Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''

    • Gość: Daria Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 16:46
      Byłam na obozie na Słowacji. W ostatni dzień opiekunowie zrobili nam pyszną
      kolacje, a my wręczaliśmy im prezenty z podziękowaniami. Po kolacji była
      dyskoteka, która miała trwać do 2:00, ale ok. godziny 12:00 się zakończyła,
      ponieważ ktoś rzucał w nas kamieniami i organizatorzy bali się o nasze
      bezpieczeństwo. Nie było paniki, ale kazano nam pozamykać okiennice i okna i
      pod żadnym pozorem nie wychodzić z domków. Przez całą noc szukano sprawców, ale
      na szczęście skończyło się tylko na strachu i nikomu nic się nie stało. Innym
      znowu razem podczas gdy stałam w kolejce do prysznica z koleżankami przyszli do
      nas jacyś cudzoziemcy prawdopodobnie z Argentyny i się nam narzucali, ale jak
      zobaczyli naszych chłopców to zwątpili i odjechali na swoim motocyklu.
    • gaspara Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 19.07.05, 19:04
      W zeszłym roku, 31 lipca, siedziałam sama przed domkiem letniskowym,
      usytułowanym nieopodal jeziora, w lesie. Nudziło mi się, więc poszłam nad
      jezioro. Po kilkunastu minutach wróciłam, weszłam do domku i otworzyłam lodówkę
      w celu wyciągnięcia z niej kiełbasek na grilla. Nagle, kotara zasłaniająca
      kawałek kuchni, znajdująca się obok lodówki zaczęła się poruszać. Szybko
      zamknęłam lodówkę i zaczęłam obserwować kotarę, która po woli wybrzuszała się.
      Wyglądało to tak, jak by ktoś włamał się do domku i próbował niepostrzeżenie
      wyjść zza kotary. Szybko chwyciłam leżący na półce nóż i czekałam na dalszy
      rozwój wydarzeń. Kotara zsunęła się z wybrzuszającego się przedmiotu, którym
      była... zwykła miska. I nie byłoby w tym nic niespotykanego, gdyby nie fakt, że
      miska, przez kilka sekund wisiała poziomo w powietrzu, tak, jak gdyby trzymała
      ją jakaś niewidzialna ręka. Odwróciłam się, aby chwycić leżącą za stołem
      siekierkę i ruszyłam sprawdzić, kto siedzi za kotarą. Nie było nikogo... W tej
      chwili, pomyślałam, że ktoś, po prostu, w czasie kiedy się schylałam, uciekł w
      głąb domku. Zaszokowana i wystrasozna wybiegłam z domku i zamknęłam go od
      zewnątrz. Siedziałam sparaliżowana przed domkiem. Po kilku minutach, gdy trochę
      ochłonełam, zadzwoniłam do ojca, żeby przyjechał do domku, bo zamknęłam w nim
      właśnie włamywacza.
      Ojciec przyjechał za dwadzieścia minut. Okazało się, że w domku nikogo nie ma.
      Nie pomyślałam o tym, że jednak w domku nie mogło być nikogo, ponieważ miska
      wisiała w powietrzu cała i nikt nie mógłby trzymać jej zza kotary. O tym
      przypomniałam sobie dopiero następnego dnia. A przypomnialam sobie dlatego, że
      spacerując po lesie, trafiłam na starą płytę nagrobną, na której widniał tylko
      fragment daty urodzin i daty śmierci śmierci.. 01.08...97-31.07...
      Przeżyłam szok. Chciałam pokazać ojcu znaleziony grób, jednak poźniej nie
      mogłam znaleźć go w lesie. Mimo, że szukałam kilka razy, mimo, że pamiętałam
      miejsce, nigdy więcej nie zobaczyłam tego grobu...
      Już nigdy nie pojadę tam 31 lipca ani 1 sierpnia!
    • vivi11 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 19.07.05, 19:34
      Wakacje z dreszczykiem przeżyłam jadąc do Chorwacji i w samej Chorwacji, gdy
      sobie je przypomnę do tej pory nie jest to dla mnie śmieszne. Drogi w Chorwacji
      wyglądają tak-po jednej stronie góry po drugie przepaść, my mieliśmy góry po
      lewej, czyli pas sąsiedni również po lewej, spokojnie jechaliśmy naszym małym
      autkiem a z drugiej strony na zakręcie zupełnie z nikąd wyłania się potężny
      biało-czarny TIR i zmierza prosto na nas, pierwsze, co zobaczyłam to kółka
      jechał chyba 90 km/h i lada moment popatrzyłam na kierowcy-i zobaczyłam cos,
      czego nie przewidywałam w najśmielszych snach kierowca przyciśnięty do
      siedzenia i wielgachne niebieskie oczy na dodatek nie mrugające, Facet miał
      wyglądał na 40 lat. Zamknęłam oczy i nie wiem skąd w rękach pojawił mi się
      różaniec (błękitny), zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić się "Zdrowaś
      Maryjo..."Więcej nie zdążyłam powiedzieć, bo otworzyłam oczy i popatrzyłam do
      tyłu tira nie było nie wiedziałam, co się z nim stało póki nie włączyłam na
      miejscu TV i wiadomości. Dowiedziałam się, że Facet ten był Bułgarem jechał
      spotkać się z rodziną, bo w Chorwacji był przejazdem, w trasie dostał
      zakrzepnięcia krwi czy cos podobnego nie pamiętam, ale pamiętam, że ostatnim
      miejscem, w którym był nawiedzony dom. Do tej pory bałam się, sie jeździć za
      granicę, ale w maju przełamałam się i jechałam do Paryża. Nie życzę nikomu
      takiej przygody a za przeżycie, co jest cudem dziękuje codziennie.
    • skrzaciq Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 19.07.05, 20:15
      Żeby przeżyć coś interesującego, doświadczyć prawdziwej przygody o dziwo
      wcale nie trzeba wybywać na drugi koniec świata, przekonałam się o tym na
      własne oczy. Tego czego byłam świadkiem napewno nigdy nie zapomnę.
      Na początku tegorocznych wakacji wyjechałam na kilka dni do mojej siostry,
      która mieszka kilkanaście kilometrów ode mnie. Następnego dnia po moim
      przyjeździe rozpętała się straszna burza. Trwała bardzo długo i była naprawde
      straszna! Przerażało mnie to że dookoła się błyskało i nigdzie nie było widać
      choć skrawka jasnego nieba, który sugerował by zbliżający się koniec burzy. W
      mieszkaniu zrobiło się strasznie gorąco i duszno. Stwierdziłam, że jeszcze
      chwila a nie będzie czym oddychać, więc podeszłam do okna i uchyliłam je. Nigdy
      nie przyszłoby mi na myśl, że był to największy błąd który mogłam zrobić tego
      dnia. Zaledwie kilka sekund po moim odejsciu do mieszkania niczym odrzutowiec
      wleciało coś co wyglądało jak wodno-ognisty jęzor. Zamarłam w bezruchu podobnie
      jak moja siostra i jej mąż. Nie mogłam nadążyć wzrokiem za tym paskudzstwem a
      ono odbijało się w pokoju od jednego końca do drugiego! W pewnym momencie
      przeleciało tak blisko mojego szwagra że go opażyło w ramię. Szwagier w szoku
      nagle podbiegł do okna i otworzył je na całą szerokość!!! Jęzor po chwili odbił
      się od przeciwległej ściany i wyleciał na zewnątrz przez okno po czym bardzo
      szybko mąż siostry zamknął okno!!!W tym samym czasie za oknem powoli zaczeło
      się przejaśniać a po jęzorze nie było już ani śladu.
      Do dzisiaj nie potrafie wyjaśnić tego zjawiska. Nie umiem stwierdzić co to
      było. Niektórzy mowią że to piorun ale ja mam co do tego duże wątpliwości,
      ponieważ ten jęzor nie pasuje mi do opisu pioruna. Jestem tylko jednego pewna-
      napewno już nigdy nie otworzę okna w czasie burzy!
      • Gość: M. Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 21:15
        To sa podobno pioruny kuliste. Lubia wpadac znienacka przez otwarte okna. Ale
        ze sama nie doswiadczylam, to nie dam sobie reki uciac :))
    • Gość: oliwia Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.psk.com.pl / 80.51.205.* 19.07.05, 22:58
      w naszej miejscowości czyli w pełczycach jest stary opuszcony klasztor
      cystersów.zawsze bałam sie przechodzic koło tego upiornego budynku, lecz w
      czasie poprzednich wakacji wraz z kolegami i moja przyjaciółka ośmieliłysmy sie
      odwiedzic to miejsce.długo zastanawiałysmy sie co mamy ze soba zabrac oraz
      która drogą wejśc do środka.klasztor był bardzo stary i niezadbany.aby wejśc do
      niego trzeba było pokonac wielki mur, a to dlatego poniewaz brama wejściowa
      była zamknieta.ale ja znałam jeszcze jedno wejście:stromą drózkę, która
      prowadziła przez gączsze zarosli oraz oktopnych pokrzyw.aby nikt nie zwrócił
      nam uwagi postanowiliśmy przejśc odkryta przezemnie drogę.wreście dotarliśmy
      na miejcse.wczyscy stanelismy jak słupy soli.przed oczyma ukazała nam sie
      stara budowla przez której okno widac było zachód słońca. ogarnął mnie
      strach.wiedziałam że nie powinnam tego robic ale było juz za póżno.moja stopa
      jako pierwsza zawitała na klasztorskich deskakach podłogi.bałam sie
      nieubłaganie ale coś jakby pchało mnie do przodu.sama dokładnie nie wiedzialam
      co sie ze mnom dzieje. klasztor mial swoje historie oraz tajemnice które
      oczywiście my jako wści..kie dzieciaki chcieliśmy odgadnąc.TRACH!!!nagle za
      nami zamknęły sie drzwi.zawiał chłodny wiatr, gdzies w oddali słychac było
      skrzypot podłogi.karolina mocno scisnela moją dłoń i w grupie pobiegliśmy na
      sama góre okropnego budynku.tam było jeszcze straszniej.podłoga była
      spróchniala, na ścianach wisiały długie,mocne pajeczyny.w pewnym momencie
      myślałam ze to tylko sen, lecz przekonalam sie o rzeczywistości tego wydarzenia
      gdy na poddaszu znalezliśmy szro-białego kotka, który pokazał nam droge
      powrotną.spadł nam jak gwiazdka z nieba.po niedługich przemyśleniach
      postanowiłam, że nigdy wiecej nie zawita tam moja noga
      • sylwuska1 MOJE UPIORNE WAKACJE........... 20.07.05, 00:58
        ta opowies o tym jak spdzilam moje zeszloroczne wakacje
        wyjechalam z rodzicami do naszego domku w beskidach wszystko zowiadalo sie
        super ! wielki dom jeszcze wiekszy ogród wspaniale widoki z okna i wielki las
        który rosposcieral sie tuz za domem ......... zycie jak w bajce.... miejscowi
        opowiadali dziwne historie na temat niewielkiego centarza który znajdowal sie
        po drugiej stronie pagórka.........
        a legedna bzmiala tak:
        co 1000 pelni ksiezycowych w lesie (tym kolo mojego domku) czarne dusze
        odprawiaja taniec pokótny . kto wiezy w takie bajki? napewno nie ja ( to czasu
        kiedy...) wlasnie mialam isc z moim psem na spacer kiedy nad lasem zaczely
        kolowac wilekie czarne ptaszyska .Bylam przekonana ze to wielkie jaszczebie ale
        nie......... po chwili ich skrzyla zaczely sie szczepic asz w koncu nie
        przypominaly juz skrzydel tylko czrne potargane sukna z bielejaca czszka
        szybowaly nad lasem jak sempy polujace na swoja ofiare ........... nie
        wiedzialam co mam robic bylam przerazona..... nagle w lesie rosprysnala sie
        wieka kula ognia caly las stanol w plomieniach ........... czarnych upiorów
        bylo coras wiecej az calkowicie zasnuly niebo zrobil sie ciemno plomienie
        ztrawily jusz pawie caly las lecz cos kazalo mi tam isc musialam.........
        czarne straszydla zaczely mnie otaczc nie milam jusz wyoru nie wiedzialam co
        sie dzieje powoli zaczly mnic do gory ju| sie nie szamotalam moje cialo bylo
        calkowicie bezwladne ..... nagle obudzil mnie jakis krzyk to byla moja siostra
        widzialam byla na dole zaczlam sie wyrywac.... niewiem co bylo dalej obudzilam
        sie na ziemi moj pies lizal mnie po policzku ........ las byl nie naruszony po
        oniu ani sladu.... zato cale zbocze porosniete bylo czarnymi rózami .......

        koniec legedy brzmi: dusze musza zlozyc ofiare aby mogly byc czyste jesli im
        sie to nie uda juz na zawsze zostana kwiatami.......... zato ofiary kórym nie
        udalo sie uciec na zawsze zostana w cieplych promychkach slonca w letnim
        deszczu w gorskim potoku w karzdym kamyczku beskidów i w karzdej rózy
        bialej....



        czy w twoim ogrodzie rosnie biala róza?




        • Gość: rk19 Re: MOJE UPIORNE WAKACJE........... IP: 80.51.249.* 20.07.05, 20:54
          Nie no bajka może i w miarę... ale nie te błędy... "Pokótne" jeszcze
          przebolałem, ale już "JASZCZEBIE", "ASZ", "SEMPY", "CORAS"... długo by
          wymieniać... - Redakcjo - dyskwalifikacja za coś takiego, bo naprawdę aż
          przykro czytać. Ciekawe jeszcze ile ta Sylwuska ma lat... Jak sobie pomyślę, że
          ktoś taki pojedzie na wycieczkę, a mnie, ofiary "reformy" oświaty nie stać na
          porządne wakacje, to aż mnie nosi... Żałosne :/
          • Gość: sylwu[ka1 Re: MOJE UPIORNE WAKACJE........... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.07.05, 22:49
            sorki za ortografy ale ja mam 12 latek i pisaBam to o 2 w nocy......

        • pawel9965 Re: MOJE UPIORNE WAKACJE........... 20.07.05, 22:25
          Spoko opowiesc fantastyczna :) podobalo mi sie moglas tylko bardziej rozciagnac
          te historie i poopisywac szczeguly ale ogulnie spoko :)
    • justina73 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 07:05
      Agata nachyliła się i pogłaskała gładką taflę. Woda była czysta i ciepła.
      Siedziały na drewnianym pomoście, wrzynającym się w jezioro na długość około
      siedmiu metrów. Za ich plecami rozciągało się nieduże wzniesienie, na jego
      szczycie można było dostrzec ceglane ściany niewielkiego domku letniskowego.
      Wszystko szczelnie otulał gęsty las.
      - Podoba mi się tutaj.
      - Matce też – odpowiedziała Beata.
      - To spokojne i ciche miejsce. Czegoś takiego potrzebowała.
      - Może wreszcie odpocznie. A my chyba powinnyśmy już wracać. Trzeba się
      rozpakować, przebrać i... Na miasto. Co ty na to, siostra?
      Agata kiwnęła głową. Beata miała na myśli Mabel, niedużą wioskę turystyczną
      oddaloną od nich o dwa kilometry.
      - Aż tak ci się spieszy, żeby kogoś upolować?
      Beata uśmiechnęła się szeroko.
      - Jesteśmy w końcu na wakacjach, no nie?
      Wstały i zaczęły powoli piąć się z powrotem do domku.
      Wokół nich las rozbrzmiewał dziesiątkami głosów. Z pobliskich krzaków doszedł
      ich głośny szelest, pewnie mysz czmychała właśnie do swojej kryjówki. Korony
      drzew kiwały się w spokojnym, majestatycznym tańcu. Dziewczyny zatrzymały się w
      połowie wzniesienia. Z tego miejsca roztaczał się wspaniały widok na jezioro i
      okoliczne tereny. Na kilku plażach spokojnie smażyło się kilkudziesięciu
      wczasowiczów, wodę cięły sylwetki kajaków. Pachniało żywicą i latem.
      Splotły dłonie.
      „Piękny widok” – pomyślała Agata.
      „Masz rację. Tu jest po prostu cudownie... Kocham cię” – pomyślała Beata.
      Uścisnęły się mocniej. Na ich twarzach rozkwitł uśmiech, ciepły, pełen spokoju.
      Beata przesunęła palcem po srebrnym pierścionku, który nosiła na małym palcu
      prawej dłoni. Musiała go nosić. Inaczej ludzie nie odróżniliby jej od siostry.

      ***

      Najpierw była ciemność. Następnie otworzyła się przestrzeń, którą natychmiast
      wypełniły barwy i dźwięki. Ktoś nazwał rzeczy, opowiedział o gwiazdach, podał
      soczek. Wszystko było cytrynowe i soczyste. Szczęśliwe. Pełne ciepła i miłości.
      Jednak potem przestrzeń się zamknęła. Stało się coś, co zalało ją z powrotem
      smolistą, nieprzeniknioną czernią. Co to było? Nie wiadomo. Pamięć,
      zazdrośnica, zamknęła te wspomnienia w zimnej klatce i schowała w klitce pod
      schodami. Pozbyła się klucza, rozbijając go na tysiące kawałków.
      Przez jakiś czas w środku tliła się nadzieja na dawne szczęścia, dawne życie.
      Jednak i ona zgasła, stłumiona zimną, mokrą dłonią pustki.
      Nie było nadziei.
      Aż nagle, dzisiaj, przestrzeń otworzyła się ponownie.
      Była jednak inna.

      ***

      Mabel było mieściną typowo wypoczynkową, z rodzaju tych, co ożywają pod koniec
      marca, a z nadejściem jesieni kładą się do snu. W lecie pulsowało życiem i
      energią wczasowiczów, kroczących główną aleją z goframi lub parującymi kolbami
      kukurydzy. Zimą można było zapewne przejść z jednego końca Mabel na drugi i nie
      spotkać żywej duszy.
      Niektórzy ludzie odwracali się.
      Przyzwyczaiły się już do tego, że zwracają na siebie uwagę. Chcąc choć po
      części tego uniknąć, na pierwszy spacer po mieście ubrały się inaczej. Agata
      miała na sobie beżowe spodnie i czarną bluzkę na cienkich ramiączkach, Beata
      założyła błękitną sukienkę. Włosy spięła w elegancki kucyk.
      - To co? Przełamanie lodów? – Zapytała Beata.
      - Pewnie.
      Kupiły lody i usiadły na niewysokim murku okalającym ośrodek wczasowy Polskiego
      Stowarzyszenia Nauczycieli. Czas mijał im szybko. Obeszły Mabel wzdłuż i
      wszerz, zajrzały do każdego niemal sklepiku, niekiedy głośno komentując takie
      rewelacje jak okulary przeciwsłoneczne z lustrzankami, które pozwalały stale
      obserwować śledzących cię osobników czy też „smerfową” polewę do lodów.
      Do domku wróciły zmęczone, ale zadowolone.
      - I jak wam się podoba okolica? – Zapytała matka, gdy rzuciły się na kanapę w
      salonie.
      - Okolica świetna, tylko wszystko drogie – odparła Beata. – Za głupiego gofra
      trzeba zapłacić pięć złotych.
      - Gofry możemy zrobić tutaj. W szafie widziałam gofrownicę. Macie ochotę?
      - Gofer-machinę – wtrąciła Beata.
      - Macie ochotę?
      - Jeszcze się pytasz! Mamo!

      ***

      Michał Ruciak opadł ciężko na łóżko. Cisnął w kąt firmową, żółtą czapeczkę.
      - Ile?
      - Dwadzieścia cztery Wyborcze i trzy Wprosty.
      - Ładnie.
      - Gdzie tam ładnie... Poniżej limitu. Jak tak dalej pójdzie, nie będzie mnie
      stać na powrót do domu. Zamiast zarabiać muszę dopłacać do interesu. Tfu!
      Pierdzielę taką robotę.
      - To wyjedź.
      Michał wzruszył ramionami.
      - Nie wiem... W końcu siedzę nad jeziorem, na pobyt i jedzenie mam. Rodzice
      zawsze mogą coś przysłać. Nie dzwoniłem jeszcze, ale chyba nie będą robić
      problemów.
      - Nie myśl o tym. Póki co jeszcze wychodzisz na swoje.
      - Poza tym to ciekawa praca. Codziennie jakieś atrakcje. Wiesz, kogo dzisiaj
      widziałem?
      - Mów.
      - Bliźniaczki. Identyczne, mówię ci! A jakie ładniutkie... Ach!
      - I co?
      - Jak to co? Podszedłem od razu.
      - O. I co powiedziałeś?
      - Hm. Dokładnie?
      - Dokładnie.
      Michał westchnął i wbił oczy w sufit. Minęło kilka sekund, nim wycedził:
      - „Może gazetkę.”
      Rafał, piętnastoletni rudzielec, aktualnie – wakacyjny kolega Michała,
      wybuchnął śmiechem. Echo donośnych, soczystych chichotów jeszcze długo odbijało
      się od ścian małego pokoiku.

      ***

      Agata i Beata siedziały na tarasie. Była ciepła, wilgotna noc. Piły gorącą
      czekoladę z dużych, niebieskich kubków. Matka poszła już spać, uprzednio
      odkurzywszy pół domku.
      - Co jutro robimy? – Zapytała Agata.
      - Jak to: co? Plaża, plaża i jeszcze raz plaża... Tego lata chcę się spiec. W
      zeszłym roku nie wyszło.
      Rzeczywiście. Rok wcześniej przesiedziały nad morzem równe dwa tygodnie. Przez
      dwanaście dni padało. Wróciły do domu wściekłe i spłukane, dosłownie i w
      przenośni.
      - Ja chyba przejdę się po lesie.
      - Terenów do spacerów brakować ci tu nie będzie – stwierdziła Beata.
      - Chciałabym też coś napisać.
      - Właśnie. Skończyłaś wreszcie ten wiersz, „Zumanity”?
      - Nie. I obawiam się, że już go nie skończę – dodała po chwili.
      - Dlaczego? Zapowiada się świetnie. Naprawdę masz do tego talent.
      - Nie o to chodzi – Agata pokręciła głową i odłożyła kubek. – Kiedyś ci już to
      tłumaczyłam, z wierszami, w odróżnieniu od opowiadań, sprawa jest o tyle
      dziwna, że to nie autor rządzi wierszem, tylko wiersz rządzi autorem. Nie można
      po prostu powiedzieć sobie: „dzisiaj napiszę piękny, poruszający wiersz” i
      usiąść przed kartką... A szkoda – uśmiechnęła się.
      Beata oparła łokcie o drewniany blat, otuliła twarz dłońmi. Jej długie, złote
      włosy spłynęły na ramiona. Zmrużyła oczy i przechyliła głowę.
      - Tutaj nikt ci nie przeszkodzi. Wierzę, że go skończysz.
      - Chciałabym. Naprawdę.
      Ich dłonie powędrowały ku sobie, by w końcu odnaleźć się, pod rozgwieżdżonym
      niebem. Wschodził księżyc, noc pachniała igliwiem. Palce bliźniaczek splotły
      się nieśmiało.
      „Wierzę w ciebie” – pomyślała Beata.
      „Wiem.”
      Siedziały w milczeniu ponad kwadrans.

      ***

      Słońce prażyło niemiłosiernie. Na niebie nie było widać nawet najmniejszej
      chmurki. Wiał słaby, ciepły wiatr, a woda była cudowna.
      Beata zanurkowała z rozkoszą.
      Dzień zapowiadał się wspaniale. Od dziewiątej rano leżała na dzikiej plaży,
      którą znalazły podczas wczorajszego, wieczornego spaceru. Niewielką połać
      złocistego piasku otaczały nieprzeniknione krzewy. Intymność właściwie
      gwarantowana. Czegóż chcieć więcej?
      Powoli płynęła w kierunku brzegu.
      Nagle dostrzegła błysk. Zatrzymała się i obróciła głowę w jego stronę. Coś
      prześwitywało pomiędzy drzewami, daleko, po drugiej stronie jeziora.
      Opalizujący kształt rzucał na wodę srebrzyste refleksy.
      Wtedy usłyszała krzyk.
      Ktoś krzyczał. W jej głowie. Nawiedziły ją obrazy. Jakby ktoś rozrzucił przed
      jej oczami kolorowe szkiełka. Rysa na czymś zimnym. Krople wody, spadające
      na... Chłód, wilgoć i mrok, kwitnący pomiędzy drzewami, mający źródło w
      czymś... Cichy brzęk, ja
    • oinoic Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 10:40
      Uwielbiam pływać i latać i zawsze chciałam robić to jednocześnie. To prawie tak
      jak seks w powietrzu, no niektórym to się udaje.
      Gorzej jednak z pływaniem na desce przy pomocy, której można wykonywać
      wspaniałe ewolucje w powietrzu, oczywiście jak ktoś potrafi. Moja podróż
      zaczęła się od Łeby, gdzie parę lat wstecz odwiedził nas Pan Nasch mistrz
      świata w Kiteserfingu, który zaprezentował ewolucje, które nigdy nie mieściły
      mi się w głowie, ale zachęciły mnie a wręcz powiem, że rozgrzały mnie do
      zrobienia tego, co mi się tylko mogło śnić. Była również Pani (nie pamiętam jej
      nazwiska) - mistrzyni świata, która nic dziwnego nie pokazała, jedynie tylko
      szybkość, jaką można osiągnąć pływając w te i z powrotem do brzegu i od niego.
      Zapalona, czym prędzej udałam się na kurs do Władysławowa. Super było, nawet
      stanęłam parę razy na desce, a nawet przepłynęłam 5 metrów i bum. Woda płytka,
      wiatr słaby albo wcale a ja siedzę tydzień na plaży i czekam, aż halny zawieje.
      No, ale cóż za 2 tygodnie jadę na Rodos. Pan trener powiedział, że to
      super: "Tam dopiero daje kopa wietrzysko". Czym prędzej skierowałam się na
      poleconą mi przez recepcjonistę plażę w celu wykupienia sobie kolejnego kursu,
      tym razem udanego bo wieje wiatr. Kurs oczywiście po angielsku, no, ale przy
      takim sporcie to trzeba być oblatanym z tymi językami. Nie ważne zapał to
      zapał, kupiłam latawca to mnie będzie ciągał po wszystkich rzekach, morzach i
      krainach tam gdzie będę chciała. No i mnie zaciągnął i to pierwszego dnia.
      Wiało tak, ze odpłynęłam ze 2 kilometry od brzegu, aż miły Pan z kursu
      zainteresowany moją długą nieobecnością przypłynął po mnie motorówką i
      przytargał do upragnionego brzegu. Ktoś sobie pomyśli, że jestem ostatnia
      ofiara życiowa, ale chciałam zapewnić, że tak nie jest. Skończyłam AWF, więc
      jestem wysportowana i w niejednej dyscyplinie pływackiej dostałam dyplom.
      Niestety, ale nie wymyślono jeszcze komórki wodoodpornej, a przydałaby się i to
      bardzo. Przynajmniej nie leżałabym godziny w lodowatej wodzie, myśląc o
      rekinach.. W każde wakacje od 3 lat intensywnie podnoszę poziom swojej
      adrenaliny, dopóki nie osiągnę własnego zadowolenia z nowego aczkolwiek
      niebezpiecznego, ale sportowego hobby.


      Pozdrawiam:
      Agnieszka
    • pogromczyninauki1991 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 14:42
      Prawie dokładnie rok temu, bo 21 lipca wybrałam się na obuz sportowy do Czech.
      Razem z koleżankami dostałyśmy kluczyk do jednego z małych domków znajdujących
      się na terenie ośrodka. Do tej pory pamiętam że miał numer 4. Jak to zwykle
      bywa każdy obóz musi zacząć się zwołaniem przez organizatora uczestników do
      jednej sali na nudny "wieczorek zapoznawczy". Kiedy sala się zapełniła przez
      rużno wiekowe grupy, trener rozpoczął czytanie zakazów i nakazów. Na końcu
      dodał jeszcze jeden zakaz związany z tajemniczą 4-osobową chuśtawkę. Część osób
      wiedziała o co chodzi, a część nie. Łatwo się domyśleć w której grópie się
      znajdowałam. Od razu zrobłam wywiad z organizatorem który wyjaśnił ,że 5 lat
      temu pewna dziewczynka zgineła przez nią w dość drastyczny sposób. Oczywiście
      powiedział nam że miedzkała w domku nr. 4. Niewieżyłam mu ale mimo wszystko się
      bałam. W pierwszą noc obozu położyłam się o 3 w nocy. Razem z koleżankami już
      zasypiałyśmy kiedy usłyszałyśmy dźwięk skrzypiącej chuśtawki i dźwięk
      udeżającego o nasze okna gradu. Usnełyśmy z trudem i z niepokojem. Rano okazało
      się że to był chrzest kolonijny organizowany przez trenera.
    • kudelka13 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 18:58
      Moje wakacyjne przeżycia nie są ani straszne, ani mrożące krew w żyłach, są one
      ciekawe i zaskakujące...
      Dwukrotnie w moim życiu zaskoczyli mnie sami artyści..
      Otóż 2 lata temu byłam nad morzem przez dwa tygodnie, mieszkałam w małym
      hoteliku razem z koleżankami. W drugim tygodniu naszego pobytu, pewnej nocy do
      naszych dni kilka osób zaczęło się dobijać, byli tak głośno, że wszystkich
      obudzili. My bałyśmy się otworzyć drzwi, ale naszczęście kierownik hotelu
      zerwany na równe nogi szybko pozbył się nieproszonych gości. Jak się później
      okazało byli to członkowie zespołu "Łzy", którzy byli "lekko" podchmieleni
      pomylili sobie pokoje. Następnego dnia zagrali świetny koncert w mieście, a na
      przeprosiny mi i moim koleżankom z pokoju dali autografy...

      Drugą ciekawą historią, jest moje spotkanie z Muńkiem Staszczykiem z zespołu
      T.Love. Ten znany zespół grał w naszym mieście na festiwalu, była świetna
      atmosfera. Po zakończeniu całej imprezy jak już wychodziliśmy zauważyliśmy, że
      przy stoisku z kiełbaskami stoi wokalista zespołu, więc poszliśmy do niego po
      autografy. W czasie podpisywania się, Muniek spytał mnie i kilka osób spod
      jakiego znaku jesteśmy. pierwsza się wyrwałam i powiedziała, że jestem spod
      znaku panny. On spojrzał na mnie z zaciekawieniem i nie dowierzająco
      spytał: "PANNA? WRZEŚNIOWA?? " i poprosił mnie żebym z nim porozmawiała na
      boku. najpierw mi wyjaśnił, że ma sentyment do mojego znaku... Póżniej spytał
      czy z kimś tu jestem i jak się dowiedział, że jestem z chłopakiem
      powiedział "TO NIE MAM CO LICZYĆ NA TAKIE TAM...?". Musiałam go zmartwić, ale
      za to mam piękny jego autograf z dedykacją:))
    • pozi Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 21:00
      To byly studenckie wakacje, czyli praca w hotelu w Gorach Skalistych w USA.
      Problem polegal na dojezdzie na lotnisko, bo trzeba bylo sie przeprawic autem
      przez wysokie gory do Denver - ok. 3 godz. drogi. Na szczescie udalo mi sie
      znalezc transport dosc przypadkowo - jeden koles, Amerykanin, ktory pracowal w
      tym samym hotelu zaoferowal podrzucenie swoim "domem na kolkach", w ktorym
      mieszkal. Kiedy wyruszylismy zaczal palic trawe i trwalo to przez caly czas
      podjezdzania serpentynami do przeleczy gorskiej. W pewnym momencie auto zgaslo,
      bo zabraklo benzyny - kierowca ani sie zastanawiajac - wciaz na trawie,
      zawrocil i sila rozpedu tymi samymi serpentynami, hamujac bez pracujacego
      silnika, dotoczyl sie do pierwszej stacji benzynowej. Potem na szczescie
      wszystko potoczylo sie juz gladko, ale nie wiem czy nie przybylo mi podczas tej
      eskapady kilku siwych wlosow.
    • arkanino Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 21:47
      To było w Lubrzy. Małej miejscowości w województwie lubuskim. Wraz ze
      znajomymi, postanowiliśmy, iż jadąc na wczasy nie będziemy specjalnie myśleć
      nad miejscem naszego noclegu ale pojedziemy „w ciemno” z nadzieją, że na
      miejscu uda nam się coś znaleźć. Jak się jednak okazało, znalezienie wygodnego
      miejsca wypoczynku graniczyło wręcz z cudem.
      Wszystkie okoliczne domy wczasowe, hotele i ośrodki były wypełnione po brzegi i
      gdzie byśmy nie pytali wszędzie spotykało nas szydercze i lekko
      kąśliwe „przykro mi”. Zbliżał się już wieczór i kiedy wszyscy tracili nadzieje,
      na naszej drodze pojawiła się mała dziewczynka. Ubrana cała na biało o czarnych
      włosach i bladej skórze, wyglądem przypominała raczej rzeźbę niż człowieka.
      Pamiętam że pomyślałem wtedy, że spokojnie mogłaby ubiegać się o role w jakimś
      horrorze i gdyby nie fakt, że po paru sekundach milczenia przemówiła cichutkim
      dźwięcznym, dziecinnym głosikiem oddaliłbym się jak najdalej.
      - Wy też? – spytała stojąca dalej w bezruchu postać.
      - Co my też? – odparłem zaskoczony, że z tak chudego ciała mogą wydobywać
      się jakiekolwiek dźwięki.
      - Też szukacie miejsca gdzie można przenocować. – Odparła jakby od dawna
      spotykała ludzi podobnych do nas z takim samym problemem.
      - Tak my... – Nie zdążyłem dokończyć bo spod gęstych włosów dobiegł
      kolejny syczący już niemal dźwięk – Tu w lesie mieszka stary młynarz, czasem
      wynajmuje swoją dobudówkę za niewielkie pieniądze- odparła nie pytana postać i
      obracając się na pięcie zaczęła kroczyć w przeciwnym kierunku.
      Byliśmy tak zaskoczeni, że nie próbowaliśmy nawet pytać dalej o szczegóły.
      Widzieliśmy tylko białą smugę powoli znikającą gdzieś w gęstwinie lasu.
      Staliśmy tak w bezruchu jakieś trzy minuty gdy jeden z kolegów zaproponował
      abyśmy poszli dalej przed siebie pytając ludzi o okoliczny młyn. Jak się
      okazało nie musieliśmy szukać długo. Po dziesięciu minutach drogi zobaczyliśmy
      stary, wykonany z dębowego drzewa kierunkowskaz z napisem „Młyn”. Namalowana
      białą farbą strzałka, była skierowana w kierunku mocno zarośniętej wąskiej
      ścieżki. Wyczerpani nie zastanawiając się długo, podążyliśmy wzdłuż
      wyznaczonego szlaku, którego podejrzewam nikt nie używał od lat. Las był ciemny
      i cichy. Tylko nielicznym strugom jasnego światła udawało się przebić przez
      ogrom rozłożystych gałęzi wielkich i starych buków. Po jakimś czasie
      wyczerpującej wędrówki naszym oczom ukazał się wielki drewniany budynek z
      jeszcze większym kołem zanurzonym w wodzie. Młyn był wielki i swoją
      monumentalnością przywoływał na myśl raczej gotycką fortecę niż obiekt,
      w którym za dawnych lat wytwarzano mąkę. Po krótkiej chwili zachwytu i obejściu
      budowli dookoła zobaczyliśmy również gospodarza. Człowiek o krępej budowie
      ciała i pomarszczonej skórze stał na wprost nas z dyskretnym uśmieszkiem
      i wyraźnie czekał na rozpoczęcie rozmowy.
      - Dzień dobry. – Zagadałem.
      - Witam moich drogich przybyszów. – Wykrzyczał wręcz, jakby całe życie na
      nas czekał.
      Po krótkich rozmowach i negocjacjach znaleźliśmy się w jednym z pokoi
      i zaczęliśmy się rozpakowywać. Nasz gospodarz powiedział, że wszystkie rzeczy
      w jego „królestwie”, jak określił swe miejsce zamieszkania, są do naszej
      dyspozycji. Wychodząc usłyszeliśmy tylko:
      - Aha, zapomniałbym nie, wchodźcie do młyna bo jest tam dość
      niebezpiecznie, wszystko jest stare i grozi zawaleniem. – Powiedział i zaczął
      kierować się do wyjścia gdy jeden z nas odparł:
      - Szkoda... miałem nadzieje że zobaczę jak odbywała się produkcja mąki za
      dawnych lat, wie pan, takich budowli jest chyba w Polsce niewiele.
      Na te słowa krępa postać bezszelestnie poruszająca się w kierunku wyjścia
      zatrzymała się nagle i już z mniejszą życzliwością w głosie odparła:
      - Uważałbym na młyn. Niektórzy mówią, że tam straszy. Zaskrzypiały drzwi,
      a z korytarza dobiegł odgłos skrzypiących pod nogami desek. Byliśmy tak
      zmęczeni, że nawet nie próbowaliśmy domyślać się o co chodziło tajemniczemu
      młynarzowi. Szybko położyliśmy się do łóżek i zapadliśmy w głęboki sen.
      Nie pamiętam dokładnie o której godzinie obudził mnie cichutki
      dochodzący z góry dźwięk tupotu czyichś stóp. Deski dyskretnie trzeszczały tuż
      nad moją głową a spod posadzki unosił się kurz. Postanowiłem, że przeczekam aż
      wszystkie dźwięki umilkną jednak po paru minutach ciekawość wzięła górę.
      Na bosaka, jak najciszej się dało, zbliżyłem się do drzwi wyjściowych. Było tak
      ciemno że musiałem kroczyć wzdłuż ściany aby trafić na klamkę. Ku mojemu
      zdziwieniu okazało się, że gdy tylko wyciągnąłem rękę aby otworzyć drzwi, one
      same odskoczyły, uchylając się z jazgotem w moim kierunku. Gdy spojrzałem na
      moich kompanów i upewniłem się że śpią dalej, ruszyłem przed siebie. Na
      korytarzu było wilgotno i unosił się zapach świeżo pieczonego chleba. Światło
      pełni księżycowej rozświetlało pomieszczenie ukazując kształty starych
      drewnianych mebli, które rzucały długie cienie po całym pokoju. Wtem,
      usłyszałem kolejne szmery dochodzące z góry. W narożniku pokoju znalazłem
      drabinę, która najprawdopodobniej służyła jako wejście na strych. Powoli
      wspinałem się szczebel o szczeblu. Kolejne stopnie krzyczały wręcz przeraźliwie
      jakby każde ich dotknięcie sprawiało im ból. Koniec drabiny przylegał mocno do
      blaszanego wejścia. Spróbowałem raz i drugi ale niestety drzwiczki ani drgnęły.
      Kiedy już zniechęcony kolejnymi niepowodzeniami miałem zamiar zejść, usłyszałem
      cichy trzask, a potem dźwięk podobny do pocierania metalu o metal. Trwało to
      chwile, aż podniecony z ogromną dozą adrenaliny powoli popchnąłem wieko i ku
      mojemu zdziwieniu okazało się, że wejście jest otwarte. Wsunąłem głowę do
      otworu i nagle coś przebiegło szybko za moimi plecami. Kiedy się odwróciłem nic
      jednak nie zobaczyłem poza obłokiem mąki unoszącej się w powietrzu.
      Po wczołganiu się do góry powolnym krokiem zbliżałem się do wierzchołka
      wielkiego koła stanowiącego niegdyś zapewne napęd dla młyna. Pomieszczenie było
      szerokie i stało w nim wiele dziwnych przedmiotów, których nigdy wcześniej
      nie widziałem. Nagle drzwiczki, którymi się dostałem na strych zatrzasnęły się
      z ogromnym hukiem. Dobiegł mnie syczący, przeszywający na wskroś dźwięk
      dziewczynki:
      - Pomóż mi.
      - Kim jesteś? – Zapytałem
      - Pomóż mi. – Wyszeptał po raz kolejny głos a ja poczułem jak nogi same
      mi się uginają. Zacząłem powoli zmierzać w kierunku miejsca skąd dochodziły
      skrzeczące dźwięki. Okazało się że tajemniczy głos pochodzi z wielkiej beczki
      stojącej w rogu pokoju. Gdy byłem już przy niej wszystko ucichło. Powolnym
      ruchem dłoni z całej siły pociągnąłem wieko od beczki. Nagle ziemia zaczęła
      drżeć, wielkie koło młyna drgnęło ociężale unosząc białe obłoki mąki.
      Spojrzałem najpierw na wieko, na którym wyryte były ludzkimi paznokciami
      otwory, jakby ktoś żłobił je latami, a potem do środka gdzie moim oczom ukazała
      się mała skulona postać dziewczynki. Chciałem uciekać ale chwyciła mnie za rękę
      tak mocno że nie mogłem się ruszyć. Sama wstała powoli i odgarniając drugą ręką
      włosy wlepiła we mnie swe białe źrenice. W pewnym momencie mojej bezskutecznej
      szamotaniny wysyczała:
      - Popatrz a zrozumiesz. – Wraz z jej słowami moim oczom ukazały się
      urywki wizji jak z pociętej taśmy filmowej. Najpierw dziewczynka bawiąca się w
      młynie. Ciemność. Mężczyzna stojący za dziewczynką. I znowu ciemność. Białe
      omdlałe ciało ciągnięte po ziemi. Ciemność. Beczka i dochodzące z niej odgłosy
      drapania i przeraźliwych dźwięków „pomocy!”. Wszystko było jasne. Morderca
      dziewczynki ze strachu. Iż jego zbrodnia będzie wykryta schował ciało do
      beczki. Nie pomyślał jednak o tym, że dziecko nadal żyje. Nie patrzyłem już ze
      strachem na oczy nieznajomej, tym bardziej, że zaczęły nabierać one normalnych
      ludzkich, radosnych wręcz barw. Usłyszałem tylko ciche: „
    • Gość: Sylwuska1 jezioro tajemnic IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.07.05, 00:37
      ta historia wydarzyla sie w okolicach jezora zywieckiego , jeziora o prawie tak
      mrocznej historii jak wody lekko otólajce przegi zalewu .w derzczowe dni ludzie
      przy kominkach gawdza jak to bylo ,a historia siega czasow bardzo dawnych ale
      do dzis zachowaly sie slady tamtych wydarzen..............
      w pewien cieply wieczór wybralam sie na spacer aby obejrzec zachód slonca (mimo
      zakazów babci, po zachodzie nad jeziorem dzieje sie zeczy nie wyjasnione..... )
      byl tam równiez starszy pan z sasiectwa lowil ryby przylaczylam sie do
      niego .zapytalam o historie jeziora (poniewaz jeszcze jej nie znalam) starszy
      pan rozsiadl sie wygodnie na lawce i zaczol snuc mroczna historie......

      nie boicie sie? jesli nie to uwaznie sluchajcie.....

      bardzo dawno temu nie bylo tu jeziora zato ozposcieraly sie dwie piekne wioski
      ludzie byli tam dobrzy na twarzach dzieci goscil usmiech zyli jak w raju . lecz
      pewnego dnia........
      tego dnia na niebie nie bylo slonca.... niebo zasnute blo chmurami z ktorych
      sypaly sie wielkie lncuchy blyskawic....
      nagle mieszkancy uslyszeli tupot koni . oto zblizal sie wielki car wrogi tym
      ziemia.... jego wojska palily domy rozrtala sie prawdziwa masakra ...woalka
      ustala nad ranem . car zadowolony ze swojego zwyciestwa przechadzal sie po
      zdobytych terenach . tej nocy potoki oraz rzeka znacznie wezbrala . pogoa nie
      zmieniala sie od tygodnia . skala tamujaca wody rzeki ulegla ... woda zaczela
      zapelniac dolie w ktorej znajdowaly sie wioski z minuty na minue wody bylo
      coras wiecej i wiecej car uciekl ze swoim wojskiem zostawiajac mieszkacow
      wioski .... nie bylo drogi ucieczki mieszkancy zkazani byli na smierc .... gdy
      nastepnego dnia zza gor wylonilo sie slonce nie bylo wioski wylonilo sie jzioro
      o chmurnych wodach ..... tak co wieczur gdy slonce zajdzie za gory nad jeziorem
      cisza tylko powiew wiatru i szelest lekko falujacej tafli jeziora , ale
      nagle .... cisze to przerywaja jeki i krzyki i wolanie o pomoc....... a na
      brzegach tupot koni i zza drzewa nie jedna sie wyloni blada postac ni to z wody
      ni to zywa i znika ....... i tak noc cala te dziwy sie dzieja lecz gdy slonce
      ukojenie zawom bladymi promykami przyniesie cisza nad cisze znów nad
      jeziorem ....

      na moim ciele pojawila sie gesia skorka . slonce jusz dawno zchowalo sie za
      horyzontem.... jak tu wrócic do domu? boje sie

      • pawel9965 Re: jezioro tajemnic 21.07.05, 15:47
        Cześć ta historia powiem szczerze jest świetna naprawde :) Moim zdaniem bardzo
        dokładnie ją opisałaś i poprawnie pod każdym względem <brawo> to jest "coś"
        czytałem uważnie do końca bardzo mi się podoba.
    • grushka Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 21.07.05, 18:58
      Grozy tej historii nie pojmie każdy. Ale zrozumie ją astmatyk szukający w
      panice inhalatora, nałogowy gracz w totka, który odkrył, że do szóstki zabrakło
      mu jednego trafienia i wszyscy dumni posiadacze rozmaitych natręctw.
      Te wakacje miały być idealne. Od tygodni chuchaliśmy i dmuchali na dzieci, żeby
      tuż przed wyjazdem się nie rozchorowały. Wykupiliśmy wszelkie możliwe
      ubezpieczenia. Przewodniki upstrzyliśmy żółtymi karteczkami „zobaczyć
      koniecznie”. Przegródki w portfelu były starannie oznaczone: wynajem samochodu,
      przyjemności, pizza, nagłe wypadki. W mojej przepastnej torbie tkwiły
      posłusznie dwie szczoteczki do zębów i dwie pasty. Tak na wszelki wypadek.
      Na miejscu okazało się, że rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia! Za
      plecami góry, przed oczami morze. Powietrze drgało od gorąca. Pierwsze
      śniadanie bajeczne – poczuliśmy lekki zawrót głowy od niezliczonej ilości
      zapachów i smaków. Siedziałam przy stoliku ignorując radosne wrzaski dzieci,
      zapatrzona w oleandry za oknem. Przede mną dwa tygodnie w raju. Lody bardziej
      czekoladowe niż czekolada. Kawa gęstsza niż mój strach w samolocie. Mój mąż
      zbliżał się powoli z lampką szampana. I właśnie wtedy, gdy odwzajemniłam jego
      rozmarzony uśmiech, wakacje się skończyły! Nagle, brutalnie, bez ostrzeżenia,
      zanim zdążyłam wyobrazić sobie nasze pierwsze plażowanie. Oliwka którą bawiłam
      się w ustach trzasnęła, poczułam coś na kształt wewnętrznego trzęsienia ziemi,
      na chwilę straciłam ostrość widzenia, głosy oddaliły się. Rozmiar katastrofy
      pojęłam, gdy wymacałam językiem olbrzymi krater. Dolna szóstka po prawej
      stronie. W panice, która narastała w postępie geometrycznym wyplułam na stół
      pestkę i część zęba. Zrobiło mi się niedobrze, jak przy pobieraniu krwi. Chyba
      nie wyglądałam najlepiej. Mąż mówił coś do mnie, pani przy stoliku obok
      zamarła, córeczka przezornie wykrzywiła buzię w podkówkę. Nie mogłam uwierzyć.
      Może jeszcze śpię? Po locie to normalne, człowiek różnie odreagowuje stres….Ale
      nie, zbyt wyraźnie czułam językiem ostre krawędzie. Prawie leżałam na stole,
      oblana zimnym potem, nie mogąc sobie wyobrazić wycieczek po rzymskich ruinach z
      taką przepaścią w buzi. Ręce mi drżały, kolorowe plamki skakały przed oczami.
      Nie będę mogła jeść prawą stroną. Nie będę mogła w ogóle jeść! Trzeba wracać.
      Tak, trzeba szybko sprawdzić powrotne loty, może jeszcze dzisiaj uda się złapać
      moją dentystkę. Wsparta na ramieniu męża doczłapałam do pokoju. Szczęka mi
      zesztywniała od manewrowania w niej lusterkami, ale niewiele mogłam dojrzeć
      poza tajemniczym cieniem w pobliżu siódemki. Potem godzina szorowania,
      kontrolnego zagryzania, płukania, i tak w kółko, dopóki mój mąż nie przyniósł
      dwóch wieści – dobrej i złej. Dobra była taka, że nasze ubezpieczenie obejmuje
      jedną usługę stomatologiczną do 75 EURO, druga – przeohydna – że miejscowy
      dentysta rekonstruował ostatnio ząb niemieckiej turystce za…600 EURO. To więcej
      niż wszystkie nasze portfelowe przegródki! Mąż łagodnym, rozsądnym tonem
      przekonywał mnie do wizyty – powinnam poprosić o fleczer. Ale ja oczami duszy
      widziałam fleczer za 300 EURO na lewej piątce i moją rozoraną szóstkę tkwiącą
      żałośnie w kleszczach dentysty! Przecież oni tutaj w ogóle nie znają
      angielskiego! Nie dogadam się, wyrwie mi zęba, albo jeszcze gorzej, wywie mi
      zupełnie niewinnego zęba i co ja wtedy zrobię?!
      Dziś jeszcze czuję nieprzyjemne mrowienie w plecach na wspomnienie tego
      horroru. Przez dwa dni prawie nic nie jadłam. Wszystko skończyło się dobrze,
      ale to już zupełnie inna historia. Dość powiedzieć, że lekarz znał angielski,
      założył plombę za 80 EURO, zrobił to szybko i bezboleśnie. Ubytek okazał się
      niewielki. Odwrotnie proporcjonalny do mojej paniki – ale tak to już jest z
      panikami właścicieli natręctw – zwłaszcza proweniencji zębowej:)

    • mreszke niemiecka porzadnosc 21.07.05, 22:46
      Jade z kolega do kina we Freiburgu (poludniowe Niemcy). Za dobrze sie nie znamy
      ale wiem, ze mu wpadlam w oko, choc mnie on sie nie podoba. Ale milo sie z nim
      czas spedza (i tylko on chcial jechac specjalnie do kina). Oboje nie znamy
      miasta ale znajdujemy szybko miejsce do parkowania zaraz przy ulicy. Gdy
      wysiadamy zauwazam znak zakazu parkowania. Postanawiamy przestawic samochod na
      znajdujacy sie obok parking podziemny. Szczesliwi, ze nie dopadnie nas
      przypadkowo kara za parkowanie w niedozwolonym miejscu, idziemy podbijac
      miasto.
      Poznym wieczorem wracamy do samochodu. I oto, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu,
      parking jest zamkniety. Rozgladamy sie dokola i widze tablice informujaca o
      godzinach otwarcia parkingu - od siodmej rano do dziewietnastej. Ponizej numer
      telefonu i informacja dla takich jak my, tak samo nieuwaznych, ze dzwoniac pod
      ten numer wezwiemy "portiera", ktory przyjedzie specjalnie by nam otworzyc
      brame. Swietnie, ale koszt tej uslugi to 25 euro plus oplata parkingowa. "Moze
      wezmiemy hotel?", pyta kolega. "Pewnie", odpowiadam w myslach, "tylko kto nam
      uwierzy, ze parking nam zamknieto i musielismy zostac na noc we Freiburgu...".
      Smieje sie w duchu i mowie mu, zeby zadzwonil po tego portiera. Trudno, 25 euro
      jest dla mnie duzo lepsze niz nocleg z kolega, hihi. Gosc ma przyjechac za pol
      godziny. Lazimy dokola parkingu smiejac sie z sytuacji ale przeklinajac juz
      stracone pieniadze. Nagle widze wyjezdzajacy samochod z zakmnietego ponoc
      parkingu. Jestem jednak za daleko by podbiec. Okay, moze pracownik firmy
      znajdujacej sie nad parkingiem. Spacerujemy nadal. Nagle, nastepny samochod
      wyjezdza stamtad. Kolejny oddany firmie pracownik siedzacy po godzinach w
      firmie? ;) Podchodzimy jak najblizej i stoimy zaraz przy bramie, moze znow ktos
      wyjedzie.
      I faktycznie, kilka minut pozniej, ktos znow opuszcza parking. Podbiegam i
      prosze o wypuszczenie nas stamtad. Kierowca dosc dziwnie na mnie patrzy, jest
      wyraznie zdziwiony moim pytaniem. Po chwili tlumaczy nam, bysmy weszli do
      srodka parkingu i przez parking przeszli do hotelu (znajdujacego sie po drugiej
      stronie ulicy). Tam znajduje sie kasa automatyczna, tam zaplacimy i wyjedziemy.
      Zegnamy go, dziekujemy i patrzymy oszolomieni na siebie. To takie proste?! "To
      chyba tylko dla Niemcow!", smiejemy sie. "Nie podpowiedza, ze jest hotel po
      drugiej stronie i ze nie trzeba placic 25 euro za otwarcie bramy!!". Wystarczy
      tylko to wiedziec. Biegniemy to automatu, placimy za parking i wyjezdzamy.
      Zaraz za brama widze samochod "portiera". "GAZU!!!!!", krzycze, smiejac sie
      jednoczesnie i uciekamy. Smiejemy sie nieustannie, marudzac na Niemcow, ktorzy
      by pewnie nie wpadli na pomysl obejscia procedury i poczekaliby na "portiera",
      hojnie oddajac mu 25 euro wlasciwie nie wiadomo za co (koszt dojazdu? hihi, to
      droga ta taksowka).
      Nie stracilam pieniedzy, kolega pozostal kolega, a za kazdym razem gdy parkuje,
      sprawdzam do ktorej godziny jesty parking czynny :)
    • radsam Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 21.07.05, 23:16
      Był zwykły czerwcowy dzień 2004 roku, pogoda skłaniająca jedynie do siedzenia w
      barze i zastanawiania sie ... co dalej. Wówczas w umysłach kilku młodych ludzi,
      którzy zważywszy na posiadanie dowodu osobistego jedną nogą byli juz w dorosłym
      życiu, a dopiero czekali w związku z egzaminami wstępnymi na studia, by
      przekroczyć tę bezpowrotną granicę przez drugą z kończyn dolnych, narodził sie
      pomysł kilkudniowego wyjazdu nad Balaton. Długo sie nie
      zastanawiając "skłoniliśmy" rodziców do pożyczenia nam samochodu, spakowaliśmy
      wszystkie potrzebne rzeczy, nie zapominając oczywiście o zabraniu dobrego
      humoru i w czteroosobowym dobrze znającym sie składzie ruszyliśmy przed
      siebie...
      Wtedy żadne znaki na ziemi, na niebie, nawet horoskop z www.onet.pl nie
      zapowiadał tego co miało sie wydarzyć w przeciągu najbliższych dni. Diametralna
      zmiana pogody wywołała uśmiech i rozjaśniła nasze umysły, stopniowo i
      skutecznie zapełniane mrokiem wiedzy przez ostatni rok, spędzony głównie na
      siedzeniu przed książkami. Prawdziwie wakacyjna atmosfera, muzyka płynaca z
      głośnika, wiatr we włosach mojej pięknej dziewczyny Ani i przyjaciółki Ulki,
      sprawił że zapomniałem o wszystkim i cieszyłem się każdą z chwil, które niczym
      zimny prysznic po upalnym dniu, zmywały ze mnie trud ostatnich miesięcy.
      Jedynie niepokoiło mnie zachowanie Maćka twierdzącego z zastraszającą
      stanowczością, że wydarzy sie coś złego. Dziewczyny jednak szybko sprawiły, iż
      o wszystkim zapomniał i uległ ogólnemu nastrojowi. Kilkudniowy pobyt w miejscu
      będącym wizytówką Węgier przebiegł znakomicie. Prażące słońce, widok mojej
      ukochanej kobiety w stroju kąpielowym, pyszne jedzenie, wszechobecne puszyste
      niemieckie turystki w średnim wieku i kąpiele w ciepłym Balatonie. To wszystko
      sprawiło, że byłem w dobrym humorze i nabrałem ochoty do żmudnego
      przygotowywania sie do egzaminów wstępnych. Pewnie z tą wyprawą związane byłyby
      same ciepłe uczucia, gdyby nie pomysł jak zwykle nieobliczalnych kobiet, że
      przed powrotem do Polski musimy koniecznie "odwiedzić" Rumunie. Do dzis na samą
      myśl o tym kraju, z którym do tamtej pory kojarzył mi sie jedynie znakomity
      piłkarz Hagi, mam dreszcze, a ciarki elektryzuja mnie od samych stóp aż po
      najdłuższy włos na mojej głowie. Dotychczasowe wyobrażenia nieco sie zmieniły,
      gdy przekroczyliśmy granice w okolicach miasta Oradea, jednak juz kilka godzin
      później tkwiący w naszych mózgach stereotyp został umocniony z tak dużą siłą,
      że gdy dziś wspominam to wydarzenie i miejsce w obecności Ani widze momentalnie
      jak jej twarz blednie przypominając w stadium końcowym ... prześcieradło
      wybielone w Ace. Im dalej zapuszczaliśmy się w głąb tego dziwnego kraju, z tym
      większą siłą kierowało mną przekonanie, że była to błędna decyzja. W pewnym
      momencie złośliwość rzeczy martwych, w tym przypadku samochodu, zmusiła nas do
      zatrzymania się w miasteczku, którego nazwy nie pamiętam i niech mnie broni
      siła najwyższa przed przypomnieniem jej sobie. Widok miasteczka i jego
      mieszkańców był przerażający, sprawiali wrażenie jakby czas się tam zatrzymał
      50 lat temu. Pierwsze oznaki niepokoju narodziły się w momencie, kiedy to pan
      na stacji benzynowej, mechanik i sprzedawca w nazwijmy to sklepie spożywczym
      wyglądali niemal identycznie. Uspokajaliśmy dziewczyny, że jest to kwestia
      przypadku. Nasze telefony komórkowe nie dość, że nie miały tam zasięgu to nawet
      nie chciały spełniać żadnych funkcji zaprogramowanych w nich przez producenta.
      Tłumaczyłem sobie, że tak sie czasem zdarza. Powoli zbliżał sie już wieczór, a
      wiadomość o tym, że auto zostanie naprawione dopiero nazajutrz wprawiła
      wszystkich we frustracje. Konieczność spędzenia nocy w tym miejscu nikogo
      wyrażając się sarkastycznie, nie satysfakcjonowała. Wynajęliśmy pokój w
      obskurnym pensjonacie, coś na kształ meksykańskich "spelun" z amerykańskich
      filmów akcji. Niesamowity odur i wilgoć spowodowana obecnością "roślin" na
      ścianach sprawiły, że nikt z nas nawet nie próbował zasnąć. Czarę lęku i
      niepewności przepełniały ciągłe krzyki i skowyt zwierząt, które nie
      przypominały żadnych znanych nam odgłosów. I nagle w momencie, w którym wszyscy
      chyba mimowolnie przysnęliśmy do pokoju (wcześniej zamkniętego) wbiegła naga
      dziewczynka. Mimo, że nie zrozumieliśmy jej słów wypowiadanych z ogromnym
      przerażeniem, stało się zupełnie jasne, iż nie możemy tu dłużej pozostać. Tak
      szybko chyba nikt z naszej czwórki nigdy wcześniej się nie ubierał. Wybiegliśmy
      z Maćkiem z owego "pensjonatu" kierując sie mechanicznie prosto do miejsca,
      gdzie stał nasz samochód, który dziwnym zbiegiem okoliczności wcale nie wymagał
      naprawy. Odpaliliśmy go w pośpiechu, chwilę później dołączyły do nas dygoczące
      dziewczyny. Rzekomy mechanik nagle pojawił się tuż przed naszymi oczami
      trzymając na smyczy coś przypominające krzyżówkę małpy z ... nawet nie próbuje
      myśleć czym. To stworzenie natychmiast skoczyło na maskę naszego samochodu,
      powodując krzyk wydobywający sie z naszych gardeł, który pod względem decybeli
      znacznie przekraczał hałas panujący na stadionie piłkarskim. Bez zastanowienia
      Maciek ruszył z piskiem opon zrzucając tego "pasażera", który chciał się chyba
      zabrać na gape. Stworzenie jeszcze biegło za nami, a przy ulicy, którą
      opuściliśmy to miejsce stała dziewczyna z hotelu. Zwróciliśmy na nią uwagę
      zaledwie na krótką chwile, gdy nagle tuż przed samochodem pojawił się stojący
      na środku jezdni mężczyzna. Był to jeden z tych trzech identycznych mężczyzn z
      sektora "usług" tego miasteczka. Było juz za późno, by Maciek zdołał go
      wyminąć. Jednak w momencie, kiedy zdawało się, że bardzo dokładnie zapozna się
      z maską samochodu taty ... on zniknął.
      Przez pół godziny jechaliśmy z prędkością, z jaką jeździ Hołowczyc w czasie
      rajdów. Wśród nas panowała zupełna niemal grobowa cisza. Dopiero po
      przekroczeniu granicy, gdy z powrotem byliśmy na "bezpiecznym" terenie naszych
      południowych bratanków Węgrów, atmosfera trochę sie rozluźniła. Ale nikt nie
      próbował nawet domniemywać co, by mogło się stać, gdybyśmy pozostali tam do
      rana. Po powrocie do domu na pytania rodziców odpowiadaliśmy krótko i
      wymijąjąco, ale ojciec zapytał się, skąd na masce wzięły sie zarysowania. Gdy
      spostrzegłem wyraźne kilkunastocentymetrowe ślady po pazurach, serce prawie
      podskoczyło mi do gardła. Wtedy opowiedziałem mu całą historię, którą skwitował
      zaledwie ironicznym uśmiechem. Nigdy więcej już nikomu nie opowiadałem o tym ,
      gdyż sama myśl o czerwcowych wydarzeniach zeszłego roku przyprawia mnie o ...
      domyślcie się.
    • lilianka22 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 00:01
      Dreszcze dosłownie...
      Pojechałam na pierwsze w życiu egzotyczne wakacje do Tunezji. Tak jak się
      spodziewałam pogoda przepiękna, ludzie przemili a morze cieplutkie. Polak w
      takim miejscu traci głowę (no, może nie każdy, ja na pewno) i rzuca się do tego
      cieplutkigo i milusiego morza. Fantastyczne uczucie odpręzenia i błogości
      zakłóciło nagłe ukłucie, tak jakby poparzenie pokrzywą, taką największą. No nic,
      pomyślałam, wiedziałam że w morzu mogą pływać meduzy. Trochę szczypało ale nie
      przejmowałam się zbytnio ze względu na wspaniałe okoliczności przyrody:)
      Po chwili położyłam się na kocu i wtedy się zaczęło. W miejscu oparzenia zaczęła
      mnie boleć noga, coraz bardziej i bardziej. Potem ból zaczął atakować także
      drugą nogę i doszedł aż do bioder. W dodatku zaczęłam się trząść. No tak, myślę
      sobie, ten jad z meduzy idzie coraz wyżej, zaraz dojdzie do serca a potem do
      mózgu i umrę. Chyba lepiej umierać w pokoju, a nie na plaży. Wyszeptałam z
      wysiłkiem do koleżanki że muszę wracać do pokoju. Wracałyśmy razem, ja się na
      niej opierałam i jedocześnie odmawiałam zdrowaśki. Na czworakach (dosłownie!!!)
      wczołgałam się nałóżko w hotelu i zwijając się z bólu myślałam o najbliższych,
      że ich już pewnie nie zobaczę, albo że w najlepszym razie zostanę kaleką do
      końca życia. Intensywnie też myślałam , co koleżanka ma przekazać mojej
      rodzinie, bo było coraz gorzej...
      Na szczeście dreszcze ustały zanim doszły do serca :) i po jakiejś godzinie
      czułąm się już świetnie. Po prostu reakcja na jad meduzy była bardzo silna bo
      nigdy nie miałam ze stworem do czynienia. Wiele razy potem meduza mnie "użarła",
      ale to nie było bardzo bolesne ani nie powodowało już takich przykrych skutków.
      Teraz to jest zabawne, ale wtedy naprawdę nie było mi do śmiechu...:P
      Pozdro
    • eliza.mordal Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 08:34
      No to spróbuję swoich sił...
      Rok 1997,luty...Przyjeżdżamy do Zakopanego pociągiem,po całonocnej podróży
      zmęczeni,ale uśmiechnięci,trzymamy się za ręce,gęby śmieją nam się do zimowego
      słońca i ośnieżonych szczytów. Plecaki pełne ciepłych ciuchów, puszek,
      chińskich zupek, u mnie śpiwory, u Niego namiot... Ruszamy w góry...Najpierw
      bez śniegu, ciągle w słońcu. Im wyżej tym bardziej biało, czerwone policzki,
      błyszczące oczy...Płuca pełne świeżego, mroźnego powietrza...Przyjazne "cześć"
      na szlaku...Zmęczeni, lekko zmarznięci planujemy ogrzać się w schronisku -
      zjeżdżamy do niego na pupach po świeżutko zdeptanym sniegu. Parujące kubki
      parzą w dłonie, ale pasztet smakuje jak nigdy w życiu! Ma w sobie smak tej
      przygody, zapach powietrza, nawet wiatr...w akademiku nie ma tego smaku! Gdy
      nabieramy sił ruszamy dalej, jeszcze trochę wyżej,ale zmrok już skraca
      widzenie, już odbiera pewność siebie...Życzliwy na szlaku ostrzega przed dalszą
      wędrówką. Ale my mamy swój cel, szukamy miejsca na namiot. Nie może być byle
      jakie, musi mieć swój urok i czar. Znajdujemy polankę, śnieg poza szlakiem
      sięga kolan. Obok przyjaźnie otula nas strzelista sosna - jej zieleń daje
      poczucie bezpieczeństwa i ciepła. Szybko rozbijamy namiot, rozkładamy w nim
      śpiwory,koce, ubieramy wszystkie ciuchy. Chcemy wzmocnić się "chinką" ale
      zamarza gaz w butli...Reszta herbaty z termosu przyjemnie grzeje od środka.
      Światło latarki, jak maleńki świetlik, jest tylko jasną plamką w zapadającej
      dookoła ciemności. Pstrykamy zdjęcie - dwie rumiane twarze, głowy otulone
      czapkami, niewielka przestrzeań namiotu..Jedno jedyne zdjęcie, aparat też nie
      wytrzymuje mroźnego powietrza, zatrzymuje się. Na termometrze - minus 15
      stopni. Wokoło cisza - góry jej strażnicy. Zasypiamy.
      Ranek zimny, szary, a obok namiotu tylko ta ścieżynka, którą przyszliśmy.
      Zamarznięte buty nie dają się wcisnąć na nogi, trochę śmiechu i turlania w
      śniegu,są, weszły, wymieniają ciepło ze stopami, miękną...
      Zwijamy namiot. Oprócz śladów na śniegu nie pozostaje po nas nic...może sosna
      tylko szumi na do widzenia?
      Prosta historia,ale ma swoje miejsce w naszych sercach. A teraz jesteśmy
      małżeństwem i marzymy o wyprawie z naszym synkiem! Pozdrawiam!
    • nicoletia Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''Duch 22.07.05, 08:35
      Miało to miejsce dwa lata temu. Jechaliśmy z moim chłopakiem jedną z krajowych
      dróg na wakacje do wynajętego domku. Była piękna, słoneczna pogoda. Cieszyliśmy
      się, że możemy spędzić czas bez rodziców koncentrując się tylko i wyłącznie na
      sobie. W końcu można było odpocząć od uczelni i od wszelkich problemów. Lato,
      miłość i mazurskie jeziora- zapowiadała się niezła przygoda. W połowie drogi
      złapaliśmy korek. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Ludzie jak oszaleli trąbili
      klaksonami, krzyczeli, widać, że upał dał im się we znaki. Podkręciłam głośniej
      muzykę i próbowałam się zrelaksować. Mój chłopak po dziesięciu minutach
      wyłączył silnik i chciałam wykorzystać ten wolny czas. Po dłuższym czasie
      zaniepokoiliśmy się tym, że samochody nie posuwają się do przodu. Wyszłam z
      naszego golfa i zobaczyłam, że auta ciągną się z dwa kilometry. Po chwili
      usłyszałam rozmowę kilku mężczyzn:
      - Jakaś ciężarówka wioząca żużel wywróciła się i wszystko leży na ulicy- mówił jeden
      - A co ty za głupoty gadasz- stwierdził ironicznie drugi- żadna ciężarówka i
      żaden żużel. Zderzyły się dwa samochody- czerwona corsa i jakiś maluch.
      Wywody przerwał trzeci, stojący dotąd na poboczu i przysłuchujący się całej
      rozmowie:
      - Mały dzieciak…chłopczyk…może pięcioletni….-mówił ze smutkiem w głosie- jechał
      sobie rowerkiem i jakieś dwie godziny temu jakiś wariat go potrącił. Chłopczyk
      spadł do rowu i żaden kierowca go nie widział. Dopiero po dwóch godzinach udało
      mu się z niego wyjść. Zatrzymał wtedy pierwszy napotkany samochód…-tu przerwał,
      aby wziąć oddech jednak jego twarz zaczęła walczyć ze łzami, krzywiąc się przy
      tym niesamowicie, a z dużych, pomarszczonych oczu zaczęły płynąć łzy- niestety
      dzieciaka nie dało się uratować- szepnął
      Staliśmy w korku ponad trzy godziny. Tragedia tego chłopca całkowicie zgasiła w
      na chęć jakiejkolwiek zabawy i wypoczynku. Najlepiej by było, jakbyśmy wtedy
      wrócili do domu, jednak coś kazało nam jechać do przodu. Gdy dojechaliśmy na
      miejsce od razu zapomnieliśmy o przykrym incydencie. Poznaliśmy nowych ludzi,
      domek był wspaniały a powitalna impreza przy ognisku trwała aż do świtu. Można
      powiedzieć, że tam, na Mazurach naprawdę udało nam się wypocząć. Nie wiadomo
      nawet, kiedy zleciał cały tydzień. Żal nam było wyjeżdżać,dlatego zostaliśmy na
      grillu u znajomych do popołudnia. Adaś stwierdził, że może prowadzić w nocy a ja
      mu obiecałam, że postaram się czuwać. Wstaliśmy o pierwszej w nocy i ruszyliśmy.
      Droga była całkowicie pusta jednak było mglisto, więc jechaliśmy wolniej.
      Wszystko dokoła wyglądało jak w jakiejś baśniowej krainie, zamglone, szare i
      tajemnicze. W pewnym momencie dostrzegliśmy jakąś małą postać na środku naszego
      pasa. Było to prawdopodobnie dziecko, które machało rączką w naszą stronę. Im
      bliżej byliśmy, tym bardziej przerażał nas jego widok. Miało obdrapaną twarz i
      posiniaczone ciałko. Z rany w głowie wypływała gęsta strużka krwi. Jego ubranko
      było podarte i nie miał jednego bucika. Adam zatrzymał się gwałtownie i wybiegł
      na ulicę krzycząc do mnie, że mam dzwonić na pogotowie. Jednak, gdy dobiegł do
      miejsca, gdzie ostatni raz widział chłopca, nikogo tam nie było. Spojrzałam na
      niego i przełknęłam ślinę. On natomiast zaczął biec przed siebie. Po chwili
      wrócił zdyszany:
      - Kochanie jedźmy z stąd- prosił- widziałem tabliczkę, to tutaj ktoś potrącił
      tego chłopca- mówił przerażony
      Nie minęła minuta a byliśmy z powrotem w trasie…milczący i bezsilni.
    • widan5 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 12:58
      © widan5@gazeta.pl

      CZŁOWIEK PRZED WYSTAWĄ

      Wczasy w przepełnionym kurorcie to w zasadzie hipotetyczny tylko wypoczynek.
      Wiedziałem o tym, ale wiedziałem też, że gdyby nawet świętego spokoju nie
      zakłócał najmniejszy nawet szmerek i tak po kilku dniach znudzę się tym
      beznadziejnie. Jeżeli do tego dojdzie zimno, wiatr i plucha, czego nad polskim
      morzem wcale wykluczyć nie można, odpoczynek zmieni się w katorgę. Dlatego
      pojechałem samochodem, choć kuszetki są wygodniejsze, tańsze, a kilkaset
      kilometrów po polskich drogach to tyle co wielogodzinny taniec ze śmiercią.
      Dobrze zrobiłem; jak zaczęło lać zaraz na drugi dzień, to lało i lało bez
      końca. Byłbym ugotowany, bo przecież knajpy mam w Krakowie i wcale nie muszę
      jechać aż nad morze, skoro wystarczy wyjść z domu, skręcić za róg, a znajomy
      właściciel bez słowa napełni kufelek. Byłbym ugotowany – a tak, mając samochód,
      nabyłem jakiś przewodnik i zacząłem zwiedzać ciekawe miejsca w okolicy.
      Któregoś dnia dotarłem do miasteczka leżącego daleko od atrakcyjnych
      turystycznie szlaków – cztery ulice na krzyż i rynek otoczony niskimi domkami,
      z których odpadały liszaje zmurszałego tynku. To było jedno z takich miejsc,
      gdzie czas się zatrzymał, a diabeł mówi dobranoc i coś w tym stylu natychmiast
      mi się nasunęło. Wrażenie potęgował jeszcze fakt, że, nie licząc kilku
      wałęsających się psów, nie widać było żywej duszy, a ciszę mąciły jedynie
      dostojne dźwięki kościelnych dzwonów.
      Trochę pobłądziłem nie zaglądając do mapy, wysiadłem więc z zamiarem
      zasięgnięcia języka. Wtedy na południowej pierzei ryneczku natknąłem się na
      elegancką wystawę, wciśniętą między obskurną knajpę o niemożliwej do ustalenia
      kategorii, a zabite na głucho deskami okna. Była to wystawa antykwariatu
      urządzona z tak wyrafinowanym smakiem, że stanąłem jak wryty. Zza
      przyciemnionej na brązowo szyby przykuwały uwagę stare domowe sprzęty – jakieś
      młynki, szatkownice, kufle, brytfanny, żelazka – ale również wiele takich,
      które zachwycały już tylko niegdysiejszym szlachectwem formy, bo rzeczywistego
      przeznaczenia trudno się było nawet domyślić. Słowem, była to wystawa dla
      wyrafinowanego konesera i taki sklep nie dziwiłby na Carnaby, Avenue Marceau
      czy choćby Floriańskiej – tutaj wydawał się zjawiskiem z innej planety.
      Sklep był zamknięty, ale moją uwagę przykuło co innego: zauważyłem człowieka w
      stroju, że tak powiem, ludowym. To znaczy w granatowym ferszalungu, którego
      nogawki wpuszczone były w gumiaki o wywiniętych cholewach, i w bereciku z
      piorunochronem, wieńczącym stertę posypanych łupieżem włosów. W całej postaci
      wyróżniał się jeden szczegół – nos. Nos z gatunku wspaniałych, truskawkowych
      karbunkułów, nie pozostawiający cienia wątpliwości co do konsumpcyjnych
      preferencji właściciela. Taki nos stanowiłby wymarzoną reklamą dla wszystkich
      wyrobów przemysłu fermentacyjnego, a Cyrano de Bergerac niechybnie zbladłby i
      zzieleniał z zazdrości. Co było jednak najdziwniejsze, właściciel tego
      imponującego narządu powonienia stał przed interesującą mnie wystawą. Stał i
      wpatrywał się w nią z takim natężeniem, z taką uwagą, z taką dociekliwością, że
      jego nos, do którego jak pięść ta wystawa pasowała, zostawiał na szybie
      ślimakowate ślady.
      Nie mogłem się oprzeć wrażeniu jakiejś surrealistycznej groteskowości, która
      nie wiedzieć czemu wydała mi się nawet upiorna. Zapragnąłem za wszelką cenę
      zagadnąć gościa, zapytać, poprosić o wyjaśnienie niezwyczajnego zainteresowania
      czymś tak niezwyczajnym. Zwlekałem jednak, nie chcąc przerywać jego skupionej,
      przypominającej modlitwę żarliwości.
      Pomyślałem, że nie suknia zdobi człowieka. Nasunęła mi się zaraz anegdota, jak
      nieodżałowanej pamięci profesor Jacek Puget zasnął na plantach zmęczony
      oprowadzaniem po Krakowie rektora jakiejś zagranicznej uczelni. Zasnął, spadła
      mu czapka, a jak się obudził, miał w niej pełno drobnych. Ze względu na pamięć
      o profesorze inaczej spojrzałem na intrygującego dżentelmena. „A może to
      rzeźbiarz?”, pomyślałem i od razu wszystkie odłamki puzzla zaczęły wskakiwać na
      swoje miejsce. Strój niedbały, wygląd niechlujny, no bo jak ma wyglądać ktoś
      grzebiący cały czas w czymś tak zniechęcająco paskudnym jak przypominająca
      ekskrementy glina? Pewnie termin zlecenia przedwczorajszy, a w kieszeni pustka,
      bo zaliczka, o czym świadczyły znaczne odchyłki od pionu, poszła w całości na
      niezbędne dowartościowanie towarzyskie...
      Chyba nawet odetchnąłem z ulgą na takie rozwiązanie, ale przyjrzałem się
      człowiekowi uważniej i stwierdziłem, że niektóre plamy na granatowym
      ferszalungu mogły rzeczywiście pochodzić od gliny czy gipsu, większość
      natomiast stanowiły bez wątpienia plamy po farbach. Zanim więc oddałem się
      dalszym, bardziej już rozbudowanym spekulacjom, zmieniłem mu specjalizację na
      malarza. Nic to w gruncie rzeczy nie zmieniło, więc dalej tłumaczyłem sobie
      gładko, że nadzwyczaj skromny wygląd tego człowieka musiał wynikać z
      pauperyzacji spowodowanej przemianami społeczno - ekonomicznymi ostatnich lat.
      Artyści nagle rzuceni zostali na rynek, a ten rynek zaczął schlebiać gustom
      niezbyt wysokiego lotu. Może ten człowiek nie chciał albo nie umiał się
      przystosować? Może wbrew wszelkim modom, trendom i naciskom pozostał przy
      hermetycznym abstrakcjonizmie? A może był za komuny specjalistą od malowania
      metodą wcierkową olbrzymich portretów, obnoszonych w pochodach przy okazji
      świąt państwowych, a że na śmietniku historii wylądowały obiekty jego twórczych
      uniesień, został bez pracy? Może chciał się przystosować, może usiłował, może
      nawet nadesłał ofertę do czyjegoś sztabu wyborczego? Cóż, kiedy jeden głupi
      szczegół pozbawił go perspektyw na przyszłość, gdyż nieostrożnie napisał w
      liście motywacyjnym: „Malowałem Stalina, Bieruta, Gomułkę, Gierka – mam bardzo
      szczęśliwą rękę...”
      Taki beznadziejny pech zniechęcił mnie do tego stopnia, że pozbawiłem go zawodu
      artysty. Poza tym frapujący wydał mi się obraz zbiedniałego historyka sztuki,
      może nawet profesora uniwersytetu. Zaraz go jednak odrzuciłem ze względu na
      smarkanie w palce; wysublimowany esteta, choćby zbiedniały do cna, zachowałby
      bez wątpienia znaczniejszy w tym względzie umiar, a już na pewno nie wycierałby
      potem palców o szybę. Odrzuciłem profesora na rzecz zapoznanego kombatanta
      jaruzelskiej okupacji. Kombatanta bohaterskiego, ideowego, nie baczącego na
      zaszczyty czy przywileje, samotnie nastawiającego plecy pod milicyjne pałki, a
      później haniebnie napiętnowanego listą Widsteina. W jednej chwili jego świat
      runął wraz z tą listą, odwrócili się najbliżsi, a on bezskutecznie walił głową
      w mur zabiegając o sprostowanie. Słał błagalne listy, telefonował – wszystko na
      próżno. Nie był w stanie wytłumaczyć przypadkowej zbieżności imienia i nazwiska
      i mimo iż w końcu dostał odpowiedni papier, poddany ostracyzmowi, zepchnięty na
      margines, na tym marginesie marnował się właśnie do cna...
      No tak; tylko skąd u prostego robola zainteresowanie czymś tak subtelnym jak
      to, w co właśnie z taką nabożną uwagą się wpatrywał? Nie, już prędzej zdradzony
      mąż, wysoki funkcjonariusz państwowy, przy okazji kolekcjoner dzieł sztuki, bo
      było go wtedy na to stać. Niestety, w szale zazdrości pozbawił życia żonę,
      kochanka i parę zupełnie przyzwoitych osób, gdyż jak raz nacisnął, nie był w
      stanie wyprostować palca na cynglu. Nie dało się sprawy zatuszować i tylko
      cudem, dzięki łasce Przewodniczącego Rady Państwa, przekiblował człowiek
      dwadzieścia pięć lat, zamiast od razu zawisnąć na szubienicy. Może właśnie
      wyszedł i dojrzał na wystawie przedmioty ze swojej niegdysiejszej kolekcji?..
      Powoli dorabiałem jeden za drugim elementy układanki, znajdując symultaniczne
      uzasadnienia dla takiego, a nie innego obrotu sprawy. Zaczęło to stopniowo
      puchnąć, przenikać się, rozrastać, aż w końcu tak dalece zabrnąłem w szczeg
    • widan5 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 13:24
      CIĄG DALSZY TEKSTU POPRZEDNIEGO

      Powoli dorabiałem jeden za drugim elementy układanki, znajdując symultaniczne
      uzasadnienia dla takiego, a nie innego obrotu sprawy. Zaczęło to stopniowo
      puchnąć, przenikać się, rozrastać, aż w końcu tak dalece zabrnąłem w szczegóły,
      tak się w nich zaplątałem, że niemal zapomniałem, o co szło na początku. Wciąż
      mi jednak czegoś brakowało, a historia wydawała się niepełna. Wciąż nie
      spuszczałem też oka z człowieka przed wystawą.
      Zauważył mnie w końcu. Rzucił jedno i drugie spojrzenie, jak wstępny błysk
      flesza dla uniknięcia efektu czerwonych oczu. Coś tam widać przekalkulował, bo
      podszedł. Jego twarz gwałtownie zmieniła wyraz, a w ogromniejących nagle oczach
      zamigotały łzy.
      – Panie!... – złapał się za głowę, a głos mu rwało przeplatane rozpaczą
      wzburzenie. – Ku..!... Panie!... Korkociąg trzy stówy!
    • masteremperor Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 13:34
    • masteremperor Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 14:00
      Moja straszna historia wydarzyła się tego lata. W pierwszym tygodniu lipca
      byliśmy z kuzynem nad jeziorem Gołdap w Puszczy Rominckiej. Fragment owej
      puszczy- Las Kumiecie był miejscem, gdzie swą główną siedzibę miało niemieckie
      lotnictwo- Luftwaffe. Gdy dowiedzieliśmy się o tym, postanowilismy zwiedzić
      nazajutrz ów system fortyfikacji.
      Na poszukiwania obiektów wybraliśmy się w południe rowerami. Czas mijał, a
      my coraz to odnajdywaliśmy jedynie ruiny i pozamykane schrony. Gdy nad wieczór
      nieco zniechęceni chcieliśmy wracać, natknęlismy się na olbrzymi bunkier
      schowany miedzy drzewami. Ku naszemu zaskoczeniu wejście nie było w zaden
      sposób zamknięte. Bez chwili zastanowienia weszliśmy do srodka. Panował tam
      jednak totalny mrok, a naszych uszu dochodziły dziwne dżwięki (od razu nasunęło
      sie na myśl mieszkajace tam jakieś dzikie zwierzę). Nie tracąc czasu
      popędzilismy do naszego ośrodka po latarkę i jakieś scyzoryki. Gdy byliśmy z
      powrotem słonce chyliło sie ku zachodowi, a w lesie było coraz ciemniej.
      Stopniowo schodzilismy w coraz głębsze zakamarki zbudowanego częściowo pod
      ziemią bunkra. Dziwne odgłosy nasilały się z każdym krokiem. W końcu doszliśmy
      do ostatniej sali, gdzie przerażające wrażenie wywarło na nas światło
      zachodzącego słońca padające przez niewielki otwór strzelecki wprost na
      wypisane na ścianie trzy szóstki. Tam też rozwiązała się zagadka tajemniczych
      dźwięków- były to odgłosy kapiącej ze szpary w suficie wody. Mocno wystraszeni
      satanistycznym symbolem pospiesznie ruszyliśmy do wyjścia. W pewnej chwili
      serca nam stanęły i aż podskoczyliśmy uderzając głowami w niski strop
      korytarza. Przed nami stał jakiś wielki facet (słabe światło latarki nie
      pozwoliło nam obejrzeć go całego). Zaczęliśmy uciekać w głąb bunkra szukając po
      kieszeniach naszych scyzoryków. Stojąc uzbrojeni w 'ślepym zaułku' nerwowo
      wypatrywaliśmy intruza. Gdy wszedł do naszego pomieszczenia wszystko się
      wyjaśniło. Był to leśniczy z Nadleśnictwa Gołdap, który podczas wieczornego
      obchodu po lesie zobaczył nasze rowery leżące przy wejściu do bunkra i w
      obawie, ze w nocy zagubimy się w lesie , przyszedł nas wyprowadzić.
      Nieco uspokojeni dziękowaliśmy Bogu, że to leśniczy, a nie jakiś
      satanista. Jednego mogę być pewien- tej przygody, adrenaliny i strachu długo
      nie zapomnę.
    • martini7 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 23.07.05, 00:08
      Życie pisze często zaskakujące scenariusze, i to te z najwyższej
      półki...Zapewne każdy z Nas przeżył coś do czego chętnie powraca we
      wspomnieniach, lub co pragnie wymazać z pamięci, a że większość tych przypadków
      dotyczy wakacji, urlopu to już inna sprawa ;-]
      Dwa lata temu podjęłam iście męską decyzję - jadę na biwak. Zero luksusów,
      bieżącej wody, ekspresu do kawy, telewizora...Tak, to miały być piękne dwa
      tygodnie wypełnione wieczorami przy ognisku, kąpielami w rzece, poznawaniu
      siebie, czytaniu....już czułam zapach łąki o poranku....Jechałam wraz z kilkoma
      znajomymi, równie "zapalonymi biwakarzami" jak ja ;-]Wyposażeni w biblię skauta
      i kupę niepotrzebnych rzeczy wyruszyliśmy na łono natury, a właściwie łono
      podgórskich obszarów, bo pragnęliśmy maksimum doznań, zatem jak biwak, rzeka,
      to czemu nie przy górach? Z dojazdem nie było większych problemów. No dobra,
      przyznaję się - mało, abyśmy zamiast na łące wylądowali na sali rozpraw
      oskarżeni o zabójstwo z premedytacją. Samochody jak nigdy odznaczały się
      wysokim poziomem techniki i nawet się nie popsuły, natomiast zawiódł
      pierwiastek ludzki, a konkretniej ta część półkuli mózgowej odpowiedzialna za
      odczytywanie mapy. U nas jej ewolucja zatrzymała się na etapie ameby.My
      dojechaliśmy, samochody o dziwo też, ale mapa została przez nas rozćwiartowana
      na części pierwsze. Pełni wzajemnej niechęci, wrogo nastawieni do całego
      świata, wręcz z pianą na ustach ( po przyjeździe chłopcy od razu otworzyli
      piwo )wzięliśmy się za znaczenie terytorium ( dosłownie ), oraz rozstawianie
      namiotów. Zajęło nam to około...7 godzin. Albo nie było instrukcji obsługi,
      albo czegoś brakowało, albo zabrakło nam wykształcenia inżynierskiego.
      Wieczorem, gdy jeszcze coś było można zobaczyć, wyposażeni w coś ala mapę
      wyruszliśmy na nasze pierwsze spotkanie z naturą. Maszerowaliśmy raźnie-komary
      wiedziały, że nie mamy offu i postanowiły sobie zrobić na nas swoją własną
      balangę. Było już bardzo ciemno, ale drogę przyświecała nam nasza wielgachna
      latara, która nie wiedzieć czemu jakoś tak podupadała aż zgasła. Na dodatek jej
      właściciel poszedł " w krzaki" razem z mapą. Usłyszeliśmy przekleństwa, odgłosy
      walki.Wrócił tylko gatunek homo sapiens.Mapa podzieliła los papieru
      toaletowego,a latarka sama gdzieś się zapodziała. Postanowiliśmy wrócić.Po
      burzliwszych debatach niż w samym sejmie zdecydowalismy się obrać kierunek,
      który miał nas zaprowadzić do naszego obozowiska. Myliliśmy się tak samo jak
      politycy ustanawiający budżet. Nad ranem wygłodniałych, zmarźniętych,
      przemoczonych ( jak na złość padał deszcz -ktoś z góry postanowił dołożyć nam
      za nasz wyrafinowany język ), zmęczonych znalazł nas jakiś wędkarz. O litościwy
      człowiek -poczęstował nas czymś co w założeniu miało być herbatą, ale smak nie
      był ważny, liczyło się przyjemne ciepełko wypełniające nasze usta.Potem
      skontaktował nas z GOPREM, który to dopiero sprawił nam łomot za nasze wyczyny
      i wieczorne wyprawy. Chłopaki pomogli nam odnaleźć nasze manele i zasugerowali
      powrót. Wachaliśmy się, lecz gdy "napój herbaciany naszego wybawcy"
      ubezwłasnowolnił nasze żołądki postanowiliśmy dalszą częś wakacji spędzić w
      bardzij komfortowych warunkach, bliżej ludzkości i cudownego aromatu
      komunikacji miejskiej ;-]
      martini
    • kleopatrra Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 23.07.05, 18:57
      Nie muszę za daleko sięgać pamięcią, żeby przypomnieć sobie wakacje z
      dreszczykiem…
      Wystarczy tylko spojrzeć na stojące w przedpokoju wybrudzone adidasy, żeby
      wspomnienia wróciły całą lawiną. A przecież wszystko skończyło się dopiero
      tydzień temu. Ale zacznijmy od samego początku.
      Te miesiące wakacyjne miały być dla mnie wyjątkowe – zakochana po uszy, po
      pierwszym roku studiów, z zaliczoną sesją, cóż jeszcze można było chcieć. W
      czasie wieczoru przy oblewaniu zakończenia egzaminów, wraz z moim mężczyzną-
      Radkiem ustaliliśmy, że musimy zrobić coś szalonego, jak na dzikich studentów
      przystało i przeżyć przygodę, jaką można będzie szokować nawet wnuków, będąc
      już w podeszłym wieku. Oboje mamy dość lekkie i wariackie podejście do życia,
      wycieczka w nieznane autostopem okazała się, więc pomysłem idealnym dla dwojga.
      Wystarczyło tylko pojechać na parę dni do domu, spakować najpotrzebniejsze
      rzeczy, wyciągnąć oszczędności z kont, pożyczyć jeszcze trochę od rodziców i
      ŚWIECIE PRZYBYWAMY!!
      Tak też się stało. Równo 26 czerwca moja męska połowa zapukała do drzwi mojego
      mieszkania, a po dwóch godzinach staliśmy na drodze wylotowej w stronę
      Międzylesia. Jedno było pewne jedziemy byle dalej od naszego ojczystego kraju,
      aby odkrywać nieznane miasta i kultury. Głowy pełne marzeń i zwariowanych
      myśli, a na plecach olbrzymie plecaki. Początek trasy był banalny, ponieważ
      łatwo było nam łapać okazję. Wszyscy wydawali się tacy dobrzy…Byli zachwyceni
      naszym pomysłem i życzyli nam powodzenia. A my? Nie planowaliśmy konkretnej
      trasy. Wsiadaliśmy po prostu do samochodów, które się zatrzymywały i jechaliśmy
      nimi, dokąd zgodził się kierowca. Nasza trasa wiodła przez Czechy: Letovice i
      Brno, tam E65 dojechaliśmy z gadatliwym Czechem do Słowacji. Droga przez cały
      czas wiodła nas na południe. Bawiliśmy się świetnie mimo upałów i niedogodności
      w postaci barania pryszniców na stacjach benzynowych. Między Bratysławą a
      Hartbergiem w Austrii postanowiliśmy nagiąć trochę nasze zasady i wyznaczyć
      sobie kierunek podróży. Miało nim być Pra delle Torri. Jest to dość dużej
      wielkości camping z wielkimi basenami, gdzie byłam na wakacjach parę lat
      wcześniej. Znajdował się blisko Wenecji, którą chcieliśmy razem oglądnąć. To
      znaczy ja chciałam zmusić mojego lubego do tego, żeby obudzić w nim chociaż
      iskierkę romantyzmu. Na plandece ciężarówki, przez Klagenfurt dotarliśmy do
      Włoch, do Tolmezzo. Nie opisuję dokładnie drogi, gdyż nie jest ona ważna w
      naszej mrożącej krew w żyłach wyprawie. Wenecji nie udało nam się, co prawda
      zwiedzić, ale tydzień spędzony nad basenami i morzem był fantastyczne. Te
      długie noce spędzone na plaży, mnóstwo poznanych Włochów, to wszystko
      powodowało, że byliśmy już przekonani, że to będą nasze niezapomniane wakacje.
      Niestety, nie stać było naszych studenckich kieszeni na dłuższy pobyt w tym
      raju, dlatego równo po siedmiu dniach spakowaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w
      dalszą drogę. Opaleni, zadowoleni i silni, aby odbyć dalszą część drogi, tym
      razem gdzieś w kierunku zachodnim, stanęliśmy na jednej z głównych dróg daleko
      od campingu i z wystającym palcem czekaliśmy na okazje. Po trzech godzinach na
      palącym słońcu zaczęliśmy już powoli wątpić w możliwość dalszej podróży. Nagle
      tuż obok nas zatrzymał się, swoim podobnym do Tico samochodem, jakiś Włoch
      średniego wieku . Z uśmiechem na twarzy otworzył nam swój bagażnik, a potem
      zapakował nas na tylne siedzenie. Miał na imię Giovano. Wyglądał bardzo
      przyjaźnie, dlatego spokojnie rozsiedliśmy się na siedzeniu, nie obawiając się
      tego, że nas gdzieś wywiezie i sprzeda. Niestety, słabo mówił po angielsku,
      więc nie mogliśmy za bardzo się z nim pogadać. Jemu jednak zdawało się to nie
      przeszkadzać. Krzyczał ciągle o czymś do nas, radośnie wymachując rękami i
      ciągle zerkając na nas przez lusterko. Wśród wszystkich entuzjastycznych
      okrzyków zrozumieliśmy tylko, że jedzie po swoją żonę za Turyn i chętnie może
      nas dostarczyć do miasta. Okazja wydawała się wyborna. Mielibyśmy za sobą
      prawie całą Italię jednym środkiem transportu, bez konieczności machania
      kciukiem na poboczu. Dwie godzinny od wyjazdu z okolic campingu Giovani
      zatrzymał się na postoju, żebyśmy mogli skorzystać z toalety, coś zjeść i napić
      się kawy. To miała być nasza jedna przerwa podczas całej drogi, dlatego
      musieliśmy ją dobrze wykorzystać. Nasz kierowca stanął w kolejce po jedzenie, a
      nas namówił na to, abyśmy poszli się odświeżyć. Przyznam, że trochę nam to
      zajęło, dlatego nie zdziwiliśmy się, że nie zastaliśmy go przy stoliku, kiedy
      wróciliśmy. Nasze jedzenie, już prawie zimne leżało nietknięte na tacach.
      Zjedliśmy, więc spokojnie, uznając, że nasz kierowca poszedł do toalety i
      spotkamy go w jego samochodzie. W trakcie posiłku ustaliliśmy dalszą trasę,
      która wieść miała przez południe Francji. Tamtejsze miasteczka miały swój
      indywidualny klimat, który urzekał każdego, czemu i my nie mieliśmy go, zatem
      zaznać. Roześmiani wyszliśmy z restauracji i zaczęliśmy rozglądać się za białym
      samochodem, którym przyjechaliśmy. Zaskoczeni stwierdziliśmy, że nie ma go, w
      miejscu, gdzie wcześniej stał. Radek obiegł całą stację, ale wracając nie miał
      za optymistycznej miny. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co się stało. Jakoś nie
      docierało do nas, że Giovaniego może nie być już na stacji, że najwyraźniej
      uciekł z naszymi rzeczami, zostawiając nam jedynie to, co mieliśmy przy sobie:
      saszetkę na pasie mojego chłopaka z naszymi paszportami i resztką Euro, które
      wyciągnęliśmy ze schowków w plecakach, żeby zapłacić za posiłek. Było ich
      stanowczo za mało. Radek w panice, jeszcze raz pobiegł w stronę myjni,
      zaczepiał wszystkich spotkanych ludzi, pytając o to, czy nie widzieli naszego
      kierowcy. Na marne, bo znajomego Włocha nigdzie nie było widać. Kelnerka w
      restauracji wytłumaczyła nam tylko, że pan w średnim wieku, z którym
      przyjechaliśmy uregulował rachunek i pojechał w nieznaną jej stronę.
      To była tragedia! Istny koszmar! Chciałam jak każda, zwykła baba, po prostu
      usiąść na krawężniku i się rozpłakać. Radek starał się mnie pocieszyć i
      tłumaczył, że sobie poradzimy, że jakoś wszystko się ułoży, ale prawda była
      taka, że nasza sytuacja była okropna! Sami, we dwoje, gdzieś na poboczu drogi
      szybkiego ruchu, w północnych Włoszech, bez pieniędzy, namiotu, ubrań, bez
      telefonów komórkowych! Do tego automat na stacji był popsuty i nie mogliśmy z
      niego zadzwonić do Polski, po kogoś, kto by nas uratował. Zresztą, kto
      przyjechałby tak szybko tyle kilometrów!? To trwałoby stanowczo za dużo czasu.
      Musieliśmy coś zrobić. Roztrzęsieni stanęliśmy przy tej przeklętej drodze i
      wystawiliśmy kciuki do góry. Chcieliśmy obydwoje jak najszybciej znaleźć się w
      domu, a nasze umysły podpowiedziały nam, że powrót tam w taki sposób, w jaki
      stamtąd wyjechaliśmy, będzie najlepszym rozwiązaniem. Bzdura! Dobrze, że w porę
      oprzytomnieliśmy. Nie mieliśmy nawet najmniejszy szans przejechać bez pieniędzy
      tak dużego odcinka drogi.
      Nagle, niczym piorun z nieba, przeleciała mi przez głowę myśl. Trzęsącymi
      rękami wyciągnęłam mały notesik z saszetki i przeglądnęłam kartki. Był tam!!
      Moja radość nie znała granic! Na jednej z ostatnich stron widniał adres do
      starej przyjaciółki mojej mamy, mieszkającej w Toskanii- Giosephiny. Ta starsza
      kobieta, z którą moja rodzicielka sporadycznie utrzymywała kontakt, była naszą
      ostatnią deską ratunku. Szybciej można było dostać się przecież do jej domu w
      mieście o nazwie Montieri niż na Ziemię Kłodzką.
      Zmieniliśmy, zatem kierunek naszej podróży. Na mapie, która wisiała na stacji
      zobaczyliśmy nazwy miejscowości, w kierunku których musieliśmy się poruszać.
      Były to Alessandria, Genowa, La Spezia, Viareggio, Livorno, a stamtąd na
      południowy wschód prosto do Montieri. Przeciętnie te ok. 450 km można było
      pokonać w około sześć godzin. Nam w ciągu dwóch godzin udało się pokonać tylko
    • kapitanekt Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 23.07.05, 19:19
      Opiszę zdarzenie, jakie miało miejsce 3 lata temu we Włoszech, gdzie wyjechałam
      z moim chłopakiem. Pech towarzyszył nam od pierwszego do ostatniego dnia
      wyjazdu, jednak chronologicznie wyglądało to tak:
      1. Przez pierwsze dni wyjazdu mieliśmy być w Neapolu, do którego dolecieliśmy
      samolotem. na miejscu okazało się że mój bagaż został zgubiony. Pan w okienku
      zapewniał, że dostanę go w przeciągu dwóch dni... dostałam po tygodniu.
      2. Znalezlismy nasz hotel w centrum Neapolu. Udaliśmy się do pokoju, lecz po 20
      min pan z recepcji poprosił nas o opuszczenie hotelu, bowiem nasze biuro
      podróży (nieistniejące już) viaggitalia nie opłaciło naszego pobytu. Jednak po
      interwencji i telefonie do właściciela biura sprawa się rozwiązała.
      3. Kolejne tygodnie spędziliśmy nad morzem w Calabrii. Przedostatniego dnia
      pobytu obudzil nas sms od taty, pytający, czy juz jesteśmy w Neapolu na
      lotnisku. Okazało się, że pomyliły nam się dni wylotu i przedostatni dzień mial
      być tym ostatnim.
      4. Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu,jednak przed Bologną zaczęły nas
      dochodzić słuchy o jakimś strajku. Jedna z Włoszech wyjaśniła nam,że od Bologni
      rozpoczyna się strajk kolei, tak więc o godz 24 wylądowaliśmy na dworcu bez
      pieniędzy.
      5. Po 24 godzinach, kiedy udało nam się złapać kolejny pociąg do Warszawy, w
      Czechach okazało się, że bilet, który sprzedała nam pani w Tropei nie jest
      ważny na terenie Czech. Kontroler powiedział jasno: albo dopłacacie 50 euro,
      albo wysiadacie. My mieliśmy puste portfele,lecz miły Polak z przedziału
      dobrodusznie za nas wpłacił.
      6. Wydawaloby się, że to koniec historii, jednak ukoronowaniem naszej podróży
      było odczepienie 2 ostatnich wagonów, w których siedzieliśmy i zamiast do
      Warszawy dojechaliśmy do Krakowa:) Do tej pory jak wspominam naszą podróż do
      Włoch nie mogę uwierzyć, że zdarzyło się to naprawdę.
Pełna wersja