Gość: Daria Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 16:46 Byłam na obozie na Słowacji. W ostatni dzień opiekunowie zrobili nam pyszną kolacje, a my wręczaliśmy im prezenty z podziękowaniami. Po kolacji była dyskoteka, która miała trwać do 2:00, ale ok. godziny 12:00 się zakończyła, ponieważ ktoś rzucał w nas kamieniami i organizatorzy bali się o nasze bezpieczeństwo. Nie było paniki, ale kazano nam pozamykać okiennice i okna i pod żadnym pozorem nie wychodzić z domków. Przez całą noc szukano sprawców, ale na szczęście skończyło się tylko na strachu i nikomu nic się nie stało. Innym znowu razem podczas gdy stałam w kolejce do prysznica z koleżankami przyszli do nas jacyś cudzoziemcy prawdopodobnie z Argentyny i się nam narzucali, ale jak zobaczyli naszych chłopców to zwątpili i odjechali na swoim motocyklu. Odpowiedz Link Zgłoś
gaspara Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 19.07.05, 19:04 W zeszłym roku, 31 lipca, siedziałam sama przed domkiem letniskowym, usytułowanym nieopodal jeziora, w lesie. Nudziło mi się, więc poszłam nad jezioro. Po kilkunastu minutach wróciłam, weszłam do domku i otworzyłam lodówkę w celu wyciągnięcia z niej kiełbasek na grilla. Nagle, kotara zasłaniająca kawałek kuchni, znajdująca się obok lodówki zaczęła się poruszać. Szybko zamknęłam lodówkę i zaczęłam obserwować kotarę, która po woli wybrzuszała się. Wyglądało to tak, jak by ktoś włamał się do domku i próbował niepostrzeżenie wyjść zza kotary. Szybko chwyciłam leżący na półce nóż i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Kotara zsunęła się z wybrzuszającego się przedmiotu, którym była... zwykła miska. I nie byłoby w tym nic niespotykanego, gdyby nie fakt, że miska, przez kilka sekund wisiała poziomo w powietrzu, tak, jak gdyby trzymała ją jakaś niewidzialna ręka. Odwróciłam się, aby chwycić leżącą za stołem siekierkę i ruszyłam sprawdzić, kto siedzi za kotarą. Nie było nikogo... W tej chwili, pomyślałam, że ktoś, po prostu, w czasie kiedy się schylałam, uciekł w głąb domku. Zaszokowana i wystrasozna wybiegłam z domku i zamknęłam go od zewnątrz. Siedziałam sparaliżowana przed domkiem. Po kilku minutach, gdy trochę ochłonełam, zadzwoniłam do ojca, żeby przyjechał do domku, bo zamknęłam w nim właśnie włamywacza. Ojciec przyjechał za dwadzieścia minut. Okazało się, że w domku nikogo nie ma. Nie pomyślałam o tym, że jednak w domku nie mogło być nikogo, ponieważ miska wisiała w powietrzu cała i nikt nie mógłby trzymać jej zza kotary. O tym przypomniałam sobie dopiero następnego dnia. A przypomnialam sobie dlatego, że spacerując po lesie, trafiłam na starą płytę nagrobną, na której widniał tylko fragment daty urodzin i daty śmierci śmierci.. 01.08...97-31.07... Przeżyłam szok. Chciałam pokazać ojcu znaleziony grób, jednak poźniej nie mogłam znaleźć go w lesie. Mimo, że szukałam kilka razy, mimo, że pamiętałam miejsce, nigdy więcej nie zobaczyłam tego grobu... Już nigdy nie pojadę tam 31 lipca ani 1 sierpnia! Odpowiedz Link Zgłoś
vivi11 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 19.07.05, 19:34 Wakacje z dreszczykiem przeżyłam jadąc do Chorwacji i w samej Chorwacji, gdy sobie je przypomnę do tej pory nie jest to dla mnie śmieszne. Drogi w Chorwacji wyglądają tak-po jednej stronie góry po drugie przepaść, my mieliśmy góry po lewej, czyli pas sąsiedni również po lewej, spokojnie jechaliśmy naszym małym autkiem a z drugiej strony na zakręcie zupełnie z nikąd wyłania się potężny biało-czarny TIR i zmierza prosto na nas, pierwsze, co zobaczyłam to kółka jechał chyba 90 km/h i lada moment popatrzyłam na kierowcy-i zobaczyłam cos, czego nie przewidywałam w najśmielszych snach kierowca przyciśnięty do siedzenia i wielgachne niebieskie oczy na dodatek nie mrugające, Facet miał wyglądał na 40 lat. Zamknęłam oczy i nie wiem skąd w rękach pojawił mi się różaniec (błękitny), zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić się "Zdrowaś Maryjo..."Więcej nie zdążyłam powiedzieć, bo otworzyłam oczy i popatrzyłam do tyłu tira nie było nie wiedziałam, co się z nim stało póki nie włączyłam na miejscu TV i wiadomości. Dowiedziałam się, że Facet ten był Bułgarem jechał spotkać się z rodziną, bo w Chorwacji był przejazdem, w trasie dostał zakrzepnięcia krwi czy cos podobnego nie pamiętam, ale pamiętam, że ostatnim miejscem, w którym był nawiedzony dom. Do tej pory bałam się, sie jeździć za granicę, ale w maju przełamałam się i jechałam do Paryża. Nie życzę nikomu takiej przygody a za przeżycie, co jest cudem dziękuje codziennie. Odpowiedz Link Zgłoś
skrzaciq Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 19.07.05, 20:15 Żeby przeżyć coś interesującego, doświadczyć prawdziwej przygody o dziwo wcale nie trzeba wybywać na drugi koniec świata, przekonałam się o tym na własne oczy. Tego czego byłam świadkiem napewno nigdy nie zapomnę. Na początku tegorocznych wakacji wyjechałam na kilka dni do mojej siostry, która mieszka kilkanaście kilometrów ode mnie. Następnego dnia po moim przyjeździe rozpętała się straszna burza. Trwała bardzo długo i była naprawde straszna! Przerażało mnie to że dookoła się błyskało i nigdzie nie było widać choć skrawka jasnego nieba, który sugerował by zbliżający się koniec burzy. W mieszkaniu zrobiło się strasznie gorąco i duszno. Stwierdziłam, że jeszcze chwila a nie będzie czym oddychać, więc podeszłam do okna i uchyliłam je. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że był to największy błąd który mogłam zrobić tego dnia. Zaledwie kilka sekund po moim odejsciu do mieszkania niczym odrzutowiec wleciało coś co wyglądało jak wodno-ognisty jęzor. Zamarłam w bezruchu podobnie jak moja siostra i jej mąż. Nie mogłam nadążyć wzrokiem za tym paskudzstwem a ono odbijało się w pokoju od jednego końca do drugiego! W pewnym momencie przeleciało tak blisko mojego szwagra że go opażyło w ramię. Szwagier w szoku nagle podbiegł do okna i otworzył je na całą szerokość!!! Jęzor po chwili odbił się od przeciwległej ściany i wyleciał na zewnątrz przez okno po czym bardzo szybko mąż siostry zamknął okno!!!W tym samym czasie za oknem powoli zaczeło się przejaśniać a po jęzorze nie było już ani śladu. Do dzisiaj nie potrafie wyjaśnić tego zjawiska. Nie umiem stwierdzić co to było. Niektórzy mowią że to piorun ale ja mam co do tego duże wątpliwości, ponieważ ten jęzor nie pasuje mi do opisu pioruna. Jestem tylko jednego pewna- napewno już nigdy nie otworzę okna w czasie burzy! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: M. Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 21:15 To sa podobno pioruny kuliste. Lubia wpadac znienacka przez otwarte okna. Ale ze sama nie doswiadczylam, to nie dam sobie reki uciac :)) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: oliwia Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.psk.com.pl / 80.51.205.* 19.07.05, 22:58 w naszej miejscowości czyli w pełczycach jest stary opuszcony klasztor cystersów.zawsze bałam sie przechodzic koło tego upiornego budynku, lecz w czasie poprzednich wakacji wraz z kolegami i moja przyjaciółka ośmieliłysmy sie odwiedzic to miejsce.długo zastanawiałysmy sie co mamy ze soba zabrac oraz która drogą wejśc do środka.klasztor był bardzo stary i niezadbany.aby wejśc do niego trzeba było pokonac wielki mur, a to dlatego poniewaz brama wejściowa była zamknieta.ale ja znałam jeszcze jedno wejście:stromą drózkę, która prowadziła przez gączsze zarosli oraz oktopnych pokrzyw.aby nikt nie zwrócił nam uwagi postanowiliśmy przejśc odkryta przezemnie drogę.wreście dotarliśmy na miejcse.wczyscy stanelismy jak słupy soli.przed oczyma ukazała nam sie stara budowla przez której okno widac było zachód słońca. ogarnął mnie strach.wiedziałam że nie powinnam tego robic ale było juz za póżno.moja stopa jako pierwsza zawitała na klasztorskich deskakach podłogi.bałam sie nieubłaganie ale coś jakby pchało mnie do przodu.sama dokładnie nie wiedzialam co sie ze mnom dzieje. klasztor mial swoje historie oraz tajemnice które oczywiście my jako wści..kie dzieciaki chcieliśmy odgadnąc.TRACH!!!nagle za nami zamknęły sie drzwi.zawiał chłodny wiatr, gdzies w oddali słychac było skrzypot podłogi.karolina mocno scisnela moją dłoń i w grupie pobiegliśmy na sama góre okropnego budynku.tam było jeszcze straszniej.podłoga była spróchniala, na ścianach wisiały długie,mocne pajeczyny.w pewnym momencie myślałam ze to tylko sen, lecz przekonalam sie o rzeczywistości tego wydarzenia gdy na poddaszu znalezliśmy szro-białego kotka, który pokazał nam droge powrotną.spadł nam jak gwiazdka z nieba.po niedługich przemyśleniach postanowiłam, że nigdy wiecej nie zawita tam moja noga Odpowiedz Link Zgłoś
sylwuska1 MOJE UPIORNE WAKACJE........... 20.07.05, 00:58 ta opowies o tym jak spdzilam moje zeszloroczne wakacje wyjechalam z rodzicami do naszego domku w beskidach wszystko zowiadalo sie super ! wielki dom jeszcze wiekszy ogród wspaniale widoki z okna i wielki las który rosposcieral sie tuz za domem ......... zycie jak w bajce.... miejscowi opowiadali dziwne historie na temat niewielkiego centarza który znajdowal sie po drugiej stronie pagórka......... a legedna bzmiala tak: co 1000 pelni ksiezycowych w lesie (tym kolo mojego domku) czarne dusze odprawiaja taniec pokótny . kto wiezy w takie bajki? napewno nie ja ( to czasu kiedy...) wlasnie mialam isc z moim psem na spacer kiedy nad lasem zaczely kolowac wilekie czarne ptaszyska .Bylam przekonana ze to wielkie jaszczebie ale nie......... po chwili ich skrzyla zaczely sie szczepic asz w koncu nie przypominaly juz skrzydel tylko czrne potargane sukna z bielejaca czszka szybowaly nad lasem jak sempy polujace na swoja ofiare ........... nie wiedzialam co mam robic bylam przerazona..... nagle w lesie rosprysnala sie wieka kula ognia caly las stanol w plomieniach ........... czarnych upiorów bylo coras wiecej az calkowicie zasnuly niebo zrobil sie ciemno plomienie ztrawily jusz pawie caly las lecz cos kazalo mi tam isc musialam......... czarne straszydla zaczely mnie otaczc nie milam jusz wyoru nie wiedzialam co sie dzieje powoli zaczly mnic do gory ju| sie nie szamotalam moje cialo bylo calkowicie bezwladne ..... nagle obudzil mnie jakis krzyk to byla moja siostra widzialam byla na dole zaczlam sie wyrywac.... niewiem co bylo dalej obudzilam sie na ziemi moj pies lizal mnie po policzku ........ las byl nie naruszony po oniu ani sladu.... zato cale zbocze porosniete bylo czarnymi rózami ....... koniec legedy brzmi: dusze musza zlozyc ofiare aby mogly byc czyste jesli im sie to nie uda juz na zawsze zostana kwiatami.......... zato ofiary kórym nie udalo sie uciec na zawsze zostana w cieplych promychkach slonca w letnim deszczu w gorskim potoku w karzdym kamyczku beskidów i w karzdej rózy bialej.... czy w twoim ogrodzie rosnie biala róza? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: rk19 Re: MOJE UPIORNE WAKACJE........... IP: 80.51.249.* 20.07.05, 20:54 Nie no bajka może i w miarę... ale nie te błędy... "Pokótne" jeszcze przebolałem, ale już "JASZCZEBIE", "ASZ", "SEMPY", "CORAS"... długo by wymieniać... - Redakcjo - dyskwalifikacja za coś takiego, bo naprawdę aż przykro czytać. Ciekawe jeszcze ile ta Sylwuska ma lat... Jak sobie pomyślę, że ktoś taki pojedzie na wycieczkę, a mnie, ofiary "reformy" oświaty nie stać na porządne wakacje, to aż mnie nosi... Żałosne :/ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: sylwu[ka1 Re: MOJE UPIORNE WAKACJE........... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.07.05, 22:49 sorki za ortografy ale ja mam 12 latek i pisaBam to o 2 w nocy...... Odpowiedz Link Zgłoś
pawel9965 Re: MOJE UPIORNE WAKACJE........... 20.07.05, 22:25 Spoko opowiesc fantastyczna :) podobalo mi sie moglas tylko bardziej rozciagnac te historie i poopisywac szczeguly ale ogulnie spoko :) Odpowiedz Link Zgłoś
justina73 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 07:05 Agata nachyliła się i pogłaskała gładką taflę. Woda była czysta i ciepła. Siedziały na drewnianym pomoście, wrzynającym się w jezioro na długość około siedmiu metrów. Za ich plecami rozciągało się nieduże wzniesienie, na jego szczycie można było dostrzec ceglane ściany niewielkiego domku letniskowego. Wszystko szczelnie otulał gęsty las. - Podoba mi się tutaj. - Matce też – odpowiedziała Beata. - To spokojne i ciche miejsce. Czegoś takiego potrzebowała. - Może wreszcie odpocznie. A my chyba powinnyśmy już wracać. Trzeba się rozpakować, przebrać i... Na miasto. Co ty na to, siostra? Agata kiwnęła głową. Beata miała na myśli Mabel, niedużą wioskę turystyczną oddaloną od nich o dwa kilometry. - Aż tak ci się spieszy, żeby kogoś upolować? Beata uśmiechnęła się szeroko. - Jesteśmy w końcu na wakacjach, no nie? Wstały i zaczęły powoli piąć się z powrotem do domku. Wokół nich las rozbrzmiewał dziesiątkami głosów. Z pobliskich krzaków doszedł ich głośny szelest, pewnie mysz czmychała właśnie do swojej kryjówki. Korony drzew kiwały się w spokojnym, majestatycznym tańcu. Dziewczyny zatrzymały się w połowie wzniesienia. Z tego miejsca roztaczał się wspaniały widok na jezioro i okoliczne tereny. Na kilku plażach spokojnie smażyło się kilkudziesięciu wczasowiczów, wodę cięły sylwetki kajaków. Pachniało żywicą i latem. Splotły dłonie. „Piękny widok” – pomyślała Agata. „Masz rację. Tu jest po prostu cudownie... Kocham cię” – pomyślała Beata. Uścisnęły się mocniej. Na ich twarzach rozkwitł uśmiech, ciepły, pełen spokoju. Beata przesunęła palcem po srebrnym pierścionku, który nosiła na małym palcu prawej dłoni. Musiała go nosić. Inaczej ludzie nie odróżniliby jej od siostry. *** Najpierw była ciemność. Następnie otworzyła się przestrzeń, którą natychmiast wypełniły barwy i dźwięki. Ktoś nazwał rzeczy, opowiedział o gwiazdach, podał soczek. Wszystko było cytrynowe i soczyste. Szczęśliwe. Pełne ciepła i miłości. Jednak potem przestrzeń się zamknęła. Stało się coś, co zalało ją z powrotem smolistą, nieprzeniknioną czernią. Co to było? Nie wiadomo. Pamięć, zazdrośnica, zamknęła te wspomnienia w zimnej klatce i schowała w klitce pod schodami. Pozbyła się klucza, rozbijając go na tysiące kawałków. Przez jakiś czas w środku tliła się nadzieja na dawne szczęścia, dawne życie. Jednak i ona zgasła, stłumiona zimną, mokrą dłonią pustki. Nie było nadziei. Aż nagle, dzisiaj, przestrzeń otworzyła się ponownie. Była jednak inna. *** Mabel było mieściną typowo wypoczynkową, z rodzaju tych, co ożywają pod koniec marca, a z nadejściem jesieni kładą się do snu. W lecie pulsowało życiem i energią wczasowiczów, kroczących główną aleją z goframi lub parującymi kolbami kukurydzy. Zimą można było zapewne przejść z jednego końca Mabel na drugi i nie spotkać żywej duszy. Niektórzy ludzie odwracali się. Przyzwyczaiły się już do tego, że zwracają na siebie uwagę. Chcąc choć po części tego uniknąć, na pierwszy spacer po mieście ubrały się inaczej. Agata miała na sobie beżowe spodnie i czarną bluzkę na cienkich ramiączkach, Beata założyła błękitną sukienkę. Włosy spięła w elegancki kucyk. - To co? Przełamanie lodów? – Zapytała Beata. - Pewnie. Kupiły lody i usiadły na niewysokim murku okalającym ośrodek wczasowy Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli. Czas mijał im szybko. Obeszły Mabel wzdłuż i wszerz, zajrzały do każdego niemal sklepiku, niekiedy głośno komentując takie rewelacje jak okulary przeciwsłoneczne z lustrzankami, które pozwalały stale obserwować śledzących cię osobników czy też „smerfową” polewę do lodów. Do domku wróciły zmęczone, ale zadowolone. - I jak wam się podoba okolica? – Zapytała matka, gdy rzuciły się na kanapę w salonie. - Okolica świetna, tylko wszystko drogie – odparła Beata. – Za głupiego gofra trzeba zapłacić pięć złotych. - Gofry możemy zrobić tutaj. W szafie widziałam gofrownicę. Macie ochotę? - Gofer-machinę – wtrąciła Beata. - Macie ochotę? - Jeszcze się pytasz! Mamo! *** Michał Ruciak opadł ciężko na łóżko. Cisnął w kąt firmową, żółtą czapeczkę. - Ile? - Dwadzieścia cztery Wyborcze i trzy Wprosty. - Ładnie. - Gdzie tam ładnie... Poniżej limitu. Jak tak dalej pójdzie, nie będzie mnie stać na powrót do domu. Zamiast zarabiać muszę dopłacać do interesu. Tfu! Pierdzielę taką robotę. - To wyjedź. Michał wzruszył ramionami. - Nie wiem... W końcu siedzę nad jeziorem, na pobyt i jedzenie mam. Rodzice zawsze mogą coś przysłać. Nie dzwoniłem jeszcze, ale chyba nie będą robić problemów. - Nie myśl o tym. Póki co jeszcze wychodzisz na swoje. - Poza tym to ciekawa praca. Codziennie jakieś atrakcje. Wiesz, kogo dzisiaj widziałem? - Mów. - Bliźniaczki. Identyczne, mówię ci! A jakie ładniutkie... Ach! - I co? - Jak to co? Podszedłem od razu. - O. I co powiedziałeś? - Hm. Dokładnie? - Dokładnie. Michał westchnął i wbił oczy w sufit. Minęło kilka sekund, nim wycedził: - „Może gazetkę.” Rafał, piętnastoletni rudzielec, aktualnie – wakacyjny kolega Michała, wybuchnął śmiechem. Echo donośnych, soczystych chichotów jeszcze długo odbijało się od ścian małego pokoiku. *** Agata i Beata siedziały na tarasie. Była ciepła, wilgotna noc. Piły gorącą czekoladę z dużych, niebieskich kubków. Matka poszła już spać, uprzednio odkurzywszy pół domku. - Co jutro robimy? – Zapytała Agata. - Jak to: co? Plaża, plaża i jeszcze raz plaża... Tego lata chcę się spiec. W zeszłym roku nie wyszło. Rzeczywiście. Rok wcześniej przesiedziały nad morzem równe dwa tygodnie. Przez dwanaście dni padało. Wróciły do domu wściekłe i spłukane, dosłownie i w przenośni. - Ja chyba przejdę się po lesie. - Terenów do spacerów brakować ci tu nie będzie – stwierdziła Beata. - Chciałabym też coś napisać. - Właśnie. Skończyłaś wreszcie ten wiersz, „Zumanity”? - Nie. I obawiam się, że już go nie skończę – dodała po chwili. - Dlaczego? Zapowiada się świetnie. Naprawdę masz do tego talent. - Nie o to chodzi – Agata pokręciła głową i odłożyła kubek. – Kiedyś ci już to tłumaczyłam, z wierszami, w odróżnieniu od opowiadań, sprawa jest o tyle dziwna, że to nie autor rządzi wierszem, tylko wiersz rządzi autorem. Nie można po prostu powiedzieć sobie: „dzisiaj napiszę piękny, poruszający wiersz” i usiąść przed kartką... A szkoda – uśmiechnęła się. Beata oparła łokcie o drewniany blat, otuliła twarz dłońmi. Jej długie, złote włosy spłynęły na ramiona. Zmrużyła oczy i przechyliła głowę. - Tutaj nikt ci nie przeszkodzi. Wierzę, że go skończysz. - Chciałabym. Naprawdę. Ich dłonie powędrowały ku sobie, by w końcu odnaleźć się, pod rozgwieżdżonym niebem. Wschodził księżyc, noc pachniała igliwiem. Palce bliźniaczek splotły się nieśmiało. „Wierzę w ciebie” – pomyślała Beata. „Wiem.” Siedziały w milczeniu ponad kwadrans. *** Słońce prażyło niemiłosiernie. Na niebie nie było widać nawet najmniejszej chmurki. Wiał słaby, ciepły wiatr, a woda była cudowna. Beata zanurkowała z rozkoszą. Dzień zapowiadał się wspaniale. Od dziewiątej rano leżała na dzikiej plaży, którą znalazły podczas wczorajszego, wieczornego spaceru. Niewielką połać złocistego piasku otaczały nieprzeniknione krzewy. Intymność właściwie gwarantowana. Czegóż chcieć więcej? Powoli płynęła w kierunku brzegu. Nagle dostrzegła błysk. Zatrzymała się i obróciła głowę w jego stronę. Coś prześwitywało pomiędzy drzewami, daleko, po drugiej stronie jeziora. Opalizujący kształt rzucał na wodę srebrzyste refleksy. Wtedy usłyszała krzyk. Ktoś krzyczał. W jej głowie. Nawiedziły ją obrazy. Jakby ktoś rozrzucił przed jej oczami kolorowe szkiełka. Rysa na czymś zimnym. Krople wody, spadające na... Chłód, wilgoć i mrok, kwitnący pomiędzy drzewami, mający źródło w czymś... Cichy brzęk, ja Odpowiedz Link Zgłoś
oinoic Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 10:40 Uwielbiam pływać i latać i zawsze chciałam robić to jednocześnie. To prawie tak jak seks w powietrzu, no niektórym to się udaje. Gorzej jednak z pływaniem na desce przy pomocy, której można wykonywać wspaniałe ewolucje w powietrzu, oczywiście jak ktoś potrafi. Moja podróż zaczęła się od Łeby, gdzie parę lat wstecz odwiedził nas Pan Nasch mistrz świata w Kiteserfingu, który zaprezentował ewolucje, które nigdy nie mieściły mi się w głowie, ale zachęciły mnie a wręcz powiem, że rozgrzały mnie do zrobienia tego, co mi się tylko mogło śnić. Była również Pani (nie pamiętam jej nazwiska) - mistrzyni świata, która nic dziwnego nie pokazała, jedynie tylko szybkość, jaką można osiągnąć pływając w te i z powrotem do brzegu i od niego. Zapalona, czym prędzej udałam się na kurs do Władysławowa. Super było, nawet stanęłam parę razy na desce, a nawet przepłynęłam 5 metrów i bum. Woda płytka, wiatr słaby albo wcale a ja siedzę tydzień na plaży i czekam, aż halny zawieje. No, ale cóż za 2 tygodnie jadę na Rodos. Pan trener powiedział, że to super: "Tam dopiero daje kopa wietrzysko". Czym prędzej skierowałam się na poleconą mi przez recepcjonistę plażę w celu wykupienia sobie kolejnego kursu, tym razem udanego bo wieje wiatr. Kurs oczywiście po angielsku, no, ale przy takim sporcie to trzeba być oblatanym z tymi językami. Nie ważne zapał to zapał, kupiłam latawca to mnie będzie ciągał po wszystkich rzekach, morzach i krainach tam gdzie będę chciała. No i mnie zaciągnął i to pierwszego dnia. Wiało tak, ze odpłynęłam ze 2 kilometry od brzegu, aż miły Pan z kursu zainteresowany moją długą nieobecnością przypłynął po mnie motorówką i przytargał do upragnionego brzegu. Ktoś sobie pomyśli, że jestem ostatnia ofiara życiowa, ale chciałam zapewnić, że tak nie jest. Skończyłam AWF, więc jestem wysportowana i w niejednej dyscyplinie pływackiej dostałam dyplom. Niestety, ale nie wymyślono jeszcze komórki wodoodpornej, a przydałaby się i to bardzo. Przynajmniej nie leżałabym godziny w lodowatej wodzie, myśląc o rekinach.. W każde wakacje od 3 lat intensywnie podnoszę poziom swojej adrenaliny, dopóki nie osiągnę własnego zadowolenia z nowego aczkolwiek niebezpiecznego, ale sportowego hobby. Pozdrawiam: Agnieszka Odpowiedz Link Zgłoś
pogromczyninauki1991 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 14:42 Prawie dokładnie rok temu, bo 21 lipca wybrałam się na obuz sportowy do Czech. Razem z koleżankami dostałyśmy kluczyk do jednego z małych domków znajdujących się na terenie ośrodka. Do tej pory pamiętam że miał numer 4. Jak to zwykle bywa każdy obóz musi zacząć się zwołaniem przez organizatora uczestników do jednej sali na nudny "wieczorek zapoznawczy". Kiedy sala się zapełniła przez rużno wiekowe grupy, trener rozpoczął czytanie zakazów i nakazów. Na końcu dodał jeszcze jeden zakaz związany z tajemniczą 4-osobową chuśtawkę. Część osób wiedziała o co chodzi, a część nie. Łatwo się domyśleć w której grópie się znajdowałam. Od razu zrobłam wywiad z organizatorem który wyjaśnił ,że 5 lat temu pewna dziewczynka zgineła przez nią w dość drastyczny sposób. Oczywiście powiedział nam że miedzkała w domku nr. 4. Niewieżyłam mu ale mimo wszystko się bałam. W pierwszą noc obozu położyłam się o 3 w nocy. Razem z koleżankami już zasypiałyśmy kiedy usłyszałyśmy dźwięk skrzypiącej chuśtawki i dźwięk udeżającego o nasze okna gradu. Usnełyśmy z trudem i z niepokojem. Rano okazało się że to był chrzest kolonijny organizowany przez trenera. Odpowiedz Link Zgłoś
kudelka13 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 18:58 Moje wakacyjne przeżycia nie są ani straszne, ani mrożące krew w żyłach, są one ciekawe i zaskakujące... Dwukrotnie w moim życiu zaskoczyli mnie sami artyści.. Otóż 2 lata temu byłam nad morzem przez dwa tygodnie, mieszkałam w małym hoteliku razem z koleżankami. W drugim tygodniu naszego pobytu, pewnej nocy do naszych dni kilka osób zaczęło się dobijać, byli tak głośno, że wszystkich obudzili. My bałyśmy się otworzyć drzwi, ale naszczęście kierownik hotelu zerwany na równe nogi szybko pozbył się nieproszonych gości. Jak się później okazało byli to członkowie zespołu "Łzy", którzy byli "lekko" podchmieleni pomylili sobie pokoje. Następnego dnia zagrali świetny koncert w mieście, a na przeprosiny mi i moim koleżankom z pokoju dali autografy... Drugą ciekawą historią, jest moje spotkanie z Muńkiem Staszczykiem z zespołu T.Love. Ten znany zespół grał w naszym mieście na festiwalu, była świetna atmosfera. Po zakończeniu całej imprezy jak już wychodziliśmy zauważyliśmy, że przy stoisku z kiełbaskami stoi wokalista zespołu, więc poszliśmy do niego po autografy. W czasie podpisywania się, Muniek spytał mnie i kilka osób spod jakiego znaku jesteśmy. pierwsza się wyrwałam i powiedziała, że jestem spod znaku panny. On spojrzał na mnie z zaciekawieniem i nie dowierzająco spytał: "PANNA? WRZEŚNIOWA?? " i poprosił mnie żebym z nim porozmawiała na boku. najpierw mi wyjaśnił, że ma sentyment do mojego znaku... Póżniej spytał czy z kimś tu jestem i jak się dowiedział, że jestem z chłopakiem powiedział "TO NIE MAM CO LICZYĆ NA TAKIE TAM...?". Musiałam go zmartwić, ale za to mam piękny jego autograf z dedykacją:)) Odpowiedz Link Zgłoś
pozi Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 21:00 To byly studenckie wakacje, czyli praca w hotelu w Gorach Skalistych w USA. Problem polegal na dojezdzie na lotnisko, bo trzeba bylo sie przeprawic autem przez wysokie gory do Denver - ok. 3 godz. drogi. Na szczescie udalo mi sie znalezc transport dosc przypadkowo - jeden koles, Amerykanin, ktory pracowal w tym samym hotelu zaoferowal podrzucenie swoim "domem na kolkach", w ktorym mieszkal. Kiedy wyruszylismy zaczal palic trawe i trwalo to przez caly czas podjezdzania serpentynami do przeleczy gorskiej. W pewnym momencie auto zgaslo, bo zabraklo benzyny - kierowca ani sie zastanawiajac - wciaz na trawie, zawrocil i sila rozpedu tymi samymi serpentynami, hamujac bez pracujacego silnika, dotoczyl sie do pierwszej stacji benzynowej. Potem na szczescie wszystko potoczylo sie juz gladko, ale nie wiem czy nie przybylo mi podczas tej eskapady kilku siwych wlosow. Odpowiedz Link Zgłoś
arkanino Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 20.07.05, 21:47 To było w Lubrzy. Małej miejscowości w województwie lubuskim. Wraz ze znajomymi, postanowiliśmy, iż jadąc na wczasy nie będziemy specjalnie myśleć nad miejscem naszego noclegu ale pojedziemy „w ciemno” z nadzieją, że na miejscu uda nam się coś znaleźć. Jak się jednak okazało, znalezienie wygodnego miejsca wypoczynku graniczyło wręcz z cudem. Wszystkie okoliczne domy wczasowe, hotele i ośrodki były wypełnione po brzegi i gdzie byśmy nie pytali wszędzie spotykało nas szydercze i lekko kąśliwe „przykro mi”. Zbliżał się już wieczór i kiedy wszyscy tracili nadzieje, na naszej drodze pojawiła się mała dziewczynka. Ubrana cała na biało o czarnych włosach i bladej skórze, wyglądem przypominała raczej rzeźbę niż człowieka. Pamiętam że pomyślałem wtedy, że spokojnie mogłaby ubiegać się o role w jakimś horrorze i gdyby nie fakt, że po paru sekundach milczenia przemówiła cichutkim dźwięcznym, dziecinnym głosikiem oddaliłbym się jak najdalej. - Wy też? – spytała stojąca dalej w bezruchu postać. - Co my też? – odparłem zaskoczony, że z tak chudego ciała mogą wydobywać się jakiekolwiek dźwięki. - Też szukacie miejsca gdzie można przenocować. – Odparła jakby od dawna spotykała ludzi podobnych do nas z takim samym problemem. - Tak my... – Nie zdążyłem dokończyć bo spod gęstych włosów dobiegł kolejny syczący już niemal dźwięk – Tu w lesie mieszka stary młynarz, czasem wynajmuje swoją dobudówkę za niewielkie pieniądze- odparła nie pytana postać i obracając się na pięcie zaczęła kroczyć w przeciwnym kierunku. Byliśmy tak zaskoczeni, że nie próbowaliśmy nawet pytać dalej o szczegóły. Widzieliśmy tylko białą smugę powoli znikającą gdzieś w gęstwinie lasu. Staliśmy tak w bezruchu jakieś trzy minuty gdy jeden z kolegów zaproponował abyśmy poszli dalej przed siebie pytając ludzi o okoliczny młyn. Jak się okazało nie musieliśmy szukać długo. Po dziesięciu minutach drogi zobaczyliśmy stary, wykonany z dębowego drzewa kierunkowskaz z napisem „Młyn”. Namalowana białą farbą strzałka, była skierowana w kierunku mocno zarośniętej wąskiej ścieżki. Wyczerpani nie zastanawiając się długo, podążyliśmy wzdłuż wyznaczonego szlaku, którego podejrzewam nikt nie używał od lat. Las był ciemny i cichy. Tylko nielicznym strugom jasnego światła udawało się przebić przez ogrom rozłożystych gałęzi wielkich i starych buków. Po jakimś czasie wyczerpującej wędrówki naszym oczom ukazał się wielki drewniany budynek z jeszcze większym kołem zanurzonym w wodzie. Młyn był wielki i swoją monumentalnością przywoływał na myśl raczej gotycką fortecę niż obiekt, w którym za dawnych lat wytwarzano mąkę. Po krótkiej chwili zachwytu i obejściu budowli dookoła zobaczyliśmy również gospodarza. Człowiek o krępej budowie ciała i pomarszczonej skórze stał na wprost nas z dyskretnym uśmieszkiem i wyraźnie czekał na rozpoczęcie rozmowy. - Dzień dobry. – Zagadałem. - Witam moich drogich przybyszów. – Wykrzyczał wręcz, jakby całe życie na nas czekał. Po krótkich rozmowach i negocjacjach znaleźliśmy się w jednym z pokoi i zaczęliśmy się rozpakowywać. Nasz gospodarz powiedział, że wszystkie rzeczy w jego „królestwie”, jak określił swe miejsce zamieszkania, są do naszej dyspozycji. Wychodząc usłyszeliśmy tylko: - Aha, zapomniałbym nie, wchodźcie do młyna bo jest tam dość niebezpiecznie, wszystko jest stare i grozi zawaleniem. – Powiedział i zaczął kierować się do wyjścia gdy jeden z nas odparł: - Szkoda... miałem nadzieje że zobaczę jak odbywała się produkcja mąki za dawnych lat, wie pan, takich budowli jest chyba w Polsce niewiele. Na te słowa krępa postać bezszelestnie poruszająca się w kierunku wyjścia zatrzymała się nagle i już z mniejszą życzliwością w głosie odparła: - Uważałbym na młyn. Niektórzy mówią, że tam straszy. Zaskrzypiały drzwi, a z korytarza dobiegł odgłos skrzypiących pod nogami desek. Byliśmy tak zmęczeni, że nawet nie próbowaliśmy domyślać się o co chodziło tajemniczemu młynarzowi. Szybko położyliśmy się do łóżek i zapadliśmy w głęboki sen. Nie pamiętam dokładnie o której godzinie obudził mnie cichutki dochodzący z góry dźwięk tupotu czyichś stóp. Deski dyskretnie trzeszczały tuż nad moją głową a spod posadzki unosił się kurz. Postanowiłem, że przeczekam aż wszystkie dźwięki umilkną jednak po paru minutach ciekawość wzięła górę. Na bosaka, jak najciszej się dało, zbliżyłem się do drzwi wyjściowych. Było tak ciemno że musiałem kroczyć wzdłuż ściany aby trafić na klamkę. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że gdy tylko wyciągnąłem rękę aby otworzyć drzwi, one same odskoczyły, uchylając się z jazgotem w moim kierunku. Gdy spojrzałem na moich kompanów i upewniłem się że śpią dalej, ruszyłem przed siebie. Na korytarzu było wilgotno i unosił się zapach świeżo pieczonego chleba. Światło pełni księżycowej rozświetlało pomieszczenie ukazując kształty starych drewnianych mebli, które rzucały długie cienie po całym pokoju. Wtem, usłyszałem kolejne szmery dochodzące z góry. W narożniku pokoju znalazłem drabinę, która najprawdopodobniej służyła jako wejście na strych. Powoli wspinałem się szczebel o szczeblu. Kolejne stopnie krzyczały wręcz przeraźliwie jakby każde ich dotknięcie sprawiało im ból. Koniec drabiny przylegał mocno do blaszanego wejścia. Spróbowałem raz i drugi ale niestety drzwiczki ani drgnęły. Kiedy już zniechęcony kolejnymi niepowodzeniami miałem zamiar zejść, usłyszałem cichy trzask, a potem dźwięk podobny do pocierania metalu o metal. Trwało to chwile, aż podniecony z ogromną dozą adrenaliny powoli popchnąłem wieko i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że wejście jest otwarte. Wsunąłem głowę do otworu i nagle coś przebiegło szybko za moimi plecami. Kiedy się odwróciłem nic jednak nie zobaczyłem poza obłokiem mąki unoszącej się w powietrzu. Po wczołganiu się do góry powolnym krokiem zbliżałem się do wierzchołka wielkiego koła stanowiącego niegdyś zapewne napęd dla młyna. Pomieszczenie było szerokie i stało w nim wiele dziwnych przedmiotów, których nigdy wcześniej nie widziałem. Nagle drzwiczki, którymi się dostałem na strych zatrzasnęły się z ogromnym hukiem. Dobiegł mnie syczący, przeszywający na wskroś dźwięk dziewczynki: - Pomóż mi. - Kim jesteś? – Zapytałem - Pomóż mi. – Wyszeptał po raz kolejny głos a ja poczułem jak nogi same mi się uginają. Zacząłem powoli zmierzać w kierunku miejsca skąd dochodziły skrzeczące dźwięki. Okazało się że tajemniczy głos pochodzi z wielkiej beczki stojącej w rogu pokoju. Gdy byłem już przy niej wszystko ucichło. Powolnym ruchem dłoni z całej siły pociągnąłem wieko od beczki. Nagle ziemia zaczęła drżeć, wielkie koło młyna drgnęło ociężale unosząc białe obłoki mąki. Spojrzałem najpierw na wieko, na którym wyryte były ludzkimi paznokciami otwory, jakby ktoś żłobił je latami, a potem do środka gdzie moim oczom ukazała się mała skulona postać dziewczynki. Chciałem uciekać ale chwyciła mnie za rękę tak mocno że nie mogłem się ruszyć. Sama wstała powoli i odgarniając drugą ręką włosy wlepiła we mnie swe białe źrenice. W pewnym momencie mojej bezskutecznej szamotaniny wysyczała: - Popatrz a zrozumiesz. – Wraz z jej słowami moim oczom ukazały się urywki wizji jak z pociętej taśmy filmowej. Najpierw dziewczynka bawiąca się w młynie. Ciemność. Mężczyzna stojący za dziewczynką. I znowu ciemność. Białe omdlałe ciało ciągnięte po ziemi. Ciemność. Beczka i dochodzące z niej odgłosy drapania i przeraźliwych dźwięków „pomocy!”. Wszystko było jasne. Morderca dziewczynki ze strachu. Iż jego zbrodnia będzie wykryta schował ciało do beczki. Nie pomyślał jednak o tym, że dziecko nadal żyje. Nie patrzyłem już ze strachem na oczy nieznajomej, tym bardziej, że zaczęły nabierać one normalnych ludzkich, radosnych wręcz barw. Usłyszałem tylko ciche: „ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Sylwuska1 jezioro tajemnic IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.07.05, 00:37 ta historia wydarzyla sie w okolicach jezora zywieckiego , jeziora o prawie tak mrocznej historii jak wody lekko otólajce przegi zalewu .w derzczowe dni ludzie przy kominkach gawdza jak to bylo ,a historia siega czasow bardzo dawnych ale do dzis zachowaly sie slady tamtych wydarzen.............. w pewien cieply wieczór wybralam sie na spacer aby obejrzec zachód slonca (mimo zakazów babci, po zachodzie nad jeziorem dzieje sie zeczy nie wyjasnione..... ) byl tam równiez starszy pan z sasiectwa lowil ryby przylaczylam sie do niego .zapytalam o historie jeziora (poniewaz jeszcze jej nie znalam) starszy pan rozsiadl sie wygodnie na lawce i zaczol snuc mroczna historie...... nie boicie sie? jesli nie to uwaznie sluchajcie..... bardzo dawno temu nie bylo tu jeziora zato ozposcieraly sie dwie piekne wioski ludzie byli tam dobrzy na twarzach dzieci goscil usmiech zyli jak w raju . lecz pewnego dnia........ tego dnia na niebie nie bylo slonca.... niebo zasnute blo chmurami z ktorych sypaly sie wielkie lncuchy blyskawic.... nagle mieszkancy uslyszeli tupot koni . oto zblizal sie wielki car wrogi tym ziemia.... jego wojska palily domy rozrtala sie prawdziwa masakra ...woalka ustala nad ranem . car zadowolony ze swojego zwyciestwa przechadzal sie po zdobytych terenach . tej nocy potoki oraz rzeka znacznie wezbrala . pogoa nie zmieniala sie od tygodnia . skala tamujaca wody rzeki ulegla ... woda zaczela zapelniac dolie w ktorej znajdowaly sie wioski z minuty na minue wody bylo coras wiecej i wiecej car uciekl ze swoim wojskiem zostawiajac mieszkacow wioski .... nie bylo drogi ucieczki mieszkancy zkazani byli na smierc .... gdy nastepnego dnia zza gor wylonilo sie slonce nie bylo wioski wylonilo sie jzioro o chmurnych wodach ..... tak co wieczur gdy slonce zajdzie za gory nad jeziorem cisza tylko powiew wiatru i szelest lekko falujacej tafli jeziora , ale nagle .... cisze to przerywaja jeki i krzyki i wolanie o pomoc....... a na brzegach tupot koni i zza drzewa nie jedna sie wyloni blada postac ni to z wody ni to zywa i znika ....... i tak noc cala te dziwy sie dzieja lecz gdy slonce ukojenie zawom bladymi promykami przyniesie cisza nad cisze znów nad jeziorem .... na moim ciele pojawila sie gesia skorka . slonce jusz dawno zchowalo sie za horyzontem.... jak tu wrócic do domu? boje sie Odpowiedz Link Zgłoś
pawel9965 Re: jezioro tajemnic 21.07.05, 15:47 Cześć ta historia powiem szczerze jest świetna naprawde :) Moim zdaniem bardzo dokładnie ją opisałaś i poprawnie pod każdym względem <brawo> to jest "coś" czytałem uważnie do końca bardzo mi się podoba. Odpowiedz Link Zgłoś
grushka Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 21.07.05, 18:58 Grozy tej historii nie pojmie każdy. Ale zrozumie ją astmatyk szukający w panice inhalatora, nałogowy gracz w totka, który odkrył, że do szóstki zabrakło mu jednego trafienia i wszyscy dumni posiadacze rozmaitych natręctw. Te wakacje miały być idealne. Od tygodni chuchaliśmy i dmuchali na dzieci, żeby tuż przed wyjazdem się nie rozchorowały. Wykupiliśmy wszelkie możliwe ubezpieczenia. Przewodniki upstrzyliśmy żółtymi karteczkami „zobaczyć koniecznie”. Przegródki w portfelu były starannie oznaczone: wynajem samochodu, przyjemności, pizza, nagłe wypadki. W mojej przepastnej torbie tkwiły posłusznie dwie szczoteczki do zębów i dwie pasty. Tak na wszelki wypadek. Na miejscu okazało się, że rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia! Za plecami góry, przed oczami morze. Powietrze drgało od gorąca. Pierwsze śniadanie bajeczne – poczuliśmy lekki zawrót głowy od niezliczonej ilości zapachów i smaków. Siedziałam przy stoliku ignorując radosne wrzaski dzieci, zapatrzona w oleandry za oknem. Przede mną dwa tygodnie w raju. Lody bardziej czekoladowe niż czekolada. Kawa gęstsza niż mój strach w samolocie. Mój mąż zbliżał się powoli z lampką szampana. I właśnie wtedy, gdy odwzajemniłam jego rozmarzony uśmiech, wakacje się skończyły! Nagle, brutalnie, bez ostrzeżenia, zanim zdążyłam wyobrazić sobie nasze pierwsze plażowanie. Oliwka którą bawiłam się w ustach trzasnęła, poczułam coś na kształt wewnętrznego trzęsienia ziemi, na chwilę straciłam ostrość widzenia, głosy oddaliły się. Rozmiar katastrofy pojęłam, gdy wymacałam językiem olbrzymi krater. Dolna szóstka po prawej stronie. W panice, która narastała w postępie geometrycznym wyplułam na stół pestkę i część zęba. Zrobiło mi się niedobrze, jak przy pobieraniu krwi. Chyba nie wyglądałam najlepiej. Mąż mówił coś do mnie, pani przy stoliku obok zamarła, córeczka przezornie wykrzywiła buzię w podkówkę. Nie mogłam uwierzyć. Może jeszcze śpię? Po locie to normalne, człowiek różnie odreagowuje stres….Ale nie, zbyt wyraźnie czułam językiem ostre krawędzie. Prawie leżałam na stole, oblana zimnym potem, nie mogąc sobie wyobrazić wycieczek po rzymskich ruinach z taką przepaścią w buzi. Ręce mi drżały, kolorowe plamki skakały przed oczami. Nie będę mogła jeść prawą stroną. Nie będę mogła w ogóle jeść! Trzeba wracać. Tak, trzeba szybko sprawdzić powrotne loty, może jeszcze dzisiaj uda się złapać moją dentystkę. Wsparta na ramieniu męża doczłapałam do pokoju. Szczęka mi zesztywniała od manewrowania w niej lusterkami, ale niewiele mogłam dojrzeć poza tajemniczym cieniem w pobliżu siódemki. Potem godzina szorowania, kontrolnego zagryzania, płukania, i tak w kółko, dopóki mój mąż nie przyniósł dwóch wieści – dobrej i złej. Dobra była taka, że nasze ubezpieczenie obejmuje jedną usługę stomatologiczną do 75 EURO, druga – przeohydna – że miejscowy dentysta rekonstruował ostatnio ząb niemieckiej turystce za…600 EURO. To więcej niż wszystkie nasze portfelowe przegródki! Mąż łagodnym, rozsądnym tonem przekonywał mnie do wizyty – powinnam poprosić o fleczer. Ale ja oczami duszy widziałam fleczer za 300 EURO na lewej piątce i moją rozoraną szóstkę tkwiącą żałośnie w kleszczach dentysty! Przecież oni tutaj w ogóle nie znają angielskiego! Nie dogadam się, wyrwie mi zęba, albo jeszcze gorzej, wywie mi zupełnie niewinnego zęba i co ja wtedy zrobię?! Dziś jeszcze czuję nieprzyjemne mrowienie w plecach na wspomnienie tego horroru. Przez dwa dni prawie nic nie jadłam. Wszystko skończyło się dobrze, ale to już zupełnie inna historia. Dość powiedzieć, że lekarz znał angielski, założył plombę za 80 EURO, zrobił to szybko i bezboleśnie. Ubytek okazał się niewielki. Odwrotnie proporcjonalny do mojej paniki – ale tak to już jest z panikami właścicieli natręctw – zwłaszcza proweniencji zębowej:) Odpowiedz Link Zgłoś
mreszke niemiecka porzadnosc 21.07.05, 22:46 Jade z kolega do kina we Freiburgu (poludniowe Niemcy). Za dobrze sie nie znamy ale wiem, ze mu wpadlam w oko, choc mnie on sie nie podoba. Ale milo sie z nim czas spedza (i tylko on chcial jechac specjalnie do kina). Oboje nie znamy miasta ale znajdujemy szybko miejsce do parkowania zaraz przy ulicy. Gdy wysiadamy zauwazam znak zakazu parkowania. Postanawiamy przestawic samochod na znajdujacy sie obok parking podziemny. Szczesliwi, ze nie dopadnie nas przypadkowo kara za parkowanie w niedozwolonym miejscu, idziemy podbijac miasto. Poznym wieczorem wracamy do samochodu. I oto, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, parking jest zamkniety. Rozgladamy sie dokola i widze tablice informujaca o godzinach otwarcia parkingu - od siodmej rano do dziewietnastej. Ponizej numer telefonu i informacja dla takich jak my, tak samo nieuwaznych, ze dzwoniac pod ten numer wezwiemy "portiera", ktory przyjedzie specjalnie by nam otworzyc brame. Swietnie, ale koszt tej uslugi to 25 euro plus oplata parkingowa. "Moze wezmiemy hotel?", pyta kolega. "Pewnie", odpowiadam w myslach, "tylko kto nam uwierzy, ze parking nam zamknieto i musielismy zostac na noc we Freiburgu...". Smieje sie w duchu i mowie mu, zeby zadzwonil po tego portiera. Trudno, 25 euro jest dla mnie duzo lepsze niz nocleg z kolega, hihi. Gosc ma przyjechac za pol godziny. Lazimy dokola parkingu smiejac sie z sytuacji ale przeklinajac juz stracone pieniadze. Nagle widze wyjezdzajacy samochod z zakmnietego ponoc parkingu. Jestem jednak za daleko by podbiec. Okay, moze pracownik firmy znajdujacej sie nad parkingiem. Spacerujemy nadal. Nagle, nastepny samochod wyjezdza stamtad. Kolejny oddany firmie pracownik siedzacy po godzinach w firmie? ;) Podchodzimy jak najblizej i stoimy zaraz przy bramie, moze znow ktos wyjedzie. I faktycznie, kilka minut pozniej, ktos znow opuszcza parking. Podbiegam i prosze o wypuszczenie nas stamtad. Kierowca dosc dziwnie na mnie patrzy, jest wyraznie zdziwiony moim pytaniem. Po chwili tlumaczy nam, bysmy weszli do srodka parkingu i przez parking przeszli do hotelu (znajdujacego sie po drugiej stronie ulicy). Tam znajduje sie kasa automatyczna, tam zaplacimy i wyjedziemy. Zegnamy go, dziekujemy i patrzymy oszolomieni na siebie. To takie proste?! "To chyba tylko dla Niemcow!", smiejemy sie. "Nie podpowiedza, ze jest hotel po drugiej stronie i ze nie trzeba placic 25 euro za otwarcie bramy!!". Wystarczy tylko to wiedziec. Biegniemy to automatu, placimy za parking i wyjezdzamy. Zaraz za brama widze samochod "portiera". "GAZU!!!!!", krzycze, smiejac sie jednoczesnie i uciekamy. Smiejemy sie nieustannie, marudzac na Niemcow, ktorzy by pewnie nie wpadli na pomysl obejscia procedury i poczekaliby na "portiera", hojnie oddajac mu 25 euro wlasciwie nie wiadomo za co (koszt dojazdu? hihi, to droga ta taksowka). Nie stracilam pieniedzy, kolega pozostal kolega, a za kazdym razem gdy parkuje, sprawdzam do ktorej godziny jesty parking czynny :) Odpowiedz Link Zgłoś
radsam Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 21.07.05, 23:16 Był zwykły czerwcowy dzień 2004 roku, pogoda skłaniająca jedynie do siedzenia w barze i zastanawiania sie ... co dalej. Wówczas w umysłach kilku młodych ludzi, którzy zważywszy na posiadanie dowodu osobistego jedną nogą byli juz w dorosłym życiu, a dopiero czekali w związku z egzaminami wstępnymi na studia, by przekroczyć tę bezpowrotną granicę przez drugą z kończyn dolnych, narodził sie pomysł kilkudniowego wyjazdu nad Balaton. Długo sie nie zastanawiając "skłoniliśmy" rodziców do pożyczenia nam samochodu, spakowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy, nie zapominając oczywiście o zabraniu dobrego humoru i w czteroosobowym dobrze znającym sie składzie ruszyliśmy przed siebie... Wtedy żadne znaki na ziemi, na niebie, nawet horoskop z www.onet.pl nie zapowiadał tego co miało sie wydarzyć w przeciągu najbliższych dni. Diametralna zmiana pogody wywołała uśmiech i rozjaśniła nasze umysły, stopniowo i skutecznie zapełniane mrokiem wiedzy przez ostatni rok, spędzony głównie na siedzeniu przed książkami. Prawdziwie wakacyjna atmosfera, muzyka płynaca z głośnika, wiatr we włosach mojej pięknej dziewczyny Ani i przyjaciółki Ulki, sprawił że zapomniałem o wszystkim i cieszyłem się każdą z chwil, które niczym zimny prysznic po upalnym dniu, zmywały ze mnie trud ostatnich miesięcy. Jedynie niepokoiło mnie zachowanie Maćka twierdzącego z zastraszającą stanowczością, że wydarzy sie coś złego. Dziewczyny jednak szybko sprawiły, iż o wszystkim zapomniał i uległ ogólnemu nastrojowi. Kilkudniowy pobyt w miejscu będącym wizytówką Węgier przebiegł znakomicie. Prażące słońce, widok mojej ukochanej kobiety w stroju kąpielowym, pyszne jedzenie, wszechobecne puszyste niemieckie turystki w średnim wieku i kąpiele w ciepłym Balatonie. To wszystko sprawiło, że byłem w dobrym humorze i nabrałem ochoty do żmudnego przygotowywania sie do egzaminów wstępnych. Pewnie z tą wyprawą związane byłyby same ciepłe uczucia, gdyby nie pomysł jak zwykle nieobliczalnych kobiet, że przed powrotem do Polski musimy koniecznie "odwiedzić" Rumunie. Do dzis na samą myśl o tym kraju, z którym do tamtej pory kojarzył mi sie jedynie znakomity piłkarz Hagi, mam dreszcze, a ciarki elektryzuja mnie od samych stóp aż po najdłuższy włos na mojej głowie. Dotychczasowe wyobrażenia nieco sie zmieniły, gdy przekroczyliśmy granice w okolicach miasta Oradea, jednak juz kilka godzin później tkwiący w naszych mózgach stereotyp został umocniony z tak dużą siłą, że gdy dziś wspominam to wydarzenie i miejsce w obecności Ani widze momentalnie jak jej twarz blednie przypominając w stadium końcowym ... prześcieradło wybielone w Ace. Im dalej zapuszczaliśmy się w głąb tego dziwnego kraju, z tym większą siłą kierowało mną przekonanie, że była to błędna decyzja. W pewnym momencie złośliwość rzeczy martwych, w tym przypadku samochodu, zmusiła nas do zatrzymania się w miasteczku, którego nazwy nie pamiętam i niech mnie broni siła najwyższa przed przypomnieniem jej sobie. Widok miasteczka i jego mieszkańców był przerażający, sprawiali wrażenie jakby czas się tam zatrzymał 50 lat temu. Pierwsze oznaki niepokoju narodziły się w momencie, kiedy to pan na stacji benzynowej, mechanik i sprzedawca w nazwijmy to sklepie spożywczym wyglądali niemal identycznie. Uspokajaliśmy dziewczyny, że jest to kwestia przypadku. Nasze telefony komórkowe nie dość, że nie miały tam zasięgu to nawet nie chciały spełniać żadnych funkcji zaprogramowanych w nich przez producenta. Tłumaczyłem sobie, że tak sie czasem zdarza. Powoli zbliżał sie już wieczór, a wiadomość o tym, że auto zostanie naprawione dopiero nazajutrz wprawiła wszystkich we frustracje. Konieczność spędzenia nocy w tym miejscu nikogo wyrażając się sarkastycznie, nie satysfakcjonowała. Wynajęliśmy pokój w obskurnym pensjonacie, coś na kształ meksykańskich "spelun" z amerykańskich filmów akcji. Niesamowity odur i wilgoć spowodowana obecnością "roślin" na ścianach sprawiły, że nikt z nas nawet nie próbował zasnąć. Czarę lęku i niepewności przepełniały ciągłe krzyki i skowyt zwierząt, które nie przypominały żadnych znanych nam odgłosów. I nagle w momencie, w którym wszyscy chyba mimowolnie przysnęliśmy do pokoju (wcześniej zamkniętego) wbiegła naga dziewczynka. Mimo, że nie zrozumieliśmy jej słów wypowiadanych z ogromnym przerażeniem, stało się zupełnie jasne, iż nie możemy tu dłużej pozostać. Tak szybko chyba nikt z naszej czwórki nigdy wcześniej się nie ubierał. Wybiegliśmy z Maćkiem z owego "pensjonatu" kierując sie mechanicznie prosto do miejsca, gdzie stał nasz samochód, który dziwnym zbiegiem okoliczności wcale nie wymagał naprawy. Odpaliliśmy go w pośpiechu, chwilę później dołączyły do nas dygoczące dziewczyny. Rzekomy mechanik nagle pojawił się tuż przed naszymi oczami trzymając na smyczy coś przypominające krzyżówkę małpy z ... nawet nie próbuje myśleć czym. To stworzenie natychmiast skoczyło na maskę naszego samochodu, powodując krzyk wydobywający sie z naszych gardeł, który pod względem decybeli znacznie przekraczał hałas panujący na stadionie piłkarskim. Bez zastanowienia Maciek ruszył z piskiem opon zrzucając tego "pasażera", który chciał się chyba zabrać na gape. Stworzenie jeszcze biegło za nami, a przy ulicy, którą opuściliśmy to miejsce stała dziewczyna z hotelu. Zwróciliśmy na nią uwagę zaledwie na krótką chwile, gdy nagle tuż przed samochodem pojawił się stojący na środku jezdni mężczyzna. Był to jeden z tych trzech identycznych mężczyzn z sektora "usług" tego miasteczka. Było juz za późno, by Maciek zdołał go wyminąć. Jednak w momencie, kiedy zdawało się, że bardzo dokładnie zapozna się z maską samochodu taty ... on zniknął. Przez pół godziny jechaliśmy z prędkością, z jaką jeździ Hołowczyc w czasie rajdów. Wśród nas panowała zupełna niemal grobowa cisza. Dopiero po przekroczeniu granicy, gdy z powrotem byliśmy na "bezpiecznym" terenie naszych południowych bratanków Węgrów, atmosfera trochę sie rozluźniła. Ale nikt nie próbował nawet domniemywać co, by mogło się stać, gdybyśmy pozostali tam do rana. Po powrocie do domu na pytania rodziców odpowiadaliśmy krótko i wymijąjąco, ale ojciec zapytał się, skąd na masce wzięły sie zarysowania. Gdy spostrzegłem wyraźne kilkunastocentymetrowe ślady po pazurach, serce prawie podskoczyło mi do gardła. Wtedy opowiedziałem mu całą historię, którą skwitował zaledwie ironicznym uśmiechem. Nigdy więcej już nikomu nie opowiadałem o tym , gdyż sama myśl o czerwcowych wydarzeniach zeszłego roku przyprawia mnie o ... domyślcie się. Odpowiedz Link Zgłoś
lilianka22 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 00:01 Dreszcze dosłownie... Pojechałam na pierwsze w życiu egzotyczne wakacje do Tunezji. Tak jak się spodziewałam pogoda przepiękna, ludzie przemili a morze cieplutkie. Polak w takim miejscu traci głowę (no, może nie każdy, ja na pewno) i rzuca się do tego cieplutkigo i milusiego morza. Fantastyczne uczucie odpręzenia i błogości zakłóciło nagłe ukłucie, tak jakby poparzenie pokrzywą, taką największą. No nic, pomyślałam, wiedziałam że w morzu mogą pływać meduzy. Trochę szczypało ale nie przejmowałam się zbytnio ze względu na wspaniałe okoliczności przyrody:) Po chwili położyłam się na kocu i wtedy się zaczęło. W miejscu oparzenia zaczęła mnie boleć noga, coraz bardziej i bardziej. Potem ból zaczął atakować także drugą nogę i doszedł aż do bioder. W dodatku zaczęłam się trząść. No tak, myślę sobie, ten jad z meduzy idzie coraz wyżej, zaraz dojdzie do serca a potem do mózgu i umrę. Chyba lepiej umierać w pokoju, a nie na plaży. Wyszeptałam z wysiłkiem do koleżanki że muszę wracać do pokoju. Wracałyśmy razem, ja się na niej opierałam i jedocześnie odmawiałam zdrowaśki. Na czworakach (dosłownie!!!) wczołgałam się nałóżko w hotelu i zwijając się z bólu myślałam o najbliższych, że ich już pewnie nie zobaczę, albo że w najlepszym razie zostanę kaleką do końca życia. Intensywnie też myślałam , co koleżanka ma przekazać mojej rodzinie, bo było coraz gorzej... Na szczeście dreszcze ustały zanim doszły do serca :) i po jakiejś godzinie czułąm się już świetnie. Po prostu reakcja na jad meduzy była bardzo silna bo nigdy nie miałam ze stworem do czynienia. Wiele razy potem meduza mnie "użarła", ale to nie było bardzo bolesne ani nie powodowało już takich przykrych skutków. Teraz to jest zabawne, ale wtedy naprawdę nie było mi do śmiechu...:P Pozdro Odpowiedz Link Zgłoś
eliza.mordal Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 08:34 No to spróbuję swoich sił... Rok 1997,luty...Przyjeżdżamy do Zakopanego pociągiem,po całonocnej podróży zmęczeni,ale uśmiechnięci,trzymamy się za ręce,gęby śmieją nam się do zimowego słońca i ośnieżonych szczytów. Plecaki pełne ciepłych ciuchów, puszek, chińskich zupek, u mnie śpiwory, u Niego namiot... Ruszamy w góry...Najpierw bez śniegu, ciągle w słońcu. Im wyżej tym bardziej biało, czerwone policzki, błyszczące oczy...Płuca pełne świeżego, mroźnego powietrza...Przyjazne "cześć" na szlaku...Zmęczeni, lekko zmarznięci planujemy ogrzać się w schronisku - zjeżdżamy do niego na pupach po świeżutko zdeptanym sniegu. Parujące kubki parzą w dłonie, ale pasztet smakuje jak nigdy w życiu! Ma w sobie smak tej przygody, zapach powietrza, nawet wiatr...w akademiku nie ma tego smaku! Gdy nabieramy sił ruszamy dalej, jeszcze trochę wyżej,ale zmrok już skraca widzenie, już odbiera pewność siebie...Życzliwy na szlaku ostrzega przed dalszą wędrówką. Ale my mamy swój cel, szukamy miejsca na namiot. Nie może być byle jakie, musi mieć swój urok i czar. Znajdujemy polankę, śnieg poza szlakiem sięga kolan. Obok przyjaźnie otula nas strzelista sosna - jej zieleń daje poczucie bezpieczeństwa i ciepła. Szybko rozbijamy namiot, rozkładamy w nim śpiwory,koce, ubieramy wszystkie ciuchy. Chcemy wzmocnić się "chinką" ale zamarza gaz w butli...Reszta herbaty z termosu przyjemnie grzeje od środka. Światło latarki, jak maleńki świetlik, jest tylko jasną plamką w zapadającej dookoła ciemności. Pstrykamy zdjęcie - dwie rumiane twarze, głowy otulone czapkami, niewielka przestrzeań namiotu..Jedno jedyne zdjęcie, aparat też nie wytrzymuje mroźnego powietrza, zatrzymuje się. Na termometrze - minus 15 stopni. Wokoło cisza - góry jej strażnicy. Zasypiamy. Ranek zimny, szary, a obok namiotu tylko ta ścieżynka, którą przyszliśmy. Zamarznięte buty nie dają się wcisnąć na nogi, trochę śmiechu i turlania w śniegu,są, weszły, wymieniają ciepło ze stopami, miękną... Zwijamy namiot. Oprócz śladów na śniegu nie pozostaje po nas nic...może sosna tylko szumi na do widzenia? Prosta historia,ale ma swoje miejsce w naszych sercach. A teraz jesteśmy małżeństwem i marzymy o wyprawie z naszym synkiem! Pozdrawiam! Odpowiedz Link Zgłoś
nicoletia Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''Duch 22.07.05, 08:35 Miało to miejsce dwa lata temu. Jechaliśmy z moim chłopakiem jedną z krajowych dróg na wakacje do wynajętego domku. Była piękna, słoneczna pogoda. Cieszyliśmy się, że możemy spędzić czas bez rodziców koncentrując się tylko i wyłącznie na sobie. W końcu można było odpocząć od uczelni i od wszelkich problemów. Lato, miłość i mazurskie jeziora- zapowiadała się niezła przygoda. W połowie drogi złapaliśmy korek. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Ludzie jak oszaleli trąbili klaksonami, krzyczeli, widać, że upał dał im się we znaki. Podkręciłam głośniej muzykę i próbowałam się zrelaksować. Mój chłopak po dziesięciu minutach wyłączył silnik i chciałam wykorzystać ten wolny czas. Po dłuższym czasie zaniepokoiliśmy się tym, że samochody nie posuwają się do przodu. Wyszłam z naszego golfa i zobaczyłam, że auta ciągną się z dwa kilometry. Po chwili usłyszałam rozmowę kilku mężczyzn: - Jakaś ciężarówka wioząca żużel wywróciła się i wszystko leży na ulicy- mówił jeden - A co ty za głupoty gadasz- stwierdził ironicznie drugi- żadna ciężarówka i żaden żużel. Zderzyły się dwa samochody- czerwona corsa i jakiś maluch. Wywody przerwał trzeci, stojący dotąd na poboczu i przysłuchujący się całej rozmowie: - Mały dzieciak…chłopczyk…może pięcioletni….-mówił ze smutkiem w głosie- jechał sobie rowerkiem i jakieś dwie godziny temu jakiś wariat go potrącił. Chłopczyk spadł do rowu i żaden kierowca go nie widział. Dopiero po dwóch godzinach udało mu się z niego wyjść. Zatrzymał wtedy pierwszy napotkany samochód…-tu przerwał, aby wziąć oddech jednak jego twarz zaczęła walczyć ze łzami, krzywiąc się przy tym niesamowicie, a z dużych, pomarszczonych oczu zaczęły płynąć łzy- niestety dzieciaka nie dało się uratować- szepnął Staliśmy w korku ponad trzy godziny. Tragedia tego chłopca całkowicie zgasiła w na chęć jakiejkolwiek zabawy i wypoczynku. Najlepiej by było, jakbyśmy wtedy wrócili do domu, jednak coś kazało nam jechać do przodu. Gdy dojechaliśmy na miejsce od razu zapomnieliśmy o przykrym incydencie. Poznaliśmy nowych ludzi, domek był wspaniały a powitalna impreza przy ognisku trwała aż do świtu. Można powiedzieć, że tam, na Mazurach naprawdę udało nam się wypocząć. Nie wiadomo nawet, kiedy zleciał cały tydzień. Żal nam było wyjeżdżać,dlatego zostaliśmy na grillu u znajomych do popołudnia. Adaś stwierdził, że może prowadzić w nocy a ja mu obiecałam, że postaram się czuwać. Wstaliśmy o pierwszej w nocy i ruszyliśmy. Droga była całkowicie pusta jednak było mglisto, więc jechaliśmy wolniej. Wszystko dokoła wyglądało jak w jakiejś baśniowej krainie, zamglone, szare i tajemnicze. W pewnym momencie dostrzegliśmy jakąś małą postać na środku naszego pasa. Było to prawdopodobnie dziecko, które machało rączką w naszą stronę. Im bliżej byliśmy, tym bardziej przerażał nas jego widok. Miało obdrapaną twarz i posiniaczone ciałko. Z rany w głowie wypływała gęsta strużka krwi. Jego ubranko było podarte i nie miał jednego bucika. Adam zatrzymał się gwałtownie i wybiegł na ulicę krzycząc do mnie, że mam dzwonić na pogotowie. Jednak, gdy dobiegł do miejsca, gdzie ostatni raz widział chłopca, nikogo tam nie było. Spojrzałam na niego i przełknęłam ślinę. On natomiast zaczął biec przed siebie. Po chwili wrócił zdyszany: - Kochanie jedźmy z stąd- prosił- widziałem tabliczkę, to tutaj ktoś potrącił tego chłopca- mówił przerażony Nie minęła minuta a byliśmy z powrotem w trasie…milczący i bezsilni. Odpowiedz Link Zgłoś
widan5 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 12:58 © widan5@gazeta.pl CZŁOWIEK PRZED WYSTAWĄ Wczasy w przepełnionym kurorcie to w zasadzie hipotetyczny tylko wypoczynek. Wiedziałem o tym, ale wiedziałem też, że gdyby nawet świętego spokoju nie zakłócał najmniejszy nawet szmerek i tak po kilku dniach znudzę się tym beznadziejnie. Jeżeli do tego dojdzie zimno, wiatr i plucha, czego nad polskim morzem wcale wykluczyć nie można, odpoczynek zmieni się w katorgę. Dlatego pojechałem samochodem, choć kuszetki są wygodniejsze, tańsze, a kilkaset kilometrów po polskich drogach to tyle co wielogodzinny taniec ze śmiercią. Dobrze zrobiłem; jak zaczęło lać zaraz na drugi dzień, to lało i lało bez końca. Byłbym ugotowany, bo przecież knajpy mam w Krakowie i wcale nie muszę jechać aż nad morze, skoro wystarczy wyjść z domu, skręcić za róg, a znajomy właściciel bez słowa napełni kufelek. Byłbym ugotowany – a tak, mając samochód, nabyłem jakiś przewodnik i zacząłem zwiedzać ciekawe miejsca w okolicy. Któregoś dnia dotarłem do miasteczka leżącego daleko od atrakcyjnych turystycznie szlaków – cztery ulice na krzyż i rynek otoczony niskimi domkami, z których odpadały liszaje zmurszałego tynku. To było jedno z takich miejsc, gdzie czas się zatrzymał, a diabeł mówi dobranoc i coś w tym stylu natychmiast mi się nasunęło. Wrażenie potęgował jeszcze fakt, że, nie licząc kilku wałęsających się psów, nie widać było żywej duszy, a ciszę mąciły jedynie dostojne dźwięki kościelnych dzwonów. Trochę pobłądziłem nie zaglądając do mapy, wysiadłem więc z zamiarem zasięgnięcia języka. Wtedy na południowej pierzei ryneczku natknąłem się na elegancką wystawę, wciśniętą między obskurną knajpę o niemożliwej do ustalenia kategorii, a zabite na głucho deskami okna. Była to wystawa antykwariatu urządzona z tak wyrafinowanym smakiem, że stanąłem jak wryty. Zza przyciemnionej na brązowo szyby przykuwały uwagę stare domowe sprzęty – jakieś młynki, szatkownice, kufle, brytfanny, żelazka – ale również wiele takich, które zachwycały już tylko niegdysiejszym szlachectwem formy, bo rzeczywistego przeznaczenia trudno się było nawet domyślić. Słowem, była to wystawa dla wyrafinowanego konesera i taki sklep nie dziwiłby na Carnaby, Avenue Marceau czy choćby Floriańskiej – tutaj wydawał się zjawiskiem z innej planety. Sklep był zamknięty, ale moją uwagę przykuło co innego: zauważyłem człowieka w stroju, że tak powiem, ludowym. To znaczy w granatowym ferszalungu, którego nogawki wpuszczone były w gumiaki o wywiniętych cholewach, i w bereciku z piorunochronem, wieńczącym stertę posypanych łupieżem włosów. W całej postaci wyróżniał się jeden szczegół – nos. Nos z gatunku wspaniałych, truskawkowych karbunkułów, nie pozostawiający cienia wątpliwości co do konsumpcyjnych preferencji właściciela. Taki nos stanowiłby wymarzoną reklamą dla wszystkich wyrobów przemysłu fermentacyjnego, a Cyrano de Bergerac niechybnie zbladłby i zzieleniał z zazdrości. Co było jednak najdziwniejsze, właściciel tego imponującego narządu powonienia stał przed interesującą mnie wystawą. Stał i wpatrywał się w nią z takim natężeniem, z taką uwagą, z taką dociekliwością, że jego nos, do którego jak pięść ta wystawa pasowała, zostawiał na szybie ślimakowate ślady. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu jakiejś surrealistycznej groteskowości, która nie wiedzieć czemu wydała mi się nawet upiorna. Zapragnąłem za wszelką cenę zagadnąć gościa, zapytać, poprosić o wyjaśnienie niezwyczajnego zainteresowania czymś tak niezwyczajnym. Zwlekałem jednak, nie chcąc przerywać jego skupionej, przypominającej modlitwę żarliwości. Pomyślałem, że nie suknia zdobi człowieka. Nasunęła mi się zaraz anegdota, jak nieodżałowanej pamięci profesor Jacek Puget zasnął na plantach zmęczony oprowadzaniem po Krakowie rektora jakiejś zagranicznej uczelni. Zasnął, spadła mu czapka, a jak się obudził, miał w niej pełno drobnych. Ze względu na pamięć o profesorze inaczej spojrzałem na intrygującego dżentelmena. „A może to rzeźbiarz?”, pomyślałem i od razu wszystkie odłamki puzzla zaczęły wskakiwać na swoje miejsce. Strój niedbały, wygląd niechlujny, no bo jak ma wyglądać ktoś grzebiący cały czas w czymś tak zniechęcająco paskudnym jak przypominająca ekskrementy glina? Pewnie termin zlecenia przedwczorajszy, a w kieszeni pustka, bo zaliczka, o czym świadczyły znaczne odchyłki od pionu, poszła w całości na niezbędne dowartościowanie towarzyskie... Chyba nawet odetchnąłem z ulgą na takie rozwiązanie, ale przyjrzałem się człowiekowi uważniej i stwierdziłem, że niektóre plamy na granatowym ferszalungu mogły rzeczywiście pochodzić od gliny czy gipsu, większość natomiast stanowiły bez wątpienia plamy po farbach. Zanim więc oddałem się dalszym, bardziej już rozbudowanym spekulacjom, zmieniłem mu specjalizację na malarza. Nic to w gruncie rzeczy nie zmieniło, więc dalej tłumaczyłem sobie gładko, że nadzwyczaj skromny wygląd tego człowieka musiał wynikać z pauperyzacji spowodowanej przemianami społeczno - ekonomicznymi ostatnich lat. Artyści nagle rzuceni zostali na rynek, a ten rynek zaczął schlebiać gustom niezbyt wysokiego lotu. Może ten człowiek nie chciał albo nie umiał się przystosować? Może wbrew wszelkim modom, trendom i naciskom pozostał przy hermetycznym abstrakcjonizmie? A może był za komuny specjalistą od malowania metodą wcierkową olbrzymich portretów, obnoszonych w pochodach przy okazji świąt państwowych, a że na śmietniku historii wylądowały obiekty jego twórczych uniesień, został bez pracy? Może chciał się przystosować, może usiłował, może nawet nadesłał ofertę do czyjegoś sztabu wyborczego? Cóż, kiedy jeden głupi szczegół pozbawił go perspektyw na przyszłość, gdyż nieostrożnie napisał w liście motywacyjnym: „Malowałem Stalina, Bieruta, Gomułkę, Gierka – mam bardzo szczęśliwą rękę...” Taki beznadziejny pech zniechęcił mnie do tego stopnia, że pozbawiłem go zawodu artysty. Poza tym frapujący wydał mi się obraz zbiedniałego historyka sztuki, może nawet profesora uniwersytetu. Zaraz go jednak odrzuciłem ze względu na smarkanie w palce; wysublimowany esteta, choćby zbiedniały do cna, zachowałby bez wątpienia znaczniejszy w tym względzie umiar, a już na pewno nie wycierałby potem palców o szybę. Odrzuciłem profesora na rzecz zapoznanego kombatanta jaruzelskiej okupacji. Kombatanta bohaterskiego, ideowego, nie baczącego na zaszczyty czy przywileje, samotnie nastawiającego plecy pod milicyjne pałki, a później haniebnie napiętnowanego listą Widsteina. W jednej chwili jego świat runął wraz z tą listą, odwrócili się najbliżsi, a on bezskutecznie walił głową w mur zabiegając o sprostowanie. Słał błagalne listy, telefonował – wszystko na próżno. Nie był w stanie wytłumaczyć przypadkowej zbieżności imienia i nazwiska i mimo iż w końcu dostał odpowiedni papier, poddany ostracyzmowi, zepchnięty na margines, na tym marginesie marnował się właśnie do cna... No tak; tylko skąd u prostego robola zainteresowanie czymś tak subtelnym jak to, w co właśnie z taką nabożną uwagą się wpatrywał? Nie, już prędzej zdradzony mąż, wysoki funkcjonariusz państwowy, przy okazji kolekcjoner dzieł sztuki, bo było go wtedy na to stać. Niestety, w szale zazdrości pozbawił życia żonę, kochanka i parę zupełnie przyzwoitych osób, gdyż jak raz nacisnął, nie był w stanie wyprostować palca na cynglu. Nie dało się sprawy zatuszować i tylko cudem, dzięki łasce Przewodniczącego Rady Państwa, przekiblował człowiek dwadzieścia pięć lat, zamiast od razu zawisnąć na szubienicy. Może właśnie wyszedł i dojrzał na wystawie przedmioty ze swojej niegdysiejszej kolekcji?.. Powoli dorabiałem jeden za drugim elementy układanki, znajdując symultaniczne uzasadnienia dla takiego, a nie innego obrotu sprawy. Zaczęło to stopniowo puchnąć, przenikać się, rozrastać, aż w końcu tak dalece zabrnąłem w szczeg Odpowiedz Link Zgłoś
widan5 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 13:24 CIĄG DALSZY TEKSTU POPRZEDNIEGO Powoli dorabiałem jeden za drugim elementy układanki, znajdując symultaniczne uzasadnienia dla takiego, a nie innego obrotu sprawy. Zaczęło to stopniowo puchnąć, przenikać się, rozrastać, aż w końcu tak dalece zabrnąłem w szczegóły, tak się w nich zaplątałem, że niemal zapomniałem, o co szło na początku. Wciąż mi jednak czegoś brakowało, a historia wydawała się niepełna. Wciąż nie spuszczałem też oka z człowieka przed wystawą. Zauważył mnie w końcu. Rzucił jedno i drugie spojrzenie, jak wstępny błysk flesza dla uniknięcia efektu czerwonych oczu. Coś tam widać przekalkulował, bo podszedł. Jego twarz gwałtownie zmieniła wyraz, a w ogromniejących nagle oczach zamigotały łzy. – Panie!... – złapał się za głowę, a głos mu rwało przeplatane rozpaczą wzburzenie. – Ku..!... Panie!... Korkociąg trzy stówy! Odpowiedz Link Zgłoś
masteremperor Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 22.07.05, 14:00 Moja straszna historia wydarzyła się tego lata. W pierwszym tygodniu lipca byliśmy z kuzynem nad jeziorem Gołdap w Puszczy Rominckiej. Fragment owej puszczy- Las Kumiecie był miejscem, gdzie swą główną siedzibę miało niemieckie lotnictwo- Luftwaffe. Gdy dowiedzieliśmy się o tym, postanowilismy zwiedzić nazajutrz ów system fortyfikacji. Na poszukiwania obiektów wybraliśmy się w południe rowerami. Czas mijał, a my coraz to odnajdywaliśmy jedynie ruiny i pozamykane schrony. Gdy nad wieczór nieco zniechęceni chcieliśmy wracać, natknęlismy się na olbrzymi bunkier schowany miedzy drzewami. Ku naszemu zaskoczeniu wejście nie było w zaden sposób zamknięte. Bez chwili zastanowienia weszliśmy do srodka. Panował tam jednak totalny mrok, a naszych uszu dochodziły dziwne dżwięki (od razu nasunęło sie na myśl mieszkajace tam jakieś dzikie zwierzę). Nie tracąc czasu popędzilismy do naszego ośrodka po latarkę i jakieś scyzoryki. Gdy byliśmy z powrotem słonce chyliło sie ku zachodowi, a w lesie było coraz ciemniej. Stopniowo schodzilismy w coraz głębsze zakamarki zbudowanego częściowo pod ziemią bunkra. Dziwne odgłosy nasilały się z każdym krokiem. W końcu doszliśmy do ostatniej sali, gdzie przerażające wrażenie wywarło na nas światło zachodzącego słońca padające przez niewielki otwór strzelecki wprost na wypisane na ścianie trzy szóstki. Tam też rozwiązała się zagadka tajemniczych dźwięków- były to odgłosy kapiącej ze szpary w suficie wody. Mocno wystraszeni satanistycznym symbolem pospiesznie ruszyliśmy do wyjścia. W pewnej chwili serca nam stanęły i aż podskoczyliśmy uderzając głowami w niski strop korytarza. Przed nami stał jakiś wielki facet (słabe światło latarki nie pozwoliło nam obejrzeć go całego). Zaczęliśmy uciekać w głąb bunkra szukając po kieszeniach naszych scyzoryków. Stojąc uzbrojeni w 'ślepym zaułku' nerwowo wypatrywaliśmy intruza. Gdy wszedł do naszego pomieszczenia wszystko się wyjaśniło. Był to leśniczy z Nadleśnictwa Gołdap, który podczas wieczornego obchodu po lesie zobaczył nasze rowery leżące przy wejściu do bunkra i w obawie, ze w nocy zagubimy się w lesie , przyszedł nas wyprowadzić. Nieco uspokojeni dziękowaliśmy Bogu, że to leśniczy, a nie jakiś satanista. Jednego mogę być pewien- tej przygody, adrenaliny i strachu długo nie zapomnę. Odpowiedz Link Zgłoś
martini7 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 23.07.05, 00:08 Życie pisze często zaskakujące scenariusze, i to te z najwyższej półki...Zapewne każdy z Nas przeżył coś do czego chętnie powraca we wspomnieniach, lub co pragnie wymazać z pamięci, a że większość tych przypadków dotyczy wakacji, urlopu to już inna sprawa ;-] Dwa lata temu podjęłam iście męską decyzję - jadę na biwak. Zero luksusów, bieżącej wody, ekspresu do kawy, telewizora...Tak, to miały być piękne dwa tygodnie wypełnione wieczorami przy ognisku, kąpielami w rzece, poznawaniu siebie, czytaniu....już czułam zapach łąki o poranku....Jechałam wraz z kilkoma znajomymi, równie "zapalonymi biwakarzami" jak ja ;-]Wyposażeni w biblię skauta i kupę niepotrzebnych rzeczy wyruszyliśmy na łono natury, a właściwie łono podgórskich obszarów, bo pragnęliśmy maksimum doznań, zatem jak biwak, rzeka, to czemu nie przy górach? Z dojazdem nie było większych problemów. No dobra, przyznaję się - mało, abyśmy zamiast na łące wylądowali na sali rozpraw oskarżeni o zabójstwo z premedytacją. Samochody jak nigdy odznaczały się wysokim poziomem techniki i nawet się nie popsuły, natomiast zawiódł pierwiastek ludzki, a konkretniej ta część półkuli mózgowej odpowiedzialna za odczytywanie mapy. U nas jej ewolucja zatrzymała się na etapie ameby.My dojechaliśmy, samochody o dziwo też, ale mapa została przez nas rozćwiartowana na części pierwsze. Pełni wzajemnej niechęci, wrogo nastawieni do całego świata, wręcz z pianą na ustach ( po przyjeździe chłopcy od razu otworzyli piwo )wzięliśmy się za znaczenie terytorium ( dosłownie ), oraz rozstawianie namiotów. Zajęło nam to około...7 godzin. Albo nie było instrukcji obsługi, albo czegoś brakowało, albo zabrakło nam wykształcenia inżynierskiego. Wieczorem, gdy jeszcze coś było można zobaczyć, wyposażeni w coś ala mapę wyruszliśmy na nasze pierwsze spotkanie z naturą. Maszerowaliśmy raźnie-komary wiedziały, że nie mamy offu i postanowiły sobie zrobić na nas swoją własną balangę. Było już bardzo ciemno, ale drogę przyświecała nam nasza wielgachna latara, która nie wiedzieć czemu jakoś tak podupadała aż zgasła. Na dodatek jej właściciel poszedł " w krzaki" razem z mapą. Usłyszeliśmy przekleństwa, odgłosy walki.Wrócił tylko gatunek homo sapiens.Mapa podzieliła los papieru toaletowego,a latarka sama gdzieś się zapodziała. Postanowiliśmy wrócić.Po burzliwszych debatach niż w samym sejmie zdecydowalismy się obrać kierunek, który miał nas zaprowadzić do naszego obozowiska. Myliliśmy się tak samo jak politycy ustanawiający budżet. Nad ranem wygłodniałych, zmarźniętych, przemoczonych ( jak na złość padał deszcz -ktoś z góry postanowił dołożyć nam za nasz wyrafinowany język ), zmęczonych znalazł nas jakiś wędkarz. O litościwy człowiek -poczęstował nas czymś co w założeniu miało być herbatą, ale smak nie był ważny, liczyło się przyjemne ciepełko wypełniające nasze usta.Potem skontaktował nas z GOPREM, który to dopiero sprawił nam łomot za nasze wyczyny i wieczorne wyprawy. Chłopaki pomogli nam odnaleźć nasze manele i zasugerowali powrót. Wachaliśmy się, lecz gdy "napój herbaciany naszego wybawcy" ubezwłasnowolnił nasze żołądki postanowiliśmy dalszą częś wakacji spędzić w bardzij komfortowych warunkach, bliżej ludzkości i cudownego aromatu komunikacji miejskiej ;-] martini Odpowiedz Link Zgłoś
kleopatrra Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 23.07.05, 18:57 Nie muszę za daleko sięgać pamięcią, żeby przypomnieć sobie wakacje z dreszczykiem… Wystarczy tylko spojrzeć na stojące w przedpokoju wybrudzone adidasy, żeby wspomnienia wróciły całą lawiną. A przecież wszystko skończyło się dopiero tydzień temu. Ale zacznijmy od samego początku. Te miesiące wakacyjne miały być dla mnie wyjątkowe – zakochana po uszy, po pierwszym roku studiów, z zaliczoną sesją, cóż jeszcze można było chcieć. W czasie wieczoru przy oblewaniu zakończenia egzaminów, wraz z moim mężczyzną- Radkiem ustaliliśmy, że musimy zrobić coś szalonego, jak na dzikich studentów przystało i przeżyć przygodę, jaką można będzie szokować nawet wnuków, będąc już w podeszłym wieku. Oboje mamy dość lekkie i wariackie podejście do życia, wycieczka w nieznane autostopem okazała się, więc pomysłem idealnym dla dwojga. Wystarczyło tylko pojechać na parę dni do domu, spakować najpotrzebniejsze rzeczy, wyciągnąć oszczędności z kont, pożyczyć jeszcze trochę od rodziców i ŚWIECIE PRZYBYWAMY!! Tak też się stało. Równo 26 czerwca moja męska połowa zapukała do drzwi mojego mieszkania, a po dwóch godzinach staliśmy na drodze wylotowej w stronę Międzylesia. Jedno było pewne jedziemy byle dalej od naszego ojczystego kraju, aby odkrywać nieznane miasta i kultury. Głowy pełne marzeń i zwariowanych myśli, a na plecach olbrzymie plecaki. Początek trasy był banalny, ponieważ łatwo było nam łapać okazję. Wszyscy wydawali się tacy dobrzy…Byli zachwyceni naszym pomysłem i życzyli nam powodzenia. A my? Nie planowaliśmy konkretnej trasy. Wsiadaliśmy po prostu do samochodów, które się zatrzymywały i jechaliśmy nimi, dokąd zgodził się kierowca. Nasza trasa wiodła przez Czechy: Letovice i Brno, tam E65 dojechaliśmy z gadatliwym Czechem do Słowacji. Droga przez cały czas wiodła nas na południe. Bawiliśmy się świetnie mimo upałów i niedogodności w postaci barania pryszniców na stacjach benzynowych. Między Bratysławą a Hartbergiem w Austrii postanowiliśmy nagiąć trochę nasze zasady i wyznaczyć sobie kierunek podróży. Miało nim być Pra delle Torri. Jest to dość dużej wielkości camping z wielkimi basenami, gdzie byłam na wakacjach parę lat wcześniej. Znajdował się blisko Wenecji, którą chcieliśmy razem oglądnąć. To znaczy ja chciałam zmusić mojego lubego do tego, żeby obudzić w nim chociaż iskierkę romantyzmu. Na plandece ciężarówki, przez Klagenfurt dotarliśmy do Włoch, do Tolmezzo. Nie opisuję dokładnie drogi, gdyż nie jest ona ważna w naszej mrożącej krew w żyłach wyprawie. Wenecji nie udało nam się, co prawda zwiedzić, ale tydzień spędzony nad basenami i morzem był fantastyczne. Te długie noce spędzone na plaży, mnóstwo poznanych Włochów, to wszystko powodowało, że byliśmy już przekonani, że to będą nasze niezapomniane wakacje. Niestety, nie stać było naszych studenckich kieszeni na dłuższy pobyt w tym raju, dlatego równo po siedmiu dniach spakowaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Opaleni, zadowoleni i silni, aby odbyć dalszą część drogi, tym razem gdzieś w kierunku zachodnim, stanęliśmy na jednej z głównych dróg daleko od campingu i z wystającym palcem czekaliśmy na okazje. Po trzech godzinach na palącym słońcu zaczęliśmy już powoli wątpić w możliwość dalszej podróży. Nagle tuż obok nas zatrzymał się, swoim podobnym do Tico samochodem, jakiś Włoch średniego wieku . Z uśmiechem na twarzy otworzył nam swój bagażnik, a potem zapakował nas na tylne siedzenie. Miał na imię Giovano. Wyglądał bardzo przyjaźnie, dlatego spokojnie rozsiedliśmy się na siedzeniu, nie obawiając się tego, że nas gdzieś wywiezie i sprzeda. Niestety, słabo mówił po angielsku, więc nie mogliśmy za bardzo się z nim pogadać. Jemu jednak zdawało się to nie przeszkadzać. Krzyczał ciągle o czymś do nas, radośnie wymachując rękami i ciągle zerkając na nas przez lusterko. Wśród wszystkich entuzjastycznych okrzyków zrozumieliśmy tylko, że jedzie po swoją żonę za Turyn i chętnie może nas dostarczyć do miasta. Okazja wydawała się wyborna. Mielibyśmy za sobą prawie całą Italię jednym środkiem transportu, bez konieczności machania kciukiem na poboczu. Dwie godzinny od wyjazdu z okolic campingu Giovani zatrzymał się na postoju, żebyśmy mogli skorzystać z toalety, coś zjeść i napić się kawy. To miała być nasza jedna przerwa podczas całej drogi, dlatego musieliśmy ją dobrze wykorzystać. Nasz kierowca stanął w kolejce po jedzenie, a nas namówił na to, abyśmy poszli się odświeżyć. Przyznam, że trochę nam to zajęło, dlatego nie zdziwiliśmy się, że nie zastaliśmy go przy stoliku, kiedy wróciliśmy. Nasze jedzenie, już prawie zimne leżało nietknięte na tacach. Zjedliśmy, więc spokojnie, uznając, że nasz kierowca poszedł do toalety i spotkamy go w jego samochodzie. W trakcie posiłku ustaliliśmy dalszą trasę, która wieść miała przez południe Francji. Tamtejsze miasteczka miały swój indywidualny klimat, który urzekał każdego, czemu i my nie mieliśmy go, zatem zaznać. Roześmiani wyszliśmy z restauracji i zaczęliśmy rozglądać się za białym samochodem, którym przyjechaliśmy. Zaskoczeni stwierdziliśmy, że nie ma go, w miejscu, gdzie wcześniej stał. Radek obiegł całą stację, ale wracając nie miał za optymistycznej miny. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co się stało. Jakoś nie docierało do nas, że Giovaniego może nie być już na stacji, że najwyraźniej uciekł z naszymi rzeczami, zostawiając nam jedynie to, co mieliśmy przy sobie: saszetkę na pasie mojego chłopaka z naszymi paszportami i resztką Euro, które wyciągnęliśmy ze schowków w plecakach, żeby zapłacić za posiłek. Było ich stanowczo za mało. Radek w panice, jeszcze raz pobiegł w stronę myjni, zaczepiał wszystkich spotkanych ludzi, pytając o to, czy nie widzieli naszego kierowcy. Na marne, bo znajomego Włocha nigdzie nie było widać. Kelnerka w restauracji wytłumaczyła nam tylko, że pan w średnim wieku, z którym przyjechaliśmy uregulował rachunek i pojechał w nieznaną jej stronę. To była tragedia! Istny koszmar! Chciałam jak każda, zwykła baba, po prostu usiąść na krawężniku i się rozpłakać. Radek starał się mnie pocieszyć i tłumaczył, że sobie poradzimy, że jakoś wszystko się ułoży, ale prawda była taka, że nasza sytuacja była okropna! Sami, we dwoje, gdzieś na poboczu drogi szybkiego ruchu, w północnych Włoszech, bez pieniędzy, namiotu, ubrań, bez telefonów komórkowych! Do tego automat na stacji był popsuty i nie mogliśmy z niego zadzwonić do Polski, po kogoś, kto by nas uratował. Zresztą, kto przyjechałby tak szybko tyle kilometrów!? To trwałoby stanowczo za dużo czasu. Musieliśmy coś zrobić. Roztrzęsieni stanęliśmy przy tej przeklętej drodze i wystawiliśmy kciuki do góry. Chcieliśmy obydwoje jak najszybciej znaleźć się w domu, a nasze umysły podpowiedziały nam, że powrót tam w taki sposób, w jaki stamtąd wyjechaliśmy, będzie najlepszym rozwiązaniem. Bzdura! Dobrze, że w porę oprzytomnieliśmy. Nie mieliśmy nawet najmniejszy szans przejechać bez pieniędzy tak dużego odcinka drogi. Nagle, niczym piorun z nieba, przeleciała mi przez głowę myśl. Trzęsącymi rękami wyciągnęłam mały notesik z saszetki i przeglądnęłam kartki. Był tam!! Moja radość nie znała granic! Na jednej z ostatnich stron widniał adres do starej przyjaciółki mojej mamy, mieszkającej w Toskanii- Giosephiny. Ta starsza kobieta, z którą moja rodzicielka sporadycznie utrzymywała kontakt, była naszą ostatnią deską ratunku. Szybciej można było dostać się przecież do jej domu w mieście o nazwie Montieri niż na Ziemię Kłodzką. Zmieniliśmy, zatem kierunek naszej podróży. Na mapie, która wisiała na stacji zobaczyliśmy nazwy miejscowości, w kierunku których musieliśmy się poruszać. Były to Alessandria, Genowa, La Spezia, Viareggio, Livorno, a stamtąd na południowy wschód prosto do Montieri. Przeciętnie te ok. 450 km można było pokonać w około sześć godzin. Nam w ciągu dwóch godzin udało się pokonać tylko Odpowiedz Link Zgłoś
kapitanekt Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 23.07.05, 19:19 Opiszę zdarzenie, jakie miało miejsce 3 lata temu we Włoszech, gdzie wyjechałam z moim chłopakiem. Pech towarzyszył nam od pierwszego do ostatniego dnia wyjazdu, jednak chronologicznie wyglądało to tak: 1. Przez pierwsze dni wyjazdu mieliśmy być w Neapolu, do którego dolecieliśmy samolotem. na miejscu okazało się że mój bagaż został zgubiony. Pan w okienku zapewniał, że dostanę go w przeciągu dwóch dni... dostałam po tygodniu. 2. Znalezlismy nasz hotel w centrum Neapolu. Udaliśmy się do pokoju, lecz po 20 min pan z recepcji poprosił nas o opuszczenie hotelu, bowiem nasze biuro podróży (nieistniejące już) viaggitalia nie opłaciło naszego pobytu. Jednak po interwencji i telefonie do właściciela biura sprawa się rozwiązała. 3. Kolejne tygodnie spędziliśmy nad morzem w Calabrii. Przedostatniego dnia pobytu obudzil nas sms od taty, pytający, czy juz jesteśmy w Neapolu na lotnisku. Okazało się, że pomyliły nam się dni wylotu i przedostatni dzień mial być tym ostatnim. 4. Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu,jednak przed Bologną zaczęły nas dochodzić słuchy o jakimś strajku. Jedna z Włoszech wyjaśniła nam,że od Bologni rozpoczyna się strajk kolei, tak więc o godz 24 wylądowaliśmy na dworcu bez pieniędzy. 5. Po 24 godzinach, kiedy udało nam się złapać kolejny pociąg do Warszawy, w Czechach okazało się, że bilet, który sprzedała nam pani w Tropei nie jest ważny na terenie Czech. Kontroler powiedział jasno: albo dopłacacie 50 euro, albo wysiadacie. My mieliśmy puste portfele,lecz miły Polak z przedziału dobrodusznie za nas wpłacił. 6. Wydawaloby się, że to koniec historii, jednak ukoronowaniem naszej podróży było odczepienie 2 ostatnich wagonów, w których siedzieliśmy i zamiast do Warszawy dojechaliśmy do Krakowa:) Do tej pory jak wspominam naszą podróż do Włoch nie mogę uwierzyć, że zdarzyło się to naprawdę. Odpowiedz Link Zgłoś