Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''

    • martine.wu Dziecięce komando ze slumsu w Rio.(na konkurs) 25.07.05, 12:31
      Ocknąłem się w cieniu, na poszarpanym, wilgotnym i zapleśniałym chodniku.
      Czułem piekący ból w skroniach a nad łukiem brwiowym krew zdążyła już zaschnąć.
      Mój przewodnik po szemranym Rio, spanikowany, wciąż się dopytywał, you ok,
      amigo? you ok..?

      Do hotelu dotarłem po kilku godzinach, szatańsko wycieńczony. Gdy właściciel
      tego skromnego przybytku, w którym się zatrzymałem, ujrzał mnie w drzwiach,
      wyraźnie zmartwiony, cicho zawyrokował: Favelados. Kiwnąłem obolałą głową na
      potwierdzenie i osunąłem się w stary, zakurzony fotel. Potem piliśmy
      brazylijską wódkę, cachace. Dużo wódki. A potem ogarnął mnie sen, już nie
      pamiętam ile spałem...

      ------
      ... I po co się tu pchałem, na co mi to było? Co mnie obchodzą jakieś robaczywe
      slumsy hen hen na zachód, kilka stref czasowych wstecz? W tym śnie jednak znów
      odczuwam palącą potrzebę bycia TAM, targa mną niedosyt wrażeń, chory szaleńczy
      pęd powoduje, że podchodzę do krawędzi ludzkiej godności, dalej jest już tylko
      rozkład, przerażająco konsekwentny rozkład. A ja się chcę w niego gapić i
      gapić, zupełnie jakbym pragnął ujrzeć w tej przerażającej zgniliźnie piękno,
      wyrażone pełną, soczystą tęczą. Ciekawe, ile zdążę zapisać w obszarpanym,
      wilgotnym od potu notesie i jak wiele fotek pstryknę, zanim ktoś do mnie
      strzeli, wychylając się z czeluści cuchnącego, rozpadającego się baraku,
      podmywanego regularnie okresowym, gęstym strumieniem pomyj, mydlin,
      ekskrementów wymieszanych z rybimi wnętrznościami, juchą zarżniętego drobiu a i
      nierzadko czarną krwią ubitych favelados.

      Kula może tu trafić człowieka zupełnie przypadkowo: kobietę wieszającą pranie;
      umorusanego dzieciaka, liżącego papierki po cukierkach, podbijającego wytartą
      szmaciankę młodzieńca w zabrudzonej żółto - zielono - niebieskiej bluzie
      narodowej reprezentacji piłkarskiej. Bogu ducha niewinne ofiary gangsterskich
      porachunków dopełniają codzienność. Ja natomiast stanowię cel wręcz idealny,
      jestem obcy, nie znam języka i prawa faveli, pochodzę z "lepszego" świata, moja
      koszula wciąż jeszcze pachnie hotelowym płynem do kąpieli. System, który mnie
      karmi, ludziom stamtąd ten sam system jedzenie drastycznie wydziela, ogranicza,
      racjonuje a zazwyczaj odbiera. Kto wie, czy nie jest tak, że ludzie ci są
      najzwyczajniej poza jakimkolwiek systemem, poza jakąkolwiek opieką, to co dla
      mnie stanowi minimum egzystencji dla nich nierzadko jest największym marzeniem.
      Jestem obcy, stanowię łatwy łup, chociaż prawie nic przy sobie nie mam, trochę
      zwiniętych banknotów. Paszport i inne dokumenty wraz z kawałkami płatniczego
      plastyku, zostawiłem, jak mi polecono, w szufladzie, w pokoju, w hotelu.

      Czuję, jak oblewa mnie zimny pot a z dłoni kapie woda, jednak wciąż chcę TAM
      być. Robię kolejny krok, nie wycofuję się, zwilżam językiem wyschnięte usta i
      znowu dopada mnie kolejna fala, tym razem, słodkawego, mdłego odoru,
      odgrzewanej, kilkudniowej, nadpsutej już zapewne strawy. Zatykam na moment
      palcami nozdrza ale to nie ma sensu, musiałbym przejść w ten sposób przez całą
      favelę; tutaj zaraz na starcie trzeba się nauczyć oddychać smrodem.
      Przemieszczam się wąską, miejscami suchą i ubitą jednak przeważnie błotnistą
      aleją. Po jednej i po drugiej stronie, jak rozłożę ramiona to czubkami palców
      prawie dotykam chwiejących się szałasów, skleconych z próchniejącego drewna,
      folii i blachy falistej albo też przesuwam jednocześnie obiema dłońmi po
      bardziej, wydawać by się mogło, trwałych cudach prymitywnej sztuki budownictwa:
      więcej w nich słabo wypalonej cegły, nierównych pustaków oraz chropowatych,
      betonowych bloków. Na większości ścian: kolorowych, lecz wypłowiałych od
      promieni słonecznych widnieją rozmaite symbole, jakie z połączeniu ze sloganami
      w lokalnej odmianie portugalskiego tworzą nieprzerwany ciąg graffiti: da się
      poznać, iż zazwyczaj były one malowane niewprawną ręką podwórkowego agitatora,
      choć zdarzają się i rodzynki, ocierające się o artyzm, zdradzające wyobraźnię i
      pasję twórczą autora.

      Przede mną ciemny, wyróżniający się spośród innych budynek. Obok niego, coś
      jakby zejście do schronu, do podziemi, wszędzie kręcą się wychudzone,
      schorowane kundle, niektóre z nich to szkielety obciągnięte parszywą skórą. W
      ich oczach pustka, taka sama, jak w żołądkach. Nie mają siły, aby szczekać,
      wyć, merdają jednak pozostałościami ogonów, zatem mimo nicości w zapadniętych
      oczodołach żywią nadzieję, ich osłabione mózgi generują jeszcze radość, jaka z
      kolei osłabia bezmiar ludzkiego koszmaru. W tych wygłodzonych kundlach odłożyły
      się resztki pierwotnego dobra, na które nawet najbardziej zafajdany satrapa ze
      slumsów nie pozostanie obojętny, ulegnie mu, choćby na moment. Człowiek z zimną
      krwią strzeli do człowieka ale psa nie ruszy, bo wie, że psina da mu przyjaźń,
      da mu zapomnienie, jej ciepło odegna zawiesinę nocnych dręczących mar i
      złagodzi ból, powstały, gdy sumienie zacznie w końcu odrywać spore ochłapy
      duszy. Pies jest oparciem, tak dla człowieka prawego, czystego jak i dla
      najgorszego sku..syna.

      Podchodzę bliżej i dostrzegam tuziny, koślawych, niezrozumiałych znaków:
      podejrzewam grotę szamana macumby. Trochę czytałem o murzyńskich praktykach
      religijnych wymieszanych z zabobonami mitologicznej natury, w brazylijskich
      slumsach nie trudno o tego typu rytuały. Jak to możliwe, że do tej pory nikt
      się mną nie zainteresował, nikt nie władował mi w plecy noża. Ciekawe, czy
      Domosławski wytrzymał tutaj równie długo, jak ja. Czyj to rewir, dokąd udało mi
      się zajść, do kogo należy w tej godzinie moje życie, kto kalkuluje - kropnąć go
      teraz czy pozwolić mu się jeszcze trochę poszwendać, ostatecznie - kto szykuje
      się za rogiem, aby wykonać na mnie wyrok: segurancas z Commando Vermelho, a
      może soldadoes z innych mafii: Terceiro Commando bądź też Amigos dos Amigos
      (Przyjaciele Przyjaciół). Miałbym mniejsze problemy, gdybym był chłopakiem
      STĄD, chłopakiem z faweli, jak na przykład Rocket z "Miasta Boga". Jestem
      jednak STAMTĄD. I co ja im powiem: że nie znałem okolicy i się zagubiłem, że
      przekroczyłem granicę "dwóch światów" nieświadomie - nikt mi nie uwierzy; nie
      ma szans, abym się wytłumaczył i wcale nie idzie o mój słaby portugalski.
      Białas, pismak, pewnie szpicel z konkurencyjnego gangu - łeb do ziemi, tu i
      teraz natychmiast, dwie kule to mało, wsypcie mu cały magazynek. Donosiciel
      policji zgrywający luzaka, swojaka, znającego się na rzeczy - pod ścianę z nim,
      dokładnie pod tą ścianę, dajcie tu jakiegoś żółtodzioba, niech się wyrobi,
      niech się wyuczy, niech przestanie mrugać, niech właduje mu serię z
      maszynowego, w kolana, w brzuch, w serce.

      Paraliżuje mnie ta wizja, trzęsę się cały, choć upał niemiłosierny. Próbuję coś
      powiedzieć, sam do siebie lecz głos mam złamany paniką, obawą, strachem
      ogarniającym całe ciało, przeszywającym duszę. Rozłupana głowa a nad nią roje
      bzyczących much, różnej wielkości i różnych odcieni. Much z odnóżami umaczanymi
      w lichych ludzkim posiłku, w gó..e, w ropie pękających wrzodów, wreszcie w
      trupim jadzie delikwenta rozkładającego się na stercie butwiejących odpadów,
      kilka przecznic dalej...

      Jak mnie ukatrupią, to kto wywlecze stąd me pozostałości, szczątki anonima, kto
      będzie sobie zawracał głowę jakimś białasem, ciekawość to pierwszy stopień do
      piekła, gringo. Chciałeś zatem piekła i go dostałeś. Myśli potrafią człowieka
      wybawić ale równie dobrze wygubić, tak samo w śnie, jak i na jawie. Mnie
      zgubiły, za długo myślałem, za dużo wewnętrznych dialogów, zbyt rozbudowane
      plany: napiszę, sfotografuję, zabawię się w socjologa, psychologa, antropologa?
      Czytałeś sporo o naturalnej dżungli, jak przeżyć, jak wykroić z siebie
      najbardziej silny jad, jak czuwać, jak wykorzystywać każdy zmysł, możliwie
      najlepiej, jak się modlić po swojemu, nie drażniąc jednocześnie lokalnego
      bóstwa...

      Nie potrafiłeś jednak zauważyć, że dżungla miejska potrafi być równie
      wymaga
    • martine.wu Dziecięce komando ze slumsu w Rio. - ciag dalszy 25.07.05, 13:13
      Nie potrafiłeś jednak zauważyć, że dżungla miejska potrafi być równie
      wymagająca, równie mroczna i nieprzewidywalna. Poczułeś się niezniszczalny, to
      nie było mądre...

      W końcu pojawili się: spory klan zwinnych choć chudych, jak szkapa,
      młodocianych oprychów, w sumie większość z nich to wyrostki, dzieciaki.
      Najstarsi z nich mogą mieć, co najwyżej czternaście lat, w oczach ich
      spodziewałbym się agresji, tym bardziej, że za pasem ociekających brudem
      bermudów każdy chowa kawał metalu, uformowanego w spluwę bądź nóż. I tu, i tu
      dostrzegam wytarte rękojeści, co podpowiada mi, że z bronią się nie rozstają,
      nieprzerwanie jej używając. Nie widzę jednak na twarzach tych dzieciaków
      agresji, nawet jej cienia. Widzę coś innego, coś co w sumie nie powinno mnie
      dziwić. Ale dziwi. I z tego zdziwienia czuję, jak z wolna osuwam się w obłęd. A
      doświadczyłem jedynie prostej, naturalnej dziecięcej ciekawości...
    • minnie Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 25.07.05, 20:00
      Moja przygoda z dreszczykiem rozpoczęła się 20 maja zeszłego roku, kiedy to
      ruszyłam w podróż autokarową do Lloret de Mar, aby poznać osobiście osobę, z
      którą tak wspaniale rozumiałam się telefonicznie pomimo bariery językowej
      i „odległościowej”. Poznaliśmy się w nieco nietypowy sposób: jego najlepszy
      przyjaciel podał mu mój numer komórkowy. Po kilku dniach dostałam pierwszego
      smsa z prośbą o maila. Podałam zaznaczając, że ma dobrą okazję do kontaktu, bo
      za dwa dni są moje urodziny. Zadzwonił i po raz pierwszy usłyszałam jego głos…
      Dreszczyków było więc wiele…ale wracając do głównego wątku…Dojechaliśmy z grupą
      na miejsce ok. 7 rano. Wiedziałam, że on będzie mieszkał w tym samym hotelu,
      więc nerwowo rozglądałam się, jakbym oczekiwała, że osoba przy zdrowych
      zmysłach nie śpi o 7 rano w nadmorskim kurorcie. Doczekałam się, ale o tym za
      chwilę. Po tylu godzinach jazdy autokarem czułam się fatalnie nieświeża, w
      wytartych dżinsach, bawełnianym podkoszulku, cera niewypoczęta po 2 noclegach
      noclegach w dziwacznych pozycjach w autokarze. Stałam z bagażami w hotelowej
      świetlicy i serce waliło mi jak oszalałe. Personel podkręcił głośność w
      telewizorze i zaczął emocjonować się wydarzeniami, spojrzałam, właśnie
      rozpoczynała się transmisja ze ślubu następcy tronu hiszpańskiego: panna młoda
      w pięknej, wytwornej sukni, pan młody niezwykle dostojny, rodzina królewska w
      pełnej krasie. To chyba był znak. On zawołał mnie po imieniu, nie, nie książe
      hiszpański, tylko mój odtąd prywatny książę. Odwróciłam się i był już przy
      mnie, taki przeprzystojny, wypachniony od stóp do głów, w jasnych dżinsach i
      czarnej koszulce polo Lacoste. Dreszcz emocji przeszył mnie całą, nogi ugięły
      się pode mną. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To co widziałam na zdjęciach,
      które mi przesłał było tylko maleńka namiastką rzeczywistości. Przywitaliśmy
      się buziakiem w policzek, a ja nie mogłam oderwać od niego oczu i vice versa.
      Jakie to dziwne uczucie słyszeć ten głos, który się słyszało dotychczas przez
      telefon, ale mieć równocześnie do niego obraz i to jaki! Składałam puzzle:
      obraz, dźwięk, zapach, a to wszystko tworzyło niesamowicie perfekcyjną całość.
      To był najfantastyczniejszy dreszczyk emocji, jaki przeżyłam, a wakacje
      przełożyły się na dalsze życie. Jesteśmy ze sobą już rok i dwa miesiące, a we
      wrześniu zamieszkamy razem. Życzę sobie i Wam, aby takie dreszczyki emocji
      trwały całe życie! Opłacało się przemierzyć tyle kilometrów, aby odnaleźć tę
      swoją druga połowę.

      Mam nadzieję, że nie powiało Harlequinem. To najprawdziwsza opowieść z mojego
      życia i nie zamieniłabym tego za nic w świecie.
    • moniau Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 26.07.05, 00:00
      lipiec 2000 roku - podróż poslubna... czy może być coś piękniejszego niż podróż
      z ukochanym do wspaniałego zkątka świata? My wybraliśmy Cypr! Pod koniec
      czerwca pobraliśmy się, potem obroniliśmy się :) i odrazu szukaliśmy
      odpowiedniej oferty. Trafiła nam się oferta promocyjna, za tydzień był wylot,
      ale nie była to typowa oferta "last minute" ponieważ znaliśmy dokłądnie hotel,
      widzielismy go nawet w katalogu - przynajmniej tak nam się wydawało wówczas
      (miał to być hotel Eva). Jednak na lotnisku w Warszawie okazało się że
      dostalismy voucher do innego hotelu (hotelu Onisylioss) ale za to lepszego, bo
      niestety w tamtym już nie było miejsc...hmm...cóż zdża się, najważniejsze
      jednak było to, że mamy lepszy hotel - podobno! Na cypryjskim lotnisku okazało
      się po raz kolejny, ze mamy zmieniony hotel i to znów na lepszy...cóż za
      szczęściarze z nas -pomyśleliśmy - (tym razem hotel Baronet).
      Zajechalismy późnym popołudniem, ale już sam widok hotelu dał nam do myślenia,
      połozony on był w typowej dzielnicy robotniczej, owszem niedaleko było
      morze...ale był też tam i port, jednak najgorsze było przed nami....Hotel
      przypominał ruderę. w łazienkach nie było połowy płytek na scianach, leżały
      koło sedesu, wykadzina jakby nie była prana z 10 lat, wszystko brudne i
      ukurzone, z restauracji dobiegała puszczona "na fula" grecka muzyka,
      klimatyzacja działała jak ją sie mocniej walnęło. Jednak nie załamywaliśmy się,
      w końcu to miała być nasza podróż poślubna... poszliśmy na basen, chcieliśmy
      się zrelaksować. Woda miała przejżystość zerową, ale zaryzykowaliśmy, po czym
      stwierdziliśmy, że nieładnie nie tylko wygląda ale i pachnie, postanowiliśmy
      wyjść, ale...cóż to nie ma barierek...mąż wyławiał mnie jak rybak wieloryba...a
      może na leżaku poleżymy, ale cóż to nie ma takiejgo który stał by o własnych
      siłach...nagle uderza nas potężna dawka smrodu, oglądamy się a tu wybierają
      hotelowe szambo...
      wówczas pierwszy raz pomyslałam, że to jakiś koszmar, zeszliśmy do recepcji, a
      tam już była cała grupa, jakieś 20 osób, niektózy płakali, inni wrzeszczeli,
      czulismy się jak w jakimś koszmarze! po kilku godzinach zjawił się rezydent,
      wszyscy rzucili się na niego jak sępy...on jedyne co mówił to "spokojnie"...ale
      jak tu być spokojnym? Każdy żądał swojego hotelu, tego za który zapłacił lub
      choćby podobnego....ale rezydent nas najnormalniej w świecie "olał". My
      mieliśmy voucher do hotelu Onisylioss, postanowiliśmy taksówką na własną rękę
      pojechac do tego hotelu i sprawdzić czy sa nasze miejsca, okazało się że z
      naszym biurem nie mieli podpisanej nawet umowy a co tu mówić o miejscach w
      hotelu....załamaliśmy się. Dwa dni trwał ten koszmar, życie w brudzie, w
      ciągłych kłótniach, jedno małżeństwo prawie się tam rozpadło, jedno zażądało
      samolotu na własny koszt i powrotu do Polski, inni krzyczeli, jeszcze inni
      płakali a my poprostu walczyliśmy o swoje, powiedzieliśmy, że niezłą nam
      urządzili podróż poślubną...walczyliśmy 2 dni, długie dni po których zmienili
      nam hotel, dostaliśmy w nim nawet pokój dla nowozeńców, wówczas zaczęła się
      nasza prawdziwa podróż poślubna! w sumie nasz koszmar zakończył się
      szczęśliwie - na całe szczęście, ale strachu i emocji nie brakowało, a miał to
      być spokojny czas...
    • Gość: tommekkkkk Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.07.05, 07:56
      Pewnego słonecznego poranka wybrałem się na małą przejażdzkę na moim
      motorowerze. Słońce świeciło juz wysoko nad horyzontem, a na niebie nie było
      żadnej chmurki. 15 minut jazdy po niezbyt równej polnej drodze i dotarłem na
      miejsce. Za mną las przedemną tylko pola i łąki, nic dodac nic ująć usiadłem na
      trawie, otworzyłem termos z herbatą. Nagle siedzące na łace ptaki zerwały się i
      odleciały. Zacząłem się zastanawiac co je mogło przestraszyc. Po chwili zerwał
      się silny wiatr. W ciągu dosłownie 1.5 minut na czyste niebo nadciagnęły czarne
      chmury. Zrobiło się ciemno jak około godziny 21. Wiatr wciaż nie ustawał. Nagle
      piorun uderzył jakieś 200 m odemnie. Przestraszony próbowałem odpalić motorower.
      W tym czasie piorun walnał znow. Tym razem około 150 m odemnie. Z czoła zaczęły
      sciekac mi krople potu. Stoje na otwartej przestrzeni. Motorower, mimo tego ze
      zawsze odpalał za 1 razem teraz ani drgnął. Próbowałem go odpalić "na popych"
      jednak i to nie pomogło. W tym czasie kolejny piotun uderzył jakies 200 m
      odemnie, tym razem z innej strony. Wtem wiart i grzmoty ustały. Zapadła dziwna
      cisza.Poczułem się nieswojo, tak jakby ktoś mnie obserwował. Strach podchodził
      mi do gardła. Prędko nie patrząc na nic zacząłem pchac motorower. Po 30 min
      byłem juz w domu. Tam nebo było wciaż niebieskie, bez zadnej chmury. Zaczałem
      się zastanawiac nad tym wydarzeniem, stałem na otwartej przestrzeni, byłem
      najwyższym punktem, jednek pioruny udeżały koło mnie.
    • lechitaas Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 26.07.05, 12:20
      Szanowna Redakcjo

      Przygód wakacyjnych było naprawdę sporo bo kocham wyjazdy i wakacje i mimo i
      iż najczęściej spędzam je w Polsce to zawsze odkrywam coś nowego i zawsze
      przytrafia się jakaś niesamowita historia. Opowiem może historię, która
      zdarzyła się na kolonii w słowackich Tatrach jak jeszcze chodziłem do szkoły
      średniej. Wakacje ładna pogoda więc wybraliśmy się na wycieczkę na szczyt
      Solisko, na jakieś 1800 n.p.m. wjeżdzaliśmy wyciągiem krzesełkowym nad piękną
      przełęczą. Nie wiedzeć czemu nagle wyciąg stanął a nasza kolonia znajdowała się
      tuż nad samą przełęczą, było troszkę wysoko !!!. Staliśmy tam chyba z 40 minut
      do nawet godziny, jak to w górach pogoda zmienna, nagle zrobiło się bardzo
      zimno przebieraliśmy sie na krzesełkach nad przełęczą w dodatku z lekka wiało i
      kołosało ławkami, szczególnie piękna płec z lekka sobie popłakała ze strachu i
      zimna. Przygoda ogólnie ciekawa na szczęście wyciąg ruszył i zdobyliśmy póżniej
      ten piękny szczyt.
    • indochiny Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 26.07.05, 15:04
      -You are fucking crazy - to slowa pewnego Anglika, ktorego poznalismy na granicy tajsko-laotanskiej, po tym jak opowiedzielismy mu o naszych najblizszych planach.

      Na pomysl kupienia lodzi rybackiej od miejscowego rybaka wpadlem jeszcze przed wyjazdem do Indochin. Teraz, bedac w Huay Xai, to byl dobry moment, zeby to zrobic. Mekong zmierzal w kierunku, w ktorym i my sie zamierzalismy udac, czyli do Luang Prabang.

      Zdania na temat naszych zamierzen byly podzielone. Jedni mowili ze jest to bardzo niebezpieczne przedsiewziecie, inni twierdzili, ze nie powinno byc problemow. Tych pierwszych bylo znacznie wiecej.

      Generalnie droge z Huay Xai do Luang Prabang mozna przebyc na 2 sposoby.
      Droga ladowa i wodna. Droga wodna jest popularniejsza. Mozna ja przebyc speedboatem, czyli mala szybka i strasznie glosna motorowka. Wedlug mnie watpliwa przyjemnosc.
      Druga opcja to sredniej wielkosci statek rzeczny. Plynie 2 dni, z postojem w Pakbengu. Wedlug mnie jeden dzien na takim statku to fajna sprawa, ale dwa to juz zbyt wielka monotonia.
      My postanowilismy poplynac nasza wlasna lodka.

      Szczerze mowiac nie wiedzialem jeszcze dokladnie co o tym myslec. Ale za to wiedzialem jedna rzecz napewno i jednej moglem sie obawiac.
      Napewno wiedzialem, ze jesli tego nie zrobie, to bede zalowal bardzo dlugo. I rzecz, ktorej moglem sie obawiac to, ze byc moze nie bede mial wiecej mozliwosci zrobic tego ponownie.

      Jeszcze po stronie tajskiej probowalismy dowiedziec sie czy mozna tutaj kupic lodz i za ile. Dosc szybko znalezlismy pewnego czlowieka, ktory mial cos czego szukalismy. Okolo 8 metrowa, drewniana lodka rybacka. Zadal za nia 5000BTH. Cena bez targowania, poniewaz nie chcielismy jej kupic po stronie tajskiej.

      Nastepnego dnia, juz po stronie laotanskiej, przypomnialem sobie, ze w filmach przygodowych, jesli ktos chcial kupic cos w obcym sobie miescie, od tubylcow, to szedl do miejscowego baru i pytal barmana.
      Postanowilismy zrobic podobnie. Poszlismy do restauracji i zapytalismy wlasciciela czy wie cos na temat lodzi do sprzedania. Obrotny restaurator oczywiscie wiedzial cos na ten temat i zaprowadzil nas nad brzeg Mekongu, gdzie zaoferowal nawet kilka lodek.
      Jakis czas ogladalismy je, zastanawialismy sie, rozwazalismy rozne kwestie.
      Nasz posrednik twierdzil, ze taki splyw moze byc niebezpieczny dla tak malej lodzi. Ze Mekong jest najezony podwodnymi skalami, wirami itp. "Nasz" Anglik, ktory plynal z Luang Prabang do Huay Xay slowboat'em, takze wspominal o skalach itp.
      Popatrzylem na rzeke i tez tak pomyslalem. Ale uparlem sie zeby to zrobic. Wpadlem na pomysl, zeby dla poprawy stabilnosci, przymocowac do bokow lodki duze bambusy. Posrednik potwierdzil, ze to dobry pomysl i ze moze pomoc.
      Na koniec przeplynelismy sie z wlascicielem wybranej przez nas lodzi, dla proby. Ustalilismy z rybakiem, ze ten przygotuje dla nas lodz, bambusy po bokach i daszek, na jutro, na godzine 12.

      Nastepnego dnia, o wyznaczonej porze stawilismy sie nad brzegiem Mekongu. Lodz byla gotowa. Nawet mi sie podobala, tylko wciaz niepokoilo mnie to, ze jest tak waska. Niech nikt nie mysli, ze sie balem o siebie na wodzie. Ja swietnie plywam i napewno nic nie moglo mi sie stac. Natomiast rzeczywiscie balem sie szczegolnie o Marte i troche o Igora. Gdybysmy sie wywrucili moglo byc niewesolo. No i bagaze. Kasa, dokumenty, sprzet fotograficzny. Zbyt wazne rzeczy, zeby nie bac sie o ich strate.

      Ok, ruszamy. Zegnani przez posrednika i gromadke ludzi, ktorzy przygladali sie z usmiechem calemu przedsiewzieciu, wyplywamy na srodek rzeki. Ja siedzialem na koncu lodzi, dzieki czemu mialem wiekszy wplyw na manewrowanie nia. Marta byla w srodku, pod daszkiem, Igor byl na dziobie. Pierwsze ruchy wiosel byly niepewne, niezsynchronizowane. Ale z czasem szlo nam o wiele lepiej.

      Rzeka na tym odcinku, mam na mysli Huay Xai-Pakbeng, jest dosc roznorodna. Miejscami mijalismy szerokie rozlewiska o bardzo wolnym nurcie. Innym razem, wezsze, szybkie, czesto najezone podwodnymi skalami przejscia. Dosc szybko nauczylem sie rozpoznawac takie niebezpieczne miejsca i omijac je. Nie zawsze udalo nam sie jednak oplynac taka pulapke. Czasem prad byl tak szybki, ze nie bylo sensu z nim walczyc. Wtedy wioslowalismy jeszcze mocniej, zeby przeplynac taki niebezpieczny kawalek szybko i dziobem do przodu.
      Szybko zauwazylem, ze prad czesto wie lepiej od nas, ktoredy powinnismy plynac i wtedy poddawalismy sie mu. Ale czasem probowal nas oszukac i wrzucic na mielizne, skaly lub wymyslal inne zlosliwe sztuczki. Wtedy myslalem:
      - "chrzanic prad, on nie zawsze wie lepiej",
      i wioslowalismy tak, aby nie dac sie zlapac.

      Naprawde niebezpieczna mielismy tylko jedna sytuacje. Prad nas oszukal i wrzucil lodz na skale, na srodku rzeki. W tym miejscu byl wyjatkowo mocny. Z jednej strony burty trzymala nas skala na ktorej zawiesilismy sie i nie pozwalala plynac dalej, z drugiej strony bardzo silnie napierala na nas woda.
      Lodz niebezpiecznie przechylala sie na bok. Jestem pewien, ze wtedy uratowaly nas bambusy zamocowane do boku lodzi. Bez nich plynelibysmy do brzegu zabka, a nasze bagaze by przepadly. To optymistyczna wersja, zakladajaca ze rzeczywiscie bysmy doplyneli do tego brzegu.
      Sytuacja byla bardzo niewesola. Trzeba bylo szybko cos zrobic. Kazalem wiec Marcie szybko usiasc na moim miejscu z wioslem w reku i pilnowac by lodz nie wpadla na nastepne skaly, gdy uwolnimy sie z tej. Czyli poprostu miala odpychac sie od nich wioslem. Igor mial robic to samo na dziobie. Ja w tym czasie wyszedlem na zewnatrz lodki, stanalem na skale na ktorej wisielismy i probowalem nasz statek zepchnac z twardej mielizny. Po chwili udalo mi sie to. Troche balem sie, ze nie zdaze wejsc na poklad, prad byl bardzo silny i mogl blyskawicznie wyrwac mi lodz z rak. Na szczescie zdazylem. Po chwili plynelismy dalej. Kazdy na swoim miejscu i zadowolony.

      Brzegi Mekongu czesto obsadzone sa skalami. Czasem naprawde rewelacyjnie to wyglada. Miejscami jednak znajdywalismy male, jasnopiaskowe plaze. Na takich wlasnie plazyczkach nocowalismy najczesciej. Niektore wygladaly poprostu rajsko. Byly jakby specjalnie przygotowane przez nature, dla nas, na potrzeby kampingu.
      Masa drzewa na ognisko kilka metrow dalej wglab ladu. Na brzegu, nieco na uboczu skaly otaczajace mala zatoczke, gdzie mylismy sie na golaska. Skaly tworzyly parawan, zaslaniajacy nas przed ewentualnie przeplywajacymi lodkami i znajdujacymi sie na nich oczami, wpatrzonymi w nasza biala skore. No i sama plaza. Czysty, bialy, cieply piasek. Poprostu rewelacja.
      Bardzo lubilem ten moment doby. Kiedy bylismy po dniu wioslowania, po zalozeniu obozu, po kolacji przygotowanej na ognisku, kladlem sie przy jego ciepelku i gapilem sie w gwiazdy.

      Ale nie zawsze bylo tak bajecznie. Noce czasem byly naprawde zimne. Czesto budzilem sie z zimna i nie moglem juz zasnac. Marta budzila sie czesciej niz czesto. Jej bylo zimno cala noc.
      Ja podczas tej wyprawy, pierwszy raz musialem zrobic kupe w krzakach, hehe. Jeden bambus wbija sie w ziemie i sie go trzyma w celu utrzymania rownowagi, a drugim opedza sie od komarow. (przyp. Igora)
    • ania_k21 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 26.07.05, 17:51
      Wakacje, które na długo zostaną w mojej pamięci bedą mi się kojarzyć z rokiem
      2001 i Zakopanem, a dokładniej mówiąc z Tatrami. Razem z rodzinką wybraliśmy
      sie w lipcu na wakacje do Zakopca, aby pochodzić po tatrzańskich szlakach i
      odpocząć od zgiełku miasta i problemów. Pierwsze 4 dni były cudowne. Pogoda
      sprzyjała całodziennym wędrówkom górskim a widoki zapierały dech w piersiach.
      Gdy organizm przyzwyczaił się do nowego stylu życia postanowiliśmy udać się na
      najsłynniejszą górę Polskich Tatr, cztli zdobyć Giewont. W tym celu wjechaliśmy
      kolejką (ze względu na 5 letnią siostrę) na Kasprowy Wierch.Po zachwyceniu oczu
      widokiem wysokich partii gór i po narzuceniu na siebie dwóch polarów (mimo, że
      jeden już miałam na sobie) udaliśmy się szlakiem czerwonym wzdłuż granicy ze
      Słowacją. Nieukrywam, że szło sie troche trudno, gdyż dość szybko odczułam
      ciężar takiej ilości ubrań:) ale było zimno, mimo że słoneczko świeciło i na
      niebie nie było żadnej chmury. Nic tak naprawde nie zwiastowało tego co sie
      miało zaraz wydarzyć....Kiedy byliśmy niedaleko Przełęczy pod Kopą Kondracką ni
      z tego ni z owego, od strony Słowackiej nadeszły "czarne chmury". Tak naprawde
      to nigdy jeszcze w życiu nie widziałam tyle odcieni czarnego, granatowego,
      ogólnie rzecz biorac odcieni ciemnego... aż tak ciemnego.W tej samej chwili
      zerwał sie wiatr, który o mały włos nie doprowadził do tragedii. Pamiętam
      tylko, że wiatr spowodował iż moja młodsza, w dodatku bardzo szczupła siostra
      przewróciła sie na ziemię, a resztą rodziny tylko lekko zachwiało. Niestetyja
      do tej reszty się nie zaliczyłam bo mnie wiatr zepchnął w strone bardzo
      stromego urwiska. Tak naprawdę to nie wiem kiedy i jak to sie stało, gdyż był
      to "ułamek sekundy" i nie było czasu na zastanawiania, zwłaszcza jak usłyszałam
      przeraźliwy krzyk mojej mamy i płacz najmłodszej siostry. Niewiem też jakim
      cudem i skąd na szlaku pojawił się człowiek, który złapał mnie za polara i
      dzięki temu nie spadłam w dól, i dzięki niemu tak naprawde żyje. W sumie nie
      zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa do momentu kiedy nie uslyszałam
      najmłodszej siostry krzyczącej "Aniu nie umieraj!". Byłam w lekkim szoku, ale
      kiedy zobaczyłam co znajduje sie pod urwiskiem do którego wiatr mnie zepchał to
      poczułam najprawdziwsze przerażenie, które na zawsze zostanie mi w pamięci. Z
      tego miejsca chciałabym podziękować temu człowiekowi, który wtedy mnie
      uratował. Mimo takiej przygody nic nie stoi mi na przeszkodzie aby chodzić po
      górach i tych większych jak i tych mniejszych...
    • pawel9965 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 27.07.05, 23:35
      Bylem raz w Hinach miasteczko w Polsce niedaleko Krakowa ludzie byli bardzo
      niemili i mnie pobili a na dodatek rozbili mi statek a coz tu dodam poprostu
      sie zchowam. Do dzis sie ich boje bylo ich troje jeden niskawy drugi jak z kawy
      trzeci rudawy. Historia jest prosta nie wyjezdzaj nigdzie tylko rzuc sie z
      mosta droga to prosta wrazen duzo a bardzo milo a ze krotko to nie twoja wina
      to ta Halina znajdz Haline i pogadaj z nia chwile. Bedzie bardzo mile ja nie
      przeszkadzam to tylko moj sen jeden z wielu hien ktore wija mi noc wiec ide pod
      koc !!
    • pawel9965 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 27.07.05, 23:35
      Bylem raz w Hinach miasteczko w Polsce niedaleko Krakowa ludzie byli bardzo
      niemili i mnie pobili a na dodatek rozbili mi statek a coz tu dodam poprostu
      sie zchowam. Do dzis sie ich boje bylo ich troje jeden niskawy drugi jak z kawy
      trzeci rudawy. Historia jest prosta nie wyjezdzaj nigdzie tylko rzuc sie z
      mosta droga to prosta wrazen duzo a bardzo milo a ze krotko to nie twoja wina
      to ta Halina znajdz Haline i pogadaj z nia chwile. Bedzie bardzo mile ja nie
      przeszkadzam to tylko moj sen jeden z wielu hien ktore wija mi noc wiec ide pod
      koc !!
    • natalooneczka Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 29.07.05, 07:41
      Czasem z pozoru nudne wyprawy kończą się w sposób ciekawy...moją najbardziej
      zwariowaną przygoda była wyprawa do Chorwacji. Już początki były ciekawe gdy
      nie mogliśmy znaleźć noclegu w Czechach..jednak najbardziej utkwiły mi dwie
      historie. Pierwsza z nich to nasza pierwsza, czteroosobowa wyprawa do
      reastauracji..Po angielsku umiał mąż koleżanki oraz ja. Mój partner nie
      rozumiał ni w ząb. Zamawiałam po angielsku dania u bardzo młodego i
      sympatycznego Chorwata a na końcu wino. On odpowiedział mi coś czego nie
      pamiętam po angielsku i się bardzo ładnie uśmiechnął do mnie a mój partner
      zapytał mnie "Co?", a Chorwat odpwoeidział mu -"Jajco!". Mielismy całkiem sporą
      dawkę śmiechu. Druga przygodna z niejakim dreszczykiem to była wyprawa na wyspę
      Korcula. Wypłynęliśmy promem wieczorem przy zachodzie słońca, powrotny mając o
      23.00. Zaczęliśmy chodzić po wyspie, zjedliśmy obiad i znaleźliśmy bardzo
      urocze miejsce na pogawędki przy winie. Ja siedziałam spokojnie, bo nie miłam
      zegarka. Czas kontrolowała małżonka kolegi. Nagle mój towarzysz zerwał się na
      równe nogi i krzyknął, że mamy 3 min do odpłynięcia promu i zaczął krzyczeć na
      naszą "przewodniczkę czasową". Na co ona spokojnie spojrzała na zegarek i
      stwierdziła, że jeszcze czas. Spojrzeliśmy na wieżę zegarową i okazało się, że
      jednka już nie ma czasu. Biegliśmy jak szaleni na przystań promową no ale jak
      się można domyśleć zobaczyliśmy jednynie czerwone światła promu płynącego w
      stronę naszego domu. Byliśmy uwięzieni na wyspie. To był ostatni prom.
      Pieniędzy mieliśmy niezbyt dużo więc hotel odpadał. Kolezanka zaczeła
      panikowac, że nie będzie spała na ławce. Następny prom był bowiem o 11 rano.
      Poczatkowo udzieliła mi się panika, ale skoro już i tak mie mieliśmy drogi
      odwrotu namówiłam towarzystwo na mrożona kawę. Panowie zaczęli pić piwko,
      spotkaliśmy polkę mieszkającą na wyspie. Dzięki jej wskazówkom znaleźliśmy
      przystań. Po długich próbach dogadania się wiadomości były smutne. Nikt nigdzie
      już nie wypływał. Koleżanka załamała się całkowicie ale ja drążyłam temat. No i
      starania okazały się warte wiadomości. Był prom o 5 rano z drugiej strony
      wyspy. Dopływał do miasteczka oddalonego od naszego o jakieś 5 km. Poszliśmy
      się bawić uprzednio zamawiając taksówkę na 3 rano dla bezpieczeństwa.
      Oczywiście kiedy przyszliśmy o 3 taksówki nie było. Ale nie zrażone tym faktem
      postanowiłyśmy iśc pieszo. Panowie natomiast posanowili zostać na wyspie do
      rana i bawić się w jakimś klubie. Żona jak to żona się sciekła a ja
      stwierdziłam, że niech się bawią a co tam. Poszłyśmy. Nie uszłyśmy daleko jak
      usłyszałyśmy jak biegną i wołają nas. Ledwo do nas dobiegli. Postanowiłysmy
      złapać okazję. Nie mając wielkich nadzieii wystawiłysmy kciuki. Zatrzymał się
      młody kierowca.Zabrał nas na przystań i po drodze pomyślałyśmy, ze nogi by nam
      odpadły tak daleko to było. Promem dotarliśmy na brzeg około godziny 6 rano.
      Dzięki tej wyprawie kąpaliśmy się o 6.30 w luksusowym basenie ze słodką woda i
      przemoczeni dotarliśmy z ulgą do naszego domku...no i tak ze zwykłej wycieczki
      rodzą się wspomnienia.
    • kleopatrra CZESC I 30.07.05, 12:57
      Nie muszę za daleko sięgać pamięcią, żeby przypomnieć sobie wakacje z
      dreszczykiem…
      Wystarczy tylko spojrzeć na stojące w przedpokoju wybrudzone adidasy, żeby
      wspomnienia wróciły całą lawiną. A przecież wszystko skończyło się dopiero
      tydzień temu . Ale zacznijmy od samego początku.
      Te miesiące wakacyjne miały być dla mnie wyjątkowe – zakochana po uszy, po
      pierwszym roku studiów, z zaliczoną sesją, cóż jeszcze można było chcieć. W
      czasie wieczoru przy oblewaniu zakończenia egzaminów, wraz z moim mężczyzną-
      Radkiem ustaliliśmy, że musimy zrobić coś szalonego, jak na dzikich studentów
      przystało i przeżyć przygodę, jaką można będzie szokować nawet wnuków, będąc
      już w podeszłym wieku. Oboje mamy dość lekkie i wariackie podejście do życia,
      wycieczka w nieznane autostopem okazała się, więc pomysłem idealnym dla dwojga.
      Wystarczyło tylko pojechać na parę dni do domu, spakować najpotrzebniejsze
      rzeczy, wyciągnąć oszczędności z kont, pożyczyć jeszcze trochę od rodziców i
      ŚWIECIE PRZYBYWAMY!!
      Tak też się stało. Równo 26 czerwca moja męska połowa zapukała do drzwi mojego
      mieszkania, a po dwóch godzinach staliśmy na drodze wylotowej w stronę
      Międzylesia. Jedno było pewne jedziemy byle dalej od naszego ojczystego kraju,
      aby odkrywać nieznane miasta i kultury. Głowy pełne marzeń i zwariowanych
      myśli, a na plecach olbrzymie plecaki. Początek trasy był banalny, ponieważ
      łatwo było nam łapać okazję. Wszyscy wydawali się tacy dobrzy…Byli zachwyceni
      naszym pomysłem i życzyli nam powodzenia. A my? Nie planowaliśmy konkretnej
      trasy. Wsiadaliśmy po prostu do samochodów, które się zatrzymywały i jechaliśmy
      nimi, dokąd zgodził się kierowca. Nasza trasa wiodła przez Czechy: Letovice i
      Brno, tam E65 dojechaliśmy z gadatliwym Czechem do Słowacji. Droga przez cały
      czas wiodła nas na południe. Bawiliśmy się świetnie mimo upałów i niedogodności
      w postaci barania pryszniców na stacjach benzynowych. Między Bratysławą a
      Hartbergiem w Austrii postanowiliśmy nagiąć trochę nasze zasady i wyznaczyć
      sobie kierunek podróży. Miało nim być Pra delle Torri. Jest to dość dużej
      wielkości camping z wielkimi basenami, gdzie byłam na wakacjach parę lat
      wcześniej. Znajdował się blisko Wenecji, którą chcieliśmy razem oglądnąć. To
      znaczy ja chciałam zmusić mojego lubego do tego, żeby obudzić w nim chociaż
      iskierkę romantyzmu. Na plandece ciężarówki, przez Klagenfurt dotarliśmy do
      Włoch, do Tolmezzo. Nie opisuję dokładnie drogi, gdyż nie jest ona ważna w
      naszej mrożącej krew w żyłach wyprawie. Wenecji nie udało nam się, co prawda
      zwiedzić, ale tydzień spędzony nad basenami i morzem był fantastyczne. Te
      długie noce spędzone na plaży, mnóstwo poznanych Włochów, to wszystko
      powodowało, że byliśmy już przekonani, że to będą nasze niezapomniane wakacje.
      Niestety, nie stać było naszych studenckich kieszeni na dłuższy pobyt w tym
      raju, dlatego równo po siedmiu dniach spakowaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w
      dalszą drogę. Opaleni, zadowoleni i silni, aby odbyć dalszą część drogi, tym
      razem gdzieś w kierunku zachodnim, stanęliśmy na jednej z głównych dróg daleko
      od campingu i z wystającym palcem czekaliśmy na okazje. Po trzech godzinach na
      palącym słońcu zaczęliśmy już powoli wątpić w możliwość dalszej podróży. Nagle
      tuż obok nas zatrzymał się, swoim podobnym do Tico samochodem, jakiś Włoch
      średniego wieku . Z uśmiechem na twarzy otworzył nam swój bagażnik, a potem
      zapakował nas na tylne siedzenie. Miał na imię Giovano. Wyglądał bardzo
      przyjaźnie, dlatego spokojnie rozsiedliśmy się na siedzeniu, nie obawiając się
      tego, że nas gdzieś wywiezie i sprzeda. Niestety, słabo mówił po angielsku,
      więc nie mogliśmy za bardzo się z nim pogadać. Jemu jednak zdawało się to nie
      przeszkadzać. Krzyczał ciągle o czymś do nas, radośnie wymachując rękami i
      ciągle zerkając na nas przez lusterko. Wśród wszystkich entuzjastycznych
      okrzyków zrozumieliśmy tylko, że jedzie po swoją żonę za Turyn i chętnie może
      nas dostarczyć do miasta. Okazja wydawała się wyborna. Mielibyśmy za sobą
      prawie całą Italię jednym środkiem transportu, bez konieczności machania
      kciukiem na poboczu. Dwie godzinny od wyjazdu z okolic campingu Giovani
      zatrzymał się na postoju, żebyśmy mogli skorzystać z toalety, coś zjeść i napić
      się kawy. To miała być nasza jedna przerwa podczas całej drogi, dlatego
      musieliśmy ją dobrze wykorzystać. Nasz kierowca stanął w kolejce po jedzenie, a
      nas namówił na to, abyśmy poszli się odświeżyć. Przyznam, że trochę nam to
      zajęło, dlatego nie zdziwiliśmy się, że nie zastaliśmy go przy stoliku, kiedy
      wróciliśmy. Nasze jedzenie, już prawie zimne leżało nietknięte na tacach.
      Zjedliśmy, więc spokojnie, uznając, że nasz kierowca poszedł do toalety i
      spotkamy go w jego samochodzie. W trakcie posiłku ustaliliśmy dalszą trasę,
      która wieść miała przez południe Francji. Tamtejsze miasteczka miały swój
      indywidualny klimat, który urzekał każdego, czemu i my nie mieliśmy go, zatem
      zaznać. Roześmiani wyszliśmy z restauracji i zaczęliśmy rozglądać się za białym
      samochodem, którym przyjechaliśmy. Zaskoczeni stwierdziliśmy, że nie ma go, w
      miejscu, gdzie wcześniej stał. Radek obiegł całą stację, ale wracając nie miał
      za optymistycznej miny. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co się stało. Jakoś nie
      docierało do nas, że Giovaniego może nie być już na stacji, że najwyraźniej
      uciekł z naszymi rzeczami, zostawiając nam jedynie to, co mieliśmy przy sobie:
      saszetkę na pasie mojego chłopaka z naszymi paszportami i resztką Euro, które
      wyciągnęliśmy ze schowków w plecakach, żeby zapłacić za posiłek. Było ich
      stanowczo za mało. Radek w panice, jeszcze raz pobiegł w stronę myjni,
      zaczepiał wszystkich spotkanych ludzi, pytając o to, czy nie widzieli naszego
      kierowcy. Na marne, bo znajomego Włocha nigdzie nie było widać. Kelnerka w
      restauracji wytłumaczyła nam tylko, że pan w średnim wieku, z którym
      przyjechaliśmy uregulował rachunek i pojechał w nieznaną jej stronę.
      To była tragedia! Istny koszmar! Chciałam jak każda, zwykła baba, po prostu
      usiąść na krawężniku i się rozpłakać. Radek starał się mnie pocieszyć i
      tłumaczył, że sobie poradzimy, że jakoś wszystko się ułoży, ale prawda była
      taka, że nasza sytuacja była okropna! Sami, we dwoje, gdzieś na poboczu drogi
      szybkiego ruchu, w północnych Włoszech, bez pieniędzy, namiotu, ubrań, bez
      telefonów komórkowych! Do tego automat na stacji był popsuty i nie mogliśmy z
      niego zadzwonić do Polski, po kogoś, kto by nas uratował. Zresztą, kto
      przyjechałby tak szybko tyle kilometrów!? To trwałoby stanowczo za dużo czasu.
      Musieliśmy coś zrobić. Roztrzęsieni stanęliśmy przy tej przeklętej drodze i
      wystawiliśmy kciuki do góry. Chcieliśmy obydwoje jak najszybciej znaleźć się w
      domu, a nasze umysły podpowiedziały nam, że powrót tam w taki sposób, w jaki
      stamtąd wyjechaliśmy, będzie najlepszym rozwiązaniem. Bzdura! Dobrze, że w porę
      oprzytomnieliśmy. Nie mieliśmy nawet najmniejszy szans przejechać bez pieniędzy
      tak dużego odcinka drogi.
    • kleopatrra CZESC II 30.07.05, 12:58
      Nagle, niczym piorun z nieba, przeleciała mi przez głowę myśl. Trzęsącymi
      rękami wyciągnęłam mały notesik z saszetki i przeglądnęłam kartki. Był tam!!
      Moja radość nie znała granic! Na jednej z ostatnich stron widniał adres do
      starej przyjaciółki mojej mamy, mieszkającej w Toskanii- Giosephiny. Ta starsza
      kobieta, z którą moja rodzicielka sporadycznie utrzymywała kontakt, była naszą
      ostatnią deską ratunku. Szybciej można było dostać się przecież do jej domu w
      mieście o nazwie Montieri niż na Ziemię Kłodzką.
      Zmieniliśmy, zatem kierunek naszej podróży. Na mapie, która wisiała na stacji
      zobaczyliśmy nazwy miejscowości, w kierunku których musieliśmy się poruszać.
      Były to Alessandria, Genowa, La Spezia, Viareggio, Livorno, a stamtąd na
      południowy wschód prosto do Montieri. Przeciętnie te ok. 450 km można było
      pokonać w około sześć godzin. Nam w ciągu dwóch godzin udało się pokonać tylko
      drogę do Alessandrii. Tutaj zaoferowano nam wyłącznie podwózkę zatłoczonym
      autobusem, za który mieliśmy jeszcze zapłacić. Godzinę zajęło nam łapanie
      okazji. Zatrzymał się młody, do tego dziwnie zachowujący się Niemiec. Nie
      pytaliśmy się go, co robi we Włoszech, a on nie pytał nas, czemu nie mamy
      bagaży. To wystarczyło. Dotarliśmy do Genowy. Ściemniało się i trochę strasznie
      było iść wzdłuż drogi. Niemiec rzucił nam na pożegnanie, żebyśmy uważali na
      panów z ciężarówek, którzy zatrzymują się na pobocznych stacjach i ruszył w
      głąb miasta. Było coraz chłodniej, a my mieliśmy na sobie tylko przewiewne
      rzeczy, które były idealne w pełnym słońcu, ale zawodziły w środku nocy.
      Przeszliśmy spory kawałek drogi pieszo, bo nikt nie chciał zabierać obcych osób
      o tej porze. Nagle naszą uwagę przykuł hamujący przed nami samochód. Radek
      podbiegł do niego i zaczął rozmawiać z kierowcą. Za chwilę zawołał mnie,
      otworzył mi przednie drzwi, a sam pobiegł do tyłu, z drugiej strony, ponieważ
      siedzenie za mną było zapchane jakimiś skrzynkami. Zanim dobiegł do klamki,
      mężczyzna przycisnął pedał gazu i ruszył z piskiem!! W tym momencie rozpoczął
      się kolejny horror naszych wakacji. Popatrzyłam zszokowana w stronę kierowcy.
      Był starszy, nieogolony i brzydki, miał dziwne małe oczy i duży nos, zarost
      przy ustach był pożółknięty, zapewne z powodu dużej ilości wypalonych
      papierosów. Przez zaciśnięte gardło, zapytałam go po angielsku, co robi, a on
      tylko złapał mnie za kolano i przyspieszył. Zaczęłam krzyczeć i bić go, ale on
      tylko zatrzymywał moje ręce i jechał dalej. W końcu postanowiłam otworzyć
      drzwi, ale jechaliśmy z za dużą prędkością, żebym mogła wyskoczyć. Nie
      wiedziałam, co zrobić, przez moją głowę przechodziło milion myśli, a
      najczęściej pojawiała się ta najgorsza „ZGWAŁCI CIĘ!”. Wściekła i przerażona
      resztkami sił rzuciłam się na kierowcę. Dopiero wtedy poczułam od niego woń
      alkoholu. Szarpałam jego rękami, tak, że tracił panowanie nad kierownicą.
      Drapanie i gryzienie spowodowało, że zatrzymał się na poboczu. Popatrzył na
      mnie przekrwionymi oczami i z całej siły uderzył mnie w twarz. Głowa odskoczyła
      mi do tyłu razem z jego pięścią. Przed moimi oczami pojawiły się mroczki, a w
      ustach poczułam krew. Wtedy on mocno pociągnął moją koszulkę, aż w jego dłoni
      pozostał kawałek materiału z niej. Starałam się szarpać, ale miałam już coraz
      mniej siły. Kiedy próbował dalej rozedrzeć moją bluzkę, ugryzłam go w dłoń.
      Wściekł się i prawdopodobnie zaklął. Odchylił się, żeby mocno zamachnąć się do
      kolejnego ciosu, ale byłam szybsza i unikając jego zaciśniętej pięści,
      wyskoczyłam z samochodu. Zaczęłam biec w kierunku, z którego przyjechaliśmy.
      Biegłam kilkanaście minut, napędzana strachem i wizją tego, co może mi się
      stać, jeśli ten facet mnie dopadnie. Nie pojechał za mną. Widocznie uznał to za
      wielką fatygę i stracony czas…
      Byłam sama na środku drogi, w jeszcze gorszej sytuacji niż ta, w jakiej się
      znalazłam jeszcze parę godzin temu. Umierałam ze strachu. Każdy przejeżdżający
      koło mnie samochód powodował we mnie atak paniki. Zastanawiałam się, gdzie może
      być Radek. Jechałam z tym psychopatą parę minut, mój chłopak nie mógł być aż
      tak daleko. Było mi niedobrze. W ustach ciągle czułam smak krwi, a policzek
      coraz bardziej mi puchnął. Modliłam się, żebym tylko dotarła w jakieś
      bezpieczne miejsce. Byłam jak zamroczona, ale postanowiłam iść ciągle przed
      siebie. Dopiero po paru długich minutach zobaczyłam idącą po poboczu samotną
      postać. Podeszłam bliżej i znalazłam się w bezpieczna w ramionach, które były
      mi tak bardzo potrzebne. Usiedliśmy na poboczu i przytuleni czekaliśmy do rana.
      Kiedy zaświeciło słońce powoli wracał do mnie spokój i optymizm, że koszmar już
      się skończył, nic mi nie jest, a ta trudna sytuacja może się skończyć dobrze.
      Tak też się stało. Pozostałą drogę do Montieri pokonaliśmy tylko dwoma środkami
      transportu. Za każdym razem, kiedy wchodziłam do tych samochodów kurczowo
      trzymałam rękę mojego mężczyzny i nawet koniec świata nie zmusiłby mnie do
      puszczenia jej.
      Giosephina była niesamowicie zaskoczona naszym przyjazdem. Zadzwoniliśmy od
      niej do naszych rodzin i uspokoiliśmy ich. Okazało się, że próbowali się
      dodzwonić na nasze telefony i dostawali białej gorączki, kiedy nikt ich nie
      odbierał. Nasza ukochana gospodyni zatrzymała nas w swoim domu jeszcze przez
      tydzień, po czym wsadziła nas do autobusu jadącego prosto do Polski. Widząc
      tablice w naszym ojczystym języku nie posiadaliśmy się z radości. To była w
      gruncie rzeczy fantastyczna, aczkolwiek pouczająca wyprawa. Ale nie zamierzamy
      na tym poprzestać. Na początku sierpnia wyruszamy na następną krajoznawczą
      wycieczkę, tym razem jednak bezpieczniej – nad nasze polskie morze.
    • wielebny84 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 31.07.05, 22:45
      Było to kilka lat temu. Sierpniowy okres sprzyjający wakacjom, które przyszło mi
      spędzić z rodziną. Miałem wówczas 16 lat. Ciepły wieczór, czas który mogliśmy
      przeznaczyć na korzystanie z atrakcji, jakie wtedy były na Krupówkach.
      Siedziałem na ławce czekając w umówionym miejscu. Do spotkania pozostało około
      30 minut. Tym czasem spośród tłumu ludzi, który się przechadzał tą ulicą, stanął
      ok. 3 metrów ode mnie starszy mężczyzna. Miał ponad 50 lat, około 190 cm wzrostu
      i był dobrze zbudowany. Rozglądał się przez ok. 5 minut raz na mnie raz dookoła.
      Po chwili podszedł do mnie i zaczął wypytywać, co tu robię, skąd jestem itd...
      Gdy mu odpowiedziałem, że czekam za rodziną, zaproponował mi spacer w kierunku
      Gubałówki. O dziwo ów mężczyna po kilkunastu metrach poczęstował mnie
      cukierkiem, którego z oczywistych dla mnie wtedy powodów nie zjadłem, ale
      schowałem do kieszeni. Tajemniczy Pan powiedział, że lubi rozmawiać z ludźmi,
      poznawać ich itp. Rodzice często mnie przestrzegali przed takim zachowaniem,
      które on prezentował. Zachowywałem więc trzeźwość umysłu. Po dojściu prawie do
      końca Krupówek Pan zaproponował żebyśmy poszli do kawiarni na herbatę i jakieś
      ciastko. Postanowiłem zrezygnować z zaproszenia i z adrenaliną, która wypełniała
      moje żyły odszedłem w kierunku rodziny. Po spotkaniu z nimi opowiedziałem im o
      całej sprawie i doszliśmy do wniosku, że był to najprawdopodobniej pedofil,
      który przed Gubałówką gdzie znajdowało się targowisko, słabo oświetlone o tej
      porze mógł mnie uderzyć w głowę i... wolę nie myśleć. Wróciliśmy do pokoju w
      pensjonacie i nie mogłem zasnąć, bo cały czas miałem wrażenie, że ten pedofil
      stoi przed budynkiem i czeka na mnie. Brrrrrr aż mnie ciarki przeszły.
    • wielebny84 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 31.07.05, 22:51
      Tym razem inna opowieść również pochodząca z tego samego wyjazdu do Zakopanego.
      Spotkałem na Krupówkach mężczyznę, który był w starych jeansach i jeansowej
      kurtce. Zaczął opowiadać, że przebywał w klasztorze Shaolin w Tybecie. Opowiadał
      o wolności umysłu. Przede wszystkim zapamiętowałem następujące zdanie. Że
      człowiek wtedy jest dopiero wolny, gdy potrafi zapanować nad wszystkimi swoimi
      odruchami itd. Postanowił mi to zaprezentować na przykładzie. Wsadził 10 cm
      patyk, nie gruby nie chudy do kieszeni od spodni. Kurtkę miał rozpiętą. W tym
      momencie jedną ręką odsłaniał kurtkę, żebym mógł obserwować patyk, a drugą
      zaczął "czarować" i sprawiać, że patyk zaczął się wysuwać ze spodni. Nie mogąc
      uwierzyć w to co widzę przejechałem ręką, aby upewnić się, że nie ma żadnej
      nici. Było to coś niesamowitego. Do dziś po 5 latach nie potrafię sobie tego
      wytłumaczyć. Pokazał później kieszeń w której była dziura, którą wytłumaczył że
      powstawała w wyniku częstego wsadzania patyka. Ponad to nic nie miał ani w
      kieszeni ani pod nią. Przychodzi mi na myśl cytat: "Błogosławieni którzy
      uwierzyli a nie ujrzeli"
    • wielebny84 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 31.07.05, 23:17
      Na koniec opowieść dość aktualna gdyż obejmuje ostatnie kilka miesięcy. Paryż
      noc sylwestrowa 2004/2005, Pola Elizejskie. Dowiecie się przy okazji jak wygląda
      od środka ta przereklamowana możliwość przywitania nowego roku. Chcąc
      zaoszczędzić na wyjeździe dojechałem wraz ze swoją kobietą 31 grudnia a wyjechać
      mieliśmy 1 stycznia ok. godz 10 rano. Najpierw pojechaliśmy do Disneylandu,
      który okazał się świetny ale dla dzieci. Bo czekanie w godzinnych kolejkach na 3
      minutową przejażdżkę uważam za nieporozumienie. Wróciliśmy na dworzec w Paryżu.
      Z przechowywalni bagażów odebraliśmy swoje torby i pojechaliśmy metrem na Pola
      Elizejskie by w "rytmie muzyki" powitać 2005 rok ! :) Metro było zapchane. Po
      godzinie 22 większość było obcokrajowców niż osób rasy białej. Nie brakowało
      idiotów. Także nie miejmy wrażenia, że Paryż to wspaniałe miasto. Pewnie jest,
      ale dla tych co mają pieniążki, dużo pieniążków. Wybiła północ, cała ulica długa
      na 3 km wypełniona ludźmi odliczała 10, 9, 8...3,2,1 !!! Zaczęły strzelać
      sztuczne ognie, które ponoć jak się okazało wyjątkowo w tym roku były w tak
      okazałej formie. Corocznie Paryż ledwo co świętował. Ze środka Pól E. szliśmy w
      kierunku wielkiego Diabelskiego Młynku, obok którego znajdował się Park.
      Mieliśmy śpiwór, kurtki zimowe. Wiał chłodny wiatr. Temperatura wynosiła
      kilkanaście stopni C. Po dopiciu szampana postanowiliśmy przespać się.
      Dochodziła godzina 1 w nocy. Mieliśmy informację, że o 1 w nocy zamykają stacje
      metra stąd też wybór ławki w parku, która od teraz miała nam zapewnić miły
      nocleg. Uzgodniłem z moją dziewczyną, że najpierw ja pójdę spać, a po godzinie
      się zmienimy. Położyłem głowę na jej nogach. Przykryłem się śpiworem pod którym
      trzymałem gaz pieprzowy. Po 30 minutach snu zostałem przebudzony. Sylwia (moja
      dziewczyna) powiedziała mi, że jakiś chłopak podszedł do niej i spytał się po
      angielsku czy ja już śpię. Gdy się podniosłem odchodził już. Koło godziny 1:55
      przed upływem mojego czasu na spanie Sylwia ponownie mnie obudziła i
      powiedziała, że ten sam facet chce nas chyba okraść. Odrazu dostałem silny
      impuls, który postawił mnie na nogi. Rozeznałem się w sytuacji i kilka metrów na
      przeciwko ławki stał chłopak karnacji arabskiej, po lewej stronie na sąsiedniej
      ławce inny, europejczyk ok 190 cm wzrostu. Oraz po prawej na obwodzie kolejny.
      Gdy wróciłem wzrokiem do tego na przeciwko nas ten urżnął głupa, uśmiechnął się
      i zaczął odchodzić. Po chwili ten siedzący na ławce obok udawał że się rozgląda
      dookoła i też odszedł. Po chwili ta dwójka dołączyła do 3 gościa. Adrenalina tak
      mi podskoczyła, że odrazu odechciało mi się spać i byłem gotowy stanąć w naszej
      obronie. Los sprawił, że byli to amatorzy, bo zamiast ukraść z zaskoczenia to
      się zastanawiali. Po ok. 15 minutach przyszła grupa około 10 osób, która stała
      obok. Nie było wśród nich tamtych mężczyzn. Okazało się, że wśród nich jest
      Polak. Opowiedziałem mu o sytuacji z tymi niedoszłymi złodziejami. Ten odrazu
      powiedział, żebym mu ich wskazał. Po rozmowie okazało się, że ten Polak wraz z
      innymi są bezdomni i śpią pod jedną z katedr. Romantyczny sylwester w Paryżu
      zamienił się w niebezpieczną i zarazem nieprzespaną noc. Polak z drugim swoim
      kolegą (z pochodzenia Belg) towarzyszyli nam do rana. Po godzinie 3 w nocy
      dowiedzieliśmy się, że w taką świąteczną noc stacje metra są czynne całą dobę.
      Wyczekaliśmy na zimnym dworcu do rana i wróciliśmy autokarem do Polski.
    • maginiak Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 01.08.05, 16:12
      Tak, tak... highway to hell to nie bajka. To prawda z życia wzięta a życie to
      nie film, ale....zacznijmy od początku. To była zwykła amerykańska autostrada,
      autostrada zagubiona między dwiema innymi autostradami, autostradą numer E1539
      i WO1725 - kolejne numery napawające zazdrością przybyszkę zza siedmiu gór i
      tyluż mórz. Ile autostrad przecina tam pola kukurydzy, tego nie wiem, ale
      tysiąc to przecież niezła liczba. W końcu dziadek grywał w tysiąca, i choć
      koniec końców przegrał dom i wóz, to przecież grając bawił się przednio aż do
      końca. I tak spośród niezliczonej liczby amerykańskich autostrad ja, skromna
      turystka żądna wiedzy o dalekim świecie musiałam wybrać właśnie tę, tę jedną na
      milion. Samochód wypożyczyłam w małym miasteczku na południe od Kill Devil
      Hills. Może to wtedy wywołałam wilka z lasu? Samochód wypożyczył mi stary Grek.
      Robił to od dzieciństwa i to najlepiej w tej okolicy - bo on -jak twierdził -
      lubi to co robi. Uwierzyłam mu, bo jeszcze trudniej było mi uwierzyć że
      robiłby to od dzieciństwa, czyli od na oko stu lat. Samochód wyglądał dobrze.
      Miał czerwony kolor i był błyszczący. Tak, to mi wystarczyło. Zajrzałam jeszcze
      pod maskę dla zachowania pozorów i nie udając Greka wręczyłam Grekowi należną
      kwotę, która nawet mi nie wydała mi się wygórowana. No za takie cacuszko!?
      Nie namyślając się zatem długo wsiadłam i odjechałam w stronę zachodzącego
      słońca.
      O samotnej podróży myślałam już od dawna. Było w niej coś tak pasjonującego i
      pociągającego, że za nic miałam lamenty wszystkich bliskich mi osób (nie licząc
      psa). Teraz mogłam wreszcie wcisnąć gaz do dechy i poczuć w nozdrzach zapach
      spełniającego się marzenia. Nie zdążyłam się jednak nacieszyć swą samotnością,
      bo po niespełna trzech godzinach zobaczyłam stojącego przy drodze człowieka.
      Zwolniłam i zanim rozsądek podpowiedział mi by jednak przyspieszyć, miły
      starszy Pan z wielkim pudłem na akordeon (ha! na pewno jest puste! -
      pomyślałam!) siedział już obok mnie. Miałam obawy ale i wrodzoną ufność do
      ludzi. Do tego Miły Pan zaczął tak pięknie opowiadać o dalekich krajach, o
      pingwinach, fokach, jeżozwierzach a nawet o moich ulubionych dziobakach, że
      obawy me rozwiały się po godzinie prawie zupełnie a po dwóch zostaliśmy
      przyjaciółmi, jak w amerykańskim filmie. Kiedy już byłam pewna swego i
      zadowolona z towarzystwa zadecydowałam o udaniu się na tak zwany zasłużony
      odpoczynek. Rozbiliśmy namiot nieopodal drogi. Miły Pan miał w nim nocować. Ja
      postanowiłam przespać się w moim czerwonym cudeńku. Spałam długo i bardzo
      mocno. Obudziłam się około południa, bo uwierała mnie gałka do zmiany biegów.
      Wróć, to był konar przewróconego drzewa. Ja leżałam na plecaku pod tymże
      drzewem. Dodam, że plecak był pusty. W portfelu ukrytym w tajnej kieszeni -
      pustka. W głowie, no cóż, pustka. Zajrzałam do namiotu. Namiot nie był pusty.
      Spał w nim duży pies, naprawdę nie mam pojęcia jakiej rasy.
    • aneczka Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 02.08.05, 00:27
      Walentynkowy weekend 2004 postanowiłam spędzić z największą miłością mojego
      życia. Nartami. Szczyrk wybrałam zupełnie przypadkowo. Chyba, dlatego że miał
      dobre połączenie z Wawą. Do Bielska-Białej dotarłam około południa. Żeby nie
      stracić ani chwili na stoku pognałam na pierwszy autobus do Szczyrku. To były
      wspaniałe cztery dni. Minus 20 stopni, żadnego słońca, wiatr wiejący cały czas
      w twarz, lód na stokach, trawa wystająca spod śniegu na całej trasie,
      schronisko na szczycie Skrzycznego, z którego nie dawało się wydostać po
      czwartej po południu, pokój, w którym było może z 10 stopni, brak ciepłej wody,
      czasami zimnej też. I mimo że to wszystko może brzmieć niezbyt zachęcająco, to
      były najlepsze narty mojego życia. Na stoku zostawałam do ostatnich chwil.
      Ostatni zjazd był dla mnie zawsze czymś szczególnym. Również tym razem.
      Odrobina nostalgii, świadomość, że trzeba czekać cały rok na następną okazję,
      no i brawura, z która pędzi się na łeb na szyję, by po raz ostatni poczuć tą
      adrenalinę tętniącą w żyłach... Potem już tylko odpięłam narty, otrzepałam
      śnieg ze spodni i powlokłam się na przystanek. Autobus do Bielska wlókł się
      niemiłosiernie po oblodzonych ulicach.
      W końcu. Wyczerpana pchnęłam drzwi dworca. Śmierdziało bezdomnymi i pijakami.
      Spojrzałam na wielką tablicę z całą masą pociągów. Warszawa... 18.04... To było
      20 minut temu. 2.56... To za 8... 9... godzin. Znowu będę się musiała
      przesiadać. Nienawidziłam siebie za ten głupi optymizm i wiarę, że wszystko się
      uda a pociągi będą odjeżdżać, kiedy ja pojawię się na peronie. Mogłam przecież
      wszystko wcześnie sprawdzić...
      Podeszłam do Pani w kasie.
      - Do Warszawy niczego nie ma... O 2.56. Z przesiadką? Może Pani jechać o 1.20
      do Kutna i tam poczekać 2 godziny.
      Warszawa, mój pępek świata! Jak mogło nie być żadnego połączenia? Rozejrzałam
      się po dworcu. Żadnych podróżnych. Żadnego baru. Żadnego automatu z herbatą.
      Żadnej poczekalni. Żadnej ławki. Bezdomni spali na parapetach. Wyjrzałam na
      zewnątrz. Bielsko nie wyglądało zachęcająco. Zimno. Żadnych ludzi. Bary
      pozamykane. Kawiarni nie było widać. Stałam tam w śniegu. Taka sama,
      dwudziestoletnia dziewczynka z wielkim plecakiem i pokrowcem z nartami pod
      pachą.
      Przeszłam kawałek, wlokąc za sobą narty, w oddali zobaczyłam jakiś bar.
      Wyglądał obleśnie, ale moją alternatywą był śnieg albo pusty dworzec, bez ani
      jednej ławki. Weszłam do środka. Za barem stała 40 letnia kobieta w ostrym
      makijażu z lat 80-tych, krótkiej miniówie i różowej bluzce w wielkie czarne
      grochy. Na drzwiach wisiała kartka: „Po 22 alkoholu nie sprzedajemy”. Przy
      stolikach siedziało paru samotnych pięćdziesięcioletnich pijaków. Niedzielny
      wieczór. Usiadłam w kącie. Zamówiłam sok i wyjęłam książkę z ćwiczeniami z
      angielskiego. Napisałam parę zdań, ale w ogóle nie mogłam się skupić. Pijacy
      rzucali zbreźne teksty. Sprzedawczyni wyglądała na przyzwyczajoną. Po jakimś
      czasie zaczęli się schodzić nastoletni chłopcy, wyciągali piwo kupione w
      supermarkecie i palili coś, co uważali za trawę. Zerkali na mnie spode łba.
      Poza sprzedawczynią byłam jedyną kobietą.
      Wskazówki zegara przesuwały się powoli. Było przed dziesiątą. Do baru wszedł
      następny. Chyba najgorszy z nich wszystkich. Miał ze 25 lat i łysą głowę pełną
      szwów. Zaczęłam się zastanawiać czy dworzec nie byłby lepszą opcją. Tamtejsi
      menele przynajmniej spali.
      Łysy podchodził do kolejnych pięćdziesięciolatków i próbował zaczynać
      niezgrabną rozmowę. Oni odpowiadali niechętnie. Zagłębiali wzrok w swoich
      kuflach. Łysy coraz to natarczywiej gapił się na mnie. Sprzedawczyni bez
      przekonania zwróciła uwagę nastolatkom, że to już 22 więc powinni przestać pić
      piwo. Jeden ordynarnie rzucił, że to żaden alkohol. Drugi, że wcale nie kupują.
      Sprzedawczyni wyglądała na bezradną. Wtrącił się jeden z meneli. Wywiązała się
      ostra wymiana słowa „k....”. Sprzedawczyni patrzyła. Paru meneli zaprosiło
      nastolatków do rozwiązania problemu na zewnątrz. Już nie wrócili.
      Łysy z kuflem piwa w ręku podszedł do mojego stolika. Spytał czy może usiąść.
      Kiwnęłam głową i spróbowała utkwić głowę w książce. On zaczął dukać niezgrabnie
      angielskie wyrazy. Chciałam do domu. Ukradkiem spojrzałam na zegar. To jeszcze
      4,5 godziny. Spytał, co tu robię, skąd jestem, ile mam lat. Odpowiedziałam
      prawdę w duszy mówiąc „spier....” i modląc się o kogoś normalnego, kto zaraz
      wkroczyłby do tego baru. Nic takiego się nie stało. Łysy spojrzał na mnie jak
      na istotę z kosmosu.
      -Jak to? Przyjechałaś tu tylko na narty? Taki kawał? Nigdy nie uwierzę ci, że
      trzymasz je w tym pokrowcu! Masz 20 lat? Myślisz, że ci uwierzę w takie
      bzdury!? Powiedz lepiej prawdę.
      Błagalnym wzrokiem spojrzałam na sprzedawczynię. Ta ignorowała mnie totalnie.
      Wydawała się być zajętą swoją pracą. Obserwowaniem czekoladowych wafelków.
      Łysy spojrzał na mnie czekając na odpowiedź. Siedziałam cicho. Podniósł się
      znad stolika. Był już odrobinę pijany.
      -Jesteś głodna – spytał.
      -Nie – odparłam cicho.
      Podszedł do baru. Zamówił obiad. Wrócił do stolika. Niósł sobie kolejne piwo.
      Przede mną postawił herbatę.
      Według niego byłam piętnastolatką, ewentualnie szesnastką, która uciekła z
      domu, a teraz sama siedzi na dworcu, czekając na... Nie wiadomo właściwie, na
      co. Obiad też był dla mnie. Zaczął mnie przekonywać, że powinnam wrócić do
      domu. Że to nie ma sensu. Że powinnam pogodzić się z rodzicami. Patrzyłam na
      niego nie wiedząc, co myśleć. Wziął z moich rąk książkę do angielskiego i
      zaczął coś bazgrać udając, że wie, o co chodzi. Patrzyłam na niego nieufnie.
      Zaczął swoją historię. On też wyprowadził się z domu. Miał wtedy kilkanaście
      lat. Ojciec bił jego i matkę. Później tylko matkę. Ojca nienawidził za to
      bicie. Matki za to, że się dawała bić. Do dziś nie ma z nimi kontaktu. Mimo że
      mieszkają w tym samym miasteczku. Maleńkim miasteczku.
      Pracuje w fabryce akumulatorów. Codziennie dojeżdża tam pociągiem. Wstaje o 5.
      Produkuje anody. To te ujemne elektrody. Narysował je na stronie z angielską
      inwersją.
      Miał dziewczynę. A może nadal ma. Tylko że ona ma go w d... Kocha ją.
      Życie nie ma sensu. Marzy o tym żeby ktoś go pchnął pod pociąg. Sam nie ma
      odwagi. Poprosił o moją pomoc.
      Zamówił kolejne piwo. Teraz ziewał częściej niż mówił. Był zmęczony, ale
      powiedział, że zostanie ze mną. To niebezpieczne miejsce. Jedyne teraz otwarte.
      Przed miesiącem był obok drugi bar. Został podpalony. To normalne. Zegar
      poruszał się powoli.
      Była 2.30. Wstałam od stolika i powiedziałam, że idę na dworzec. Powiedział, że
      idzie ze mną. Spojrzałam na jego pociętą czaszkę. Jakkolwiek był miły i
      niezależnie jak wiarygodnie brzmiała jego historia, nie miałam ochoty na
      pięciominutowy spacer z nim po pustej ulicy w obcym mieście w środku nocy.
      Próbowałam się wymigać. Wziął moje narty i wyszedł za mną. Serce waliło mi jak
      nigdy to tej pory. Szłam jak najszybciej mogłam. Nie mówiliśmy nic. Doszliśmy
      na dworzec. Kupiłam bilet. Podejrzliwie spojrzał na moją studencką legitymację.
      Poszliśmy na peron. Nadjechał pociąg.
      -Na razie – odwrócił się i poszedł.
    • ekg7 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 02.08.05, 12:48
      To wydarzyło się w Chinach jakies 2-3 lata temu. Języka nie znałam, a Chińczycy
      nie znali angielskiego. Postanowiłam jednak popodróżować trochę na własną rękę.
      Wybrałam miejsca, które chcę zobaczyć i wyruszyłam w drogę. Problemów
      komunikacyjnych w zasadzie nie miałam. Żeby załatwić pilne potrzeby, musiałam
      przykucać wydając z siebie przy okazji specyficzne odgłosy, co wprowadzało ich
      w ogromną wesołość, a mi ułatwiało życie. Kłopoty zaczęły się dopiero gdy
      autobus, którym jechałam niekoniecznie stanął w miejscu, z którego mogłam dalej
      pojechać do następnego miasta. Zaczęłam chodzić od osoby do osoby pokazując w
      przewodniku napisaną po chińsku nazwę miejscowości. Ogłupiała poszukiwałam
      przynajmniej 2-3 osoby, które by pokazały ten sam autobus. Udało się. Ktoś na
      mnie krzyknął, ktoś mnie wepchnął do środka, kierowca sprzedał bilet i
      pojechałam dalej święcie przekonana, że już jadę na miejsce. Jechałam ulicami,
      gdy nagle na jednym z przystanków, ktoś coś krzyknął kilka razy, ktoś inny
      zaczął mnie klepać po ramieniu. Kazali wysiąść. Wysiadłam nie wiadomo gdzie, w
      centrum miasta i to na pewno nie było moje miasto. Znów pytałam, chodziłam od
      przystanku do przystanku, bo ludzie pokazywali różne kierunki, aż znalazłam
      mężczyznę, który z takim przekonaniem coś mi napisał w przewodniku, że
      wiedziałam już że trafię na miejsce. Dojechałam do jakiegoś dworca
      autobusowego, gdzie zaprowadzili mnie do busika podążającego w moim kierunku.
      Wsiadłam, kupiłam bilet i cierpliwie czekałam przekonana, że już właściwie
      jestem blisko celu. Wtedy wsiadła młoda dziewczyna, która ku mojemu ogromnemu
      zdumieniu powiedziała mi po angielsku, że to nie ten busik i że koniecznie
      muszę pójść z nią do innego. Szkoda mi było wydanych już pieniędzy więc
      odmówiłam sama nie wiedząc co będzie dalej. Dziewczyna została, zawołała
      jeszcze swojego 'brata' i wszyscy razem ruszyliśmy dalej. Po drodze opowiadała
      mi o sobie, o tym, że uczy się angielskiego na uniwersytecie w Pekinie i że
      bardzo chce mnie zaprosić do siebie na wieś. Przede mną wspaniałe Chiny i
      zaplanowana wycieczka, a tu ktoś zaprasza mnie do siebie do domu. Nie myśląc
      wiele zgodziłam się. Tam czekała mnie większa przygoda. Autobus stanął w
      mieście, do którego pierwotnie podążałam. Zobaczyłam nawet śliczne mury miasta,
      ale moja podróż trwała nadal. Czekaliśmy na kolejny autobus, zmierzchało juz, a
      po autobusie ani śladu. W pobliskim barze zjedlismy jedzenie, za które ja
      normalnie płaciłam 20 razy więcej. Ludzie schodzili się popatrzeć na białą i
      pouczyć się lub swoje dzieci angielskiego. Jakiś mężczyzna obiecał nas
      podwieźć. O północy podjechała cysterna (!), którą udaliśmy sie w dalszą drogę.
      Dojechaliśmy do jakiejs stacji benzynowej. Tam okazało się, że to już koniec
      drogi, ale u niej w domu jeszcze nie jesteśmy. Pokazano nam łóżka, w których
      mieliśmy spać. Ja dostałam świeże prześcieradła i kołdrę, oni nie. Rano
      wsiedliśmy w autobus i dojechaliśmy na miejsce. Tam jej rodzina przywitała mnie
      bardzo ciepło, lepiłam chińskie pierożki, jadłam pyszny obiad, obejrzałam ślub
      jej siostry na wideo. Widziałam jej szkołę, sąsiedzi wychodzili z domów
      zadziwieni. Miałam opiekę, jakiej nie zaznałabym w Polsce, ani w innym
      europejskim kraju. Nawet siku robilysmy razem :). Następnego dnia musialam juz
      wracac. Moja opiekunka napisala mi na kartce co mam ludziom pokazywac.
      Odprowadzila mnie na autobus, porozmawiala chwile z kierowca, który potem na
      dworcu autobusowym zaprowadzil mnie do autokaru podążającego do Pekinu. I tak
      zakończyła sie moja przygoda. Miasta, do którego jechałam, nie zobaczyłam, ale
      nie żałuję. Do dziś nie wiem gdzie dokładnie byłam, gdzieś na północy Chin w
      okolicach Xian. Wiem jednak jedno. Życzę każdemu takiej przygody jaką wtedy
      przeżyłam.
    • rzok-piotr Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 03.08.05, 13:57
      Góry... Góry te mniejsze jak Beskid Śląski, trochę większe Karkonosze, czy
      największe – Tatry, były i są moją miłością. Pisząc te słowa lekki rumieniec
      pojawił się na mej twarzy.
      Już w czasach szkolnych siadywałem na zboczach Czantorii i chłonąłem wzrokiem
      nieodległy Soszów, oraz wyłaniający się za nim stożek Stożka. Innym razem
      przechadzałem się dolinami gdzie w niebo wystrzeliwały szare pnie buków i
      strzechy świerków. W zależności od pory roku to skrzypiał mi pod butami śnieg,
      to strzelało igliwie a jeszcze kiedy indziej podeszwy mlaskały w błotnistej
      mazi. Znacznie później, gdzieś rok przed maturą odkryłem Tatry. Urzekały mnie
      zarówno wapienne chochoły i kościoły Tatr Zachodnich, jak i granitowe ściany
      Tatr Wysokich. Będąc w tej części zawieszałem oczy na groźnych grzbietach Tatr
      Bielskich nigdy nie dotkniętych mą stopą.
      Tatry stały się górami najważniejszymi w mym życiu. Choć obszarowo tak malutkie
      jak niejedna dolina alpejska, zauroczyły mnie. Starał się tu przyjeżdżać
      rokrocznie tylko wiosną bądź jesienią by nie przeszkadzać swą obecnością dużej
      rzeszy piechurów i narciarzy. Lato i zimę pozostawiłem dla nich. Najczęściej
      zaglądam w doliny reglowe, czyli takie które łączą ścieżki biegnące pod i nad
      reglami. Umownie w reglu rosną przyzwoite drzewa liściaste i iglaste, a powyżej
      tej magicznej granicy dominują karłowate formy iglastych drzew jakby je ktoś
      skosił - stąd zwane kosodrzewiną. Doliny te należą do sympatycznych i
      malowniczych części Tatr, gdzie w zasadzie może się zapuścić każdy, nawet
      niewprawny turysta. Jedne z nich zachowały swój naturalny charakter, inne
      rzeźbione rękoma ludzi zatraciły swoją naturalność. Między poszczególnymi
      dolinami można się poruszać tzw. Ścieżkami, które nimi są tylko z nazwy. Wiją
      się serpentynami podchodząc gwałtownie ku górze, schodząc równie stromo ku
      dołowi. Niekiedy stąpa się po gładkich odnogach korzeni i po listowiu, innym
      zaś razem po głazach poukładanych w schody lub bardziej lub mniej pochylone
      chodniki. Trud tej wędrówki wynagradzają widoki w żleby dolin, na zbocza
      Gubałówki, Zakopanego i mniejszych przysiółków. Wędrówki takie nie należą do
      zbyt trudnych gdy wędrujemy w umiarkowanym słońcu po suchym podłożu, natomiast
      odrobina deszczu już może przysporzyć nieco kłopotów zwłaszcza gdy dysponujemy
      obuwiem o gładkiej podeszwie. Wędrówka nasza może nabrać zupełnie innego
      wymiaru gdy na drodze napotykamy śnieg, a wymiar ten potrafi wzrosnąć do potęgi
      gdy w śniegu tym widzimy ślady łap misiowych zwłaszcza w okresie przedwiośnia.
      Głodne misie schodzą wówczas z gór w poszukiwaniu jadła. A gdzie o nie łatwiej
      niż w śmietnikach niedoległych domostw. Urozmaiceniem marszu bywają nierzadko
      inni turyści nie znający specyfiki i mikroklimatu gór. A to widzę stopy odziane
      w sandałki, mokasynki, jakiś obcasik; a to tors obleczony w firmową koszulę
      naturalnie pod krawatem; a nogi otulone w spodnie z przedniej elany naturalnie
      w kancik, a to parasol unoszony buńczucznie nad głową. I taka to brać
      turystyczna wzrusza mnie do łez. A po co brać w góry jakiś prowiant, picie,
      okrycie przeciwdeszczowe. Przecież te 8 czy 10 godzin szybko minie w górach, a
      może...
      Prawidłowy strój w górach to jedno, a brawura i brak wyobraźni to drugie. Zła
      ocena sytuacji, pogody, własnych możliwości może też nie najlepiej świadczyć o
      turyście. Cóż, że strój jest akuratny, człowiek prawidłowo wyekwipowany gdy nie
      potrafi ocenić się czynników od nas zależnych jak i zależnych od samej przyrody
      i zbiegów okoliczności.
      I taką właśnie niefrasobliwością wykazałem się osobiście. Gdy wybierałem się na
      moją feralną eskapadę słoneczko słodko świeciło, przyroda słodko gaworzyła w
      tych wiosennych promieniach, strumienie figlarnie chichotały i puszczały
      srebrne oczka, słodka zieleń nabierała dojrzalszych barw, kwiaty wystrzeliwały
      z pąków. Aż chciało się żyć, a nogi same prowadziły mnie na szlaki. Ścieżka nad
      Reglami aż zapraszała by wejść na nią. Wszedłem i szedłem pochłaniając
      atmosferę gór i przyrody. Niebieskie niebo, ciepło bijące od tarczy słońca.
      Cała moja dusz ogarnięta była tą wiosenną euforią. Zanurzałem się raz po razie
      w cieniu drzew by za chwilę wychynąć na otwartą przestrzeń hal. Tu i tam
      wyłaniały się płaty bielutkiego śniegu, czasem dotykając delikatnie traktu
      którym wędrowałem. Czasem taki jęzor przecinał ścieżkę na szerokości kilkunastu
      metrów. Jęzory takie malownicze, ale zdradliwe. Na wierzchu skorupa lodowa
      powstała na skutek na przemiennego działania wiosennego słońca i chłodnych
      nocy, wgłębi puch a pod spodem wodne przesieki. Raz po razie pod stopami pękała
      ta lodowa tafla a stopa wchodziła w zimną i bardzo wilgotną maź. Jeden
      nieostrożne stąpnięcie mogło doprowadzić do złamania nogi, gdyż warstwa lodu na
      wierzchu jest niczym belka. Zadziała mechanizm dźwigni a piszczel i strzałka
      pękają niczym suchy patyk. Mnie na szczęście takie coś się nie przytrafiło.
      Nie tracąc dobrego humoru wstępowałem na kolejne takie jęzory. Biel śniegu
      spotęgowana ostrymi promieniami słońca oślepiała. Przechodziłem przez jedno z
      takich śnieżnych pól i.... coś jakby się zmieniło. Świat wokół nabrał
      niesamowitego tempa, straciłem orientację, nie wiedziałem co się dzieje, gdzie
      się znajduję. Przestrzeń zamknęła się w jakiejś dziwnej elipsie. Dół, góra,
      śnieg, niebo, zieleń, biel, błękit – wszystko to zlało się w jedno. I stop. Coś
      lub ktoś chwycił mnie i zatrzymał w jednym momencie. Nie wiem jak długo
      dochodziłem do siebie. Pierwsze co zobaczyłem to śnieg. Śnieg nad głową? Gdzie
      ja jestem? Powoli uświadomiłem sobie moją sytuację. Wiszę!! Głową w dół, tym
      sposobem więcej krwi napłynęło do mojego niedotlenionego mózgu. Nadeszła pora
      refleksji. Gdzieś tam między neuronami substancji mózgowej zaczął się rodzić
      szacunek. Szacunek do gór, a zarazem modły dziękczynne do Stwórcy. Im dłużej
      tak wisiałem tym szacunek ten był mocniejszy. W tym momencie byłem świadomy –
      nadal kocham góry, ale odtąd ta miłość stała się dojrzalsza. Dojrzalsza przez
      ciężką próbę jaką przeszła.
      Zacząłem oceniać sytuację. Zobaczyłem siebie nadzianego na suchy konar
      powalonego świerku. Wnikał on gdzieś na wysokości kolana, a wychodził na
      wysokości klejnotów rodzinnych. Bólu żadnego nie czułem. Szczęśliwie gałąź
      przeszyła tylko dżinsowy materiał ocierając lekko skórę uda nie powodując
      żadnych większych obrażeń. Pod własnym ciężarem materiał się przerywał a ja
      miękko spadłem w śnieżny puch. Na czworakach pognałem do najbliższej kępy
      drzew. Oceniłem straty – aparat fotograficzny cały, plecak cały, spodnie z
      naderwanym płatem materiały od kolana aż po pas, podeszwa jednego z butów
      traperów złamana – dobrze, że tylko but ucierpiał. Oprócz wspomnianych otarć
      nie stwierdziłem większych strat zdrowotnych, a nawet poczułem się bogatszy.
      Bogatszy o doświadczenie. Pozostało dostać się do doliny. Na skutek uszczerbków
      w odzieniu czas wędrówki wydłużył się dosyć mocno. Kulejąc zmierzałem w dół w
      nastroju cokolwiek minorowym. Na tą chwilę całe te góry miały dla mnie
      przygaszony blask. Poszarpana nogawka powiewała niczym flaga odsłaniając
      skrawki bielizny. Schodziłem powoli, powoli jak słońce w dół. Tam przywitały
      mnie długie cienie skał. Oczy turystów przyglądały mi się ciekawie, niektóre ze
      zdziwieniem. Nikt nie pytał się co się stało, nawet mijany patrol straży TPN-u.
      Widać taki urok tej służby.
      Busikiem dostałem się do centrum Zakopanego. Ślimaczym tempem przemykałem przez
      reprezentacyjne Krupówki. Wzrok wielu osób odprowadził mnie aż do miejsca
      zakwaterowania. Na miejscu dokonałem niezbędnych napraw – pocerowałem spodnie,
      buty nie nadawały się już do niczego. Ale myślę ,że tylko dzięki właściwemu
      ubiorowi obyło się bez większej tragedii.
      Dziś nadal odwiedzam Tatry, jestem nimi urzeczony jak dawniej. Ale pewne szlaki
      w określonych porach roku pozostawiam kozicom, śwista
    • d0minika Rycerz z piorunami 05.08.05, 11:32
      1895 metrów mężczyzny. Co prawda kamiennego i dotkniętego skrajnym przypadkiem
      śpiączki, ale lepszy wróbel w garści...
      Razem z dwoma najbliższymi przyjaciółkami postanowiłyśmy w sposób szczegółowy i
      bardzo ambitny przemierzyć Tatry. Od czego zacząć? Marne pagórki poniżej 1500
      metrów nie wchodziły w grę. Rozpierane chęcią ujrzenia przejrzystych
      krajobrazów, dzikich orłów, niedźwiedzi i juhasów, wybrałyśmy Giewont –
      śpiącego rycerza. Kondycje ćwiczyłyśmy przez cały rok (podnosząc uronione przy
      otwieraniu paczki chipsy), więc lekko przybił na fakt, iż po pokonaniu ładnych
      kilkuset metrów wśród rzężących oddechów, okazało się, że to dopiero droga z
      parkingu na szlak.
      Obecność juhasów też nie była szczególnie krzepiąca, bo jeden jedyny był od
      stóp do głów ubrany w ortaliony i zajmował się oczyszczaniem szlaku ze śmieci.
      Dzikich orłów i niedźwiedzi było jak na lekarstwo, łaskawa okazała się jedynie
      pogoda, idealna do delektowania się widokiem zapierających dech w piersiach
      pejzaży. Niestety trafiłyśmy akurat na przerwę obiadową i pejzaże ukrywały sie
      za pasmami lasów i grzbietami grani. Mimo to poczułyśmy się jak prawdziwe
      taterniczki, kiedy po kilkugodzinnej wędrówce stanęłyśmy pod szczytem – zlane
      potem, z poważnie nadwerężoną garderobą i przetrąconym układem ruchowym. Nie
      zwracając uwagi na silny wiatr zaczęłyśmy się ostatkiem sił czołgać wzdłuż
      łańcuchów. Ale warto było – na samym szczycie pustka – tylko my, krzyż,
      uduchowione kamienie i kilka puszek po napoju chmielowym. Do tego dziwna
      poświata wokół metalowych łańcuchów, iskierki w rozwiewanych przez wiatr
      włosach i ciemne kłębiaste kształty biegnących chmur. Jedynym mankamentem był
      wiatr, który zaczynał niepokojąco przypominać huragan. Kiedy pozostanie na
      szczycie poczęło oznaczać tyle, co przywiązanie się porządnym sznurem do
      krzyża, zdecydowałyśmy, że na nas już pora. Niestety, burza pomyślała sobie
      dokładnie to samo, ciskając kilka metrów od nas piorunem. Do tego ściana
      grubych deszczowych kropli, ogłuszający ryk powalającego wiatru i błysk
      gęstniejących gromów. Jedyne, co wiedziałyśmy o górskich burzach to to, że
      należy ich unikać. Rzuciłyśmy się więc do ucieczki po śliskim zboczu, a bojąc
      się dotykać łańcuchów, prawie sturlałyśmy się na dół. Głuche od grzmotów i na
      wpół oślepione błyskami, skuliłyśmy się pomiędzy kosodrzewiną, zakrywając głowy
      rękami. Parę tygodni później znajomy uszczypliwie stwierdził, że nie miałyśmy
      się czego bać, bo pioruny tuż przy powierzchni ziemi nie biją w próżnię...
      Burza widać była podobnego zdania, bo dość szybko zrezygnowała, pozostawiając
      nas mokre i półprzytomne. Ostatkiem sił dotaszczyłyśmy się do schroniska na
      Hali Kondratowej, wywołując tam ogólne poruszenie wiadomością, że włączyłyśmy w
      nasz plan wycieczki urwanie chmury pod Giewontem. Jeden mężczyzna zaczął nam
      nawet robić zdjęcia. Zaciekawiona spytałam, czy to do gazety...
      - Nie, będę synowi pokazywał, jak się nie będzie chciał uczyć.

      Ale i tak lubię Tatry. Oglądać.

    • tears_of_sun Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 05.08.05, 22:29
      Byłam najmłodszą kolonistką. Miałam siedem lat. Pierwszy raz wyjechałam z domu i
      to na całe 4 tygodnie. Było świetnie wszyscy się mną opiekowali. Pewnego
      słonecznego popołudnia poszliśmy, całą grupą, na wycieczkę do sąsiedniej, chyba
      to była osada a nie wieś! Mieliśmy zwiedzić stary kościółek i pierwszy raz w
      życiu mieliśmy zobaczyć w ogromnych pomieszczeniach piwnicznych, jakiegoś
      ważnego księdza, nawet nie wiem, może nie księdza, lecz księcia. Kościelny,
      który nam wszystko otwierał, zwracał uwagę, żebyśmy byli cicho. Bo choć to
      piwnice, to jednak pod kościołem. Chyba, chciał być bardzo ważny, ponieważ razem
      z jednym wychowawcą kolonijnym otworzyli trumnę i pokazali nam, jak był
      zabalsamowany. Wyglądał staro, ale jak gdyby tam przed chwilą się położył.
      Ponieważ byłam najmniejsza, przepuścili mnie do przodu, do samej trumny. Nagle
      wszyscy zaczęli się pchać, a ja, ja chciałam go tylko dotknąć. Nic więcej. Bo
      wyglądał jak dziadek. Taki zwykły dziadek. A ktoś, z tyłu popchnął mnie w tym
      momencie, i mój palec wylądował w jego głowie. I zrobiła się dziura. Dalej nie
      pamiętam. Nie wiem, co się stało. Ani jak wyszliśmy, ani kiedy. Tylko, panie
      wychowawczynie zrobiły nam piknik, na polanie, żebyśmy mogli odpocząć. I dali
      nam po kawałku tortowego ciasta. A ja jadłam, a to później nie było ciasto. To
      było straszne. Do dnia dzisiejszego nie powiedziałam o tym rodzicom, tylko
      jednej siostrze. Tajemnica. Mroczna tajemnica została,
    • siemensgojka Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 05.08.05, 23:02
      LAS

      22 lipca. Kiedyś zawsze w tym dniu było święto, dzień wolny od pracy. A teraz
      nie mam pracy, ale za to mam wolne. Wybraliśmy się na krótką przejażdżkę
      rowerową. Miało być tylko 4 – 5 km, a nasz cel to uzbieranie jagód na pierogi,
      (na imieniny). Dzień słoneczny, parny, dopiero w lesie nieco przyjemniej i
      chłodniej. Lecz jagód nie widać. Znalazłyśmy tylko kilka garści, ale kurek i
      innych grzybów sporo. Zapędziłyśmy się nieco dalej, pewne siebie, zwłaszcza ja,
      przecież od małego jeździłam po lasach. Jagody się znalazły, grube, dojrzałe,
      nabrzmiałe od niedawnego deszczu, słodkie tak bardzo, aż przyciągały owady.
      Szybko napełniłyśmy pojemniki, czas wracać. Słońce, między drzewami błyskało
      nisko promieniami, widocznie było już późne popołudnie. Tak to jest bez zegarka.
      Uparta, jak zawsze, choć młodsza nie chciałam się zgodzić na leśną szeroką drogę
      twierdząc, że ja mam rację i droga do domu prowadzi w lewo, tą malutką leśną
      ścieżką. Na nic protesty, postawiłam na swoim. Dojechaliśmy do starego bukowego
      lasu, podobny jest w naszej okolicy, w rezerwacie, ale tylko podobny. Bo rzeka
      zbyt szeroką, zbyt kręta. Zrobiło się znacznie chłodniej. A las stawał się
      gęsty, obcy. Może, dlatego tak mi jakoś ciemno. Szczęście, zaczął się właśnie
      młodnik świerkowy, ale jest już chyba bardzo późno, bo i tutaj ciemno
      całkowicie. Gdzieś w oddali błyskają światło, chyba ktoś tu mieszka.
      Podjeżdżając bliżej wiemy, to miasto oddalone w linii prostej od naszego o 35km,
      a po lesie zrobiłyśmy około 60-65 km. Ale co tam na jezdni, chyba wypadek,
      policja, wojsko. Chcą nas wylegitymować. A my tylko z wyschniętymi kanapkami i
      jagodami. Przedstawiamy się. Wywołujemy tym salwy śmiechu. Szum, gwar rozmów.
      Krzyki. Nie rozumiemy. Podają nam koce. Zabierają rowery. Już wiemy. Rodzice
      zaniepokojeni naszym zniknięciem zaalarmowali policję, a ta wojsko, przebywające
      na pobliskim poligonie.  (nie było imprezy imieninowej :))
    • tears_of_sun FACECI SIĘ SPISALI - NA MEDAL ? 05.08.05, 23:38
      Było na siedmioro. Tylko tyle nas zostało ze sławnej 12-tki. Przez cały ogólniak
      razem. Biwaki, wypady, co roku Przystanek Woodstock. Zaczęły się studia,
      porozjeżdżaliśmy się po całym kraju i nasza paczka zmniejszyła się. Teraz w
      Bieszczady ruszyliśmy tylko w siódemkę. Stopem, po 2, 3 osoby dojeżdżaliśmy do
      wyznaczonych miejsc spotykaliśmy się by ruszać dalej. Ewka z Marcinem mięli
      dość. Deszcz i dokuczliwe zimno a także obtarte pięty, i ... została nas piątka.
      Mieliśmy do pokonania kilkanaście kilometrów. Pestka. Szlak ten sam, co rok i
      dwa lata temu. Ale zimno i deszcz też nas wykańczał pomału. Humory opuściły
      towarzystwo, przemoknięci, zziębnięci zauważyliśmy, ze chyba zabłądziliśmy?
      Niemożliwe! Postanowiliśmy tutaj przenocować, a może z rana rozjaśni się niebo,
      i może nasze umysły będą sprawniej działały. Nic z tego. Padający kapuśniaczek
      obudził nas wcześniej ni byśmy chcieli. Wojtek z Krzykiem ciągle się sprzeczali,
      którędy iść. Trochę głupio, ale pomyślałam, że mamy resztkę jedzenia i na
      kolację nie za bardzo będzie, co zjeść. Postanowiliśmy jednomyślnie, że idziemy
      po prostu przed siebie, jak kompas ani mapa nam nie pomogła. Idziemy na północ.
      Wieczorem dosłownie padaliśmy. Mieliśmy dwa batoniki i nic więcej. Dziwne. Pada
      ciągle a nam wszystkim chce się pić. Mokrzy i bardzo głodni padliśmy dosłownie
      wszyscy. Z rana rozjaśniło się nieco, ale nie wpłynęło to wcale na nasze
      poczucie humoru. Rzeczy mokre nie chciały wyschnąć, idziemy jak stado starych
      baranów i nic. Następna noc. To już koszmar. Załamani wstaliśmy i nie wierząc
      własnym oczom zobaczyliśmy. Niedaleko nas, może kilometr dalej stał drewniany
      domek. Chyba bacówka. Dotarliśmy tam dopiero koło południa. Ten km to było chyba
      złudzenie. Szczęśliwi ujrzeliśmy na podwórzu małego kundelka przywiązanego do
      budy. Na nasze wołanie tylko on jeden reagował. Drzwi nawet nie były zamknięte.
      Przemknęliśmy chyłkiem w nadziei, że ktoś może śpi, że może będziemy mogli się
      najeść lub zadzwonić. Nasze komórki wysiadły już dawno bez ładowania. Kompletna
      klapa. Czyściutko, ale pusto. Nawet okruszka, nic. Dobrze, że chociaż woda i
      herbata była. Chłopcy rozpalili piecu a my padłyśmy. Obudził nas zapach gulaszu.
      Wdzierał się do naszych nozdrzy przywracając nas do życia. Ale nasi faceci
      spisali się na medal. Chociaż raz. Najedzeni postanowiliśmy iść do najbliższej
      osady, wcześniej zostawić właścicielowi parę złotych na stole. Wychodziłam
      ostatnia. Kundelka nie było. FACECI SIĘ SPISALI . Ja nie jadam już mięsa,
      zostałam wegetarianką.
    • wisla575 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 06.08.05, 17:06
      WSZYSTKO DZIĘKI LONDYŃSKIEJ MGLE

      Któż nie chciałby zobaczyć Australii? Podróż zaplanowałam w najdrobniejszych
      szczegółach. Miały to być wakacje mojego życia. Odpowiednio też wcześniej
      wykupiłam bilet w stosunkowo ta-nich Malezyjskich Liniach Lotniczych.
      Trasa zapowiadała się imponująco: Warszawa - Londyn - Kuala Lumpur w Malezji -
      Sydney. Na kontynencie australijskim: Sydney - Canberra - Melbourne z wypadami
      do atrakcyjnych tury-stycznie i przyrodniczo miejsc. Powrót z Melbourne z dwoma
      postojami na zwiedzanie Kuala Lum-pur i Singapuru. W pakiecie linii lotniczych
      było jeszcze Borneo - ale z lektur dziecięcych kołatało mi w głowie wspomnienie,
      że tam tubylcy skracają śmiałych podróżników o głowy. Wolałam nie ryzy-kować.
      Była to jedna z głupszych decyzji w moim życiu i nie mogę sobie jej do dzisiaj
      darować. Z Singapuru miałam lecieć do Paryża, Warszawy i Gdańska. Dziewięć
      startów i dziewięć lądowań. Witaj przygodo!
      Już widziałam oczami wyobraźni skaczące kangury, już patrzyłam na śpiące w
      eukaliptusach misie koala, już podpływałam stateczkiem pod Operę Sydneyską,
      już... ale najpierw musiałam wystar-tować.
      Gdy stawiłam się do odprawy na Okęciu, okazało się, że londyńskie lotnisko
      Heathrow nie przyjmuje z powodu mgły. Nie przejęłam się tym zbytnio, gdyż po
      przylocie do Londynu miałam zapas czasu na przesiadkę do Kuala Lumpur.
      Komunikaty na Okęciu podawano co godzinę - londyń-ska mgła nie opadała! Mnie
      natomiast zaczęło opuszczać dobre samopoczucie. O 17.00 samolot osta-tecznie
      odwołano. Sytuacja stawała się dramatyczna. Obsługa lotniska bezradnie kiwała
      głowami, mówiąc: „to nie nasza wina, my nie odpowiadamy za warunki pogodowe, na
      mgłę nie mamy naj-mniejszego wpływu”. Na lotnisku zapanował chaos. Wszyscy
      pasażerowie byli bardzo podenerwo-wani. Oliwy do ognia dodał fakt, że w tym
      mniej więcej czasie wystartował samolot linii brytyjskich - widocznie
      przyzwyczajony do lądowania w londyńskiej mgle!
      Kierownik lotniska, gdy zwróciłam się do niego o pomoc udał, że nim nie jest
      (kierowni-kiem)! Odesłał mnie do Pana Boga. Nie miałam śmiałości zwracać się do
      Stwórcy, zdecydowałam się nękać obsługę lotniska. Panie w okienkach zachowywały
      się przedziwnie. Unikały kontaktu wzro-kowego i widać było, że nie chcą brać na
      siebie kłopotu z odprawą pasażerki trzymającej w ręku bilet w postaci grubej
      książeczki.
      Wreszcie trafiłam na anioła. Wysłuchawszy moich błagalnych próśb, w których raz
      po raz po-jawiał się argument, że to podróż mojego życia – anioł zlitował się
      nade mną. Poszukiwaniom połą-czeń w komputerze towarzyszyło ciche: nie ma, tu
      już nie ma. Domyśliłam się, że poszukiwania prze-niosły się z klasy ekonomicznej
      gdzieś wyżej. Moja wyobraźnia sięgała do biznes class. W pewnym momencie mój
      anioł „pofrunął” po instrukcje, by po paru minutach (które wydały mi się
      wiecznością) wrócić i bez słowa zacząć naklejać małe białe karteczki na bilecie
      lotniczym. Anioł był tak przejęty, że nie odezwał się do mnie ani jednym słowem.
      Ja też nie chciałam mącić, nierozważnym słowem, bło-giej ciszy, przeczuwając, że
      jednak się chyba udało... Wreszcie anioł przemówił i w krótkich żołnier-skich
      słowach zakomunikował, że wylecę nazajutrz rano - pierwszym samolotem do
      Londynu. Moja dalsza podróż z dwiema przesiadkami będzie opóźniona o dobę. Nie
      czekałam ani minuty dłużej, żeby nie kusić losu. Z wrażenia bilety wrzuciłam do
      torby - nie przyglądając się im bliżej. Nadałam SOS do dobrych ludzi w
      Warszawie, którzy mnie ledwie żywą zabrali na nocleg, by nazajutrz „bla-dym
      świtem” odstawić ponownie na Okęcie.
      W Londynie udałam się na tranzyt, pokazując po drodze bilet lotniczy upstrzony
      karteczkami wielkości paznokcia i zapisany hieroglifami nie do odczytania. Było
      mi wszystko jedno - najważniej-sze, że jestem w drodze, że bilet nie przepadł (w
      Warszawie w pewnym momencie miałam wrażenie, że jest to bezużyteczny świstek
      papieru). Skierowano mnie do stanowiska Malezyjskich Linii Lotni-czych „Malaysia
      air”, gdzie zostałam potraktowana jak księżniczka. Byłam w szoku! Obsługa w
      pięknych strojach koloru morskiego, uśmiechnięta kłaniała mi się w pas. Zasypano
      mnie potokiem słów, z których zrozumiałam, że zostanę zawieziona na trzeci
      terminal, że przede mną cały dzień oczekiwania na nocny samolot i że mam jeść i
      pić do woli. Ciekawe za czyje pieniądze – pomyślałam - sprawdzając, ile mam
      funtów angielskich w kieszeni. Wprawdzie wyłowiłam słowo które brzmiało jak
      „lunch”, ale jak się później okazało - znaczyło co innego. Stępione miałam
      wszystkie zmysły i zdolność rozumienia najprostszych spraw - wydarzeniami dnia
      poprzedniego.
      Szlifowanie bruku na Heathrow nie było uciążliwe, tym bardziej, że terminal
      został oddany niedawno do użytku pasażerów, rozrywka goniła rozrywkę, nie mówiąc
      już o licznych sklepach, ka-wiarniach, restauracjach, stanowiskach
      internetowych. Wszędzie panowała bożonarodzeniowa atmos-fera choć ja leciałam w
      sam środek australijskiego lata.
      Wieczorem zjawiłam się do odprawy na 14 godzinny lot do Kuala Lumpur. Przed
      „gatem” wił się ogromny tłum różnych ras - nie mogłam oderwać oczu od kolorowych
      ubiorów Europejczy-ków, Azjatów i innych nacji. Jazgot dorosłych i płacz dzieci
      nie rokował spokojnego i wygodnego lotu. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało,
      że biorąc w rękę bilet lotniczy położyłam na wierzchu nie-bieski kartonik z
      napisem „Golden Lounge”. Wcześniej nie przywiązywałam większej wagi, gdyż
      traktowałam go jak zwykłą reklamówkę wręczoną mi z uprzejmości przez malezyjską
      obsługę lon-dyńskiego lotniska. Z jednej strony były na nim słowa powitania na
      pokładzie „Malaysian Air”, z drugiej zaś mapka lotniska w Kuala Lumpur. Gdy
      otworzyła się bramka stewardessa widząc w moim ręku bilet z niebieskim
      kartonikiem natychmiast wyłowiła mnie z tłumu i poprowadziła specjalnym rękawem
      do ogromnej salonki. Nagle zrobiło się cicho, tłum się rozpłynął a ja stałam jak
      oniemiała.
      Przeleciałam już w swoim życiu tysiące kilometrów ale zawsze w klasie
      ekonomicznej. To, co mnie spotkało w tym samolocie „wbiło” mnie w pokład.
      Zobaczyłam rzęsiście oświetlony salon z kilkoma fotelami „uzbrojonymi” w
      różnorodną aparaturę (m.in. telewizorki), ogromny ekran, stoliki z misternie
      ułożonymi świeżymi kwiatami i mnóstwem kolorowych czasopism z całego świata, do
      tego cicha muzyka oraz egzotyczne, oszałamiające zapachy. Aha, pomyślałam,
      samolot widocznie się rozbił, ja nie żyję - a tak wygląda raj. Zdziwiłam się, że
      tak bezproblemowo tu się znalazłam ale zmar-twiłam, że jest nas tak mało. Kątem
      oka dostrzegłam dwoje ludzi w średnim wieku, ale siedzących dość daleko ode
      mnie. Kogoś jeszcze widziałam za nami, ale, jak się okazało, była to obsługa.
      Stewardessa przedstawiła się jako osoba, która będzie mi towarzyszyć podczas
      całego lotu i poprosiła o zdjęcie wierzchniego odzienia. Przyniosła parę
      wieszaków i wszystko zaczęła metodycz-nie wieszać w przepastnej szafie. Chwilę
      potem podała ciepły ręcznik do wytarcia rąk i zaproponowa-ła drinki. Szampan Dom
      Perignon, o którym do tej pory tylko słyszałam, wydał mi się propozycją na tyle
      żartobliwą, że zbyłam to jakimś nerwowym uśmiechem. Przy następnych propozycjach
      w stylu Bacardi rum zacięłam się w swoim uporze, by przy rozsądnej propozycji
      soku pomarańczowego ski-nąć głową. Po chwili zobaczyłam, że z wnętrza salonu
      ktoś w moim kierunku podnosi w geście toastu kielichy z rżniętego kryształu.
      To Suzan i John, jak mi się później przedstawili, angielskie małżeństwo lecące
      do Adelajdy, do chorego ojca. W ich towarzystwie poczułam się raźniej.
      Musiałam jednak mieć głupią minę gdyż stewardessa znikła, by po chwili pojawić
      się z wypchaną niebieską kosmetyczką, pełną różnych po-dróżno-kosmetycznych
      drobiazgów. Podając mi ją powiedziała: present for you. Rzuciłam wzrokiem na
      wstęgę opasującą kosmetyczkę z napisem
      • ayra Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 06.08.05, 19:46
        Chyba każdy z nas kiedyś w życiu miał przygodę, na wspomnienie której ciarki
        przechodzą go do tej pory. I choć jeden może się uśmiechnąć, inny pokiwa głową
        z politowaniem, każdy kto znalazł się w nowej dla siebie sytuacji może odczuwać
        strach... i dreszczyk. Tak też nasuwa mi się i moja przygoda wakacyjna, która
        dziś mnie bawi, a kilka lat temu jakoś brakowało mi powodu do śmiechu. Razem z
        koleżanką wybrałyśmy się z Krakowa do Krynicy, gdzie mieli czekać na nas
        znajomi. Wyjazd był gdzieś w środku nocy, więc nieco senne chyba byłyśmy już na
        starcie. Nie wiem jak to się stało, że zamiast w góry, ruszyłyśmy w kierunku
        morza - spytałyśmy się w informacji o pociąg do Krynicy, potwierdziłyśmy że ten
        najbliższy, nie sprawdziliśmy że kierunek nie ten, a wsiadłyśmy rozbawione do
        tego, co podjechało (a pani myślała najwyraźniej, że my do Krynicy Morskiej
        chcemy się dostać). Niedużo czasu minęło, gdy konduktor przyszedł sprawdzić
        bilety. Wcale nie był zdziwiony, że się i my pomyliłyśmy, bo jak się okazało,
        takich nocnych gapowiczów było więcej :))) Nawet nie dał nam kary, tylko
        zaproponował, żebyśmy wysiadły na najbliższej stacji, i złapały pociąg do
        Krakowa. Tak też zrobiliśmy... tylko że znalazłyśmy się w malutkiej
        miejscowości, gdzie najbliższy pociąg był dopiero nad ranem. Gdy jacyś
        miejscowi zaczęli nas agresywnie zaczepiać, przestało to być zabawne. Choć pora
        była późna, koło stacji spotkałyśmy jakiegoś pana, a on zaproponował nam
        podwiezienie do znajdującego się około 35 kilometrów dalej miasta. Miałyśmy mu
        zwrócić za benzynę, więc układ wydał nam się w porządku. Ruszyłyśmy, i całkiem
        sympatycznie się rozmawiało, a wędrówka samochodem była przyjemna... przyjemna
        do momentu, gdy gdzieś w środku lasu coś trzasnęło, a auto zatrzymało się
        nagle. Pan poklepał, postukał, po czym stwierdził, że czegoś tam mu brakuje
        byśmy mogli ruszyć dalej. Wtedy już wszystkie filmy sensacyjne zaczęły nam się
        przewijać przed oczami, a my same z obcym gościem w środku lasu przestałyśmy
        się czuć bezpiecznie. Pan jak gdyby nigdy nic powiedział, że wróci za jakąś
        godzinę, i poszedł, jak rzekł, na stację benzynową. Ta godzina była najgorszą
        godziną mojego życia. Nie wiedziałyśmy gdzie jesteśmy (jeszcze komórki nie były
        tak popularne jak teraz), nie wiedziałyśmy co nas czeka, i nie wiedziałyśmy,
        czy powinniśmy uciekać, czy też zaufać nieznajomemu. Stałyśmy przy tym aucie, a
        czas dłużył się niemiłosiernie. Każde wycie dochodzące z lasu przyprawiało nas
        o dreszcze. Każda łamiąca się gałąź powodowała telepotanie serca. I najgorsza
        była ta niepewność. A pan wrócił po jakimś czasie jak gdyby nigdy nic, z
        potrzebną mu częścią, i... ruszyliśmy dalej. A ja już widziałam zgraję
        napadającą na nas :))) Ale ciemny las, głucha cisza, samotne młode kobiety
        robią swoje... zwłaszcza, że nasza wyobraźnia pracowała, i nie dawała nam
        odsapnąć. Widząc miasto poczułyśmy się lepiej. I już nawet godzina na dworcu z
        jego nocnymi mieszkańcami nie wydawała się straszna. Ale pewnie poczułyśmy się,
        gdy pociąg do Krakowa wiózł nas w znajome nam rejony. I teraz już nie wsiadam
        do tego, co podjeżdża, a sprawdzam na tablicy, i jeszcze upewniam się w
        pociągu, że jadę tam gdzie mam jechać. A Krynicę Morską odwiedziłam 2 lata
        później... autobusem :)))
Pełna wersja