meander33
13.11.13, 22:52
Witajcie,
jestem w trakcie rozwodu, rok po wyprowadzce męża. Bardzo rozpaczałam i chciałam ratować małżeństwo, ale po pół roku odkryłam "trzecią". Skreśliłam więc męża i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że widząc go na sali sądowej nie czuje do niego nic...
Kiedy myślałam już że faceci nie są do niczego potrzebni, poznałam kogoś (również w trakcie trudnego rozwodu, ale z analogicznym stosunkiem uczuciowym do "formalnej" żony jak ja do "formalnego" męża). Spotykamy się regularnie od 1,5 m-ca (w weekendy i co najmniej raz w tygodniu) i za każdym razem jest fantastycznie. Na początku traktowałam tę znajomość jako "rozrywkę" obiecując sobie (seks jest...coraz bardziej niesamowity), że nie zaangażuję się w to szybko, bo dość miałam płaczu za nieudanym małżeństwem.. ale myślę i tęsknię za nim (mimo że często się widujemy), potrafimy przegadać całe wieczory na różne tematy (prozaiczne i te b. życiowe jak nasze rozwody..). Więc - trochę się tego bojąc - powoli się chyba się zakochuję.. Jego uczucia - są dla mnie zagadką, bo unikamy rozmowy na ten temat, chyba oboje obawiając się przyznać, że "znajomość" zaczyna/ zaczęła ewoluować w coś poważniejszego emocjonalnie. Ale pisze do mnie non stop że tęskni, że myśli ale boi się "asymetrii", czyli czy on nie znudzi mi się, czy chcę faceta z problemami z byłą żoną, dziećmi.. pisząc do mnie używa sformułowań typu "boję się tego co do Ciebie czuję"..
Z jednej strony boję się porażki, że znów coś nie wyjdzie, z drugiej strony podświadomie czuję, że warto się zaangażować - tylko czy on tego też chce? Nie wiem co mam myśleć i zrobić... Jak na razie postanowiłam cieszyć się czasem, który razem spędzamy i zobaczyć co będzie. Ehhh, a myślałam już że tego typu rozterki są dobre dla nastolatek, a nie rozwódek ;-) Co sądzicie? Przepraszam za przydługi post :-)
pozdrawiam :)