mala_mi_25 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 08.08.05, 18:46 Wymarzony i długo oczekiwany urlop spędziłam na południu Majorki w miejscowości Paguera. Wyjazd ten zapisał mi się w pamięci nie tylko za sprawą pięknych, rajskich krajobrazów, lecz również przygody, którą do dziś wspominam z mieszanymi uczuciami. Codziennie popołudniami "urywałam się" na spacery, by poznać urocze zakątki wyspy. Podczas jednego z takich spacerów wielkie zainteresowanie moją osobą okazało dwóch młodych Murzynów. Początkowo zaczęli mi się przyglądać, nieśmiało uśmiechać. Jakby tego było mało, zaczęli chodzić za mną jak mój cień "do kwadratu". Wchodzili za mną do sklepów, odwiedzili ze mną jubilera, lecz powstrzymali się, gdy weszłam do sklepu z kobiecą bielizną. Wychodząc ze sklepu zauważyłam, że panowie czekają na mnie na ławeczce. Pomyślałam sobie, że być może mężczyzna mojego życia wynajął sobie dwóch "facetów w czerni". Później przyszło mi na myśl, że być może są to groźni przestępcy i poczułam - pomimo upału - ciarki na moim ciele, a serduszko zaczęło wyjątkowo mocno bić - i to nie z miłości, chociaż Murzynów darzę sympatią. W tym momencie, gdy obleciał mnie strach, dwaj panowie postanowili przemówić. Ich język angielski był wyjątkowo ubogi, lecz - w przeciwieństwie do mnie - wyśmienicie znali hiszpański. Powtarzali ciągle "mañana", pokazując przy tym na zegarek oraz wypowiadali słowa, których tak naprawdę nie zapamiętałam. Myślałam, że podoba się im mój zegarek, który, muszę przyznać, jest bardzo wyjątkowy i oryginalny. Pomyślałam, że może to amatorzy zegarków... Jedynym słówkiem, które potrafili powiedzieć po angielsku było "sea", co po polsku znaczy "morze". Zaczęli robić się natrętni, więc dla świętego spokoju powiedziałam im OK, chociaż wcale nie wiedziałam na co się zgadzam. O dziwo, oni zrozumieli, a ja zwiałam. Po przyjściu do hotelu, zapytałam syna właścicieli, z którym się zaprzyjaźniłam, co znaczy słowo "mañana" i to, co oni mówili do mnie i pokazywali. Okazało się, że słowo, którego nie zrozumiałam, oznacza "jutro". Razem doszliśmy do wniosku, że właśnie umówiłam się z Murzynami na jutro na plaży. Byłam wielce przerażona tym, czego dokonałam. Następnego dnia nie wychodziłam już nigdzie, gdyż oni ciągle się kręcili - najprawdopodobniej w poszukiwaniu mojej osóbki. Od "randki w ciemno" wybawił mnie wyjazd następnego dnia do kraju. Pomimo niebywale pięknego miejsca i nad wyraz udanego pobytu, odetchnęłam z wielką ulgą, wchodząc na pokład samolotu. A później był tylko ryk silników... i mój, że muszę z tego raju już odlecieć. A teraz zmieniam wygląd, uczę się hiszpańskiego i planuję kolejne wakacje na Majorce. Odpowiedz Link Zgłoś
aga07 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 09.08.05, 15:16 Moje wakacje z dreszczykiem odbyły sie trzy lata temu w Chorwacji z chłopakiem i parą znajomych.Dreszczyków było kilka-przyjemne i przerażające.Zaczne od tych przyjemnych.Już sam wyjazd do Chorwacji,jako pierwszy zagraniczny wyjazd był podniecający.Sama podróż samochodem przez tyle godzin męcząca,ale obfitująca w różne przygody.Lekko"rozczarowani" byliśmy przekraczaniem granic.Myśleliśmy,że będziemy sprawdzani,przeszukiwani itd.a nawet nikt nie wziął naszych paszportów do ręki(tylko na polskiej granicy)tylko dawali znaki żeby dalej jechać:).Pierwsza przygoda była w Austrii,gdy lekko się pogubiliśmy.Łamaną angielszczyzna dogadaliśmy sie z miejscowym,który wsiadł na skuterek i nas "eskortował"do właściwej drogi.Później podróż przebiegała bez zastrzeżeń,już w Chorwacji piękne widoki itd.Kto był wie co mam na myśli:).Przebywaliśmy w Primosten,co krok to Polak.Kolejnym przyjemnym dreszczykiem był rejs statkiem do wodospadów na rzece Krka.Sam statek wyglądał na przedwojenny,ale było super.A teraz przejdźmy do tego nieprzyjemnego dreszczyka.Pewnego pięknego dnia(jak każdy w Chorwacji)wybarliśmy sie na plażę,niestety kamienistą.My-dziewczyny opalałyśmy się,a nasi macho poszli popływać na materacu.W pewnym momencie materac zaczął uciekać.Chłopcy go gonili,ale się rozdzielili i się nie widzieli.Mój luby lekko się zmęczył i dopłynął do najbliższej wyspy,tam czekała go nagroda bo wszyscy opalali się tam nago.Kolega,który popłynął za materacem zaginął.NIe było widać,ani jego,ani materaca.Mój chłopak zdążył wrócić z tej wyspy,a kolegi nadal nie było.Już zaczęliśmy panikować,szukać go,wypytywać ludzi.Po godzinie ze łzami w oczach zaczęliśmy myślec o najgorszym.Co teraz zrobimy jak to powiemy jego rodzicom.Po paru minutach patrzymy,a on idzie prawie na czworakach z materacem pod pachą.Po paru uściskach z ukochaną opowiedział swoją przygodę.Okazało się,że podczas pogoni za materacem zniosło go "trochę" do innej miejscowości.Tam wyczerpanego wyłowili jacyś Czescy turyści i dowieźli do brzegu,tylko że w sąsiedniej miejscowości.Stamtąd szedł na piechotę prawie pół godziny.Cała przygoda dobrze się zakończyła,ale strachu sie najedliśmy jak nigdy.Wakacje w Chorwacji były udane,na pewno jeszcze tam wr ocimy.Pozdrawiam wszystkich Podróżników:) Odpowiedz Link Zgłoś
piro555 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 10.08.05, 16:34 Studencka (czyt. ograniczony budżet) wyprawa do Chorwacji. Podróż (z Gdańska do Dubrownika) miała trwać około 40 godz, niestety jeden z wielu naszych środków lokomocji –staaara Setra, rozsypał się w Budapeszcie, czekaliśmy wiec kilkanaście godzin na parkingu na zastępczy, przez co spóźniliśmy się na kolejny autobus w Sibeniku, tym razem czekaliśmy tylko 9,5 godziny Po 63 godzinach podróży wreszcie byliśmy na miejscu tzn. na kempingu po Dubrownikiem. Pomyśleliśmy, że zanim odeśpimy i zregenerujemy siły po długiej podróży należy jeszcze zrobić parę rzeczy… Wstawiliśmy piwa do lodówki, rozłożyliśmy namiot, wyjeliśmy piwa, wypiliśmy kilka, pomyśleliśmy, ze fajnie byłoby popływać na pontonie (najnowszy zakup-jeszcze nie testowany), nadmuchaliśmy go, wypiliśmy resztę piw. Kemping był na szczycie góry, plaża na daaaaaalekim dole. Kolejne pół godziny zajęło więc nam znoszenie pontonu. Kiedy wreszcie usiedliśmy w naszej full wypas łodzi (Praktiker promocja 149 zł, korzystać tylko pod opieką dorosłych, nie wypływać głębiej niż 0,7 metra) poczuliśmy (no może Ja poczułam, mój chłopak nieco bardziej sceptycznie podszedł do sprawy) wolność!!! Szczególnie, że mimo plastikowych wioseł poruszaliśmy się bardzo szybko. Oczami wyobraźni widziałam już, jak za parę dni (jak odpoczniemy całkowicie po podróży) popłyniemy naszym pontonem do Czarnogóry. Przed nami znajdowało się około 8 wysp, najbliższa w odległości około km od brzegu, najdalsza około 5 km. Wybrałam oczywiście tę najdalszą;) Otworzyłam kolejne piwko, a moje słoneczko dzielnie wiosłowało. Było super!!! Po jakimś czasie mój chłopak powiedział „może sprawdźmy, czy możemy wrócić…”, pytanie wydało mi się absurdalne, bo dlaczegoż mielibyśmy nie móc! Zabrałam więc mu wiosła i z uśmiechem na twarzy zaczęłam wiosłować w stronę brzegu. Zamiast posuwać się ku niemu coraz bardziej nas oddalało . Krzysiek wyrwał mi jedno wiosło, teraz machaliśmy oboje, nadal poruszaliśmy się w stronę otwartego morza. Dopiero w tej chwili uświadomiłam sobie, że nie jest dobrze!! Błyskawicznie wytrzeźwiałam, myślałam że nie wrócimy, plaża była za daleko, by ktokolwiek usłyszał nasze wołanie, Zresztą chyba i tak byśmy nie wołali (byłoby nam wstyd, że na gumowym pontonie, który nie miał silnika i jest dla dzieci, wypłynęliśmy tak daleko). Krzysiek zaczął już krzyczeć, by wyskakiwać z pontonu i próbować płynąć wpław, ale panicznie się bałam i nie chciałam ruszyć się z pontonu. Zaczął zrywać się coraz większy wiatr, fale rosły w oczach. To była prawdziwa walka! Nie wiem skąd wzieliśmy tyle siły (szczególnie, że od paru dni w sumie nie spaliśmy i wypiliśmy „parę” piw), ale powoli zaczęliśmy wygrywać z prądem morskim i zbliżać w stronę brzegu. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że jestem na tyle silna, by przez 45 min (bo tyle około trwało zanim wydostaliśmy się z prądu) wiosłować tak mocno i tak szybko. Gdy w końcu znaleźliśmy się na brzegu, nie chciałam nawet patrzeć na ten cholerny ponton. Leżeliśmy na plaży, byliśmy wyczerpani. Na morzu robił się sztorm… Wnieśliśmy ponton na górę, w namiocie czekały na nas komórki. Dostałam smsa „ Właśnie mówili w wiadomościach, by nie wypływać na mniejszych łodziach, bo na morzu adriatyckim pojawiły się rekiny białe –ludojady, całuję, Mama” Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Max Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: 193.108.78.* 11.08.05, 10:33 Proponuję kupić wycieczkę w Ecco Holiday - emocje gwarantowane, tyle, że prawdopodobieństwo negawtywnych emocji związanych z nieprawidłościami w czasie wycieczki jest znacznie większe niż tych, które wywołuje przygoda. Jak już pisałem w innym topicu: poziom adrenaliny, jaka sie wydziela przy podróżowaniu z Ecco Holiday odpowiada zabawie w rosyjską ruletkę tyle, że naboi jest 5 na 6 komór rewolweru.... Odpowiedz Link Zgłoś
gosiek_s Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 11.08.05, 23:58 Człowiek boi sie trzech głównych kategorii zjawisk. Samego siebie tego , że nie da rady , że nie podoła , swoich uczuć nad którymi nie sposób zapanować ; innego człowieka ( na początku każdy był potencjalnym mordercą , złodziejem , narkomanem na głodzie , porywaczem , terrorystą itd) i szalonej, nieokiełznanej przyrody. Smak strachu w każdej z tych dziedzin można poznać praktycznie wszędzie , ja poznałam w Wenezueli. I mimo , że wyjazd ten okupiony został gigantycznym stresem , jest moją perełka , która podziwiam codziennie zanim zasnę szcześliwa , że leżę w moim , polskim łóżeczku.Teraz te dreszcze, które biegały mi po plecach tam i z powrotem , robiąc z moją fizjologią wszystko na co im przyszło na myśl , są cudownym wspomnieniem . Każde jedno wydarzenie , które pociągało za sobą kolejne niesamowite przyprawiało mnie o nieprzespane noce, każda godzina która mijała uczyła mnie szacunku do życia. Pierwszy szok przeżyłam jakieś 10 minut po wylądowaniu samolotu w Caracas. Wszyscy się za nami oglądali ( nami bo było nas dzięki Bogu dwie). Nie jestem jakąś boginią sexu więc ciężko mi było na początku zrozumieć dlaczego. Po prostu byłyśmy białe. Prześladowało nas to do samego końca. Wystarczyło , że stawałyśmy na minutę , a każdy chciał nam pomagać (za odpowiednią opłatą, pierwszy pan zamarzył sobie 5 $ za wskazanie lotniska krajowego, zamarzył bo szybko się nauczyłyśmy mówić nie) zamieniać dolary badź prowadzić gdziekolwiek byśmy chciały. Ale ponieważ obie nie znałyśmy hiszpańskiego a w Wenezueli mało kto mówi po angielsku opędzanie się nie było takie trudne ;)). Po godzinie byłyśmy w Barquisimeto i to co wydawało mi się szokiem w Caracas było niczym w porównaniu z tym co zobaczyłam w tym mieście. Slumsy , slumsy, slumsy. I nasz przecudny apartament po środku nich , instrukcja od Szwajcara : jedna ulica w lewo , jedna do tyłu, jedna do przodu i 20 w prawo. Reszta jest niebezpieczna. Taksówki??? Na taksówke nadawało się wszystko co jeździło, nie ważne ile miało lat,dziur w podłodze ani ilu brakowało szyb.W sumie ściemniam: bardzo często nie brakowało żadnej gdyż kochani mają tendencje do zaklejania wszystkiego czarną folią łącznie z przednią szybką. Fani tuningu byli by zachwyceni. Wszystkie chwyty dozwolone, łącznie z alkoholem za kierownicą , prędkością , ilością osób w samochodzie --> moim przebojem było wsiadanie do bagażnika--> w Polsce hard corem jest jedna osoba , dwie , u nich kilka to standart. Przejście przez ulicę - wolna amerykanka. Przez miesiąc czasu nie zdarzyło sie , żeby choć jeden samochód nie mówię przepuścił i zatrzymał się, bo tak dużo nie można wymagać ale żeby chociaż zwolnił??? Pierwszą rzeczą jakiej się nauczyłam w tym mieście był fakt , że tylko krowa nie zmienia poglądów. Na początku instruowałyśmy się z moją kochaną przyjaciółką , że nie wolno spożywać to tego to tamtego... ale Wenezuela jest prawdziwym rajem dla podniebienia i naprawde nie sposób się oprzeć przepysznym posiłkom przygotowanych przez niedomytych, wyglądających jak na koksie Wenezuelczyków . Np kokos. Aby dostać się do kokosa pan którego spodnie w życiu nie słyszały o pralce wyciąga wielki nóż ( nie jestem pewna czy na pewno na kokosa czy być może na mnie) , wyciera go o swoje cudne portki robi dziurke i podaje mi go. Mniam mniam. Albo taka cachapa. Robią ją stojąc wszędzie. Powiedzmy, że przy jezdni. Rozstawiają swoje klamoty od po prostu tam gdzie chcą. Tyle tego , że bez przerwy leci coś na ziemię , a to przykrywka a to widelec do mieszania ( tu przyjaciółka poucza zamknij oczy, lepiej nie widzieć) a wody na chodnikach jak powrzechnie wiadomo nikt nie montuje . Mniam mniam. Kolejną rzeczą bijąca po oczach jest fantastyczna broń. Znawcom nie mogę podać nazwy modelu , ale jest to największe coś co widziałam kiedykolwiek w życiu.Jest wszędzie, na ulicach , w sklepach, autobusach i szpitalach . Na początku bardzo się bałam, bo nie zwykłam obcować z takimi cudami, ale po jakimś czasie tak mi wszystko zoobojętniało , że podczas jednej z rutynowych kontroli ( to też było cool --> dystans 800 km kontroli policyjnych 6) szturchana przez pana policjanta w ogole nie dałam rady się rozbudzić. W końcu podniosłam łeb wściekła jak szerszeń(!) obudzona koło 5 nad ranem by usłyszeć wypowiedziane ze stoickim spokojem ;" moja droga panowie chcą paszport a Ty im tyłek pokazujesz". Bardzo śmieszne. Pragnę Ci przypomnieć moja kochana przyjaciółko gdybyś to czytała , jak podczas jednej z kontroli ( odbywają się tam takie w zwykłych międzymiastowych autobusach i nie jest to cos nadzwyczajnego) pan wygrzebał wszystkie moje a później Twoje rzeczy z toreb podróżnych i z arcypoważną miną oglądał przez bite 5 minut tampon z każdej strony jakbyśmy w nim ukryły pułk wojska , kilogram kokainy oraz trzy kałasznikowy. I szok w szpitalach. Ponieważ Wenezuelę odwiedziłam jako studentka wymiany , odbywałam tam praktyki na oddziale chirurgii. Przez cztery lata studiowania w Polsce nie widziałam ani jednego postrzału. A tu na dzień dobry sześciu pacjentów po postrzale. Ale były też i przepiękne chwile. Nigdy nie chciałam być turystką ( zdecydowanie bardziej wolę określenie podróżniczka) , więc wybierałyśmy miejsca mniej znane a co za tym idzie tańsze , jednym z nich była Sanare. Wysiadłyśmy z autobusu , i troche dla ochłody , troche z ciekawości weszłyśmy do małego kościółka . Jak bardzo się zdziwiłam , gdy zobaczyłam zdjęcie papieża-Polaka obok Benedykta XVI. Byłyśmy szczęśliwe , że nie jeden widnieje na ścianie lecz dwóch. I juz miałyśmy wychodzić gdy z głośników popłynęła BARKA... Nigdy w życiu nie czułam takiego wzruszenia. 10000km od domu w małym kościółku w Andach mój papież. To było niesamowite, wyleciałyśmy z kościoła i stałyśmy ściskając sie jak dwie kretynki , spłakane i szczęśliwe. Lepszego znaku nie mogłyśmy dostać. Wiedziałyśmy , że przed nami najlepsze i że jesteśmy pod dobrą opieką. Najlepsze czyli Roraima .Cudna góra , zaginiony świat albo przekleństwo dla kogoś kto ma lęk wysokości , jedną parę butów i kompletny brak kondycji.Nie chodzę po górach nawet w Polsce a o wspinaniu się wiedziałam tyle , że go nie lubię. Ale do odważnych świat należy?! Jedna para adidasów , spodnie na zmiane, 70 km na piechotkę z czego większość po stromych i bardzo stromych zboczach ze wspinaniem się włącznie? Proszę bardzo. Trzy dni marszu przez sawanne, dwa przez dżungle i jeden na szczycie?? Pasuje. Brzmiało egzotycznie, gorzej było z wykonaniem. Pierwszy ból przeżyłam , gdy przewodnik wyprawy , przesympatyczny Indianin instruował mnie jak suszy się ubrania na Roraimie. Czy ktoś mieszkał kiedykolwiek w chmurze?? Jest taka wilgotność , że nie ważne czy pada czy nie wszystko jest cały czas mokre. Mokre buty , skarpetki, spodnie , kurtka, koszmarnie zimno jakieś 6-7 stopni , nic nie widać , a krawędź jest tuż tuż.W dół zaś ponad 2800 m. Bomba. Suszenie ubrań polegało na tym , że trzeba je było mokre i zimne zakładać na siebie i chodzić , chodzić , chodzić. Ciepło ciała jest fantastyczną suszarką. To działało. Nawet na kilka chwil przestawało być lodowato. Tak... było dobrze. Do momentu kiedy trzeba było schodzić w dół. Na początku schodzi się po bardzo stromej ścianie usypanej z małych kamyków. Szłam z przewodnikiem , który obiecywał znać każdy kamień ,podawać mi rękę ilekroć tego potrzebuję i wszystko co zechcę ,byle bym tylko zeszła. Szedł przede mną. Nogi miałam jak z waty, zmuszenie ich do ruchu graniczyło z cudem. W końcu ruszyłam się z miejsca , miałam iść po jego śladach.... okazało się to niemożliwe , bo kamyczek uciekł mu spod buta , za nim kilka kolejnych i znalazł się kilka metrów niżej .Boże, spojrzałam w dół. To nie był dobry pomysł , oj nie. Śliskie adidasy na miękkiej podeszwie , mokre a ja mam schodzić po ścianie w dół??? Zagadał mnie , zeszłam. Kolejny krok , przejśc Odpowiedz Link Zgłoś
vibber Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 14.08.05, 01:28 Pólwysep Peljesac,Orebic,Viganij,wyspa Korcula to zakątki Chorwacji do których zawsze wracam z wielką przyjemnością.Lato 1999 roku zapamiętam jednak szczególnie.Razem z kuzynem wpadliśmy na pomysł opłynięcia malowniczych wysepek rozrzuconych na morzu między Orebicem a Korculą.A więc do dzieła! Wytarty napis nad starą szopą głosił:Rent a Boat Here,co, zważywszy również na lekko wymiętego właściciela rzeczonego przybytku nie nastrajało nas zbyt optymistycznie co do samej łodzi.I rzeczywiście.Furory na przystani jachtowej w Saint Tropez raczej byśmy z naszą łódką nie zrobili.Krypa z odłażącymi płatami lakieru i podczepionym starym silnikiem Hondy była w naszym finansowym zasięgu,a ponadto i tak była to jedyna sprawna łódż jaką dysponował Tomislav,czyli właściciel wypożyczalni.Na nasze nieśmiałe pytania,czy aby łódka jest w pełni sprawna bo nie wygląda na szczególnie topowy model,Tomislav rzucił nam spojrzenie typu jakwamsięniepodobatoznajdzciesobielepszą,co oczywiście było nierealne ponieważ Tomislav dokładnie zdawał sobie sprawę,że jest prawdziwym monopolistą w obrębie kilkunastu kilometrów kwadratowych.Jednakże już kilkanaście minut póżniej zapomnieliśmy o wszystkich dręczących nas wątpliwościach,a wspaniały widok,który rozciągał się przed nami, kiedy to pruliśmy ku najbliższej dziewiczej wysepce był fantastyczny.Nagle silnik zajęczał,zaksztusił się i zgasł.I wtedy to na tle tarczy zachodzącego słońca pojawił się...MarcoPolo.Jeden z największych(jeśli nie największy)prom jakim dysponuje żegluga chorwacka.MarcoPolo obrał kurs dokładnie na nas i naszą biedną łajbę.Mimo,że wydawał się stosunkowo daleko,to zbliżał się w piorunującym wręcz tempie.Jedyna myśl, jaka kołatała nam się po głowach to:"uruchomić silnik".Niestety zarówno ja ,jak i mój kuzyn mamy "dwie lewe ręce",a program "Zrób to z Adamem Słodowym" nie należał nigdy do żelaznych punktów naszej telewizyjnej ramówki.Okazało się jednak,że pod sporą ,sunącą na Ciebie nieubłagalnie presją kilkuset ton stali,można wznieść się na wyżyny swego intelektu technicznego.Do dzisiaj nie wiem jak,ale uruchomiliśmy silnik i udało nam się odpłynąć na tyle,że prom minął nas w odległości około 20 metrów,a my bujaliśmy się jeszcze przez kilka chwil na wytwarzanej przez niego fali..Co do Tomislava,to zamiary mieliśmy mordercze,ale szczęśliwy los(w postaci pełnej piwniczki Rakiji)czuwał nad naszym starym wilkiem morskim ,tak więc przyjażń polsko-chorwacka nie doznała najmniejszego uszczerbku. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: bestia 27 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.08.05, 17:29 Pojechałam z kolegą na grzyby. Zaparkowałam samochód u jego cioci na podwórku i poszliśmy do lasu ok. 4 km piechotą. Niestety dzień był deszczowy a my ubrani w kalosze i zółte kurtki przeciwdeszczowe. Las był piękny ale grzybków jakoś nie było widać. Nie oddalaliśy się od siebie, aby się nie zgubić. Nagle Andrzej zaczął drżeć, oparł się o drzewo i powoli osuwał się na ziemię. Nerwowo zaczęłam nim potrząsać aby dowiedzieć się co mu jest, ale on już leżał bez przytomności. Miał kłopoty z sercem. Spanikowałam, sama nie wiedziałam co robić. Pomyśłałam "pięknie, w nieznanym mi lesie, daleko od domu i w dodatku nie bardzo znam drogę"(bo Andrzej był moim przewodnikiem).Wreszcie opanowałam się sprawdziłam, że ma zachowane czynności życiowe(całe szczęście że skończyłam kurs pierwszej pomocy) i dokonałam resuscytacji krążenio-oddechowej, ułożyłam go w pozycji ustalonej i poleciałam szukać pomocy, przypominając sobie, że północ jest tam gdzie drzewa są bardziej porośnięte mchem. Pobiegłam do cioci zostawiając go samego już trochę przytomnego. Kiedy wróciłam po niego z ciocią i dwoma wujkami Andzeja nie było na miejscu gdzie go zostawiłam. Znowu panika co się z nim stało, jak go teraz odnaleźć. Okazało się, że leśniczy znalazł go zanim ja zdążyłam wrócić i zabrał go do szpitala swoim łazikiem. A ja najadłam się strachu. Odpowiedz Link Zgłoś
liis Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.08.05, 02:13 Czy dostanę maila? Zdarzenie, które chcę opisać miało miejsce parę miesięcy temu w chińskim mieście Xi'an, które kiedyś, w czasach swojej świetności, było nie tylko stolicą Cesarstwa, ale i ponoć największym i najbogatszym miastem na świecie. A dzisiaj kto wie gdzie leży Xi'an? No właśnie, też nie wiedziałem, dopóki nie było dane mi tam dojechać. A nie jest to wcale miasteczko jak mogłoby się wydawać (i mnie też tak się wydawało - ot, chińska prowincja), ale wielkie, liczące sobie ponad 7 mln ludzi miasto położone 1000 km w kierunku południowo- zachodnim od Pekinu. W Chinach byłem z biurem podróży czyli bezpiecznie. Wszystko zapewnione: i ciekawy program, i środki transportu, i jedzonko w dobrych restauracjach, i dobre hotele. Nic złego nie mogło się przydarzyć. A jednak... Licho nie śpi. Pewnie i nic by się nie wydarzyło, gdyby nie chęć odkrywania tych PRAWDZIWYCH Chin. Ale po kolei, Cztery pierwsze dni pobytu w Państwie Środka to była sielanka. Zwiedzanie Pekinu, oferty lokalnych kupców sprzedających na kazdym kroku chińskie rolexy po 3 USD, szerokie arterie, tłumy turystów i język angielski, który jest oczywiście przydatny, bo chińskie "krzaczki" nie przypominają nawet pisma obrazkowego. Był i , a jakże, Pekin by night i bezpieczny powrot taksówką do hotelu. To była stolica, miasto przyszłej olimpady. Xi'an, ku mojemu zdziwieniu wyglądał podobnie. Fantastyczne, nowoczene city, Wieża Dzwonów i Pagoda Dzikiej Gęsi, i rolexy chińskie co krok, i największe w Azji, urzekające ogromem i rozmachem tańczące fontanny. Wszystko szło planowo. Wieczorem jednak po kolacji zachciało nam się poznać te prawdziwe Chiny tj. pochodzić po wąskich uliczkach, po małych sklepikach, kramach i kramikach, coś potargować, kupić jakiś chiński słoik na herbatę, samą herbatę wreszcie, bo lubię czarną, mocną a nie zieloną słomkę podawaną do obiadu i kolacji (do dziś twierdzę, że parzenia herbaty, to powinni się uczyć ode mnie i na nic ich tysiącletnia tradycja). Żona coś mi mówi o buciczkach, szmatkach i szmateczkach i jakichś pamiątkach, które byłyby oryginalnym wytworem chińskiego rzemiosła a nie ich cepeliadą, którą można nabyć wszędzie i w Europie też. Mnie jeszce kusi, pomimo przestróg pilota, żeby zakosztować chińskich specjałów tych przyrządzanych na ulicy czy w małych śmierdzących bistrach (no, bistro to tutaj wielkie słowo). Doszedłem bowiem do wniosku, że skoro oni to jedzą i żyją to i ja też jakoś przeżyję. Najwyższej pokoksuję się parę dni i przejdzie, bo wegiel jako przezorni turyści mieliśmy ze sobą. Jest zmierzch i ruszamy w miasto. Pilot zapewnia, że jest absolutnie bezpiecznie a jak zbłądzimy to najlepiej wziąć taksówkę. Te prawdziwe Chiny zaczynają się już dwie przecznice od hotelu. Wygladają zupełnie inaczej niż przetronne city. Uliczki są wąskie, słabo oświetlone, sklepiki małe, ale przeróżny i tani w nich asortyment, ludzie jakby inni nieco niz w city; na pewno biedniejsi, skromnie i, w naszych oczach, jednakowo ubrani, ale życzliwi bardzo, bo uśmiechają się do nas przyjaźnie, zapraszają do sklepów, zachęcają do kupna, z uśmiechem rzucają na ladę całe sterty bluzek i innych fatałaszków, które jak zaczynamy wychodzić tanieją w kosmicznym tempie. Jest fajnie. jeden sklepik, drugi, jedna uliczka, następna i moment refleksji, że tu już chyba byliśmy, że z tym gościem już się chyba targowaliśmy, a może nie? Nic to. Kurcze oni dla jednak nas są wszyscy jednakowi i ulice też. Ale paniki jeszcze nie ma. Wydaje się, że wystarczy ruszyć w tamtym kierunku i wyjdziemy na główną ulicę a tam już nasz hotel. W myślach zaczynam jednak kombinować czy aby na pewno tam? Już raz mi się przecież coś takiego przytrafić zdało, kiedy w swoich rodzinnych stronach pobłądziłem w drodze na Leskowiec, gdzie zbłądzić nie może nawet cepr, choćby się bardzo bidula starał. No, ale wtedy zgubiła mnie zbytnia pewność siebie i jakaś zaćma umysłu, która raz w życiu każdemu się przytrafia. Dla upewnienia się jednak, że wszystko jest pod kontrolą, pytam jakiegoś młodego Chińczyka o Sine Pearl Hotel. Coś mi odpowiada, ale zupełnie nie wiem co. Cóż, mieliśmy pecha, bo Chińczyk nie zna angielskiego a następnego pytać nie będę, bo drogę przecież znam. Ile my w końcu raptem chodzimy? Jakąś godzinkę z czego połowę spędziliśmy albo w sklepie albo przy wystawie, czyli hotel jest szybkim krokiem jakieś góra 15 min. Jakże się jednak myliliśmy! Zakupy zostały dokonane, jesteśmy obładowani jakąś zimowym płaszczem (żona mówi że tani i ładny), jakimiś dwoma parami butów, słoikami na herbatę,bo znajomych też obdzielić trzeba no i oczywiście, a jakże, chińską wódką, bo to z kazdej wyprawy przywieźć trzeba. Pragmatyczny umysł mojej połowicy oznajmia, że wracać trzeba. Pozostaje jeszcze tylko przekąska w tym ich niby bistrze, na którą się mocno uparłem, tak z ciekawości jak i z powodów praktycznych, gdyż pomyślałem sobie, że tam też i przy talerzu najłatwiej będzie się upewnić czy kierunek powrotu właśwy będzie, bo co do tego pewności jednak nie miałem. Jedzenie zamówiłem oczywiście na migi, bo "restaurator" nie znał żadnego cywilizowanego języka poza chińskim. Z nad talerza czy raczej miski wymieniam nazwę naszego hotelu i pokazuję kierunek - a tu ściana. On nic nie kuma, tylko uśmiecha się mile i coś tłumaczy. W tym momencie żona mówi mi, że on kuma tylko, że jak nie kumam jego i niestety chyba ma rację. Fakt pozostaje faktem, że tkwimy w martwym punkcie. Z przerażeniem stwierdzam, że będący w barze Chińczycy też chyba kumają o co chodzi tylko ja nie. Horror robi się coraz większy, gdy okazuje ię, że internacjonalne słowo "taxi" jest dla nich obcym słowem, albo jest jak poprzednio - ja dalej nie kumam, bo przecież oni coś mi tłumaczą. Żona słusznie zauważa, że przecież uliczka jest wąska i nie widzieliśmy tu od jakiegoś czasu nic oprócz rowerów i paru zdezelowanych samochodów. które jednak taksówkami nie były. Horror zaczyna narastać i osiągać punkt kulminacyjny jak u Hitchkoka. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i zefiniować sytuację. Zgubiliśmy się wśród tłumu ludzi gdzieś w środku Azji. Piekną definicja przez wskazanie alienacji, nieprawdaż? No cóz,nawet jak przywita nas w tej dzielnicy dzień, to sytuacja zbyt wiele się nie zmieni. Apetyt mi przeszedł, choć tak naprawdę to i go zbytniuo nie miałem, bo nie wiedziałem co jadłem. Początkowo myślałem, że to było mięso (ryzykowałem, że mógłby to być nawet pies) ale okazało się, że to jakieś warzywa oblane obficie sosem z zawartością soi. Chcę to już zostawić ale widzę, że restaurator robi taką minę, jak kucharz pod każdą szerokością geograficzną, jak widzi, że strawa gościowi nie smakuję. Męczę więc dalej i kombinuję jak wyplątać się z tego labiryntu. Wychodzimy na ulicę. Pytam niemal każdą osobę poniżej 30 lat (tak mi się przynajmniej zdaje, bo i wiek ich trudno nieraz określić) wymieniając nazwę hotelu. Błaganie w oczach zastępuje pytajnik. Zero reakcji. Życzliwe uśmiechy, jakieś słowa-sylaby i nic. Kurcze nasza wymowa jest inna, a i hotel ma przecież też i chińską nazwę. Postanawiam uciec się do starego sposobu turystów, czyli zrobić z siebie idiotę i posługiwać się językiem migowym ze wspomaganiem onomatopeicznym. Raz już udało mi się to wszak w Grecji, gdzie jak ustalilismy z kelnerem, że nie znamy żadnego wspólnego języka, a ciekaw byłem czy jem szaszłyk z barana, zapytałem wskazując na trawę "bbeee" ? na co kelner odpowiedział mi pięknym przeczącym ruchem głowy i jeszcze piękniejszym przeciągłym: "muuuuuuuuuuu". Postanawiam uciec się do pisma obrazkowego i nieudalnie narysować pociąg, bo przecież przy dworcu są taksówki i bedziemy uratowani. I tu eureka! Jedyny papier jaki mamy to wizytówka hotelu, którą dają własnie po to, żeby nic nie mówić, bo i tak nie zostaniemy zrozumiani tylko wręczyć taksówkarzowi. Że też o tym nie pamietaliśmy! Teraz tylko mie Odpowiedz Link Zgłoś
eldom7 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 15.08.05, 11:02 „Wakacje z dreszczykiem” - Kochanie, co z nami będzie?- pytałam męża tuląc się w jego ramiona. – Nie wiem – odpowiedział z nadzwyczajną powagą. Fale coraz mocniej biły o brzeg. Szeroka, bałtycka plaża stała się nagle zupełnie wąska, a piękne, błękitne niebo w całości pokryły burzowe chmury. Jak wyruszaliśmy w drogę z Pogorzelicy do Mrzeżyna nic nie zapowiadało takiej zmiany aury. Wiedzieliśmy, że na odcinku około 12 km nie ma żadnych zejść z plaży, ale takiego scenariusza nie przewidzieliśmy. Mniej więcej w połowie drogi, w odległości 6 km od Mrzeżyna, celu naszej wyprawy, zostaliśmy uwięzieni na bałtyckiej plaży. Wokół nie było ani jednej żywej duszy. – Co tu robić? Jak przetrwać?- pytałam się w myśli. Oddaliliśmy się od wzburzonego morza, wyłączyliśmy telefony komórkowe, aby nie przyciągały piorunów i zaczęliśmy szukać miejsca, w którym moglibyśmy bezpiecznie przeczekać burzę. Nie było to łatwe. Las na wydmie, mimo iż ochroniłby nas od deszczu, w czasie burzy był bardzo niebezpieczny. Postanowiliśmy zostać na plaży. Huk piorunów był tak silny, że nie pozwalał nam zebrać myśli. Milczeliśmy. Nagle u zbocza wydmy zauważyłam idealne miejsce na nasze schronienie. Było to zagłębienie w piasku, które od strony morza miało usypaną górkę. Przytuleni do siebie, chyba całą wieczność, czekaliśmy końca burzy. Nie mieliśmy już na sobie ani jednej suchej nitki, ale kiedy zza chmur wyjrzał pierwszy promyk słońca wróciła nam nadzieja. Ruszyliśmy w dalszą drogę... Odpowiedz Link Zgłoś
locatalina Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' 16.08.05, 09:30 Dla lubiących dreszcz emocji podróżników Boliwia może okazać się idealnym miejscem. Wrażeń dostarcza zarówno przejażdżka Camino de los Muertos, najniebezpieczniejszą drogą w Ameryce, jaki i spotkanie z tubylcami. Na przygody rodem z dreszczowca nie pomoże nawet amulet kupiony na Targu Czarownic, jeżeli jest się zbyt pewnym siebie, początkującym globtroterem. To była moja pierwsza, samodzielna wyprawa. Pełna wiary w ludzi i w swoje możliwości wraz z czterema innymi niepoprawnymi optymistami, po 14 godzinach jazdy prymitywnym autobusem z Cuzco w Peru wysiadłam w stolicy Boliwii La Paz. Miasto usytuowane jest w ogromnym kanionie, otoczonym ośnieżonymi górskimi szczytami. Pomimo zmęczenia wdrapanie się na górę wydało mi się kuszącą perspektywą. Jeden tylko kumpel podzielił mój entuzjazm. Reszta wolała odespać nocną podróż w hoteliku. Po paru minutach, dźwigając aparaty i kamerę wędrowaliśmy już wąskimi, stromymi ulicami. Im wyżej, tym bardziej kręciło się nam w głowie z powodu choroby wysokogórskiej. La Paz jest najwyżej położona stolica świata (3600 m. n.p.m.) Wraz z wysokością zabudowania stawały się coraz skromniejsze, a fetor z rynsztoków intensywniej drażnił nos. Chude psy wszelkiej maści i wielkości postanowiły zanurzyć zęby w naszych europejskich łydkach. Łaciate świnie bez entuzjazmu ryły w stosach walających się wszędzie śmieci. Niezrażeni scenografią, sapiąc z powodu braku tlenu i upału dotarliśmy na spore wzniesienie nad starym cmentarzem. Z głupawym zachwytem zagapiliśmy się na cuda natury - strzeliste, białe szczyty, skalne przepaści i gigantyczne, czerwono-szare miasto w dole. Nasza przytępiona percepcja nie pozwoliła nam usłyszeć niepokojącego szelestu tuż za nami. Po chwili szelest zmienił się w dwóch niewyrośniętych osobników w czapkach przykrywających pół twarzy. Zaczęło się kulturalnie: - Buenos tardes. De que pais sois? (Z jakiego jesteście kraju?) - De Polonia – odpowiedziałam, w uśmiech wkładając cały swój optymizm i wiarę w ludzi. Szczerbatych tubylców najwyraźniej nie zauroczył. Po chwili poczułam lufę pistoletu przy skroni. - Dinero! - (pieniądze) krzyknęli, wyciągając nóż sprężynowy i machając mi przy policzku. Wyobraźnia podsyłająca obrazy mało twarzowych blizn skłoniła mnie do wyciągnięcia z kieszeni 20 boliwiano. Mój towarzysz zaczął opróżniać portfel. Rozbójnicy wyraźnie wycenili nas na więcej, bo zaczęli mnie obmacywać i szybko natrafili na pasek ze schowkiem, w którym trzymałam pieniądze na dalszą podróż. Jak przystało na istotę naiwną, w myśl zasady, że nieszczęścia przytrafiają się innym nie mnie, niepotrzebnie zabrałam go z hotelu i w dodatku nie schowałam w szlufki spodni. Kręcił się swobodnie wokół moich bioder. Jeden z napastników szarpnął pasek próbując rozpracować zapięcie. Szarpanie pobudziły moją inwencję twórczą. Dobra – myślałam – niech sobie wezmą 20 boliwiano, niech nawet wezmą mój aparat, który już trzymali w łapach, ale forsa na powrót do domu zostaje ze mną! Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Zastosowałam jedyną posiadaną aktualnie broń, czyli własne struny głosowe. Rozdarłam się tak donośnie, że widać mi było migdałki a mój towarzysz niedoli i rozbójnicy popatrzyli na mnie, jak na wariatkę. Takiego efektu nie przewidziałam. Napastnicy podskoczyli i rzucili się do ucieczki. Wiali, aż się kurzyło, niestety razem z naszymi aparatami fotograficznymi i filmami z całej dotychczasowej podróży, które mój kolega nosił w torbie przy swoim canonie. Tej straty żałowaliśmy najbardziej. Po pierwszym szoku, postanowiliśmy zrobić mały donos na tak nieuprzejmych panów. Po godzinie, zbiegając po skałach w tempie godnym podstarzałych gepardów, dotarliśmy na Comisaria de Policia Turistica. W mrocznym wnętrzu o odrapanych ścianach siedziało kilku urzędników różniących się od przestępców jedynie mundurami i złotymi zębami. Niechętnie oderwali się od gry w karty i wysłuchali naszych opowieści. Wysłuchali to za dużo powiedziane, bo przy mojej znajomości hiszpańskiego była to raczej pantomima niż monolog. Szczerbaty policjant jednym palcem wstukał moje denuncio na zakurzonej maszynie do pisania. Reszta z rozbawieniem przyglądała się westernowi w moim wykonaniu. A potem kazano nam wracać do hotelu. Policjantom zabrakło pomysłu na rozwiązanie problemu. Co to, to nie – protestujemy i żądamy obławy na złoczyńców. Ze zdziwienie zrobiły im się duże oczy, ale umówili się z nami na akcję. Następnego dnia w kapeluszach i zupełnie innych ciuchach, tak jak kazała policja zjawiliśmy się przed komisariatem. Czekało na nas dwóch agentów, przebranych, w swoim mniemaniu, za turystów. Jeden w jaskrawożółtej bluzie z gigantycznym kaczorem Donaldem na piersi, drugi z czerwonym szalikiem fantazyjnie przerzuconym przez ramię. Będzie wesoło z tymi przebierańcami - pomyślałam. I nie pomyliłam się. Przez ponad trzy godziny wędrowaliśmy pod górę. Początkowo szliśmy razem, potem agenci zwolnili, zostając około 500 m za nami. Mieliśmy być wabikiem dla potencjalnych rabusiów, a oni w odpowiednim momencie wkroczyliby do akcji. Droga wiodła przez park eukaliptusowy zaśmiecony i śmierdzący. Pamiętając o wczorajszej przygodzie, nie czuliśmy się tu dobrze i staraliśmy się nie spuszczać z oczu naszych opiekunów. A oni, jak na złość, szli coraz wolniej. Wkrótce przestaliśmy ich widzieć. Zatrzymaliśmy się na wzniesieniu nerwowo rozglądając wokół. Z ruin jakiegoś budynku wychylał się wychudzony mężczyzna. Raz po raz gwizdał przeciągle, jakby zwołując niewidzialnych towarzyszy na wspólny napad na parę naiwniaków. Spod drzewa przypatrywał się nam czarny od brudu jegomość o wyglądzie zabijaki. Fajnie – powiedziałam kumplowi– staliśmy się wabikiem skorumpowanych policjantów, którzy pewnie wystawili nas na wabia swojej bandzie. Jakby w odpowiedzi na moje myśli usłyszeliśmy strzały. Po chwili za drzew wyskoczyli nasi agenci goniący chudego wyrostka. Pościg iście filmowy- nad eukaliptusami unosiła się mgiełka prochu. Na przebranych agentów napadł drobny rabuś, którego skusił kolorowy plecak. Młodzieńcy bronili honoru boliwijskiej policji, szkoda, ze nie nas. W ramach rekompensaty za cierpliwość zabrali nas na czterogodzinne przeszukiwanie okolicznych krzaków. Mieliśmy nadzieję odnaleźć nasze filmy. Po co złodziejom zużyte klisze? Najwyraźniej wymyślili dla nich jakieś zastosowanie. Udaliśmy się również na pobliski cmentarzyk, gdzie wszelkie lumpy z La Paz obchodziły właśnie codzienne święto alkoholowe. Miejsce mało przyjemne. Bezdomne psy poukładały się na nagrobkach, a paru otumanionych winem osobników podrygiwało w rytmie muzyki słyszanej tylko przez nich. Żaden nie przypominał naszych oprawców. Zmęczeni akcją pożegnaliśmy dzielnych policjantów i ruszyliśmy na spotkanie kolejnej przygodzie. Boliwia zaskoczyła nas pod tym względem swoją hojnością, każdego dnia dostarczając nam solidnej porcji adrenaliny. A może po prostu swoim brakiem doświadczenia, nadmierną ciekawością i naiwnością kusiliśmy los? Odpowiedz Link Zgłoś
redakcja Ogłoszenie wyników cz.I 17.08.05, 10:32 Dziękujemy wszystkim za udział w konkursie. Włos nam się w redakcji jeżył na głowie, kiedy czytaliśmy Wasze historie. Bardzo trudno było wskazać zwycięzców spośród autorów tylu świetnych opowieści, ale dokonaliśmy tego trudnego wyboru. Nagrodę główną - wycieczkę ufundowaną przez wydawnictwo Bezdroża - otrzymuje: ipro Vouchery Sky Europe - aneczka, rzok-piotr oraz locatalina. Informacje o przekazaniu nagród prześlemy mailem. (wkrótce ogłosimy listę 20 osób, które wygrały wspaniałe przewodniki Wydawnictwa Bezdroża) Odpowiedz Link Zgłoś
redakcja Ogłoszenie wyników cz.II 17.08.05, 13:45 Przewodniki Wydawnictwa Bezdroża otrzymują: 1. martine.wu 2. kleopatrra 3. masteremperor 4. minnie 5. widan5 6. mb_rszy 7. justina73 8. bruxx 9. drevnikot 10. azegarska 11. wertus6 12. bestia 27 13. liis 14. gosiek_s 15. ayra 16. maginiak 17. indochiny 18. natalooneczka 19. tears_of_sun 20. piro555 Gratulujemy wygranej. Nagrody wyślemy pocztą na początku września. Prosimy o cierpliwość. Odpowiedz Link Zgłoś
bestia27 Re: Ogłoszenie wyników cz.II 17.08.05, 19:16 Szanowna Redakcjo! Ogłosiliście wyniki konkursu a ja znalazłam się w gronie szczęśliwców, którzy mają otrzymać przewodnik. Niestety podpisałam swoją pracę bestia 27, ale prawdopodobnie nie znają Państwo mojego e-maila.Po prostu zapomniałam się zalogować. Oto mój login; bestia27@gazeta.pl. Mam nadzieję, że mimo to nagroda do mnie dotrze:) Pozdrawiam Redakcję. bestia27 Odpowiedz Link Zgłoś
agnes3131 Re: Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''-LWÓW 17.08.05, 16:58 Chciałam podzielić się doświadczeniami z podróży do miejca dość blisko położonego od Polski, a jednak jak odmiennego. Będąc z mężem w Bieszczadach postanowiliśmy odwiedzić Lwów. Pomimo ostrzeżeń właścicieli pensjonatu, którzy szczególnie uprzedzali nas przed kradzieżami samochodów, uwielbiając podróże postanowiliśmy tam pojechać. Już na granicy czekała nas pierwsza niemiła niespodzianka- ogromny korek w upalnym dniu. Okazało się, że bardzo dużo kierowców jeździ tam po bardzo tanie paliwo. Wachaliśmy się, czy nie zawrócić, ale ciekawość nowego miejsca nie pozalała nam na to. Wreszcie wjechaliśmy, jedziemy dalej, zatrzymując sie na przejeździe kolejowym, zostaliśmy otoczeni przez biedne dzieci, które chciały pieniążki i robiły na ulicy różne fikołki, gwiazdy, by zachęcić do "dawania". Dojechaliśmy do zatłoczonego i zakorkowanego Lwowa. Na jednym ze skrzyżowań napotkaliśmy policjanta i biorąc pod uwagę wcześniejsze ostrzeżania pytamy go, gdzie jest jakiś strzeżony parking, gdzie auto będzie bezpieczne. Na co on odpowiedział, że takiego nie ma i nie radzi nam zostawiać auta bez opieki. Mieliśmy jednak szczęście i w bocznej ulicy znaleźliśmy dwa polskie autobusy, czekające na turystów. Kierowcy zgodzili się spojrzeć na nasz samochód, ale mieliśmy bardzo mało czasu, gdyż mieli wkrótce odjeżdżać. W bardzo ekspresowym tempie zwiedziliśmy więc okolicę i w pośpiechu wróciliśmy. Pomimo małej ilości zwiedzonych zabytków i szybkiego tępa jaki nam towarzyszył wracaliśmy dość zadowoleni, że nasze auto było bezpieczne i nic przykrego się nie wydarzyło. A tu nagle zaczeło coś walić nam w blachy samochodu i zaczął padać olbrzymi grad! Kulki wielkości piłek do tenisa uderzały w naszą karoserię i szyby. Było to przerażające, gdyż nie było gdzie się przed nimi schować. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie bałam- potłukły nam się szyby, a zwłaszcza przednia! Trwało to chwilę i jak dojechaliśmy do granicy nikt nie chciał wierzyć, w to co się stało, bo kilka kilometrów dalej nie padało! Znów korek, za łapówkę można szybko przekroczyć granicę, ale mąż wykorzystał potłuczoną szybę w prośbach z celnikami i przepuszczono nas szybciej. Z taką szybą i poobijanym autem musieliśmy wracać na mazowsze. Tak zakończyła się nasza pierwsza i raczej ostatnia wycieczka na wschód. Chyba więcej nie odważę się pojechać w tamte okolice! Okazuje się, że nie wszystkie okoliczności da się przewidzieć i przed nimi zabezpieczyć! Odpowiedz Link Zgłoś