Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''

    • drevnikot Re: bieszczadzki dreszczyk 15.07.05, 18:03
      To było jeszcze na studiach w tych wspaniałych, bajecznych czasach kiedy
      wakacje trwały 3 miesiące a po Europie stopem jeździło sie miesiąc z hakiem z
      10 dolcami w kieszeni.. ach..
      Cała rzecz działa się w leśnych ostępach bieszczadzkich szlaków. Jak co roku
      mieszkaliśmy w namiocie zwanym "szczurek" w bazie studenckiej pod ,a właściwie
      nad Wetliną. Pięknie tam było bo i ludzie "prawdziwi" przyjeżdżali a jak się
      pieniążki kończyły to za narąbanie drewna to i nocleg i zupę można było dostać!
      (baza przy Wetlinie już nie istnieje niestety:((
      I tak mieszkaliśmy sobie, poranna toaleta w rzeczce, leniwe wędrówki po
      połoninach, zdjęcia wschodu słońca i niebieskich dzwoneczków a na śniadanko
      bułeczka z kozim serkiem. Słowem- sielanka!
      Aż nastał TEN dzień!
      W sumie nic nie zapowiadało rozwoju wypadków, poza podskórnym mrowieniem i
      uczuciem lekkiego niepokoju…żartuję oczywiście nic takiego nie było! poza
      jednym- z lekką niechęcią przystałam na propozycję mojego lubego- dziś już męża
      na wyprawę na Małą i Duża Rawkę- kto miał przyjemność- wątpliwą, ten wie- 25km,
      górka dołek, górka dołek i tak w koło Macieju, az w końcu Rawka i pięęęęękny
      widok. (nie było mi dane…ale nie uprzedzajmy!)
      Po porannych oblucjach i sytym śniadanku i o rozsądnej godzinie- czyli tak koło
      południa- ruszyliśmy.
      Trochę mglisto, lekko parno wiadomo, aura bieszczadzka,raz leje raz grzeje.
      Nawet miło było, Marek raczył mnie opowieściami o niedzwiedzaich,ulewach,
      lawinach błotnych, o tym jak błyskawicznie zmienia się pogoda w Bieszczadach
      hehe takie czary mary, słowem macho ,dżolero prawdziwy nic dodać nic ująć:)
      Wyprawa trwała, czas mijał gdy w tle usłyszałam złowrogi pomruk…aaaa…burzy..
      (!!!!)
      He, myślę sobie- daleko jest ale dreszczyk przeszedł- ja wychowana na
      opowieściach babci o burzy, o piorunie kulistym co wpadł kiedyś do mieszkania
      babcie na łóżko rzucił i zegar rozbił a sąsiadowi stodółkę spalił, łooo
      paaanie!!!, o tym że biegać nie wolno,metalowych rzeczy tykać a tym bardziej w
      górach w czasie burzy przebywać absolutnie nie, nie i jeszcze raz nie!, cóż
      poczułam się lekko nieswojo..
      Chmury i atmosfera zagęszczała się z minuty na minutę, nawet mojemu macho mina
      zrzedła,aż nagle- z nieba lunęły na nas hektolitry wody a nawałnica nabrała
      mocy!
      Co najgorsze byliśmy już naprawdę wysoko, na przełęczy, ani do przodu ani do
      tyłu! Przekrzykując pioruny i nawałnicę wykrzyczałam w ucho lubemu że schodzimy
      ze szlaku w dół żeby nie być dla morderczych piorunów jak na patelni i
      przeczekujemy, a no i że oczywiście żeby nie ważył się puścić mojej reki bo jak
      go piorun trafi a ja nie daj Boże przeżyję to przecież ja bez niego żyć nie
      mogę a tak trafi nas oboje i na miejscu w miłosnym uścisku ubije:)) ach młodość
      jest dzika!!:)
      Schodziliśmy ze szlaku co raz niżej a wkoło szalał żywioł..w końcu
      przycupnęliśmy pod skałami i czekamy pioruny biją drzewo za drzewem kończy
      żywot..pół godziny, godzina…dwie..burza powoli słabnie, przemoczeni i
      zziębnieci,Marek mówi żeby iść bo się wyziębimy i w ogóle będzie kiszka bo
      niedługo się zrobi ciemno. Ruszamy powoli stokiem pod góre-logicznie- idąc pod
      gorę trafimy wreszcie na samą góre..logicznie?? Jakoś ta droga wydała nam się
      dużo dłuższa niż ta w dół, zaczęło robić się ciemniej, podniosłą się mgła. W
      końcu wyszliśmy na połoninę i…..okazało się ze to nie szczyt tylko mała
      zagubiona polanka na której pasły się jelonki!! Wpadłam w panikę! Nie były to
      czasy mobilnych telefonów,serce załomotało mi gdzieś w okolicy krtani a nogi
      odmówiły posłuszeństwa, no tak, za parę lat pogranicznicy znajdą tu nasze
      pobielałe kości Marek!! Marek!!! zrób coś je nie chcę umierać, ja jestem mokra,
      głodna i w ogóle to chcę do namiotu a najlepiej to do babci mojej na rosół!!
      zrób coś! Marek zrobił coś,tzn postawił mnie na nogi i powlókł dalej. Minęliśmy
      jeszcze kilka takich polanek i wreszcie..przed nami.. Ukazał się szczyt
      Wielkiej Rawki!
      Łzom szczęścia- moim- nie było końca! Ale poprzysięgłam że nigdy na tę górkę
      nie wlezę, ominęliśmy ją łukiem po stoku, wyszliśmy na szlak, obejrzeliśmy
      okolicę w poświacie wieczornej i ruszyliśmy w dłuuugą drogę powrotną.. Głównie
      w błocie, na tyłku potykając się ze zmęczenia, ale dotarliśmy na cztery porcje
      gorącego żurku z jajkiem prosto od pani bufetowej w wetlińskiej knajpie po
      schodkach…
      I oto moje story, czy była z dreszczykiem- sami oceńcie, ja mam dreszczyk choć
      minęło już dobre 7lat od tej wyprawy,i na całą przygodę patrzę z ogromnym
      sentymentem to przysięgam uroczyście ze na żadną Rawkę nie wlizę nigdy i już!

      pozdr:)kama


    • nestorkaa Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 18:21
      20.06.2002r.

      Jeszcze tylko dwie godzinki i koniec tej nudnej szkoły na dziś...jak ja marzę o
      wakacjach, o wspaniale chłodnej kapieli w naszym jeziorku i o tych upałach
      jakie zawsze nawiedzają nasz okolicę..
      Tak naprawde to zostały jeszcze tylko dwa dni i WAKACJE!!!Upragnione,wymarzone
      wakacje za którym tęskni się cały rok!!
      W końcu nadszedł ten dzień, jednak pogoda niestety nie dopisywała,było
      pochmurno,deszcowo i brzydko-wymarzone wolne a jeszcze takie zapadane:(Wychodzi
      na to,że musze pozostać w domku i siedzieć przed telewizorem i oglądać razem z
      babcią kiepskie tasiemce czyli telenowele..no ale cóż..lepszy rydz-niz nic-
      prawda?
      Oglądam już chyba 1598 albo 1599 odcinek Luz Klarity-jednym okiem patrzę drugim
      już przyspaim-aż tu nagle dzwonek do drzwi!
      Otwieram i co widzę-paczkę moich najlepszych przyjaciół ze szkoły,którzy
      namawiają mnie na wieczorny spacerek-a skoro juz przestało padać...postanowiłam
      dać sie namówić:)
      No i poszłam...bylo bardzo cieplutko...rozmawialiśmy bardzo długo,aż naglejedna
      z osoób rzucła hasło idziemy na cmentarz!!!
      A powiem szczerze,że nie bardzo mi się to uśmiechało bo była...24 w nocy :
      (...jednak po raz kolejny uległam namowom przyjaciół...
      Byłam zlana potem przechodząć przez setki grobów..nie widziałam nic prócz
      ogroimnych krzyży i gdzieniegdzie pozapalanych zniczy-bylo
      potwornie,myślałam,że za chwilkę umre i nie bedzie problemu z pochowaniem
      mnie,bo własnie jestem na cmentarzu!!
      Kolega zauważył mój potworny strach i postanowił wziać mnie za rączke,żeby było
      mi lepiej,żebym się nie bała..byłam bardzo szczesliwa ze sie ktos tak mna
      zaopiekował...
      Pozliśmy na grób mojego znajomego babci-grób był świeży..przestałam sie bać..i
      tak sie rozbrykałam ze chodzilam w koło tego grobu już sama..bez
      obaw..strachu...
      Aż nagle usłyszałam krzy Anki-i ujżałam przerażenie w oczach wszystkich...za
      krzyżem stał kościotrup-swiecil sie caly na zielono..cos z niego
      kapalo..wygładał jak upior..wszyscy zaczeli uciekac..zamykac oczy...zaczeli
      wolac zebym uciekala..i prawie mi sei udalo gdyby nie to ze zrobiłam tylko pare
      krokow i wpdalam do jakies dziury..glebokiej...zaczelam krzyczec z calych
      sil...poplakalam sie jak male dziecko...
      Na pomoc dzieki Bogu przybiegli policjanci-oczywiscie z moich znajomych nikogo
      nie pozostalo..
      Zaopiekowali sie mna ..spisali wydarzenie!
      Jak sie później okazało wszystko było zaplanowane...doskonały strój z
      pobliskiej wypożyczalni no i oczwiście dół..którego nie widzialam a byl
      przykryty tylko zwykła folia..Tylko jedno im nie wyszło..Policja,ktora mnie
      spisala i pouczyla :(
      Mimo wszystko mile wspominam tamta chwile..jednak balam sie niesamowicie .
    • monisia2403 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 18:28
      To było jak miałam mniej więcej 12 lat. Wracałam z mamą i młodszym bratem z
      pobytu u babci. Jechaliśmy pociągiem. Było strasznie duszno i zapasy wody
      skończyły się znacznie wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Kiedy dojechaliśmy do
      Malborka okazało się, że mamy tam co najmniej półgodzinny postój. Postanowiłam
      więc pójść szybko do sklepu na stacji i dokupić wody. Jak pomyslałam, tak też
      zrobiłam. Ale najpierw spytałam się zwiadowcy, czy mogę, a on odparł, że nie ma
      sprawy i że jakby co pociąg poczeka na mnie. Gdy stałam w kolejce moja mama z
      bratem cały czas byli w oknie. Kiedy już prawie podchodziłam do kasy, aby
      dokonać zakupu zorientowałam się, że pociąg odjeżdża. Nie wiedziałam co się
      dzieje, tylko czym prędzej ruszyłam w kierunku pociągu. Wszyscy krzyczeli i w
      końcu ktoś zatrzymał pociąg. To co przeżyłam tam na stacji, widząc jak mój
      pociąg odjeżdża to było nie do opisania. Nie miałam przy sobie nic -
      legitymacji, komórki ani nawet pieniędzy, bo cóż znaczyły te 2 złote, które
      wzięłam na wodę? To było straszne... Gdy wróciłam do mojego przedziału ujrzałam
      moją mamę i brata płaczących... A wszystko przez to, że zawiadowca zapomniał o
      mnie... Na szczęscie wszystko dobrze się skończyło...
    • Gość: Pióro Piotr Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.07.05, 19:24
      Mam na imie piotrek gdy byłem na obozie dostaliśmy dziwny pokuj.Gdy z kolegom
      siedzałem w pokoju usłszeliśmy dziwny odgłos brzmiał tak haszsas.Pojego
      usłszeniu zamkneły się dziwi i dziwi od balkonu.Natyhmiast stamtont uciekliśmy.
      Dwa dni pużniej w naszym zamku klucz zaczoł się sam ruszać.
    • e25 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 21:05
      To Chorwackie bezdroża przyprawiły mnie o dreszcz emocji w te wakacje.
      Wybraliśmy się na samodzielną,, samochodową wyprawę w dolinę rzeki Cetiny.
      Zatrzymując się w różnych miejscach podziwialiśmy piękno Chorwackiego
      krajobrazu. Mieliśmy mało dokładną mapę, a kolejnym celem naszej wyprawy tego
      dnia było przygraniczne miasto Imotski. Staraliśmy kierować się na południowy
      wschód jednocześnie wybierając najbardziej atrakcyjne widokowo drogi. Błądząc
      po wąskich szlakach znaleźliśmy się na szczycie, z którego mogliśmy podziwiać
      ujście Cetiny do Adriatyku. Widok był bajkowy, ale zgodnie doszliśmy do
      wniosku, że nie do końca wiemy, gdzie się znajdujemy i gdzie należy jechać.
      Zastanawiając się, w którą stronę powinniśmy się udać, zobaczyliśmy
      kierunkowskaz, a właściwie reklamę konoby (czyli knajpy). Reklama była
      słusznych rozmiarów. Uznaliśmy, że konoba ta znajduje się zapewne przy głównej
      drodze, która zaprowadzi nas dalej do Imotski kolejnego celu naszej wyprawy.
      Przez kilka kilometrów podążaliśmy za wielkimi znakami KONOBA. Droga stawała
      się coraz węższa i bardziej kręta. Dotarliśmy do bardzo małej, starej i lekko
      zaniedbanej wioski, w której uliczka była tak wąska, że lusterka samochodu
      niemal ocierały się o mijane zabudowania. To tu, na końcu drogi (końcu – bo
      dalej nie dało się po prostu jechać) znajdowała się KONOBA. Knajpka okazała
      się „mini barem” w jednej z wiejskich izb. Wierzcie mi – tu diabeł mówił
      dobranoc. Zatrzymaliśmy się tam na krótki odpoczynek. U miejscowych gospodarzy
      kupiliśmy domowe wino i pyszną orzechówkę przy której wieczorem wspominaliśmy
      naszą małą przygodę z chorwackich bezdroży.
      • Gość: ^\0/^ Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.07.05, 23:33
        Super przygoda. Również jechałem tą malowniczą trasą i miałem podobne wrażenia.
    • azegarska Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 21:19
      Witam!

      Ponizej jest moja przygoda. W zasadzie to jest moj bardzo stary mail do rodziny
      i przyjaciol w Polsce z czasow, gdy przebywalam jako au pair w USA. (Dlatego nie
      uzywalam polskich znakow. Teraz tez tego nie robie, bo rowniez przebywam za
      granica.)
      Rzecz miala miejsce pod koniec listopada 2002 roku.
      Cytuje:

      W ubiegly weekend (a scislej mowiac w piatek i sobote) bylam w Yosemite
      - Parku Narodowym USA, czesci gor Sierra Nevada. Wczesniej duzo sie o tym
      naczytalam i naogladalam i wiedzialam, ze koniec listopada nie jest
      najlepszym czasem na wycieczke w tamte strony. Gory sa zawsze piekne, ale
      wodospady i ukwiecone laki najladniej wygladaja wiosna. Dla mnie jednek
      ubiegly weekend byl jedynym mozliwym terminem przed przeprowadzka do
      Teksasu. Postanowialam wykorzystac to, ze poki co, jestem w Kaliforni i
      pomimo tego, ze nie udalo mi sie zebrac ekipy, wyruszylam na wyprawe. Sama.

      Dolina Yosemite jest cudowna! Nie jest rozlegla- spladrowalam ja w jeden
      dzien, w czym bardzo pomogly bezplatne autobusy kursujace wokol.
      Porosnieta jest cedrami, sekwojami, sosnami, debami i innymi drzewkami.
      Utoczona- (jak to doliny maja w zwyczaju) gorami: olbrzymimi, strzelajacymi w
      niebo i o
      ciekawych ksztaltach. Naturalnym kolorem tych gor jest blado szary, jednakze
      przy zachodzie slonca barwa zmienia sie na czerwona (tam, gdzie slonce dociera,
      w cieniu gory
      sa czarne, tylko sczyty sa czerwone), a przy wschodzie -
      pomaranczowo-zolto-szare. Wspaniale widoki!

      Jak napisalam wczesniej pojechalam tam sama, a do tego nie zarezerwowalam
      miejsca w zadnym hotelu. Zgodnie z przewodnikiem, o tej porze roku nie
      powinno bylo byc tam tlumow, stwierdzialam wiec, ze cos znajde. Niestety,
      okazalo sie, ze w tym czasie odbywala sie tam jakas konferencji. W calej
      dolinie bylo wolne tylko jedno miejsce i to do tego w najdrozszym hotelu:
      ok. 400$ za noc! Stwierdzilam, ze to troche za duzo, jak dla mnie. Z dugiej
      jednak strony
      wracac do domu po jednym dniu tez nie chcialam, postanowialam wiec
      poszukac miejsca w jakims lokalu "ogolnodostepnym". Po jakims czasie
      intensywnego wypatrywania za bezpiecznymi zakamarkami przekonalam sie, ze
      jedynym takim miejscem moze byc tylko toaleta! Znalazlam nawet sensowna z duzym
      pomiesczeniem dla
      niepelnosprawnych, ogrzewanym i zamykanym na normalne drzwi (tutaj toalety
      maja przewaznie drzwi z duza dziura na dole i szczelinami po bokach, przez
      ktore mozna obserwowac oczekujacych w kolejce i vice versa:). Do tego w
      pomieszczeniu tym byl zlew z olbrzymim obudowaniem, na ktorym mogalam sie polozyc i
      tylko stopy byly w zlewie. Stwierdzialam, ze w razie czego tutaj
      przekoczuje. Byl tylko jeden bardzo duzy problem: niedzwiedzie! Nawiedzaja
      one doline bardzo czesto. A do tego panuje tu prawdziwa niedziwedziomania:
      wszyscy o nich rozmawiaja:
      "-Widziales dzisiaj niedzwiedzia?
      -Widzialem, dwojke, przy Nevada Fall..."(ten wodospad byl dosyc daleko od
      wioski, uff!)
      Inna rozmaowa:
      "Pamietaj, niezaleznie od tego, czy niedzwiedz jest szary, brazowy, bezowy,
      czy tez czarny, to i tak to jest grizzly!" (Nieswiadoma, uwierzylam w to.
      Dopiero wczoraj przeczytalam, ze ostatni grizzly z Yosemite zostal
      zastrzelony pod koniec XIX wieku.)
      -"Mozesz go zobaczyc o kazdej porze dnia i nocy i w kazdym miejscu..."
      Gdy dzieci zachowuja sie za glosno, rodzice strasza ich niedzwiedziami.
      W lokalnej gazetce i przy kazdym smietniku sa informacje, co robic, zeby
      niedzwiedzia nie zwabic, i co robic, gdy sie go zobaczy. Gdy stalam w
      kolejce, zeby sie dowiedziec o miejsca noclegowe, obejrzalam film, o tym,
      jak to niedzwiedzie wybijaja szyby w samochodach na parkingu, demoluja je,
      wchodza do srodka i szukaja jedzenia. Pod zadnym pozorem nie mozna ich
      dokarmiac. Nalezy tez trzymac wlasne jedzenie szczelnie zamkniete, w miare
      mozliwosci wszystko zjadac, zeby w smietnikach nie bylo duzo resztek. To
      wlasnie ludzkie jedzenie sprawia, ze staja sie one agresywne: domagaja sie
      wiecej i wiecej. W ubieglym roku straznicy musieli zabic 5 niedziwedzi, bo
      za bardzo rozrabialy.
      Nic nie wskazywalo na to, ze bede miala dobry sen...

      Postanowilam spedzic w mojej noclegowni jak najmniej czasu. Z lokalnej
      gazetki dowiedzialam sie, ze wieczorem straznicy cos organizuja (zreszta
      robia to codziennie!). Mialo to byc o geologii. Zapowiadalo sie bardzo
      naukowo, ale stwierdzilam, ze wole to niz samotnosc w ubikacji (chociaz
      samotnosc oczywiscie bylaby lepsza niz towarzystwo niedzwiedzia). Przybylam
      na spotkanie jako pierwsza. Od razu strazniczka zapytala mnie, czy moge byc
      ochotnikiem i przeczytac dla wszystkich pewna historie. Ledwo zdanie
      powiedzialam, a ona juz wylapala moj akcent, ktory ja zainteresowal.
      Powiedziala, ze nie spotkala tu ludzi
      z Polski, chociaz oczywiscie nie pyta wszystkich, skad przybyli...Zaproponowala
      tez: "A moze zaspiewasz piosenke?" Mialo to byc cos w stylu naszej "Gzie strumyk
      plynie z wolna...". Ja na to, ze bardzo chetnie, tylko ze nie znam ani slow, ani
      melodii zadnej amerykanskiej
      turystycznej piesni. Powoli zaczeli sie schodzic inni ludzie, strazniczka
      zwerbowala innych ochotnikow. Okazalo sie, ze ona miala spiewac zwrotki, a
      my po kazdej zwrotce powinnismy cos albo kogos udawac: jeden pan mial byc
      pociagiem, inny mial sie glaskac po brzuchu i mowic "yammy, yammy", jedna
      pani miala wolac "hey, baby", nie pamietam juz co robili inni. Ja w kazdym
      razie mialam byc spiaca i chrapiaca babcia. Wieczor sie rozpoczal. Na
      poczatku strazniczka wypytala sie kto - skad przybyl. Okazalo sie, ze tylko
      ja jestem spoza USA i w zwiazku z tym dostalam brawa. Nastepnie rozmowa
      zeszla oczywiscie na niedzwiedzie. A potem, dla rozluznienia, byl nasz
      wystep. Bardzo sie wszystkim podobalo, wszyscy sie smieli z mojej babci (juz
      myslalam, ze moze Amerykanie chrapia inaczej, bo naprwde dla mnie to nie
      bylo az tak smieszne), jeden pan nakrecil nas na video. I tak nadszedl czas
      na "gwozdz programu": tzn. pokaz slajdow wraz z opowiazdka geologiczna, tez
      w dosc laickim tonie. Wieczor zakonczyl sie dosyc szybko: ok. 21. Nie bylam
      pewna, co mam robic i wtedy nadjechal bezplatny autobus. Jezdzialam nim
      przez godzine (tzn. do czasu, kiedy autbusy przestaja kursowac) i
      podziwialam ksiezyc. Byl rzeczywiscie piekny, tylko ze za kazdym zakretem
      musialam sie obracac.

      O 22 poszlam do mojejego miejsca noclegu. I wtedy okazalo sie, ze te drzwi w
      ubikacji nie zamykaja sie na zasuwe: cos albo ktos je zepsul. Zastawilam je
      wiec smietnikiem, opracowalam strategie ucieczki:
      1. Gdy niedzwiedz nadejdzie NA PEWNO najpierw zainteresuje sie smietnikiem,
      bo bedzie myslal, ze tam jest jedzenie.
      2. Ja w tym czasie wskocze na dosyc wysoka skrzynke, ktora stala obok zlewu,
      wybije szybe i:
      A. Jesli okaze sie, ze pod oknem bedzie stal drugi niedzwiedz (albo
      stado niedzwiedzi), wskocze na dach.
      B. Jesli okaze sie, ze droga wolna, zaczne uciekac.
      Pomimo tego, ze plan byl perfekcyjny, nie poczulam sie lepiej. Nad moja
      glowa wisiala tabliczka: "Don't be bear careless", na drzwiach "Beware the
      bears". Patrzylam na nie, odmowialam caly rozaniec, opracowalam plan
      wycieczki na jutro (w wierze, ze jutra doczekam). W sumie zdrzemnelam sie
      moze nie dluzej niz godzine. Ale niedzwiedz nie nadszedl! Przyszla za to
      malutka myszka i schowala sie pod "moim" zlewem. Ci, ktorzy znaja moje
      podejscie do tych stworzen, zapewne domyslaja sie, jaka byla moja pierwsza
      reakcja. Zaczelam piszczec, po chwili stwierdzialam jednak, ze to moze
      spowodowac problemy, bo ktos sie moze tym zaineresowac. W instrukcji "Co
      robic, gdy sie spotka niedziwedzia" bylo napisane, ze nalezy klaskac.
      Wyprobowalam wiec te metode na myszy. I to dopiero bylo przygnebiajace, bo
      nawet mysz sie tego nie bala. Pomyslalam wiec, ze co dopiero niedzwiedz!
      Mniej wiecej po 15 min. mysz sama mnie opuscila. Nikt wiecej mnie nie
      odwiedzil! Ok. 5.30 opuscilam ubikacje, na zewnatrz nadal bylo bardzo ci
    • Gość: Ozz@ Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.internetdsl.tpnet.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 15.07.05, 21:42
      Moja "najstraszniejsza" chwila miała miejsce całkiem niedawno. Byłem w
      Tarnowskich Górach na Egzaminach z ratownictwa wodnego. W sumie 4 dni imprezy.
      To stało się w pierwszą noc... Razem z kumplami z namiotu (a było nas pięciu)
      doszliśmy do wniosku, że 2 rano to idealna pora na rozwałkę namiotów.
      Narobiliśmy przy tym sporo hałasu i obudziliśmy naszego prezesa. Po ciemku
      kadra wopru zaczęła nas ścigac. Zabawa przerodziła się w grę typu metal gear
      solid, tyle że w realu. Rozdzieliliśmy się. W pewnym momencie niemal wpadłem na
      żonę prezesa, i momentalnie dałem nura w pobliskie krzaki i drzewa. Udało mi
      się zwiac, i tak siedząc w egizpskich ciemnościach, tuż koło ucha coś czknęło
      tak głośno jak to tylko możliwe. Myślałem, że przeskoczę drzewa, pod którymi
      siedziałem. okazało się, że kumpel dostał ze stresu czkawki i również czaił się
      w leśniej gęstwinie :)
    • asia_82 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 22:14
      hmm.....
    • joanka_b Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 22:33
      Chcialabym opisac tu nie zwykla historie wakacyjna, lecz usilnie mysle i
      dochodze do wniosku nigdy takiej nie przezylam.Moje wakacyjne wypady
      ograniczaly sie do wyjazdow rodzinych,i wycieczek szkolnych( na ktorych trzeba
      bylo realizowac plan wycieczki, ktory byl nie jednokrotnie nie przemyslany i
      malo ciekawy). Chcialabym zwiedzac swiat aczkolwiek nawet obecne promocje sa
      dla mnie duza bariera finansowa i na pewno przez najblizsze lata nie do
      przeskoczenia.Pomimo tego nie trace nadzieji:)Zazdroszcze Wszystkim, którzy
      jezdza po swiecie, poznaja nowe kultury, miejsca, obyczaje... To musi byc nie
      samowite przezycie!!!!!! pozdrawiam:))
      • Gość: Paweł z Krakowa :) Rzeka hmm nie tylko rzeka :) brrr straszne IP: *.kolornet.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 16.07.05, 01:24
        Cześć wszystkim moja wakacyjna historia idealnie sie nadaje do waszego konkursu
        jestem zaskoczony mile iz taki pomysl powstal. Przechodzac do rzeczy otoz rok
        temu czyli w ubiegle wakacje pojechalem wypoczac na wies do rodzinki.
        Wyruszylem z Krakowa autobusem do celu ktorym byla Stroza taka wies lezaca nad
        rzeka Raba. Spedzilem tam 2 tygodnie ktore jak nic do dzisiaj od 1 dnia pobytu
        pamietam. Historia ktora wam opowiem jest szokujaca przeczytacie uwaznie to co
        wam napisze :) W koncu dojechalem z babcia na wies! Byla godzina 14.00
        poszlismy z babcia do domku na niewielkim pagorku oddalonym jakies 80-100
        metrow od rzeki Raby. Pomoglem babci sie rozpakowac i potem od razu pobieglem
        zobaczyc i poczuc rzeke Rabe byla piekna goraca szumiala i tak patrzac na nia
        pomyslalem ach juz jest super dobrze zrobilem wyjezdzajac na te wakacje hehe :)
        Prad rzeki byl slaby sciaglem wiec "wszystko" z siebie i ruszylem wszerz rzeki
        liczac ile ona ma szerokosci obliczylem 20 metrow sporo . Posrodku rzeki jej
        glebokosc nadspodziewanie byla duza siegala mi prawie po ramiona hmm
        zaciekawilo mnie to gdyz bedac tu rok temu jak nic byla o polowe plytsza!! Hmmm
        nie wiem moze bylem nizszy ale bez przesady!! Postanowilem wiec zapytac babcie
        jak jest z ta rzeka. Otrzepalem sie szybko wzialem rzeczy i smiglem do babci.
        Wlasnie szykowala wspanialy obiad umylem rece i przy obiedzie zadalem pytanie:
        Babciu dlaczego ta woda jest tak gleboka mi sie wydaje ze jakos dziwnie nabrala
        wody?? I wtedy nagle zdebialem serce zaczelo mi do tego stopnia walic ze
        stracilem na chwile oddech zobaczylem jak brazowe oczy babci staja sie
        niebieskie!!!! coraz bardziej niebieskie!!! z oczu zaczyna lac sie woda to bylo
        straszne ale po sekundach ustalo babcia nie odpowiedziala mi na pytanie lecz
        zaczela plakac po prostu plakac tak czy ja tu mam zwidy czy jestem walniety nie
        wiedzialem wtedy babcia zaczela gadac o jakiejs znajomej ktora porwala rzeka
        hehe rzeka!! porwala kobiete dobre smialem sie dla odmiany. Ten dzien byl
        dziwny brr bardzo dziwny gdyz w nocy ok. godziny 22.00 kiedy bylo jeszcze w
        miare szarawo i moglem cos zobaczyc przez swoja lornetke tak lornetke zawsze
        wszedzie gdzie jade zabieram ze soba lornetke moim zdaniem to podstawa!!
        ujrzalem cos zaskakujacego jakby rzeka tracila wode posrodku i tworzyla suchy
        korytarz pomiedzy och jaki byl to widok zamarlem na chwile pomyslalem jaaa
        chyba snie kurde ide sie polozyc poszedlem do babci aby powiedziec jej dobranoc
        a tu ... nie ma nie ma jej ale gdzie ona poszla hmm nie wiem w kazdym badz
        razie wtedy nie mialem zamiaru myslec bylem zmeczany calym dniem a podroza
        szczegolnie poszedlem wiec spac. W kolejnych dniach babcia znikala coraz
        czesciej ale nie martwilem sie tym bylem zajety poznawaniem ludzi chodzeniem po
        lesie plywaniem itd. Kazdego dnia obserwowalem rzeke i kazdego dnia sytuacja
        sie powtarzala babci nie ma dziwnie cicho wszedzie a rzeka sie dzieli cos
        nieprawdopodobnego!! Chcialem powiadomic o tym rodzicow balem sie ze cos jest
        nie tak ale telefony i budka i stacjonarny nie dzialaly!! Co sie dzieje ludzie
        tez wydawali sie dziwni moze ja jestem dziwny nie chcialem tego wiedziec
        wiedzialem jedno chce do domu i tak po tygodniu pobytu na wsi przy sniadaniu
        powiedzialem o tym babci: Ja chce do domu!! Nudzi mi sie :( a tu babcia
        stanowczo powiedziala nie!!!!!!!!!! Jak to mozna nazwac mowa poprostu wydarla
        sie na mnie nie pojedziemy do domu za tydzien tak jak bylo w planie 2 tygodnie
        wakacji i bez komentarza!! Gdy to uslyszalem przerazilem sie teraz wiedzialem
        ze jestem uziemiony i sam :( nie Paweł ty nie jestes baba wez sie do garsci :)
        powiedzialem sobie i nabralem odwagi jak nigdy do dzisiaj nie wiem jak ja to
        zrobilem otoz tego samego dnia wieczorem sledzilem babcie. Wyszedlem z domku
        przykuclem i zaczalem powoli isc za babcia na wszelki wypadek wzialem ze soba
        lornetke jakbym czegos nie widzial z daleka :D i tak szedlem przez 5 min az w
        koncu dotarlem za babcia nascrodek sciezki prowadzacej do rzeki łał co to byl
        za widok prawie zawalu dostalem babcia nagle blysla cala na niebiesko i wtedy
        kilkadziesiat punkcikow posrod tej calej ciemnosci blyslo zewszad blyskalo cala
        wies blysla!! a przynajmniej jej mieszkancy!! cofnalem sie w kszki zeby zajac
        dobra pozycje do obserwacji. Po chwili ujrzalem chyba wszystkich mieszkancow
        Strozy wsi ktora do dzis budzi we mnie dreszcze i strach .... kazdy z ludzi
        ktorych widzialem poruszal sie wolno z glowa i rekoma opuszczonymi w dol widok
        ten byl jak z koszaru cos niesamowitego zaczela nagle mnie bolec glowa
        strasznie bolec zaczalem sie pocic i obudzilem sie co?? Gdzie ja jestem??
        okazalo sie ze bylem chory i poprostu majaczylem a to byl glupi sen heh wakacje
        byly ok ogulnie 1tydzien spoko 2 bylem chory . To koniec mojej historii papa!
        • Gość: kama Re: Rzeka hmm nie tylko rzeka :) brrr straszne IP: *.polkomtel.com.pl 16.07.05, 11:23
          genialne,czytałam z zapartym tchem:))
          • Gość: Paweł z Krakowa :) Re: Rzeka hmm nie tylko rzeka :) brrr straszne IP: *.kolornet.pl / *.kolornet.pl 16.07.05, 16:18
            Dzieki ze genialne wow nie sadzilem ze ktos oceni moja prace :)
            Kama wielkie pozdro dla Ciebie i bonus jesli poprosisz i zechcesz
            napisze jeszcze 1 super historie :0
            • Gość: roześmianyy Re: Rzeka hmm nie tylko rzeka :) brrr straszne IP: *.myslenice.net.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 18.07.05, 19:30
              Mieszkam zaraz obok Stróży bo w Myślenicach i bywałem tam wiele razy... i
              naprawde, musze Ci pogratulować komizmu, nieźle sie uśmiałem, az mnie dreszcz
              przeszedł bueheheh.
        • pawel9965 Re: Rzeka hmm nie tylko rzeka :) brrr straszne 18.07.05, 23:38
          Czesc wszystkim ten Paweł z Krakowa to ja mosialem sie tylko zalogowac mam
          rodzinke w Storzy i moja babcia ma tam dzilke wiec pozdrawiam wszystkich
          mieszkancow i zachecam do czytania mego dziela moge napisac dalsza czesc
          wystarczy tylko napisac ze chcecie :) bylo by mi milo
          • sylwuska1 super! 20.07.05, 00:06
            niesamowite! to opowiadanie jest the beast!!!! najlepsze!!!!!!!!!!!!!!!!!
            • Gość: rk19 Re: super! IP: 80.51.249.* 20.07.05, 20:57
              Nie no nawet w takim krótkim poście... "the beast"??? Co to
              takiego?????????????? <ściana>
              • Gość: sylwuska1 jezioro IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.07.05, 22:53
          • pawel9965 Re: Rzeka hmm nie tylko rzeka :) brrr straszne 20.07.05, 16:52
            Czesc to znowu ja do wszystkich zainteresowanych jesli ktos chce uslyszec
            dalszy ciag mojej historji z ostatnich wakacji ktore po tej rzece sie nie
            koncza niech w odpowiedzi da znac :) DZIEKUJE WSZYSTKIM ZE TAK DOBRZE OCENIACIE
            MOJA PRACE POZDRAWIAM :)
    • Gość: mee... LOT Z PLONACYM SILNIKIEM... IP: *.avenel01.nj.comcast.net 15.07.05, 22:50
      ...byl grudzien roku 89 a ze mialem troche wolnego czasu wybralem sie do ryjo-
      brazylia.lot jambo jet'em 747 zapowiadal sie konfortowo pasazerow jak na
      lekarstwo... mialem miejsce lezace tuz przy szkrzydle. stalo sie to gdzies tak
      w polowie drogi nie moglem usnac i gapilem sie w ciemna otchlan i migajace
      swiatelka za oknem do tego wokol mnie ani jednego pasazera. ogien z silnika
      wybuch gwaltownie niemal muskajac szybe mego okienka. skulilem sie jakbym dobil
      do kresu.poczulem podobne uczucie gdzies w srodku brzucha jak przed tym lotem.
      tak, to bylo przeczucie...trwalo to wszystko dlugie sekundy...po chwili
      pojawila sie biala mgla zmieszana z ogniem a za nia ciemnosc...zabrzeczaly
      swiatelka do zapiecia pasow...i tak przelecialem bez jednego silnika do
      ryjo...co i wam polecam...oczywiscie ma sie rozumiec ryjo de janerio...)))
    • wertus6 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 23:21
      Po czteromiesięcznych pracowitych wakacjach w USA postanowiliśmy
      (ja i mój narzeczony) zrobić sobie tydzień odpoczynku. Wypożyczylismy
      samochód - nowy sportowy Fordzik Focus RS. Jedną z naszych wypraw
      stanowiła wycieczka do Yosemite - jednego z parków w
      Californi. Z naszego miejsca zamieszkania dojazd do tego parku
      zajmował około 3 godzin. Wyruszyliśmy więc z samego rana zaopatrzeni
      w dobrą pożyczoną mapę. Dojechaliśmy bez problemu, park piękny,
      majestatyczne, olbrzymie sekwoje, piękne skaliste góry,
      krajobrazy zapierające dech w piersiach. Na zwiedzenie całego parku przeznaczylismy sobie dwa dni.
      Zbliżał się zmrok, wiec postanowiliśmy poszukać noclegu. Jednak
      jako niezbyt doświadczeni turyści nie byliśmy dobrze do tego
      przygotowani. W parku znadowało sie kilka pól namiotowych, kilka
      kempingowych, ale my nie mieliśmy ani namiotu ani przyczepy. Wpadliśmy na pomysł, że będziemy spać w samochodzie na jednym z parkingów,
      jednak skutecznie odstraszyła nas naturalnej wielkości rzeźba
      niedźwiedzia wyjadającyego jedzenie z samochodu. Rzeźba ta stanowiła
      ostrzeżenie przed dziką zwierzyną, która mogłaby stanowić zagrożenie
      dla "dziko" nocujących turystów. Ku naszej radości po około godzinnym
      krążeniu po parku znaleźliśmy hotel. Jednak ceny nie były na naszą
      kieszeń $200 za noc. Nic z tego. I co tu zrobić. Godzina 22, ciemno, a my nie mamy gdzie się podziać. Postanowiliśmy, że najlepszym rozwiązaniem
      będzie wyjechać z parku i poszukać jakiegoś noclegu na zewnątrz.
      I tak też zrobiliśmy. Piękne za dnia góry i malownicze zbocza po
      zmroku budziły tylko przerażenie. Wąska niczym nieogrodzona droga,
      gdzie z lewej strony padał na nas cień olbrzymiego, porośniętego
      krzakami zbocza góry, a z prawej przeraźliwie szumiała rzeka nie
      była niczym oświetlona, ratowało nas tylko światło samochodu.
      Po półgodzinnej jeżdzie w ciemności natknęliśmy się na jakąś
      wydawałoby się miejscowość,
      którą okazało się być kilka domów. Przerażenie razem ze zmęczeniem
      prowadziło do rezygnacji z dlszego zwiedzania. Chcieliśmy tylko
      bezpiecznie znależć się w jakimś hotelu, albo wracać do domu. W końcu znależliśmy jakiś motelik. Wjeżdżało się do niego w dół, tzn. trzeba
      było zjechać ze zbocza w ciemność. Zjechaliśmy. Jednak nie było tam
      żywej duszy.
      Nagle zauwazyłam jakąś postać. Podjechaliśmy bliżej. Człowiek ten
      znajdował się za płotem, gdy zobaczył, że chcemy o coś zapytać
      wstał i kierował się w naszą stronę. Gdy podszegł bliżej jego brudne
      ubranie, braki w uzębienu, długie potargane włosy i brak prawej ręki
      skutecznie zniechęcił nas do pozostania w tym hotelu.
      Postanowilismy jechac dalej. Okazało się, że niedaleko był
      kolejny motelik, prowadzony przez skośnookiego miłego właściciela.
      Rano wyruszyliśmy z powrotem do parku.
      Po kolejnym dniu podziwiania natury, zdecydowaliśmy, że pojedzimy do domu
      "troszkę" naokoło, aby jak najwięcej zobaczyć. Wyruszylismy po południu,
      aby zdążyć przed zmrokiem. Droga ciekawa, czasami niebezpieczna,
      bo wiodąca jakby naokoło gór, gdzie po spojrzeniu w boczną szybę
      przechodzą dreszcze ze strachu, że się spadnie...
      Zatankowaliśmy raz, jakiś czas wcześniej.
      Przejechaliśmy przez pewne miasteczko,
      droga zmieniła się i zaczęła prowadzić przez las. Kreska na wskaźniku
      zużycia benzyny była na połowie, natknęlismy się na stację benzynową,
      w zasadzie dość często mijalismy jakieś stacje, ale przy tej ostatniej stwierdziliśmy, że jak dojedzimy na następną to zatankujemy do pełna
      i tym samym paliwa wystarczy nam na dłużej. I to był nasz błąd.
      Kolejnej stacji benzynowj nie było widać. Jedziemy jakiś czas i nic.
      Nagle zapala się lampka. Żarty się skończyły, robi się ciemno. Wycieczka
      nie jest taka fajna jak do tej pory. Jakoś nie widać innych turystów,
      jesteśmy praktycznie sami, jedynie co jakiś czas mija nas auto
      z naprzeciwka. Wyłączamy klimę i radio żeby zaoszczędzić paliwo i modlimy
      się o jakąś stację. Ale nie ma. Jedziemy z górki, więc dajemy na luz, gasimy silnik.
      Ciemno jak cholera, nie ma nikogo, las, dzikie zwierzęta. Planujemy
      co zrobimy gdyby samochód stanął: będziemy czekać na inny, iść na piechotę,
      czy czekać w aucie na nieoświetlonej drodze do rana. Nagle przed
      nami pojawia się auto. Cień nadziei, ale nie zatrzymuje się,
      jedzie dalej. Ja ze łzami w oczach nie odzywam się. Odległości
      na mapie nie wydaja się takie duże jak w rzeczywistości. Nagle
      w oddali widac jakieś światła. Miejscowość nazywa się Markleevillee.
      Stoi samotny dystrybutor z benzyną. Odetchnęliśmy. Humory wróciły...
      Dojechaliśmy do domu po jakiejś godzinie. Strach pomyśleć, co by
      było gdybyśmy mieli pod górkę...:)
      Na pamiątkę i jako dowód naszej głupoty zachowałam sobie paragon
      z tej stacyjki benzynowej. O 8.45 PM kupiliśmy 3.694 galony benzyny za $ 9.8. Wystarczyło by dojechac do domu.

      Zapraszamy
      www.nps.gov/yose/index.htm
    • patusiamycha Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.07.05, 23:25
      "California Dreaming", czyli Przemyślenia Wakacyjne :)

      Człowiek - jako istota udająca odpowiedzialną i rozsądną, dla której ważna jest
      konkretna perspektywna na teoretycznie konkretną przyszłość - tak naprawdę (po
      części, oczywiście :P) jest hedonistycznie carpediemowski... :)

      Weźmy najbardziej banalny przykład: WAKACJE (=> urlop).

      1. "Knockin` on heaven`s door" - czyli skamlanie pod drzwiami banku. Zapożyczamy
      się, naruszamy żelazne rezerwy finansowe, łamiemy prawa zwierząt, rozbijając
      świnkę (:P), odważamy się poprosić o pomoc teściową lub jakąś inną dzianą
      przedstawicielkę rodu (z przedstawicielami sprawa jest trudniejsza, ostrzegam!
      :]), aby tylko spędzić tydzień poza domem w jakiejś wielce egzotycznej scenerii
      odległej Jastarni :D

      2. "Na plaży słońce praży..." - tam przez kilkakrotnie kilkadziesiąt godzin
      wylewamy Z SIEBIE ósme poty, podsmażamy sobie to, czym nas Matka Natura
      obdarzyła, wylewamy NA SIEBIE tony olejku do opalania, lądujemy w pokoju
      hotelowym z 2-stopniowym oparzeniem wysmarowani domowym sposobem maślankowym,
      jęcząc, narzekając i zdzierając z siebie schodzącą powłokę skórną. Wracamy do
      domu, aby przeparadować przez co najwyżej tydzień po osiedlu, chwaląc się swą
      wątpliwą opalenizną ;)

      3. "Dla mnie masz stajla..." / "Uh Baby, I love your way..." (wersja dla
      dżentelmenów - a istnieją tacy?! ;]) a potem -> "Live or without U" aż wreszcie
      -> "Ona jest zwykłą szmatą..." i na końcu -> "Ile dałbym by zapomnieć te
      wszystkie chwile złe..." ;P (szczera prawda objęta HIP - POLOwą klamerką, kiedy
      dajemy się ponieść emocjom podczas beach parties :D)

      4. "Red red wine..." (wersja dla wrażliwych) / "Facet to świnia!" - hohoho! mąż
      znów jest pijany ;) Nie można się z nim pokazać na deptaku. Chociaż sie opalił,
      to jest pijany jak świnia i na deptak nawet nie zajdzie, wrr...! ;)

      5. "It`s all about the money..." - lody, dropsy, hektolitry wody mineralnej,
      rybka z fryteczkami, kolejny olejek do opalania, drożdżówki tak smakowicie
      wyglądające u Pana Z Torbą, kręcącego się po plaży, piwko / zimne trunki innego
      rodzaju (wersja dla abstynentów - like me :D), widokówki, dziecko widzi kolejną
      (!) zabawkę, autmoaty do gier ("dziecko - rozumiem, ale mój facet też?" :P),
      nowa sukienka ("przecież nie mogę do domu wrócić w starych ciuchach, to chyba
      oczywiste, phi!" - taa, o tyle, o ile :P), muzeum / galeria (dla wprawionych) -
      ukulturalniajmy się!, ITD. ITP. ...

      6. "Take a risk, no matter what will be tomorrow" - łapiemy cudną, jedyną,
      niepowtarzalną last minute, nie zważając na dokładną analizę umowy (<-
      inspirowane notką z "JaskiniNieCienia" :]) + inne surprisy urlopowe, np. nie
      umiejętność aklimatyzacji, kleszcze, komary i ich rodzinki, kieszonkowcy...

      7. "Tyle było dni do utraty sił..." - wakacje się skończyły, a my dopiero
      chcielibyśmy odpocząć :P

      Życzę udanych wakacji! Co złego, to nie ja :) :*
    • bbastek13 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 16.07.05, 15:42
      w połowie czerwca pojechałem nad morze, wszedlem do wody, zmina była i taki
      mnie dreszcz przeszedł, że lepiej nie mówić :)
    • agusjot Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 16.07.05, 16:52
      Mój wakacyjny dreszczyk nie miał dużo wspólnego z nocą, wyciem wilków czy
      przeszywającymi niebo błyskawicami. Zdarzyło się to w biały, wręcz oślepiająco
      biały dzień na pięknym polskim wybrzeżu, na plaży w Darłówku. Rozłożyliśmy z
      mężem i synkiem Kubą ręczniki, parawan, wyjęłam wiaderko, grabki, łopatki i
      resztę sprzętów plażowych, mąż przyniósł trochę wody w wiaderku dla małego.
      Słoneczko cudownie rozpieszczało naszą skórę.
      Kuba bawił się w piasku i nagle zniknął. Po prostu zniknął. Poczułam, jak nogi
      się pode mną uginają. Wokół były setki ludzi, dzieci krzyczących do rodziców i
      rodziców krzyczących do dzieci, wydawało mi się, że morze zaczęło złowrogo
      szumieć, a ludzie dookoła dziwnie się uśmiechali. Już widziałam poszukiwania,
      ratowników. Miałam łzy w oczach. Oczywiście wołanie Kubusia nie przynosiło
      rezultatów. Mąż zaczął nerwowo biegać, ja próbowałam wypatrzeć nasze dziecko.
      To były najgorsze minuty w naszym życiu.
      Dziecko, tak długo wyczekiwane, ukochane, które zjawiło się w naszym życiu
      przez ból, strach i łzy. Nie przeżyłabym takiej tragedii. Tylko ja i mój mąż
      wiemy, co w tej chwili czuliśmy.
      Nagle z daleka zobaczyłam czapeczkę Kubusia, zaczęłam biec w tamtą stronę jak
      szalona. Nasze dziecko spostrzegło dużą nadmuchiwaną piłkę kilka parawanów
      dalej i po prostu tam poszło.
      Ten stan szalejących emocji, lęku wymieszanego z bólem, zaciśniętego gardła
      trwał może dwie minuty, ale nie czas był tu ważny. Zakołysał mi się świat i
      długo nie chciał powrócić do dawnego stanu.
      To nie była bolesna lekcja życia, ale znak, którego nie można przegapić.
    • mcjack Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 16.07.05, 18:43
      Ameryka, USA, California, Los Angeles, San Francisco- te słowa od wielu, wielu
      lat spędzały mi sen z powiek. Od dziecka nie wiem dlaczego- czy to na podstawie
      filmów, internetu, opowiadań rodziców i znajomych Ameryka była dla mnie czymś
      szokującym, przyprawiającym o zawrót głowy.
      Tak bardzo chciałem tam być, że zrobiłbym wszystko, aby tam się znaleźć.
      Za kieszonkowe, które co miesiąc dostaję od rodziców nie kupiłem nigdy sobie
      nawet cukierka, gdyż odkładałem na wyjazd do USA w przyszłości. Po trochu
      czasami w szkole, czy w domu wyśmiewano się ze mnie. Ołówek i pióro miałem we
      wzorki USA, T-shirt i czapeczkę z napisem USA, a na ścianie mojego pokoju
      wisiała ogromna flaga USA, a małe chorągiewki USA towarzyszyły mi wszędzie.
      Na 18-te urodziny w prezencie od klasy dostałem olbrzymi (ma on z 3 metry
      długości) dmuchany młot ze wzorem USA z dopiskiem „dla najbardziej
      zamerykanizowanego chłopaka na świecie” i na końcu wielokropek (ha, ha- chyba
      nie chcieli dopisać abym się nim stuknął w głowę).
      Często mój Tata, który z racji swego zawodu (jest inżynierem nawigatorem)
      wielokrotnie był statkiem w USA tłumaczył mi- OK Jacek- USA to super kraj lecz
      nie jest tam wszystko tak dobre jak ja mówiłem. Ja jednak myślałem dalej swoje-
      USA jest „the best”.
      Największy jednak problem był w tym, iż pomimo, że cukierków dalej nie
      kupowałem, moje kieszonkowe w stosunku do cen wycieczek oferowanych przez biura
      podróży rosło w polskich warunkach powoli.
      Godzinami siedziałem w internecie i szukałem przyjaciół, którzy zaprosiliby mnie
      do siebie. Wszystko kończyło się jednak tylko na rozmowach.
      Nawiązywałem kontakty z firmami, które oferują wyjazdy dla młodzieży do szkół w
      USA, jednakże koszty takich wyjazdów rozmywały moje marzenia.
      Wszystkie moje zapały systematycznie chłodzili moi rodzice. Dziś ich rozumiem,
      gdyż byłem jeszcze za młody, aby samodzielnie wyjechać w taką podróż, zachęcając
      przy tym, aby uczyć się angielskiego, a może kiedyś moje marzenia się spełnią.
      To był ogromny plus moich amerykańskich marzeń. W każdej wolnej chwili
      korzystając z multimedialnych programów uczyłem się języka, rozmawiałem przez
      internet po angielsku, pisałem listy do przyjaciół w tym języku, przeglądałem
      amerykańskie strony internetowe. Pomogło mi to w znacznym stopniu, pomimo, iż
      wiem, że bardzo długa droga do pełnego opanowania tego języka, do względnego
      opanowania znajomości angielskiego.
      Kiedy zbliżały się moje 18-te urodziny, a moje wyniki w nauce okazały się
      celujące, rodzice zaproponowali mi: „OK. Jack- chcemy spełnić Twoje marzenia.
      Kupimy Ci na urodziny bilet do USA, musimy jednak poprosić Wujka w USA, aby Cię
      zaprosił, a następnie utrzymał i pokrył koszty Twojego pobytu.”
      Kiedy pewnego dnia wróciłem ze szkoły i zobaczyłem na stole list od Wujka
      z zaproszeniem dla mnie do USA myślałem, że wygrałem główną nagrodę w wielkiej
      loterii. Całą noc nie spałem pilnując przy łóżku zaproszenia i wiedząc, że
      jeszcze długa droga do wyjazdu- uzyskanie wizy (którą w Polsce trudno otrzymać)
      oraz zakup biletu, których ceny wzrastały z każdym dniem zbliżających się wakacji.
      Termin spotkania z konsulem USA w Krakowie dla dodania humoru uzyskałem na Dzień
      Dziecka ( obchodzony w Polsce 1 czerwca) i i okazał się on rzeczywiście
      szczęśliwy dla mnie, gdyż uzyskałem wizę bez problemu po krótkiej rozmowie z
      konsulem. Dużo pomógł mi w tym styl napisanego przez Wujka zaproszenia.
      Większość starających się o wizę miało zaproszenia na ogromnych formularzach z
      wielobarwnymi naklejkami firmowymi notariuszy, kilkoma pieczątkami.
      Moje krótko, konkretnie napisane zaproszenie, Konsul przeczytał i natychmiast
      wydał decyzję o przyznaniu wizy.
      Został jeszcze zakup biletu, których ceny rosły z każdą godziną nadchodzących
      letnich wakacji. Siedzieliśmy z Tatą ok. 3 dni w internecie, aby znaleźć
      najkorzystniejszą ofertę i mogę dziś powiedzieć, że szukanie popłaca, gdyż
      trafiliśmy bardzo korzystnie.
      Dzień wyjazdu- radość ogromna- spełniły się moje marzenia, jadę do USA, z
      drugiej jednak strony mała łezka w oczach- po raz pierwszy w życiu opuszczam dom
      i rodzinę na 2 miesiące.
      Lot pomimo przesiadki w Paryżu przebiegł bardzo dobrze- sprawnie, bez opóźnień i
      terrorystów !!!
      Po raz pierwszy jadłem lody na wysokości 10 km.
      Jest- jestem w Ameryce- szczęśliwe lądowanie w Los Angeles.
      Tak bardzo chciałem już stanąć na amerykańskiej ziemi lecz pomimo, że samolot
      już po kołowaniu stanął na pozycji docelowej nie otwierano drzwi ponad 1/2
      godziny. To podobno problemy lotnisk USA, gdzie jest tak wiele odlotów i
      przylotów, że jak czytałem obecnie bardziej niebezpieczny jest pobyt
      i kołowanie samolotu na lotnisku niż sam lot. Lotniska są ponad miarę przeciążone.
      Przykra też niespodzianka czekała mnie przy odprawie celno- paszportowej. Wiele
      razy przekraczałem już granice w Europie nawet za czasów komunizmu lecz pomimo,
      iż byłem nastawiony, że w USA spotka mnie długa przeszkoda przy odprawie nie
      wiedziałem, że jest, aż tak brzydka i długa. Trwało to ok. 1 godz., a bardzo
      krępująca jest obecnie procedura pobierania odcisku palca i wykonanie zdjęcia.
      To wszystko jednak nic w stosunku do chwili kiedy za bramką Emigration
      zobaczyłem oczekującego na mnie Wujka Stanleya i przebywającej również
      w tym czasie w USA cioci Jadwigi, a najważniejsze jestem, jestem, jestem...
      w USA. Pomimo, iż byłem zmęczony podróżą oraz późną porą (było już ok. północy),
      kiedy ruszyliśmy w drogę do Westminster, gdzie mieszka Wujek, przeżyłem szok
      wpatrując się w mijający z samochodu widok.
      Ogromne wielopasmowe drogi, olbrzymie samochody, limuzyny o długości ponad 10
      metrów i pomimo późnej pory ciągły ruch i wir uliczny. Byłem już w wielu krajach
      Europy lecz ten ruch nocny mocno mnie zaskoczył.
      W Los Angeles szerokość autostrad dochodziła do 10 pasów w jednym kierunku ruchu
      !!! Samochody jednak w przeciwieństwie do Europy jeżdżą z kulturą oraz starają
      się utrzymać stałą prędkość 75-80 mph i to daje poczucie bezpieczeństwa, a nie
      tak jak np. w Niemczech, gdzie jest brak ograniczeń prędkości (na autostradach)
      i są szaleńcy którzy jadą ponad 120 mph, a to krok do tragedii nawet dla tego,
      kto jedzie wolno i bezpiecznie.
      Wujek Stanley jeżdzi obecnie samochodem BMW 525 iA. To piękny i drogi samochód
      potrzebny mu na codzienne potrzeby, jednak jak mi się zwierzał najbardziej ceni
      (i ma rację) drugi jego samochód- sportowy czerwony
      Datsun z 1967r. To naprawdę wspaniałe auto wykonane z perfekcyjną precyzją,
      które zawsze będę wspominał.
      Wujek mieszka w typowo amerykańskim domu, w pięknej dzielnicy Westminster
      niedaleko od oceanu. Jest to dom zbudowany z drewna, parterowy- są tam 4 pokoje,
      salon, kuchnia z jadalnią i 2 łazienki.
      Generalnie całe Westminster jest zabudowana, a podejrzewam cała California, tego
      typu domkami. Trochę mnie zraziła bliskość sąsiadujących domków oraz brak
      ogrodzeń (Wujek jednak miał ze względu na psa).
      W Polsce w przeciwieństwie do tych buduje się nadal ogromne domy, których samo
      ogrzanie spędza lokatorom sen z oczu.
      Zaskoczyły mnie jednak ceny nieruchomości w Californi. Na domek wykonany z
      drewna trzeba zaciągnąć kredyt- który praktycznie spłaca się całe życie.
      Ceny są zupełnie nie adekwatne do wartości wniesionych materiałów i kosztów
      budowy. Myślę, że największą wartość mają działki pod zagospodarowanie.
      Mój Tata w Polsce budował długo- 7 lat, był w stylu amerykańskim mały lecz
      piętrowy. Bardzo go lubiłem, sam zrobiłem tam wiele prac własnoręcznie. Stąd
      znam ewentualne koszty takiej inwestycji. Niestety w trakcie powodzi
      1000- lecia w Polsce nasz dom w 1997 roku popłynął- chociaż był z cegły
      i betonu.
      California jest z kolei narażona na trzęsienia ziemi, stąd budownictwo drewniane
      (odpowiednio) lecz ceny zdecydowanie odbiegają od rzeczywistych kosztów ich
      wytworzenia Ja jednak myślałem (niedawno), że w USA dom to dostaje się za
      „piękne oczy”.
      Dosyć jednak narzekać, przecież ja kocham A
    • mcjack Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 16.07.05, 18:48
      DOKOŃCZENIE (NIE ZMIEŚCIŁO SIE W POPRZEDNIM POŚCIE)

      Dosyć jednak narzekać, przecież ja kocham Amerykę. Naprawdę, dzięki Wujkowi
      Stanleyowi pomimo zaawansowanego wieku zorganizował mi
      „wakacje moich marzeń”.
      Wujek Stanley pomimo sędziwegowieku zorganizował mi wspaniałe wakacje. Jest to
      człowiek błyskotliwy, z własnym specyficznym poczuciem humoru, który pokazał mi
      USA w jak najlepszym wydaniu. Bardzo go polubiłem.
      Dzień w dzień, od rana do wieczora poświęcał swój czas i pieniądze, aby pokazać
      mi przede wszystkim dobre, wspaniałe miejsca Californii.
      Wyjeżdżaliśmy wcześnie rano, a wracaliśmy późnym wieczorem by poznać
      najciekawsze zabytki Californii.
      Poznałem również San Francisco, gdzie przebywałem ok. 2 tygodni u syna Stanleya-
      Johna oraz w San Luis Obispo 2-giego syna Gary’ego.
      Sprawiłeś mi Wujku wakacje moich marzeń- wielkie dzięki.
      Byłem w najciekawszych parkach rozrywki Europy (Mirabilandia- Italia,
      Hasna Park- Niemcy, Tivoli- Dennmark) lecz dzień w którym zobaczyłem prawdziwy
      Disneyland zapamiętam do końca życia. To jest naprawdę niebo, tego nie da się
      wyrazić na piśmie.
      Jedyny mankament Ameryki to to, że Amerykanie mało czasu spędzają z rodziną. Są
      bardzo zapracowani. Pomimo swojej zamożności, każdy z nich dba o utrzymanie
      swego stanowiska w pracy, po to by go nie utracić.
      Trochę mój zapał ochłonął. Myślę, że to powód mojej dojrzałości. Dzisiaj Tata
      żartował ze mnie- „How are you JAck” And its true- „Now I know”- USA jest piękne
      lecz aby być tam szczęśliwym trzeba być kimś. Dzięki ekscytującym wakacjom
      zrozumiałem rodziców namowy- aby być kimś trzeba na to zapracować, czy to będzie
      Polska czy USA.
    • pindel1 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 18.07.05, 01:13
      Moja historia jest dość stara, jednak mimo wszystko do tej pory powoduje zimny
      dreszcz na placach. Zdarzenie to miało miejsce dwa lata temu na obozie
      kolonijnym w Czechach. Razem ze znajomymi postanowilismy wymknąć się późną nocą
      nad małą rzekę położoną nieopodal ośrodka kolonijnego. Kiedy szliśmy "w miejsce
      naszego przeznaczenia" zerwał się silny wiatr. Nie był to szczyt mozliwości
      matki natury, jednak wywołał przynajmniej u mnie nieprzyjemny dreszczyk emocji.
      Mimo wszystko postanowilismy dotrzeć nad rzeczkę. Ponieważ było lato w planach
      mieliśmy również kąpiel. Idąc przez małą łączkę położoną przed rzeką ujrzelismy
      nieprawdopodobny obraz. Po polanie krążyła postać w czarnym kapturze i
      poruszała się w równie dziwny sposób, mianowicie wyglądała tak, jak by
      utrzymywała się nad ziemią bez pomocy nóg. Skierowała się w naszą stronę i
      poruszała się coraz szybciej. Spanikowaliśmy. Nie byłem w stanie się ruszyć.
      Jednak na szczęście po pewnym czasie byłem zdolny do ucieczki. Odwróciłem się i
      zacząłem biec ile sił w nogach. Nagle czyjeś ręce złapały mnie za brzuch.
      Słyszalem głosny oddech i sapanie. Krzyczałem i szarpałem się. Nagle wszyscy
      znajomi stanęli i podeszli bliżej, byłem kompletnie zdezorientowany. Błagałem o
      pomoc. Jednak oni zaczęli sie smiać. W jednej chwili znienawidziłem ich. Mój
      kolega - Michał polecił bym odwrócił sie do tyłu. Oprawca uwolnił mnie z
      uścisku, a moim oczom zamiast smierci, czy obłąkanego satanisty ukazał się
      Przemek - mój przyjaciel z którym razem przyjechałm na obóz. Byłem w szoku,
      jednak juz po chwili obróciłem tę sytuację w żart. To były niezapomniane
      wakacje.
    • Gość: Oliver Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.05, 08:36
      Kiedyś wyjechalem nad morze i nie było fal i nie było zabawy aż przyprawiło
      mnie o dreszczyk emocji dziekuje dowidzenia.
    • olencja14 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 18.07.05, 09:22
      Moja przygoda miała miejsce w ostatnie wakacje... Gdy bylam z siostra i jej
      przyjaciolmi w Chorwacji, jej chlopak postanowil zdrobić mi niespodzianke...
      gdy sie obudzilam powiedzial ze dzisiaj bedzie najniezwyklejszy dzien w moim
      zyciu... jechalismy jakimis waskimi drogami w strone jakiejs rzeki. Samo to juz
      bylo adrenalina, bo nie mialam pojecia co on wymyslil! Gdy bylismy na miejscu
      powiedzial ze dzisiaj spelni sie moje najwieksze marzenie ii...skocze na
      bungee!!!! Bylam zaskoczona jak malo kto! Cieszylam sie niemilosiernie a
      zarazem balam... przeciez inaczej sie na to patrzy w TV czy na fotach a inaczej
      nad przepascia, stojac przy facecie zajmujacym sie tym, będącym wsrod mnostwa
      linek... bylam przerazona ale nie moglam zaprzepascic takiej okazji... Pan
      przywiazal mi nogi. Kilka razy pytalam, czy to jest bezpieczne i czy na pewno
      wszystko jest dobrze przymocowane... wykonalam szybki ruch zeby jak najszybciej
      miec z glowy ten pierwszy "wyskok". Ale wlasnie tutaj byla najwieksza
      adrenalina gdy moja siostra krzyknela stoj, jeszcze ta duza lina!
      Zamarlam...skoczylam w przepasc z rzeką w dole i gorami wokol bez wsparcia bo
      jakas lina nie jest jeszcze przygotowana... lecac w dol myslalam ze to juz moje
      ostatnie chwile... nie myslalam o niczym tylko o tym czy przezyje upadek do
      wody z takie wysokosci ale... myslalam ze to jakis cud...lina zatrzymala sie
      pare metrow przed woda...bylam przerazona ale...ZYLAM! Gdy bylam na gorze
      okazalo sie ze siostra zrobila mi beznadziejny zart! Specjalnie krzyknela w ten
      sposob zebym sie przestraszyla...no i niestety...udalo jej sie :P to byla
      najwieksza przygoda mojego zycia :)))
    • soly1 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 18.07.05, 12:46
      WOW ja to z kumplami miałem ,,NIEZŁE'' wakaje! rozpoczeło sie tak: Niemieliśmy
      co robic wienc szukalismy jakis przygodek,jak my na to muwimy:ADREALINKA :D.
      Poszlismy na pole do Wawrzyna:D po drodze patrzymy O KROWY! pozucaliśmy je
      kamieniami wśród nich był byczek...on sie zdenerwował i biegł za nami.Kumple
      pobiegli do mnei na podwurko i skryli sie za drzewem,ja ucielkem i lewo(bo muj
      dom byl na prawo:D)Na lewo były kubły(takie do segregacji)A byk biegł za mnom
      (AAAAAAAAA) i ja za kubły sie kryłem on mnie szukał,weszłem na kubeł i trzaskał
      w niego,było neizłe rodeo!prawie spadłem,a serce biło mi tak że zaraz przebiło
      by mi klatke piersiowom...wkońcu to sie byczkowi znudziło i poszedł spowrotem
      do stada(uff...) to sie nazywa ADREALINA!!!Wieczorem poszlismy do namiotu
      spać,ale wyszlismy patrzeć na gwiazdy bo były naprawde dobrze widoczne- no to
      zabralismy śpiwory i poszlismy leżeć na dachu patrzonc w gwiazdy.zauwazylismy
      najpierw takie koło gwiazd a w srodku blyszczonca gwiazdka.Potem lecialy
      pomarańczowe gwiazdy do tego kregu(nazwalismy to miejsce KRĄG RZEMIOSŁA) i sie
      zderzyły ale jak?
      i juz ich nie było widac,zadnego wybuchu nic poprostu znikneły!mieliśmy stracha
      ze odłamki spadnom na ziemie.To było nic w okolicach Dużego wozu leciała
      gwiazdka malutka i błyskała sie jak błyskawica!przybieralo to znak krzyża.To
      według mnie nie była satelita-widzieliscie satelite ktura leci tak szybko jak
      samolot?? wtedy to juz wogule stracha mielismy!!! przezywalismy to potem całom
      noc.Nie spalismy do rana byla juz 6:00 i poszlismy w chate,ja spałem w chacie
      do 14:00:D to był super dzień!!! wiencej takich! ! ! ! ! ! !
      • laska_w_dredach Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 18.07.05, 16:51
        Dwa lata temu byłam z rodzicami na wakacjach we Włoszech. Nie powiem żeby mi
        się nie podobało, ale jednak tamtejsze uroki przyćmiewał fakt, iż pojechałam z
        nimi tylko jako... tłumacz. Nic więcej. Rodzice nie opuszczali mnie nawet na
        krok, bali się, że jakiś napalony Włoch nie daj Boże zrobi mi krzywdę.
        Odetchnęłam z ulgą jak wreszcie nadszedł czas powrotu. Rodzice jednak
        uwielbiają wracać okrężną drogą, chcą najwięcej zobaczyć, zwiedzić. I w ten
        właśnie sposób dotarliśmy do Czarnogóry. Zbliżała się godzina 23, tata był już
        z 15 godzin za kółkiem a nigdzie w pobliżu nie mogliśmy znaleść żadnego
        campingu. Jechaliśmy i jechaliśmy, z prawej góra, z lewej przepaść i ciągle
        jakieś tunele... A campingu niet... Nagle z oddali zobaczyliśmy mały,
        rozwalający się,na połamanej desce napis "camp". Tata szybko skręcił w prawo i
        odetchnęlismy z ulgą.
        Camp jak camp, polanka, toaleta i nic więcej... Nawet nie wiem czy zmieściły by
        się tam dwa namioty. Strudzeni podróżą zaczęliśmy się wypakowywać gdy nagle
        podszedł do nas właściciel tego pseudo campingu i mówi coś w tym swoim
        języku... Zrozumiałam tylko "moment". Więc zaprzestaliśmy rozkładania
        namiotu... Po chwili okazało się, że ten facet pobiegł szybko po swoich
        sąsiadów aby ci mogli zobaczyć jak wygląda namiot... Dziwili się, zaglądali do
        środka, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli!
        Później rodzice zasiedli do stołu z tym państwem... i dowiedzieli się, że
        grasują tu jacyś złodzieje, że w nocy będzie wielka burza, ale żebyśmy się nie
        bali, bo on będzie nas pilnował i włos z brody nam nie spadnie.
        Nadeszła noc, faktycznie, lało potwornie, grzmiało, nawet grad padał... Baliśmy
        się okropnie. Do tego za namiotem był lasek i cały czas wyło jakieś zwierze...
        nie wiem wilk czy coś... Koło godziny trzeciej nagle usłyszałam szelest trawy..
        tak jak by ktoś chodził... Powoli zbliżał się do namiotu, widziałam jego
        cień... Bałam się okropnie... Na szczęście ktoś tylko podszedł i zaraz odszedł.
        Nigdy więcej takich pseudo campingów, nigdy więcej :)
        • Gość: Fiefiurka Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 17:27
          Wakacje!!! Yuupii :D Pojechałem na obóz na białe-błota :] Ogólnie było fajnie,
          fajni ludzie i fajne dziewczynki :P Noc dzień 6 i tego dnia zaczyna się
          historia. Była noc około godz. 1 gdy nagle przez obóz przeszło niebieskie
          światło. Spytałem kolegów z namiotu " Widzieliście to światło" oni mi
          odpowiedzieli "jakie światło". Wow czyżbym miał haluny. Niee napewno nie, więc
          otworzyłem jedną strone namiotu i czekałem. Po jakihś 20 minutach cały obóz( a
          był duży) został oświetlony niebieskim światłem. Tym razem moji koledzy to
          widzieli. To było dziwne :/ Ale zbytnio się nieprzejeliśmy, i po 2 godzinkach
          poszliśmy spać :] Ta historia jest prawdziwa.
    • Gość: Ziutek Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.05, 19:26
      ................................................................................
      ................................................................................
      ................................................................................
      ................................................................................
      ................................................................................
      .............................:)
    • schycha Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 18.07.05, 22:29
      To były wakacje 1999 roku, a ja miałam w nie skończyć moje 16- ste urodziny. No
      i ta wielka szansa, wyjazd do nieznanego, dużego miasta - Monachium. Pierwszy
      raz sama miałam troche obaw, ale co mi się może przydażyć…może tylko jakaś
      przygoda. Miałam pracować u niemieckiej rodziny. Praca nie była cieżka ale
      trochu męcząca - jak się szybko okazało, gdyż od rana do wieczora zajmowałam
      się dwójka dzieci. Ale mimo to byłam zadowolona z pracy i dumna z siebie,
      głównie dlatego że to wielkie miasto mnie nie przerażało i okazało się bardzo
      bezpieczne nawet noca, kiedy wracałam do miejsca mojego nocelgu…ale wkrótce to
      się także zmieniło. Nie pamietam jaki to był dzień ani jaki miesiąc…jak codzień
      wracałam autobusem do domu, tylko że tym razem poźniej, gdyż dzieci były chore
      i nie chciały zasnać. Ze wzgledu na pore autobus był prawie pusty, zobaczyłam w
      środku dwóch meżczyzn i siadłam za nimi. Zaczęli mnie ciekawić, bo nie
      wyglądali jak dżentelmeni w garniturkach. Mieli wytarte spodnie na sobie i
      stare koszule, a ponadto niezliczoną ilość tatuaży na całym ciele, które
      przykuwały uwage. Troche zapatrzyłam się, wiec nie slyszłam o czym rozmawiają,
      ale nagle coś błysło w dłoni jednego z nich, gdy na to spojrzałam okazało się
      że jest to duży noż myśliwiski, lekko czymś popalamiony (do dziś mam nadzieje
      że nie była to krew). Na moje nieszczeście panowie zorientowali się że ich
      obserwuje, a zwłaszcza noż. Spojrzeli na mnie a ja w tym momencie w ostatniej
      chwili wyskoczyłam z autobusu przerażona całą sytuacją i wtedy dopiero
      przypomniały mi się ranne wiadomości w radiu: “Dwóch białych meżczyzn zbiegło
      dziś z więzienia w München i prawdopodonie przebywają jeszcze na terenie
      miasta. Sterroryzowali strażnika nożem myśliwskim i biorąc go za zakładnika
      wydostali się z terenu aresztu. Nie wiadomo czy mają broń. Odsiadywali kare za
      morderstwo. Policja bedzie wdzieczna za wszelkie informacje”.
    • danusia27 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 18.07.05, 22:51
      "WEEKENDOWY HORROR"
      Dziwna i przerażająca opowieść wydażyła się naprawdę w
      Sancygniowie.
      Jest to mała wieś, która z dnia otoczona jest przepięknym lasem,
      lecz w noc zamienia się on w dziką i gęstą ciemność, gdzie
      wszystko może się wydażyć.
      Pierwszy dzień weekendu zaczął się normalnie. Ja z dwójką
      przyjaciół i moim chłopakiem przyjechaliśmy na miejsce późnym
      popołudniem. Zakwaterowaliśmy się u starszej pani, która nas
      ugościła i przygotowała pyszną kolację. Wszyscy byliśmy zmęczeni
      więc położyliśmy się spać.
      Drugiego dnia postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę po okolicy
      a, że była piękna pogoda to spytaliśmy się starszej pani jak
      trafić nad jezioro, które się tam znajdowało. Powiedziała nam, że
      jak pójdziemy małą wydeptaną ścieżką, która wiedzie przez las i
      nie zejdziemy z niej, to po 15 min. powinniśmy być na miejscu.
      Ostrzegła nas jeszcze abyśmy się jej czymali, bo inaczej
      zabłądzimy, a tym bardziej nie powinniśmy wracać gdy nastanie
      wieczór. Zebraliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Gdy
      przechodziliśmy przez las zuważyliśmy, że ścieżka odbija w lewo, a
      dalej przy niej stoi stara, zaniedbana figurka. Chcieliśmy ją
      zobaczyć ale, że było gorąco, to stwierdziliśmy, że zrobimy to w
      drodze powrotnej.
      Trafiliśmy w końcunad jezioro. Było bardzo duże a woda miała
      złoty kolor od odbijających się promieni słonecznych.
      Posiedzielismy tam pare godzin i zapomnieliśmy, że nie mamy wracac
      tak późno. Szczerze mówiąc to chyba nikt z nas nie przypuszczał,
      że tak szybko zrobi sie ciemno. W drodze powrotnej ja z koleżanką
      byłyśmy przerażone. Chłopaki zaczęli się wygłupiać i opowiedać
      dziwne, straszne historyjki. Nie było mi wesoło, gdyż zrobiło się
      ciemno i ponuro, a drzewa przy wietrze wyglądaly jakby odrzyły.
      Nagle staneliśmy wszyscy nieruchomo. Poczuliśmy dziwny chłód na
      plecach a przed nami stała ta stara figurka, którą mieliśmy
      zobaczyć. Przedstawiała ona zarys małej dziewczynki. Nie
      zastanawiając się dłóżej powiedziałam im, że chce jak najszybciej
      chce wyjść z tego lasu. Odchodząc od niej usłyszeliśmy cichy płacz
      dziecka. Poczułam jak serce mi zamarło a nogi zaczęły się robić
      miękkie. Koleżanka spytała się czy to my robimy sobie jakieś żarty
      i jeśli tak to mamy przestać, bo to nie jest zabawne. Wszyscy
      stwierdziliśmy, że to nie jest nikt z nas. Więc zerwaliśmy się i u
      kciekliśmy przedzierając się przez ciemną dzicz lasu. Będąc już w
      domu nikt z nas nie zmróżył oka zastanawiając się w jaki sposób ta
      figurka stanęła nam na drodze skoro była na innej ścieżce i skąd
      ten odgłos płaczącego dziecka.
      Na następny dzień, przed wyjazdem do domu opowiedzieliśmy tą
      historię starszej pani licząc na to, że to wytór naszej wyobraźni.
      Lecz ona z dziwnym wyrazem twarzy odpowiedziała, że ta figurka
      została postawiona bardzo dawno temu nie wiadomo w jakich
      okolicznościach i, że dużo osób słyszało ten płacz. Niejedni
      mówili, że nawet w dzień widzieli jak płacze.
      To były moje najdziwniejsze a zarazem przerażające wakacyjne
      przeżycie jakie kiedykolwiek miałam. Do dziś dzień jak o tym
      wspomne lub jak teraz o tym piszę przechodzi mnie zimny dreszcz.


      P.S. Przepraszam za błędy ale jestem dysortografikiem. Mam
      nadzieje, że po przeczytaniu tego nie jeden z was poczuje gęsią
      skórke na swoim ciele. Pozdrawiam serdecznie Danusia.

      Mój adres to dana-82@o2.pl lub danusia27@gazeta.pl


    • ipro Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 19.07.05, 00:21
      Ok, to i ja dopiszę swoja historię.

      Lata temu, tuż po maturze czyli w 1992 roku, postanowiliśmy wraz z kilkorgiem
      znajomych wybrać się na wycieczkę do, wówczas jeszcze Czechosłowacji.
      Zakwaterowaliśmy się w małej miejscowości niedaleko Ostrawy czyli całkiem
      niedaleko polskiej granicy. Któregoś dnia wymyśliliśmy, że będąc bliżej Austrii
      niż jest to z Warszawy, warto byłoby wybrać się do Wiednia. Jak pomyśleli, tak
      zrobili :). Wstaliśmy rano, spakowaliśmy kilka rzeczy - w końcu wycieczka
      raczej niedługa i ruszyliśmy naszymi bolidami (fiat 126p oraz skoda 105 s) w
      drogę. Start nastąpił około 6 rano. Dzień był słoneczny, ciepły. Droga wiodła
      przez malownicze, czyściutkie czechosłowackie wioski, w których płoty
      przystrojone były doniczkami z kolorowymi kwiatami. Urocza trasa. Około ósmej
      czy dziewiątej rano stwierdziliśmy, że warto byłoby posilić sie w jakimś
      niedrogim czeskim barze. Z reszta większość z nich była niedroga. Zauważyliśmy
      w jednej z wsi napis "Bar" i niezwłocznie wstrzymaliśmy nasze "rumaki" udając
      się do owego przybytku. Weszliśmy, przeczytaliśmy menu i zamówiliśmy parówki z
      chlebem i musztardą oraz oranżadę. Jakież było nasze zdziwienie kiedy pani
      Bufetowa wsiadła na rower i pojechała do pobliskiego sklepu po rzeczone
      parówki :). Wróciła jednak szybko, wszystko było swieże i smaczne. Humory
      dopisywały. Tylko ten zapach w barze... Dziwny jakiś. Po skończonym posiłku my
      faceci wyszliśmy zapalić po papierosku, podczas gdy nasze koleżanki udały się
      (dlaczego zawsze w grupie? :) ) do toalety. Palimy sobie, rozmawiamy oczywiście
      o filozofii Nietsche'go i Schopenhauera :) i w tym czasie widzimy wracające
      nasze koleżanki. Wyraźnie zdenerwowane, wręcz zielone na twarzach. Uśmiechy nam
      powoli gasły widząc ich twarze. Podeszły do nas i pada pytanie:
      - czy wiecie gdzie jedliśmy?
      - no, w barze czeskim - pada odpowiedź, wielce inteligentna i natychmiast
      pytanie - a nie?
      - no nie - odpowiedziała jedna z nich
      - to gdzie? - zapytaliśmy
      - idźcie do toalety i przekonajcie się...
      - ale...
      - no idźcie!
      Cóż było robić? - poszliśmy. Przeszliśmy przez pomieszczenie barowe, w którym
      przed chwilą raczeni byliśmy smacznym i pożywnym śniadankiem i podążaliśmy za
      strzałkami z napisem "WC". Otworzyliśmy drzwi w drodze do wc i znaleźliśmy sie
      w ogromnej, jasnej sali, która swoją jasność zawdzięczała całej ścianie
      ogromnych, niezbyt czystych okien. Jednak to nie brak czystości okien wywołał
      zieloność na twarzach naszych koleżanek. To wyposażenie sali czyli kilkanaście
      wanien, służacych pierwotnie do przechowywania czy "sprawiania" zwłok ludzkich.
      Tak, dobrze Wam się wydaje!!! Spożywaliśmy śniadanie w barze zlokalizowanym w
      prosektorium czy kostnicy - nie znam się, ale niezależnie co to było i tak
      zrobiło na nas spore wrażenie. Zrozumieliśmy skąd ten zapach się wziął. Przez
      co najmniej kilkanaście minut później podróż odbywaliśmy w absolutnej ciszy...

      Nic podczas tego wypadu nie pokona śniadania spożywanego niemalże z trupami ,
      jednak zdarzyły się i inne sytuacje, które wywołały bicie potów. Po krótce:
      1. jazda autostradą w kierunku Bratysławy, droga lekko pod górę, łuk w prawo,
      wjeżdżamy z prędkościa ok 100km/h pod górę gdy przed maska pojawia sie leżąca
      na środku pasa skrzynka, taka jak w Polsce na ziemniaki. Udało się.
      2. Droga przez góry i lasy. Ciemna noc. Około 2 w nocy (powrót z Wiednia - nie
      śpimy od ok. 48 godzin) w samochodzie piszczy coś w tylnym lewym kole - bardzo
      niepokojąco. Nagle w światłach pojawia się identyczna skoda, blokująca pas,
      którym jadę - z urwanym lewym tylnym kołem. Gorąco!!!! Znowu się udało. :)
      3. Ostry zjazd z góry, swieżo wylaną drogą, także ciemna noc, jakaś godzina po
      spotkaniu z popsutą skodą. W reflektorach znowu coś sie pojawia. Udało się
      ominąć - znowu!!! Tym razem stojące na środku wiadro pełne cementu!!!

      Jak widzicie, wyjazd pełen "wzruszeń". Wspominamy ze znajomymi do dziś dnia.
      Dziś, mniej traumatycznie.
      Pozdrawiam serdecznie Redakcję i Forumowiczów
      Michał
    • Gość: DH_RiDeR Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 16:19
      Największy dreszczyk przeżyłem w tym roku po wyjeździe do Austrii gdzie
      odbywały się mistrzostwa świata w Downhillu. Postanowiłem przejechać traske i
      zdecydowałem się na troche szaleństwa. Niestety poniosło mnie za bardzo i po
      skoczeniu 7 metrowej skarpy zatrzymałem sie na skraju prawie 30 metrowej
      przepaści. Gdy zaczęłem kierować się nadal trasą zauważyłem że grunt pod
      oponami zapada się i nagle zobaczyłem napis na drzewie mówiący że jest to teren
      kamieniołomu i że tutaj nie wolno przebywać. Dopiero po szybkiej ucieczce z
      rowerem w kierunku najbliższych drzew udało mi się odnaleźć właściwą trase oraz
      zobaczyłem 5 ratowników i ambulans. Ich zdziwienie było wielkie po tym jak
      usłyszeli moje tłumaczenie i stwierdzili, że skarpa z której skoczyłem była
      wyzwaniem dla ratowników oraz miejsce gdzie wylądowałem było najbardziej
      ruchomym miejscem kamieniołomu. Gdy po powrocie wróciłem do domu i
      opowiedziałem wszystko żonie to stwierdzila ze przy nastepnej wycieczce kupi
      dla mnie wieniec :)
Pełna wersja