadając z autobusu w Stockport,
              w obliczu przesiadki do miejskiego niebieskiego double deckera, czuję, że
              jestem naprawdę wykończona. Dwa bardzo aktywne i finansowo rujnujące dni. Ale
              było warto, naprawdę warto. No i z pewnością będzie co zwiedzać, jeśli kiedyś
              znów tu wpadnę.
              • corrina_f1 Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) 01.10.05, 14:34
                W wątku LONDYN na fotograficznym forum PODRÓŻE dodałam kilka swoich fotek:
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=91&w=27136293&wv.x=1&a=27922744&s=1
                (gdzieś bliżej końca strony)
                • Gość: deo Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) IP: *.wss.zgierz.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 01.10.05, 15:44
                  Przeczytane , obejrzane , pozazdroszczone .... to już 10 lat mija od
                  ostatniego pobytu w Londynie ...ostatnim razem też tak biegałem w tempie po
                  ulicach Londynu ... miałem 1 dzień więcej zużyty prawie w całości na Winsor...
                  Dzięki za relacje po przeczytaniu której te miejsca stanęły mi przed oczami
                  jak żywe ...

                  Fajnie , że widziałaś wnętrze Buckingham Palace ... wspaniałe i
                  niepowtarzalne ... nasz zamek królewski to nijak ma się do tamtych sal ..

                  Chciałem wejść do pokoju królowej - Wałęsa mógł -to ja nie - ale za
                  bardzo sie nie udało ...

                  pzdr.deo
                  • mojito Dwudniowy Londyn :). 01.10.05, 17:44
                    Hola Corrina,
                    poradzilas sobie "with flying colors". Bardzo interesujacy opis.
                    Bylem dwa razy po pare dni w Londynie w tym roku. Twoj opis cofnal
                    mnie do miasta po raz trzeci :). Bardzo lubie Londyn. Ciekawe i bardzo
                    kosmopolityczne miasto. Przy kolejnej wizycie pozostanie Tobie tylko
                    high tea z Elka Druga :))).
                    Slonecznie pozdrawiam,
                    mojito.
                    • corrina_f1 Re: Dwudniowy Londyn :). 01.10.05, 18:11
                      Dzięki dzięki :)
                      Jak widzisz, Elka tak sobie sprytnie poradziła, że eweidentnie chyba pić
                      herbaty ze mną nie chciała, bo się do tej swojej Szkocji uciekła.. ;)

                      To była moja pierwsza wizyta w Londynie i w ogóle u Wyspiarzy. Aż wstyd, tyle
                      razy miałam okazję i chęć, jeszcze teraz kiedy można tak tanio.. Ale zawsze coś
                      innego wypadało, jak nie Egipt to Tunezja, jak nie Tunezja to Rzym. Zamiast już
                      dawno wybrać się do Anglii, po kilka razy latałam w te same miejsca (Kreta,
                      Egipt, Włochy). Teraz wiem, ile straciłam.
                      Londyn Londynem, chciałabym strasznie poszwędać się jeszcze po kraju, po małych
                      miasteczkach, nad jeziora, w góry, Kornwalia, Szkocja, Walia.. Heh, szkoda
                      tylko, że tak drogo :( Podczas tych ostatnich 10 dni w Anglii (Manchester,
                      Blackpool, Chester, Londyn) poszło mniej wiecej tyle, co w ciągu 2 pobytów w
                      Egipcie po 2 tygodnie.. :-/
                      Ale nic to, jak widać, noclegów tanich umiem szukać, połączeń tym bardziej,
                      więc liczę, że jeszcze kiedyś tam zawitam ! ;)

                      pzdr
                      Kasia
    • sumire Re: LONDYN W 2 DNI czyli jak sobie poradziłam :) 07.10.05, 17:23
      A ja właśnie wczoraj wróciłam z Londynu do Polski.
      I ilekroć tam jestem, to sobie myślę, jak bardzo lubię to miasto :)
      Do jedzenia ja niezmiennie polecam Wagamamę, i polecam też wydanie 25 funtów na bilet do teatru, bo bardzo warto. I polecam wycieczki do Camden, Notting Hill, Brick Lane, Battersea (może nie piękna dzielnica, ale bardzo sympatyczna i knajpki fajne).
      Niemniej, Londyn to Londyn, nie Anglia. Prawdziwa Anglia zaczyna się za nim :) tylko czy angielski mieszkańców Liverpoolu jest bardziej zrozumiały, niźli imigrantów, to ja nie wiem - na ulicach tego kraju raczej trudno usłyszeć akcent z BBC.
Pełna wersja