badarka
28.01.05, 14:37
Ci, którzy mają jakikolwiek problem z poczęciem dziecka, atakowani są zewsząd
hasłami pt.: "wyluzujcie się, wtedy na pewno sie uda"...
taaaaa.... My (tzn. ja i mój mąż) należymy do tej części, którą owe _dobre_
rady doprowadzały do szału. Bo dla mnie "wyluzowywanie się" to jak
zaprzestanie szukania pracy - jak się wyluzujesz i przestaniesz szukać - to
praca sama na pewno do Ciebie nie przyjdzie.
Więc wiedziałam lepiej...
Miotałam się, denerwowałam, wściekałam, zazdrościłam wszystkim z brzuchami i
małymi dziećmi. Biegałam z badania na badanie, żyłam od owu do @ i odwrotnie :
(
Aż któregoś dnia, we wrześniu, w drodze do pracy, nie wiem skąd, spłynęła na
mnie pewność - że teraz już na pewno będzie dobrze. Granitowa, niepodważalna
pewność. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła, ani dlaczego akurat ja? Poczułam
nagle, że robię wszystko DOKŁADNIE TAK JAK TRZEBA, więc efekty muszą nadejść
wkrótce.
A sytuacja moja wyglądała wtedy tak, że trwał ostatni planowany cykl
odpoczynkowy po poronieniu...
No i ta pewność trwała we mnie, niczym niezależna istota. Przegnała wszystkie
lęki, niepewności i zazdrości.
Po tygodniu odebrałam wynik chlamydii - pozytywny

Nic to, pomyślałam,
wygramy i z chlamydią. A że starania się odsuną? Trudno, tyle czekam, jeszcze
jeden miesiąc mnie nie zbawi...
I wygrałam z chlamydią, pomógł pierwszy antybiotyk. Zaczęliśmy się starać.
Nie liczyłam na cud w pierwszym cyklu, w końcu oboje byliśmy osłabieni
antybiotykiem, i faktycznie - nie wyszło. Ale nawet to nie było w stanie
załamać mojej wiary. Choć przyznaję, zaczynała już słabnąć powolutku, w końcu
był już listopad...
A więc ciąg dalszy badań i starań.
W następnym cyklu zobaczyłam dwie kreseczki na teście.
Wyluzowałam się czy nie?
Ja myślę, że tak. I że być może o to chodzi - nie o zewnętrzne czynności,
czyli obserwacje temperatur, owulacji, badania, ale o spokój, głęboki
wewnętrzny spokój, który ja dostałam w darze, niejako na kredyt
Co myślicie o tym?