affryka
31.05.07, 09:34
Dziewczyny, chciałam Was zapytać o Wasze nastawienie do leczenia, do tych
wszystkich "strasznych" badań, zastrzyków, punkcji...
Ja ogromnie, ogromnie mocno marzę o maleństwie, to jest bezprzeczne.
Ale kiedy przychodzi jakis kolejny etap leczenia - muszę jechac na jakieś
badanie, albo zaczynam kłuć się w brzuch - czuję wewnętrzny niepokój, opór
(jak przed czymś bardzo nieprzyjemnym) ... jest mi źle...mam też trochę
poczucia krzywdy ("dlaczego ja to muszę robić..? dlaczego mnie to
spotyka...?").
Własnie mnie olśniło, że może to jest przyczyna niepowodzeń?
NIE LUBIĘ tego robić (np. przechodzić stymulacji), nie biegnę z radością do
kliniki - być może więc mój organizm blokuje się także na pozytywny efekt
tych działań?
Oczywiście robię wszystko z zaangażowaniem, strasznie mocno chcę zostać
matką, ta myśl właściwie przesłania wszystko inne w moim zyciu, przeżywam
wszystkie psychiczne dołki i wzloty, jakie towarzyszą nam wszystkim na naszej
drodze. Nie chcę, abyście pomyslały, że "widocznie moja determinacja nie jest
jednak za duża". Jest, jest ogromna. I jestem w stanie wytrzymać chyba
wszystko na drodze do tego celu.
Chodzi mi tylko o to, że nie czuję np. ekscytacji z faktu, że pojutrze
zaczynam zastrzyki z gonalu, nie myslę o tym dniu z "radosnym oczekiwaniem".
Mimo, że efektem może być przeciez wreszcie upragniona ciąża, to moja
psychika "nie cieszy" się z faktu, że w najbliższych dniach czeka mnie cała
ta "medyczna" strona in-vitro. Bardziej się tego chyba "boję" niż myślę z
ekscytacją, jak o czymś "fajnym". Rozumiecie, o co mi chodzi?
Ja to jest u Was?