lahti5
19.11.04, 15:13
Chyba mam już dość. Od początku roku, każdy miesiąc mam monitorowany, 4
inseminacje, tyle nadziei i nic. Tak bardzo się staram, tak bardzo
chciałabym, żeby się udało. Pilnuję góry lekarstw, tyle się modlę, dbam o
siebie i nic. A najgorsza jest ta nadzieje, lekkie pokłówanie w jajniku po
inseminacji, obserwacja ciała , a może to już, a może jednak i...
rozczarowanie. A teraz przygotowuję się do in vitro, bardzo się boję i
jednocześnie wiem że nie wolno się denerwować. A nie mogę wskrzesić w sobie
odrobiny nadziei, że się uda. Po prostu będzie jak zwykle, ten cholerny test
ciążowy i znowu jedna kreska. Po ostatniej inseminacji , gdy test wyszed ł
negatywny wyrzuciłam go do kosza. Ale po powrocie z pracy wygrzebałąm go i
zobaczyłam dwie kreski. Nie mogłam uwierzyc, to jednak na tym teście niekiedy
pojawiają się dwie kreski! Oczywiście doczytałam od razu, że po 15 min test
jest niewazny, ale ja oczywiście nie uwierzyłam i na drugi dzień, gdy okazało
się, że nic z tego nie mogłam pozbierać się z podłogi.
Mój mąż ma problem z plemnikami, muszę starać się przy nim nie załamywać.
Próbowałam powiedzieć najlepszej przyjaciółce, bardzo dużo mnie kosztowało
zanim to wykrztusiłam, a ona powiedziała: "NIE MARTW SIĘ CUDA SIĘ ZDARZAJĄ".
Ojej myślałam, że się rozpłaczę jeszcze nikt mnie tak nie rozczarował.
Najbardziej boję się kolejnego rozczarowania. Nawet niechcący zawsze się w
końcu nakręcę, zawsze jakoś sobie wydumam, że jednak jestem w ciąży że się
udało. A potem o 6 rano test i jeszcze nie powinnam płakać, bo tam czeka mój
mąż, któremu jest jeszcze ciężej niż mi...
Chyba już trochę tego wszystkiego za dużo.
Boję się, że in vitro się nie uda, że się załamię. A w koło same dzieci.