Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''

    • mala_mi_25 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 08.08.05, 18:46
      Wymarzony i długo oczekiwany urlop spędziłam na południu Majorki w miejscowości
      Paguera. Wyjazd ten zapisał mi się w pamięci nie tylko za sprawą pięknych,
      rajskich krajobrazów, lecz również przygody, którą do dziś wspominam z
      mieszanymi uczuciami. Codziennie popołudniami "urywałam się" na spacery, by
      poznać urocze zakątki wyspy. Podczas jednego z takich spacerów wielkie
      zainteresowanie moją osobą okazało dwóch młodych Murzynów. Początkowo zaczęli
      mi się przyglądać, nieśmiało uśmiechać. Jakby tego było mało, zaczęli chodzić
      za mną jak mój cień "do kwadratu". Wchodzili za mną do sklepów, odwiedzili ze
      mną jubilera, lecz powstrzymali się, gdy weszłam do sklepu z kobiecą bielizną.
      Wychodząc ze sklepu zauważyłam, że panowie czekają na mnie na ławeczce.
      Pomyślałam sobie, że być może mężczyzna mojego życia wynajął sobie
      dwóch "facetów w czerni". Później przyszło mi na myśl, że być może są to groźni
      przestępcy i poczułam - pomimo upału - ciarki na moim ciele, a serduszko
      zaczęło wyjątkowo mocno bić - i to nie z miłości, chociaż Murzynów darzę
      sympatią. W tym momencie, gdy obleciał mnie strach, dwaj panowie postanowili
      przemówić. Ich język angielski był wyjątkowo ubogi, lecz - w przeciwieństwie do
      mnie - wyśmienicie znali hiszpański. Powtarzali ciągle "mañana", pokazując przy
      tym na zegarek oraz wypowiadali słowa, których tak naprawdę nie zapamiętałam.
      Myślałam, że podoba się im mój zegarek, który, muszę przyznać, jest bardzo
      wyjątkowy i oryginalny. Pomyślałam, że może to amatorzy zegarków... Jedynym
      słówkiem, które potrafili powiedzieć po angielsku było "sea", co po polsku
      znaczy "morze". Zaczęli robić się natrętni, więc dla świętego spokoju
      powiedziałam im OK, chociaż wcale nie wiedziałam na co się zgadzam. O dziwo,
      oni zrozumieli, a ja zwiałam. Po przyjściu do hotelu, zapytałam syna
      właścicieli, z którym się zaprzyjaźniłam, co znaczy słowo "mañana" i to, co oni
      mówili do mnie i pokazywali. Okazało się, że słowo, którego nie zrozumiałam,
      oznacza "jutro". Razem doszliśmy do wniosku, że właśnie umówiłam się z
      Murzynami na jutro na plaży. Byłam wielce przerażona tym, czego dokonałam.
      Następnego dnia nie wychodziłam już nigdzie, gdyż oni ciągle się kręcili -
      najprawdopodobniej w poszukiwaniu mojej osóbki. Od "randki w ciemno" wybawił
      mnie wyjazd następnego dnia do kraju. Pomimo niebywale pięknego miejsca i nad
      wyraz udanego pobytu, odetchnęłam z wielką ulgą, wchodząc na pokład samolotu. A
      później był tylko ryk silników... i mój, że muszę z tego raju już odlecieć. A
      teraz zmieniam wygląd, uczę się hiszpańskiego i planuję kolejne wakacje na
      Majorce.
    • aga07 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 09.08.05, 15:16
      Moje wakacje z dreszczykiem odbyły sie trzy lata temu w Chorwacji z chłopakiem i parą znajomych.Dreszczyków było kilka-przyjemne i przerażające.Zaczne od tych przyjemnych.Już sam wyjazd do Chorwacji,jako pierwszy zagraniczny wyjazd był podniecający.Sama podróż samochodem przez tyle godzin męcząca,ale obfitująca w różne przygody.Lekko"rozczarowani" byliśmy przekraczaniem granic.Myśleliśmy,że będziemy sprawdzani,przeszukiwani itd.a nawet nikt nie wziął naszych paszportów do ręki(tylko na polskiej granicy)tylko dawali znaki żeby dalej jechać:).Pierwsza przygoda była w Austrii,gdy lekko się pogubiliśmy.Łamaną angielszczyzna dogadaliśmy sie z miejscowym,który wsiadł na skuterek i nas "eskortował"do właściwej drogi.Później podróż przebiegała bez zastrzeżeń,już w Chorwacji piękne widoki itd.Kto był wie co mam na myśli:).Przebywaliśmy w Primosten,co krok to Polak.Kolejnym przyjemnym dreszczykiem był rejs statkiem do wodospadów na rzece Krka.Sam statek wyglądał na przedwojenny,ale było super.A teraz przejdźmy do tego nieprzyjemnego dreszczyka.Pewnego pięknego dnia(jak każdy w Chorwacji)wybarliśmy sie na plażę,niestety kamienistą.My-dziewczyny opalałyśmy się,a nasi macho poszli popływać na materacu.W pewnym momencie materac zaczął uciekać.Chłopcy go gonili,ale się rozdzielili i się nie widzieli.Mój luby lekko się zmęczył i dopłynął do najbliższej wyspy,tam czekała go nagroda bo wszyscy opalali się tam nago.Kolega,który popłynął za materacem zaginął.NIe było widać,ani jego,ani materaca.Mój chłopak zdążył wrócić z tej wyspy,a kolegi nadal nie było.Już zaczęliśmy panikować,szukać go,wypytywać ludzi.Po godzinie ze łzami w oczach zaczęliśmy myślec o najgorszym.Co teraz zrobimy jak to powiemy jego rodzicom.Po paru minutach patrzymy,a on idzie prawie na czworakach z materacem pod pachą.Po paru uściskach z ukochaną opowiedział swoją przygodę.Okazało się,że podczas pogoni za materacem zniosło go "trochę" do innej miejscowości.Tam wyczerpanego wyłowili jacyś Czescy turyści i dowieźli do brzegu,tylko że w sąsiedniej miejscowości.Stamtąd szedł na piechotę prawie pół godziny.Cała przygoda dobrze się zakończyła,ale strachu sie najedliśmy jak nigdy.Wakacje w Chorwacji były udane,na pewno jeszcze tam wr ocimy.Pozdrawiam wszystkich Podróżników:)
    • piro555 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 10.08.05, 16:34
      Studencka (czyt. ograniczony budżet) wyprawa do Chorwacji.
      Podróż (z Gdańska do Dubrownika) miała trwać około 40 godz, niestety jeden z
      wielu naszych środków lokomocji –staaara Setra,
      rozsypał się w Budapeszcie, czekaliśmy wiec kilkanaście godzin na parkingu na
      zastępczy, przez co spóźniliśmy się na kolejny autobus w Sibeniku, tym razem
      czekaliśmy tylko 9,5 godziny 
      Po 63 godzinach podróży wreszcie byliśmy na miejscu tzn. na kempingu po
      Dubrownikiem.
      Pomyśleliśmy, że zanim odeśpimy i zregenerujemy siły po długiej podróży należy
      jeszcze zrobić parę rzeczy…
      Wstawiliśmy piwa do lodówki, rozłożyliśmy namiot, wyjeliśmy piwa, wypiliśmy kilka,
      pomyśleliśmy, ze fajnie byłoby popływać na pontonie (najnowszy zakup-jeszcze nie
      testowany), nadmuchaliśmy go, wypiliśmy resztę piw.
      Kemping był na szczycie góry, plaża na daaaaaalekim dole. Kolejne pół godziny
      zajęło więc nam znoszenie pontonu. Kiedy wreszcie usiedliśmy w naszej full wypas
      łodzi (Praktiker promocja 149 zł, korzystać tylko pod opieką dorosłych, nie
      wypływać głębiej niż 0,7 metra) poczuliśmy (no może Ja poczułam, mój chłopak
      nieco bardziej sceptycznie podszedł do sprawy) wolność!!! Szczególnie, że mimo
      plastikowych wioseł poruszaliśmy się bardzo szybko. Oczami wyobraźni widziałam
      już, jak za parę dni (jak odpoczniemy całkowicie po podróży) popłyniemy naszym
      pontonem do Czarnogóry. Przed nami znajdowało się około 8 wysp, najbliższa w
      odległości około km od brzegu, najdalsza około 5 km. Wybrałam oczywiście tę
      najdalszą;) Otworzyłam kolejne piwko, a moje słoneczko dzielnie wiosłowało.
      Było super!!! Po jakimś czasie mój chłopak powiedział „może sprawdźmy, czy
      możemy wrócić…”, pytanie wydało mi się absurdalne, bo dlaczegoż mielibyśmy nie móc!
      Zabrałam więc mu wiosła i z uśmiechem na twarzy zaczęłam wiosłować w stronę brzegu.
      Zamiast posuwać się ku niemu coraz bardziej nas oddalało . Krzysiek wyrwał mi
      jedno wiosło, teraz machaliśmy oboje, nadal poruszaliśmy się w stronę otwartego
      morza.
      Dopiero w tej chwili uświadomiłam sobie, że nie jest dobrze!! Błyskawicznie
      wytrzeźwiałam, myślałam że nie wrócimy, plaża była za daleko, by ktokolwiek
      usłyszał nasze wołanie,
      Zresztą chyba i tak byśmy nie wołali (byłoby nam wstyd, że na gumowym pontonie,
      który nie miał silnika i jest dla dzieci, wypłynęliśmy tak daleko). Krzysiek
      zaczął już krzyczeć, by wyskakiwać z pontonu i próbować płynąć wpław, ale
      panicznie się bałam i nie chciałam ruszyć się z pontonu. Zaczął zrywać się coraz
      większy wiatr, fale rosły w oczach. To była prawdziwa walka! Nie wiem skąd
      wzieliśmy tyle siły (szczególnie, że od paru dni w sumie nie spaliśmy i
      wypiliśmy „parę” piw), ale powoli zaczęliśmy wygrywać z prądem morskim i zbliżać
      w stronę brzegu. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że jestem na tyle silna, by
      przez 45 min (bo tyle około trwało zanim wydostaliśmy się z prądu) wiosłować tak
      mocno i tak szybko. Gdy w końcu znaleźliśmy się na brzegu, nie chciałam nawet
      patrzeć na ten cholerny ponton. Leżeliśmy na plaży, byliśmy wyczerpani. Na morzu
      robił się sztorm…

      Wnieśliśmy ponton na górę, w namiocie czekały na nas komórki. Dostałam smsa
      „ Właśnie mówili w wiadomościach, by nie wypływać na mniejszych łodziach,
      bo na morzu adriatyckim pojawiły się rekiny białe –ludojady, całuję, Mama”
    • Gość: Max Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: 193.108.78.* 11.08.05, 10:33
      Proponuję kupić wycieczkę w Ecco Holiday - emocje gwarantowane, tyle, że
      prawdopodobieństwo negawtywnych emocji związanych z nieprawidłościami w czasie
      wycieczki jest znacznie większe niż tych, które wywołuje przygoda. Jak już
      pisałem w innym topicu: poziom adrenaliny, jaka sie wydziela przy podróżowaniu
      z Ecco Holiday odpowiada zabawie w rosyjską ruletkę tyle, że naboi jest 5 na 6
      komór rewolweru....
    • gosiek_s Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 11.08.05, 23:58

      Człowiek boi sie trzech głównych kategorii zjawisk. Samego siebie tego , że nie
      da rady , że nie podoła , swoich uczuć nad którymi nie sposób zapanować ;
      innego człowieka ( na początku każdy był potencjalnym mordercą , złodziejem ,
      narkomanem na głodzie , porywaczem , terrorystą itd) i szalonej,
      nieokiełznanej przyrody. Smak strachu w każdej z tych dziedzin można poznać
      praktycznie wszędzie , ja poznałam w Wenezueli. I mimo , że wyjazd ten okupiony
      został gigantycznym stresem , jest moją perełka , która podziwiam codziennie
      zanim zasnę szcześliwa , że leżę w moim , polskim łóżeczku.Teraz te dreszcze,
      które biegały mi po plecach tam i z powrotem , robiąc z moją fizjologią
      wszystko na co im przyszło na myśl , są cudownym wspomnieniem . Każde jedno
      wydarzenie , które pociągało za sobą kolejne niesamowite przyprawiało mnie o
      nieprzespane noce, każda godzina która mijała uczyła mnie szacunku do życia.
      Pierwszy szok przeżyłam jakieś 10 minut po wylądowaniu samolotu w Caracas.
      Wszyscy się za nami oglądali ( nami bo było nas dzięki Bogu dwie). Nie jestem
      jakąś boginią sexu więc ciężko mi było na początku zrozumieć dlaczego. Po
      prostu byłyśmy białe. Prześladowało nas to do samego końca. Wystarczyło , że
      stawałyśmy na minutę , a każdy chciał nam pomagać (za odpowiednią opłatą,
      pierwszy pan zamarzył sobie 5 $ za wskazanie lotniska krajowego, zamarzył bo
      szybko się nauczyłyśmy mówić nie) zamieniać dolary badź prowadzić gdziekolwiek
      byśmy chciały. Ale ponieważ obie nie znałyśmy hiszpańskiego a w Wenezueli mało
      kto mówi po angielsku opędzanie się nie było takie trudne ;)).
      Po godzinie byłyśmy w Barquisimeto i to co wydawało mi się szokiem w Caracas
      było niczym w porównaniu z tym co zobaczyłam w tym mieście. Slumsy , slumsy,
      slumsy. I nasz przecudny apartament po środku nich , instrukcja od Szwajcara :
      jedna ulica w lewo , jedna do tyłu, jedna do przodu i 20 w prawo. Reszta jest
      niebezpieczna. Taksówki??? Na taksówke nadawało się wszystko co jeździło, nie
      ważne ile miało lat,dziur w podłodze ani ilu brakowało szyb.W sumie ściemniam:
      bardzo często nie brakowało żadnej gdyż kochani mają tendencje do zaklejania
      wszystkiego czarną folią łącznie z przednią szybką. Fani tuningu byli by
      zachwyceni. Wszystkie chwyty dozwolone, łącznie z alkoholem za kierownicą ,
      prędkością , ilością osób w samochodzie --> moim przebojem było wsiadanie do
      bagażnika--> w Polsce hard corem jest jedna osoba , dwie , u nich kilka to
      standart. Przejście przez ulicę - wolna amerykanka. Przez miesiąc czasu nie
      zdarzyło sie , żeby choć jeden samochód nie mówię przepuścił i zatrzymał się,
      bo tak dużo nie można wymagać ale żeby chociaż zwolnił???
      Pierwszą rzeczą jakiej się nauczyłam w tym mieście był fakt , że tylko krowa
      nie zmienia poglądów. Na początku instruowałyśmy się z moją kochaną
      przyjaciółką , że nie wolno spożywać to tego to tamtego... ale Wenezuela jest
      prawdziwym rajem dla podniebienia i naprawde nie sposób się oprzeć przepysznym
      posiłkom przygotowanych przez niedomytych, wyglądających jak na koksie
      Wenezuelczyków . Np kokos. Aby dostać się do kokosa pan którego spodnie w życiu
      nie słyszały o pralce wyciąga wielki nóż ( nie jestem pewna czy na pewno na
      kokosa czy być może na mnie) , wyciera go o swoje cudne portki robi dziurke i
      podaje mi go. Mniam mniam. Albo taka cachapa. Robią ją stojąc wszędzie.
      Powiedzmy, że przy jezdni. Rozstawiają swoje klamoty od po prostu tam gdzie
      chcą. Tyle tego , że bez przerwy leci coś na ziemię , a to przykrywka a to
      widelec do mieszania ( tu przyjaciółka poucza zamknij oczy, lepiej nie widzieć)
      a wody na chodnikach jak powrzechnie wiadomo nikt nie montuje . Mniam mniam.
      Kolejną rzeczą bijąca po oczach jest fantastyczna broń. Znawcom nie mogę podać
      nazwy modelu , ale jest to największe coś co widziałam kiedykolwiek w
      życiu.Jest wszędzie, na ulicach , w sklepach, autobusach i szpitalach . Na
      początku bardzo się bałam, bo nie zwykłam obcować z takimi cudami, ale po
      jakimś czasie tak mi wszystko zoobojętniało , że podczas jednej z rutynowych
      kontroli ( to też było cool --> dystans 800 km kontroli policyjnych 6)
      szturchana przez pana policjanta w ogole nie dałam rady się rozbudzić. W końcu
      podniosłam łeb wściekła jak szerszeń(!) obudzona koło 5 nad ranem by usłyszeć
      wypowiedziane ze stoickim spokojem ;" moja droga panowie chcą paszport a Ty im
      tyłek pokazujesz". Bardzo śmieszne. Pragnę Ci przypomnieć moja kochana
      przyjaciółko gdybyś to czytała , jak podczas jednej z kontroli ( odbywają się
      tam takie w zwykłych międzymiastowych autobusach i nie jest to cos
      nadzwyczajnego) pan wygrzebał wszystkie moje a później Twoje rzeczy z toreb
      podróżnych i z arcypoważną miną oglądał przez bite 5 minut tampon z każdej
      strony jakbyśmy w nim ukryły pułk wojska , kilogram kokainy oraz trzy
      kałasznikowy. I szok w szpitalach. Ponieważ Wenezuelę odwiedziłam jako
      studentka wymiany , odbywałam tam praktyki na oddziale chirurgii. Przez cztery
      lata studiowania w Polsce nie widziałam ani jednego postrzału. A tu na dzień
      dobry sześciu pacjentów po postrzale.
      Ale były też i przepiękne chwile. Nigdy nie chciałam być turystką (
      zdecydowanie bardziej wolę określenie podróżniczka) , więc wybierałyśmy miejsca
      mniej znane a co za tym idzie tańsze , jednym z nich była Sanare. Wysiadłyśmy z
      autobusu , i troche dla ochłody , troche z ciekawości weszłyśmy do małego
      kościółka . Jak bardzo się zdziwiłam , gdy zobaczyłam zdjęcie papieża-Polaka
      obok Benedykta XVI. Byłyśmy szczęśliwe , że nie jeden widnieje na ścianie lecz
      dwóch. I juz miałyśmy wychodzić gdy z głośników popłynęła BARKA... Nigdy w
      życiu nie czułam takiego wzruszenia. 10000km od domu w małym kościółku w Andach
      mój papież. To było niesamowite, wyleciałyśmy z kościoła i stałyśmy ściskając
      sie jak dwie kretynki , spłakane i szczęśliwe. Lepszego znaku nie mogłyśmy
      dostać. Wiedziałyśmy , że przed nami najlepsze i że jesteśmy pod dobrą opieką.
      Najlepsze czyli Roraima .Cudna góra , zaginiony świat albo przekleństwo dla
      kogoś kto ma lęk wysokości , jedną parę butów i kompletny brak kondycji.Nie
      chodzę po górach nawet w Polsce a o wspinaniu się wiedziałam tyle , że go nie
      lubię. Ale do odważnych świat należy?! Jedna para adidasów , spodnie na zmiane,
      70 km na piechotkę z czego większość po stromych i bardzo stromych zboczach ze
      wspinaniem się włącznie? Proszę bardzo. Trzy dni marszu przez sawanne, dwa
      przez dżungle i jeden na szczycie?? Pasuje. Brzmiało egzotycznie, gorzej było z
      wykonaniem. Pierwszy ból przeżyłam , gdy przewodnik wyprawy , przesympatyczny
      Indianin instruował mnie jak suszy się ubrania na Roraimie. Czy ktoś mieszkał
      kiedykolwiek w chmurze?? Jest taka wilgotność , że nie ważne czy pada czy nie
      wszystko jest cały czas mokre. Mokre buty , skarpetki, spodnie , kurtka,
      koszmarnie zimno jakieś 6-7 stopni , nic nie widać , a krawędź jest tuż tuż.W
      dół zaś ponad 2800 m. Bomba. Suszenie ubrań polegało na tym , że trzeba je
      było mokre i zimne zakładać na siebie i chodzić , chodzić , chodzić. Ciepło
      ciała jest fantastyczną suszarką. To działało. Nawet na kilka chwil przestawało
      być lodowato. Tak... było dobrze. Do momentu kiedy trzeba było schodzić w dół.
      Na początku schodzi się po bardzo stromej ścianie usypanej z małych kamyków.
      Szłam z przewodnikiem , który obiecywał znać każdy kamień ,podawać mi rękę
      ilekroć tego potrzebuję i wszystko co zechcę ,byle bym tylko zeszła. Szedł
      przede mną. Nogi miałam jak z waty, zmuszenie ich do ruchu graniczyło z cudem.
      W końcu ruszyłam się z miejsca , miałam iść po jego śladach.... okazało się to
      niemożliwe , bo kamyczek uciekł mu spod buta , za nim kilka kolejnych i znalazł
      się kilka metrów niżej .Boże, spojrzałam w dół. To nie był dobry pomysł , oj
      nie. Śliskie adidasy na miękkiej podeszwie , mokre a ja mam schodzić po ścianie
      w dół??? Zagadał mnie , zeszłam. Kolejny krok , przejśc
    • vibber Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 14.08.05, 01:28
      Pólwysep Peljesac,Orebic,Viganij,wyspa Korcula to zakątki Chorwacji do których
      zawsze wracam z wielką przyjemnością.Lato 1999 roku zapamiętam jednak
      szczególnie.Razem z kuzynem wpadliśmy na pomysł opłynięcia malowniczych
      wysepek rozrzuconych na morzu między Orebicem a Korculą.A więc do dzieła!
      Wytarty napis nad starą szopą głosił:Rent a Boat Here,co, zważywszy również na
      lekko wymiętego właściciela rzeczonego przybytku nie nastrajało nas zbyt
      optymistycznie co do samej łodzi.I rzeczywiście.Furory na przystani jachtowej w
      Saint Tropez raczej byśmy z naszą łódką nie zrobili.Krypa z odłażącymi płatami
      lakieru i podczepionym starym silnikiem Hondy była w naszym finansowym
      zasięgu,a ponadto i tak była to jedyna sprawna łódż jaką dysponował
      Tomislav,czyli właściciel wypożyczalni.Na nasze nieśmiałe pytania,czy aby łódka
      jest w pełni sprawna bo nie wygląda na szczególnie topowy model,Tomislav rzucił
      nam spojrzenie typu jakwamsięniepodobatoznajdzciesobielepszą,co oczywiście było
      nierealne ponieważ Tomislav dokładnie zdawał sobie sprawę,że jest prawdziwym
      monopolistą w obrębie kilkunastu kilometrów kwadratowych.Jednakże już
      kilkanaście minut póżniej zapomnieliśmy o wszystkich dręczących nas
      wątpliwościach,a wspaniały widok,który rozciągał się przed nami, kiedy to
      pruliśmy ku najbliższej dziewiczej wysepce był fantastyczny.Nagle silnik
      zajęczał,zaksztusił się i zgasł.I wtedy to na tle tarczy zachodzącego słońca
      pojawił się...MarcoPolo.Jeden z największych(jeśli nie największy)prom jakim
      dysponuje żegluga chorwacka.MarcoPolo obrał kurs dokładnie na nas i naszą
      biedną łajbę.Mimo,że wydawał się stosunkowo daleko,to zbliżał się w
      piorunującym wręcz tempie.Jedyna myśl, jaka kołatała nam się po głowach
      to:"uruchomić silnik".Niestety zarówno ja ,jak i mój kuzyn mamy "dwie lewe
      ręce",a program "Zrób to z Adamem Słodowym" nie należał nigdy do żelaznych
      punktów naszej telewizyjnej ramówki.Okazało się jednak,że pod sporą ,sunącą na
      Ciebie nieubłagalnie presją kilkuset ton stali,można wznieść się na wyżyny
      swego intelektu technicznego.Do dzisiaj nie wiem jak,ale uruchomiliśmy silnik i
      udało nam się odpłynąć na tyle,że prom minął nas w odległości około 20 metrów,a
      my bujaliśmy się jeszcze przez kilka chwil na wytwarzanej przez niego fali..Co
      do Tomislava,to zamiary mieliśmy mordercze,ale szczęśliwy los(w postaci pełnej
      piwniczki Rakiji)czuwał nad naszym starym wilkiem morskim ,tak więc przyjażń
      polsko-chorwacka nie doznała najmniejszego uszczerbku.
    • Gość: bestia 27 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.08.05, 17:29
      Pojechałam z kolegą na grzyby. Zaparkowałam samochód u jego cioci na podwórku i
      poszliśmy do lasu ok. 4 km piechotą. Niestety dzień był deszczowy a my ubrani w
      kalosze i zółte kurtki przeciwdeszczowe. Las był piękny ale grzybków jakoś nie
      było widać. Nie oddalaliśy się od siebie, aby się nie zgubić. Nagle Andrzej
      zaczął drżeć, oparł się o drzewo i powoli osuwał się na ziemię. Nerwowo zaczęłam
      nim potrząsać aby dowiedzieć się co mu jest, ale on już leżał bez przytomności.
      Miał kłopoty z sercem. Spanikowałam, sama nie wiedziałam co robić.
      Pomyśłałam "pięknie, w nieznanym mi lesie, daleko od domu i w dodatku nie
      bardzo znam drogę"(bo Andrzej był moim przewodnikiem).Wreszcie opanowałam się
      sprawdziłam, że ma zachowane czynności życiowe(całe szczęście że skończyłam
      kurs pierwszej pomocy) i dokonałam resuscytacji krążenio-oddechowej, ułożyłam
      go w pozycji ustalonej i poleciałam szukać pomocy, przypominając sobie, że
      północ jest tam gdzie drzewa są bardziej porośnięte mchem. Pobiegłam do cioci
      zostawiając go samego już trochę przytomnego. Kiedy wróciłam po niego z ciocią
      i dwoma wujkami Andzeja nie było na miejscu gdzie go zostawiłam. Znowu panika
      co się z nim stało, jak go teraz odnaleźć. Okazało się, że leśniczy znalazł go
      zanim ja zdążyłam wrócić i zabrał go do szpitala swoim łazikiem. A ja najadłam
      się strachu.
    • liis Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.08.05, 02:13
      Czy dostanę maila?

      Zdarzenie, które chcę opisać miało miejsce parę miesięcy temu w chińskim
      mieście Xi'an, które kiedyś, w czasach swojej świetności, było nie tylko
      stolicą Cesarstwa, ale i ponoć największym i najbogatszym miastem na świecie. A
      dzisiaj kto wie gdzie leży Xi'an? No właśnie, też nie wiedziałem, dopóki nie
      było dane mi tam dojechać. A nie jest to wcale miasteczko jak mogłoby się
      wydawać (i mnie też tak się wydawało - ot, chińska prowincja), ale wielkie,
      liczące sobie ponad 7 mln ludzi miasto położone 1000 km w kierunku południowo-
      zachodnim od Pekinu. W Chinach byłem z biurem podróży czyli bezpiecznie.
      Wszystko zapewnione: i ciekawy program, i środki transportu, i jedzonko w
      dobrych restauracjach, i dobre hotele. Nic złego nie mogło się przydarzyć. A
      jednak... Licho nie śpi. Pewnie i nic by się nie wydarzyło, gdyby nie chęć
      odkrywania tych PRAWDZIWYCH Chin. Ale po kolei, Cztery pierwsze dni pobytu w
      Państwie Środka to była sielanka. Zwiedzanie Pekinu, oferty lokalnych kupców
      sprzedających na kazdym kroku chińskie rolexy po 3 USD, szerokie arterie, tłumy
      turystów i język angielski, który jest oczywiście przydatny, bo
      chińskie "krzaczki" nie przypominają nawet pisma obrazkowego. Był i , a jakże,
      Pekin by night i bezpieczny powrot taksówką do hotelu. To była stolica, miasto
      przyszłej olimpady. Xi'an, ku mojemu zdziwieniu wyglądał podobnie.
      Fantastyczne, nowoczene city, Wieża Dzwonów i Pagoda Dzikiej Gęsi, i rolexy
      chińskie co krok, i największe w Azji, urzekające ogromem i rozmachem tańczące
      fontanny. Wszystko szło planowo. Wieczorem jednak po kolacji zachciało nam się
      poznać te prawdziwe Chiny tj. pochodzić po wąskich uliczkach, po małych
      sklepikach, kramach i kramikach, coś potargować, kupić jakiś chiński słoik na
      herbatę, samą herbatę wreszcie, bo lubię czarną, mocną a nie zieloną słomkę
      podawaną do obiadu i kolacji (do dziś twierdzę, że parzenia herbaty, to powinni
      się uczyć ode mnie i na nic ich tysiącletnia tradycja). Żona coś mi mówi o
      buciczkach, szmatkach i szmateczkach i jakichś pamiątkach, które byłyby
      oryginalnym wytworem chińskiego rzemiosła a nie ich cepeliadą, którą można
      nabyć wszędzie i w Europie też. Mnie jeszce kusi, pomimo przestróg pilota, żeby
      zakosztować chińskich specjałów tych przyrządzanych na ulicy czy w małych
      śmierdzących bistrach (no, bistro to tutaj wielkie słowo). Doszedłem bowiem do
      wniosku, że skoro oni to jedzą i żyją to i ja też jakoś przeżyję. Najwyższej
      pokoksuję się parę dni i przejdzie, bo wegiel jako przezorni turyści mieliśmy
      ze sobą. Jest zmierzch i ruszamy w miasto. Pilot zapewnia, że jest absolutnie
      bezpiecznie a jak zbłądzimy to najlepiej wziąć taksówkę. Te prawdziwe Chiny
      zaczynają się już dwie przecznice od hotelu. Wygladają zupełnie inaczej niż
      przetronne city. Uliczki są wąskie, słabo oświetlone, sklepiki małe, ale
      przeróżny i tani w nich asortyment, ludzie jakby inni nieco niz w city; na
      pewno biedniejsi, skromnie i, w naszych oczach, jednakowo ubrani, ale życzliwi
      bardzo, bo uśmiechają się do nas przyjaźnie, zapraszają do sklepów, zachęcają
      do kupna, z uśmiechem rzucają na ladę całe sterty bluzek i innych fatałaszków,
      które jak zaczynamy wychodzić tanieją w kosmicznym tempie. Jest fajnie. jeden
      sklepik, drugi, jedna uliczka, następna i moment refleksji, że tu już chyba
      byliśmy, że z tym gościem już się chyba targowaliśmy, a może nie? Nic to.
      Kurcze oni dla jednak nas są wszyscy jednakowi i ulice też. Ale paniki jeszcze
      nie ma. Wydaje się, że wystarczy ruszyć w tamtym kierunku i wyjdziemy na główną
      ulicę a tam już nasz hotel. W myślach zaczynam jednak kombinować czy aby na
      pewno tam? Już raz mi się przecież coś takiego przytrafić zdało, kiedy w swoich
      rodzinnych stronach pobłądziłem w drodze na Leskowiec, gdzie zbłądzić nie może
      nawet cepr, choćby się bardzo bidula starał. No, ale wtedy zgubiła mnie zbytnia
      pewność siebie i jakaś zaćma umysłu, która raz w życiu każdemu się przytrafia.
      Dla upewnienia się jednak, że wszystko jest pod kontrolą, pytam jakiegoś
      młodego Chińczyka o Sine Pearl Hotel. Coś mi odpowiada, ale zupełnie nie wiem
      co. Cóż, mieliśmy pecha, bo Chińczyk nie zna angielskiego a następnego pytać
      nie będę, bo drogę przecież znam. Ile my w końcu raptem chodzimy? Jakąś
      godzinkę z czego połowę spędziliśmy albo w sklepie albo przy wystawie, czyli
      hotel jest szybkim krokiem jakieś góra 15 min. Jakże się jednak myliliśmy!
      Zakupy zostały dokonane, jesteśmy obładowani jakąś zimowym płaszczem (żona mówi
      że tani i ładny), jakimiś dwoma parami butów, słoikami na herbatę,bo znajomych
      też obdzielić trzeba no i oczywiście, a jakże, chińską wódką, bo to z kazdej
      wyprawy przywieźć trzeba. Pragmatyczny umysł mojej połowicy oznajmia, że wracać
      trzeba. Pozostaje jeszcze tylko przekąska w tym ich niby bistrze, na którą się
      mocno uparłem, tak z ciekawości jak i z powodów praktycznych, gdyż pomyślałem
      sobie, że tam też i przy talerzu najłatwiej będzie się upewnić czy kierunek
      powrotu właśwy będzie, bo co do tego pewności jednak nie miałem. Jedzenie
      zamówiłem oczywiście na migi, bo "restaurator" nie znał żadnego cywilizowanego
      języka poza chińskim. Z nad talerza czy raczej miski wymieniam nazwę naszego
      hotelu i pokazuję kierunek - a tu ściana. On nic nie kuma, tylko uśmiecha się
      mile i coś tłumaczy. W tym momencie żona mówi mi, że on kuma tylko, że jak nie
      kumam jego i niestety chyba ma rację. Fakt pozostaje faktem, że tkwimy w
      martwym punkcie. Z przerażeniem stwierdzam, że będący w barze Chińczycy też
      chyba kumają o co chodzi tylko ja nie. Horror robi się coraz większy, gdy
      okazuje ię, że internacjonalne słowo "taxi" jest dla nich obcym słowem, albo
      jest jak poprzednio - ja dalej nie kumam, bo przecież oni coś mi tłumaczą. Żona
      słusznie zauważa, że przecież uliczka jest wąska i nie widzieliśmy tu od
      jakiegoś czasu nic oprócz rowerów i paru zdezelowanych samochodów. które jednak
      taksówkami nie były. Horror zaczyna narastać i osiągać punkt kulminacyjny jak u
      Hitchkoka. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i zefiniować sytuację. Zgubiliśmy
      się wśród tłumu ludzi gdzieś w środku Azji. Piekną definicja przez wskazanie
      alienacji, nieprawdaż? No cóz,nawet jak przywita nas w tej dzielnicy dzień, to
      sytuacja zbyt wiele się nie zmieni. Apetyt mi przeszedł, choć tak naprawdę to i
      go zbytniuo nie miałem, bo nie wiedziałem co jadłem. Początkowo myślałem, że to
      było mięso (ryzykowałem, że mógłby to być nawet pies) ale okazało się, że to
      jakieś warzywa oblane obficie sosem z zawartością soi. Chcę to już zostawić ale
      widzę, że restaurator robi taką minę, jak kucharz pod każdą szerokością
      geograficzną, jak widzi, że strawa gościowi nie smakuję. Męczę więc dalej i
      kombinuję jak wyplątać się z tego labiryntu. Wychodzimy na ulicę. Pytam niemal
      każdą osobę poniżej 30 lat (tak mi się przynajmniej zdaje, bo i wiek ich trudno
      nieraz określić) wymieniając nazwę hotelu. Błaganie w oczach zastępuje
      pytajnik. Zero reakcji. Życzliwe uśmiechy, jakieś słowa-sylaby i nic. Kurcze
      nasza wymowa jest inna, a i hotel ma przecież też i chińską nazwę. Postanawiam
      uciec się do starego sposobu turystów, czyli zrobić z siebie idiotę i
      posługiwać się językiem migowym ze wspomaganiem onomatopeicznym. Raz już udało
      mi się to wszak w Grecji, gdzie jak ustalilismy z kelnerem, że nie znamy
      żadnego wspólnego języka, a ciekaw byłem czy jem szaszłyk z barana, zapytałem
      wskazując na trawę "bbeee" ? na co kelner odpowiedział mi pięknym przeczącym
      ruchem głowy i jeszcze piękniejszym przeciągłym: "muuuuuuuuuuu". Postanawiam
      uciec się do pisma obrazkowego i nieudalnie narysować pociąg, bo przecież przy
      dworcu są taksówki i bedziemy uratowani. I tu eureka! Jedyny papier jaki mamy
      to wizytówka hotelu, którą dają własnie po to, żeby nic nie mówić, bo i tak nie
      zostaniemy zrozumiani tylko wręczyć taksówkarzowi. Że też o tym nie
      pamietaliśmy! Teraz tylko mie
    • eldom7 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.08.05, 11:02
      „Wakacje z dreszczykiem”

      - Kochanie, co z nami będzie?- pytałam męża tuląc się w jego ramiona. – Nie
      wiem – odpowiedział z nadzwyczajną powagą. Fale coraz mocniej biły o brzeg.
      Szeroka, bałtycka plaża stała się nagle zupełnie wąska, a piękne, błękitne
      niebo w całości pokryły burzowe chmury. Jak wyruszaliśmy w drogę z Pogorzelicy
      do Mrzeżyna nic nie zapowiadało takiej zmiany aury. Wiedzieliśmy, że na odcinku
      około 12 km nie ma żadnych zejść z plaży, ale takiego scenariusza nie
      przewidzieliśmy. Mniej więcej w połowie drogi, w odległości 6 km od Mrzeżyna,
      celu naszej wyprawy, zostaliśmy uwięzieni na bałtyckiej plaży. Wokół nie było
      ani jednej żywej duszy. – Co tu robić? Jak przetrwać?- pytałam się w myśli.
      Oddaliliśmy się od wzburzonego morza, wyłączyliśmy telefony komórkowe, aby nie
      przyciągały piorunów i zaczęliśmy szukać miejsca, w którym moglibyśmy
      bezpiecznie przeczekać burzę. Nie było to łatwe. Las na wydmie, mimo iż
      ochroniłby nas od deszczu, w czasie burzy był bardzo niebezpieczny.
      Postanowiliśmy zostać na plaży. Huk piorunów był tak silny, że nie pozwalał nam
      zebrać myśli. Milczeliśmy. Nagle u zbocza wydmy zauważyłam idealne miejsce na
      nasze schronienie. Było to zagłębienie w piasku, które od strony morza miało
      usypaną górkę. Przytuleni do siebie, chyba całą wieczność, czekaliśmy końca
      burzy. Nie mieliśmy już na sobie ani jednej suchej nitki, ale kiedy zza chmur
      wyjrzał pierwszy promyk słońca wróciła nam nadzieja. Ruszyliśmy w dalszą
      drogę...
    • locatalina Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 16.08.05, 09:30
      Dla lubiących dreszcz emocji podróżników Boliwia może okazać się idealnym
      miejscem. Wrażeń dostarcza zarówno przejażdżka Camino de los Muertos,
      najniebezpieczniejszą drogą w Ameryce, jaki i spotkanie z tubylcami.
      Na przygody rodem z dreszczowca nie pomoże nawet amulet kupiony na Targu
      Czarownic, jeżeli jest się zbyt pewnym siebie, początkującym globtroterem.
      To była moja pierwsza, samodzielna wyprawa. Pełna wiary w ludzi i w swoje
      możliwości wraz z czterema innymi niepoprawnymi optymistami, po 14 godzinach
      jazdy prymitywnym autobusem z Cuzco w Peru wysiadłam w stolicy Boliwii La Paz.
      Miasto usytuowane jest w ogromnym kanionie, otoczonym ośnieżonymi górskimi
      szczytami. Pomimo zmęczenia wdrapanie się na górę wydało mi się kuszącą
      perspektywą. Jeden tylko kumpel podzielił mój entuzjazm. Reszta wolała odespać
      nocną podróż w hoteliku.
      Po paru minutach, dźwigając aparaty i kamerę wędrowaliśmy już wąskimi, stromymi
      ulicami. Im wyżej, tym bardziej kręciło się nam w głowie z powodu choroby
      wysokogórskiej. La Paz jest najwyżej położona stolica świata (3600 m. n.p.m.)
      Wraz z wysokością zabudowania stawały się coraz skromniejsze, a fetor z
      rynsztoków intensywniej drażnił nos. Chude psy wszelkiej maści i wielkości
      postanowiły zanurzyć zęby w naszych europejskich łydkach. Łaciate świnie bez
      entuzjazmu ryły w stosach walających się wszędzie śmieci. Niezrażeni
      scenografią, sapiąc z powodu braku tlenu i upału dotarliśmy na spore
      wzniesienie nad starym cmentarzem.
      Z głupawym zachwytem zagapiliśmy się na cuda natury - strzeliste, białe
      szczyty, skalne przepaści i gigantyczne, czerwono-szare miasto w dole. Nasza
      przytępiona percepcja nie pozwoliła nam usłyszeć niepokojącego szelestu tuż za
      nami. Po chwili szelest zmienił się w dwóch niewyrośniętych osobników w
      czapkach przykrywających pół twarzy. Zaczęło się kulturalnie:
      - Buenos tardes. De que pais sois? (Z jakiego jesteście kraju?)
      - De Polonia – odpowiedziałam, w uśmiech wkładając cały swój optymizm i wiarę w
      ludzi.
      Szczerbatych tubylców najwyraźniej nie zauroczył. Po chwili poczułam lufę
      pistoletu przy skroni.
      - Dinero! - (pieniądze) krzyknęli, wyciągając nóż sprężynowy i machając mi przy
      policzku.
      Wyobraźnia podsyłająca obrazy mało twarzowych blizn skłoniła mnie do
      wyciągnięcia z kieszeni 20 boliwiano. Mój towarzysz zaczął opróżniać portfel.
      Rozbójnicy wyraźnie wycenili nas na więcej, bo zaczęli mnie obmacywać i szybko
      natrafili na pasek ze schowkiem, w którym trzymałam pieniądze na dalszą podróż.
      Jak przystało na istotę naiwną, w myśl zasady, że nieszczęścia przytrafiają się
      innym nie mnie, niepotrzebnie zabrałam go z hotelu i w dodatku nie schowałam w
      szlufki spodni. Kręcił się swobodnie wokół moich bioder.
      Jeden z napastników szarpnął pasek próbując rozpracować zapięcie. Szarpanie
      pobudziły moją inwencję twórczą. Dobra – myślałam – niech sobie wezmą 20
      boliwiano, niech nawet wezmą mój aparat, który już trzymali w łapach, ale forsa
      na powrót do domu zostaje ze mną! Jak zaplanowałam, tak zrobiłam.
      Zastosowałam jedyną posiadaną aktualnie broń, czyli własne struny głosowe.
      Rozdarłam się tak donośnie, że widać mi było migdałki a mój towarzysz niedoli i
      rozbójnicy popatrzyli na mnie, jak na wariatkę. Takiego efektu nie
      przewidziałam. Napastnicy podskoczyli i rzucili się do ucieczki. Wiali, aż się
      kurzyło, niestety razem z naszymi aparatami fotograficznymi i filmami z całej
      dotychczasowej podróży, które mój kolega nosił w torbie przy swoim canonie. Tej
      straty żałowaliśmy najbardziej.
      Po pierwszym szoku, postanowiliśmy zrobić mały donos na tak nieuprzejmych panów.
      Po godzinie, zbiegając po skałach w tempie godnym podstarzałych gepardów,
      dotarliśmy na Comisaria de Policia Turistica. W mrocznym wnętrzu o odrapanych
      ścianach siedziało kilku urzędników różniących się od przestępców jedynie
      mundurami i złotymi zębami. Niechętnie oderwali się od gry w karty i wysłuchali
      naszych opowieści. Wysłuchali to za dużo powiedziane, bo przy mojej znajomości
      hiszpańskiego była to raczej pantomima niż monolog. Szczerbaty policjant jednym
      palcem wstukał moje denuncio na zakurzonej maszynie do pisania. Reszta z
      rozbawieniem przyglądała się westernowi w moim wykonaniu. A potem kazano nam
      wracać do hotelu. Policjantom zabrakło pomysłu na rozwiązanie problemu. Co to,
      to nie – protestujemy i żądamy obławy na złoczyńców. Ze zdziwienie zrobiły im
      się duże oczy, ale umówili się z nami na akcję.
      Następnego dnia w kapeluszach i zupełnie innych ciuchach, tak jak kazała
      policja zjawiliśmy się przed komisariatem. Czekało na nas dwóch agentów,
      przebranych, w swoim mniemaniu, za turystów. Jeden w jaskrawożółtej bluzie z
      gigantycznym kaczorem Donaldem na piersi, drugi z czerwonym szalikiem
      fantazyjnie przerzuconym przez ramię. Będzie wesoło z tymi przebierańcami -
      pomyślałam. I nie pomyliłam się.
      Przez ponad trzy godziny wędrowaliśmy pod górę. Początkowo szliśmy razem, potem
      agenci zwolnili, zostając około 500 m za nami. Mieliśmy być wabikiem dla
      potencjalnych rabusiów, a oni w odpowiednim momencie wkroczyliby do akcji.
      Droga wiodła przez park eukaliptusowy zaśmiecony i śmierdzący. Pamiętając o
      wczorajszej przygodzie, nie czuliśmy się tu dobrze i staraliśmy się nie
      spuszczać z oczu naszych opiekunów. A oni, jak na złość, szli coraz wolniej.
      Wkrótce przestaliśmy ich widzieć. Zatrzymaliśmy się na wzniesieniu nerwowo
      rozglądając wokół. Z ruin jakiegoś budynku wychylał się wychudzony mężczyzna.
      Raz po raz gwizdał przeciągle, jakby zwołując niewidzialnych towarzyszy na
      wspólny napad na parę naiwniaków. Spod drzewa przypatrywał się nam czarny od
      brudu jegomość o wyglądzie zabijaki.
      Fajnie – powiedziałam kumplowi– staliśmy się wabikiem skorumpowanych
      policjantów, którzy pewnie wystawili nas na wabia swojej bandzie. Jakby w
      odpowiedzi na moje myśli usłyszeliśmy strzały. Po chwili za drzew wyskoczyli
      nasi agenci goniący chudego wyrostka. Pościg iście filmowy- nad eukaliptusami
      unosiła się mgiełka prochu. Na przebranych agentów napadł drobny rabuś, którego
      skusił kolorowy plecak. Młodzieńcy bronili honoru boliwijskiej policji, szkoda,
      ze nie nas. W ramach rekompensaty za cierpliwość zabrali nas na czterogodzinne
      przeszukiwanie okolicznych krzaków. Mieliśmy nadzieję odnaleźć nasze filmy. Po
      co złodziejom zużyte klisze? Najwyraźniej wymyślili dla nich jakieś
      zastosowanie.
      Udaliśmy się również na pobliski cmentarzyk, gdzie wszelkie lumpy z La Paz
      obchodziły właśnie codzienne święto alkoholowe. Miejsce mało przyjemne.
      Bezdomne psy poukładały się na nagrobkach, a paru otumanionych winem osobników
      podrygiwało w rytmie muzyki słyszanej tylko przez nich. Żaden nie przypominał
      naszych oprawców.
      Zmęczeni akcją pożegnaliśmy dzielnych policjantów i ruszyliśmy na spotkanie
      kolejnej przygodzie. Boliwia zaskoczyła nas pod tym względem swoją hojnością,
      każdego dnia dostarczając nam solidnej porcji adrenaliny. A może po prostu
      swoim brakiem doświadczenia, nadmierną ciekawością i naiwnością kusiliśmy los?
    • redakcja Ogłoszenie wyników cz.I 17.08.05, 10:32
      Dziękujemy wszystkim za udział w konkursie. Włos nam się w redakcji jeżył na głowie, kiedy czytaliśmy Wasze historie. Bardzo trudno było wskazać zwycięzców spośród autorów tylu świetnych opowieści, ale dokonaliśmy tego trudnego wyboru.
      Nagrodę główną - wycieczkę ufundowaną przez wydawnictwo Bezdroża - otrzymuje: ipro
      Vouchery Sky Europe - aneczka, rzok-piotr oraz locatalina.
      Informacje o przekazaniu nagród prześlemy mailem.
      (wkrótce ogłosimy listę 20 osób, które wygrały wspaniałe przewodniki Wydawnictwa Bezdroża)
      • redakcja Ogłoszenie wyników cz.II 17.08.05, 13:45
        Przewodniki Wydawnictwa Bezdroża otrzymują:
        1. martine.wu
        2. kleopatrra
        3. masteremperor
        4. minnie
        5. widan5
        6. mb_rszy
        7. justina73
        8. bruxx
        9. drevnikot
        10. azegarska
        11. wertus6
        12. bestia 27
        13. liis
        14. gosiek_s
        15. ayra
        16. maginiak
        17. indochiny
        18. natalooneczka
        19. tears_of_sun
        20. piro555

        Gratulujemy wygranej.

        Nagrody wyślemy pocztą na początku września. Prosimy o cierpliwość.
        • bestia27 Re: Ogłoszenie wyników cz.II 17.08.05, 19:16
          Szanowna Redakcjo! Ogłosiliście wyniki konkursu a ja znalazłam się w gronie
          szczęśliwców, którzy mają otrzymać przewodnik. Niestety podpisałam swoją pracę
          bestia 27, ale prawdopodobnie nie znają Państwo mojego e-maila.Po prostu
          zapomniałam się zalogować. Oto mój login; bestia27@gazeta.pl. Mam nadzieję, że
          mimo to nagroda do mnie dotrze:) Pozdrawiam Redakcję. bestia27
    • agnes3131 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''-LWÓW 17.08.05, 16:58
      Chciałam podzielić się doświadczeniami z podróży do miejca dość blisko
      położonego od Polski, a jednak jak odmiennego. Będąc z mężem w Bieszczadach
      postanowiliśmy odwiedzić Lwów. Pomimo ostrzeżeń właścicieli pensjonatu, którzy
      szczególnie uprzedzali nas przed kradzieżami samochodów, uwielbiając podróże
      postanowiliśmy tam pojechać. Już na granicy czekała nas pierwsza niemiła
      niespodzianka- ogromny korek w upalnym dniu. Okazało się, że bardzo dużo
      kierowców jeździ tam po bardzo tanie paliwo. Wachaliśmy się, czy nie zawrócić,
      ale ciekawość nowego miejsca nie pozalała nam na to. Wreszcie wjechaliśmy,
      jedziemy dalej, zatrzymując sie na przejeździe kolejowym, zostaliśmy otoczeni
      przez biedne dzieci, które chciały pieniążki i robiły na ulicy różne fikołki,
      gwiazdy, by zachęcić do "dawania". Dojechaliśmy do zatłoczonego i zakorkowanego
      Lwowa. Na jednym ze skrzyżowań napotkaliśmy policjanta i biorąc pod uwagę
      wcześniejsze ostrzeżania pytamy go, gdzie jest jakiś strzeżony parking, gdzie
      auto będzie bezpieczne. Na co on odpowiedział, że takiego nie ma i nie radzi
      nam zostawiać auta bez opieki. Mieliśmy jednak szczęście i w bocznej ulicy
      znaleźliśmy dwa polskie autobusy, czekające na turystów. Kierowcy zgodzili się
      spojrzeć na nasz samochód, ale mieliśmy bardzo mało czasu, gdyż mieli wkrótce
      odjeżdżać. W bardzo ekspresowym tempie zwiedziliśmy więc okolicę i w pośpiechu
      wróciliśmy. Pomimo małej ilości zwiedzonych zabytków i szybkiego tępa jaki nam
      towarzyszył wracaliśmy dość zadowoleni, że nasze auto było bezpieczne i nic
      przykrego się nie wydarzyło. A tu nagle zaczeło coś walić nam w blachy
      samochodu i zaczął padać olbrzymi grad! Kulki wielkości piłek do tenisa
      uderzały w naszą karoserię i szyby. Było to przerażające, gdyż nie było gdzie
      się przed nimi schować. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie bałam- potłukły nam
      się szyby, a zwłaszcza przednia! Trwało to chwilę i jak dojechaliśmy do granicy
      nikt nie chciał wierzyć, w to co się stało, bo kilka kilometrów dalej nie
      padało! Znów korek, za łapówkę można szybko przekroczyć granicę, ale mąż
      wykorzystał potłuczoną szybę w prośbach z celnikami i przepuszczono nas
      szybciej. Z taką szybą i poobijanym autem musieliśmy wracać na mazowsze. Tak
      zakończyła się nasza pierwsza i raczej ostatnia wycieczka na wschód. Chyba
      więcej nie odważę się pojechać w tamte okolice! Okazuje się, że nie wszystkie
      okoliczności da się przewidzieć i przed nimi zabezpieczyć!
Pełna wersja