Kurcze, pekam...

18.01.05, 01:31
Poinformowalam meza w piatek, ze odchodze. 4 dni rozmow non stop, on nie daje
za wygrana - dla mnie nie ma to sensu, wiem to i mam to przemyslane od dawna.
Wiem, ze tak bedzie lepiej dla mnie, jest duzo powodow do rozwodu poza tym
juz go nie kocham, dzieci nie mamy jestesmy niecale 2 lata.
I co... i zaczynam pekac. Bo to ja sie musze wyprowadzic, sama utrzymywac
(nie wezme od niego ano grosza, taki uklad), ale to nic... pekam, bo mi go
zal... a tak nie mozna chyba, bo wiem, za miesiac bedzie to samo.. A raz mi
go zal, jak robi z siebie ofiare a drugi raz jestem wsciekla, na to co mowi i
na to jak mnie traktuje i wiem, ze to sie nie zmieni
Okropnosc...
jak to przejsc?
    • mon.dan Re: Kurcze, pekam... 18.01.05, 03:31
      Bycie odrzuconym jest ciezkie i bycie osoba ktora odchodzi tez jest ciezko. On
      tak jak my wszyscy ma prawo do szczescia, do kochania i bycia kochanym. mnie
      bycie niekochana dalo w morde, ale rozstanie sie z mezem dalo mi nowa szanse.
      Z nim kochalam i nie bylam kochana, teraz kocham i jestem kochana. Definitywnie
      lepiej mi teraz.

      Wlasciwie wiec robisz mu przysluge. No coz, pomimo tego ze w moim malzenstwie
      bylam po drugiej stronie barykady, to uwazam, ze jesli go nie kochasz - odejdz.
      Daj mu szanse, mam nadzieje ze on zniesie to dobrze i oboje bedziecie zyc dlugo
      i szczesliwie :-) "litowanie sie" to zle okreslenie, nie lituj sie, ale podejdz
      z szacunkiem do jego uczuc. Choc radze Ci byc konsekwentna, takie szarpanie w
      te i wewte tylko przedluza te ciezkie chwile.

      A poza tym mysl i o sobie - Ty tez masz prawo byc kochana i kochac. Ktoz z nas
      moze ocenic ktora sytuacja jest bardziej przykra?

      Podjelas kilka lat temu decyzje o slubie, teraz widzisz ze bledna. Przyjmij na
      siebie konsekwencje - kilka nieprzyjemnych momentow, poczucie krzywdzenia,
      wtorna samodzielnosc. Mnie rowniez spotkala wlasnie "wtorna samodzielnosc" i
      jest ok. Na poczatku sporo stresu, ale pozniej jakos sie plynie.
    • paulina29aa Re: Kurcze, pekam... 18.01.05, 11:36
      Kurcze... calineczko - jestem w identycznej sytuacji jak Ty.U mnie jeszcze
      gorzej.On jest w stanie znieść wszystko co mogę zrobić ale mam go nie zostawiać
      i już.On mnie kocha i koniec.Mój mąż jest po prostu człowiekiem, który mnie w
      niczym nie zaskoczy.Jest bardzo grzeczny, nie pije, nie pali, nigdy się nie
      kłóci i ten jego stoicki spokój! Wiem, że zrobi dla mnie wszystko ale to
      wszystko ciągle muszę pokazywać mu palcem.Zero własnej inicjatywy.Zero
      emocji.Nawet fakt,że nie śpimy ze sobą od 3 miesięcy go nie przeraził bo jak
      mówi: przecież nie będę cię zmuszał skoro czujesz, że nie masz ochoty bo tak
      Cię kocham... a mi się chce wymiotować z tej słodyczy i tolerancji.Pewnie
      powiecie,że się przyczepiłam do Bogu ducha winnego człowieka ale
      dziewczyny...kota też można podobno zagłaskać na śmierć. doskonale Cię rozumiem
      calineczko.
      • calineczka2 Re: Kurcze, pekam... 19.01.05, 00:58
        Dzieki za slowa otuchy. Wiem ze moja decyzja jest uzasadniona.
        On chodzi za mna non stop, nie daje mi spokoju. Nie chce przyjac do wiadomosci,
        uwaza, ze ja nie potrafie uargumentowac mojej decyzji. On moich argumentow nie
        przyjmuje, lekcewazy je, mowi, ze za tydzien zmienie zdanie. Ja nie mam juz
        sily, im bardziej on mnie naciska, tym wieksze glupoty gadam (ze zmeczenia i od
        tego prania mozgu), bo juz nie wiem co powiedziec. On wydzwania do moich
        rodzicow, do swoich, jego rodzice do moich (!)... Ile tak mozna...?
        A potem sie upewnia, czy aby na pewno nie wniose o alimenty. Musze to jakos
        przejsc...

        Pozdrawiam Was serdecznie,
        Calineczka
    • satynka11 Bilans zysków i strat 18.01.05, 17:59
      Podejdź do małżeństwa na chwilę na zimno, bez emocji. Jak wyobrażasz sobie
      siebie szczęśliwą? Jak wyglądasz, gdzie jestes, co czujesz i robisz. Spisz to.
      Zrób listę swoich marzen, rzeczy ważnych. Na zimno sprawdź, czy ON tam jest.
      Druga sprawa bilans zysków i strat- napisz, co zyskasz i co stracisz odchodząc
      TY. Co zyska i straci on. Zastanów sie nad tym wszystkim.
      Wspomnienia maja to do siebie, że ZAWSZE są dobre, pamietamy tylko fajne
      chwile. To mechanizm obronny organizmu. Tymczasem od postanowień NIC się nigdy
      nie zmienia. Możesz zaczekać, az zakochasz się w innym - wtedy wątpliwości
      przestaną istnieć.
    • jesiennapani Re: Kurcze, pekam... 19.01.05, 11:53
      czy to ta sama osoba, ktora pisala odejść z hukiem czy po cichutku?
      • calineczka2 Re: Kurcze, pekam... 20.01.05, 18:39
        tak to ja..
        postawilam sprawe uczciwie. Maz placze i szlocha a z drugiej strony caly czas
        chce, zebym podpisala mu, ze nic nie bede od niego chciala. Zadnego 50:50,
        zadnych alimentow. Moge wziasc moje rzeczy osobiste.
    • zingara_30 Re: Kurcze, pekam... 20.01.05, 11:28
      nie pękaj malutka. ja odchodze od męża po 10 latach małżeństwa. Też mam
      cykliczne szlochy jego, groźby, padania na kolana. Ale zastanów się ile lat tak
      wytrzymasz jeśli pękniesz? Poza tym jeszcze jedna sprawa-nawet jeśli uda się
      Jemu Ciebie przekonać-nie będzie już nigdy dobrze. Jeśli go nie kochasz
      spieprzaj układac sobie życie na nowo, On też sobie ułozy. Takie cięcie
      najlepiej robi się za młodu , zeby szybko zapomnieć. Pa
    • md0512 Re: Kurcze, pekam... 20.01.05, 19:35
      Cześć !!

      Wyczuwam w Tobie pewne "rozdarzie" - chyba jeszcze zastanawiasz się czy Twoja
      decyzja jest słuszna. Powiem Ci tak - nie zastanawiaj się więcej. Po prostu
      odejdź. Masz prawo być szczęśliwa.
      Należy się Tobie 50% majątku wspólnego. Po prostu należy się - z definicji.
      Wcale nie musisz "iść na rękę" małżonkowi i zgadzać się na jego warunki. Jeżeli
      Twój standard życia ulegnie pogorszeniu (będziesz żyła w niedostatku) masz
      prawo zażądać o niego alimentów. Wcale nie musisz się przejmować tym czy chce
      je płacić czy nie - masz prawo do tych pieniędzy (obowiązek alimentacyjny
      wygasa po 5 latach).
      Także, nie rozmawiaj, nie wysłuchuj żali czy gróźb, BĄDŹ TWARDA i STANOWCZA!
      Postaw na swoim - nie rezygnuj z siebie dla człowieka którego nie kochasz. Nie
      przejmuj się jego reakcjami - to wszystko jest szantażem emocjonalnym.
      Głowa do góry. Powodzenia.
      • euna Re: Kurcze, pekam... 20.01.05, 23:12
        Hola, Hola md0512 !!!

        Alimenty to sie należą się wyłącznie jeżeli rozwód zostanie orzeczony z winy
        małżonka . A w tych okolicznościach raczej byc o tym nie może.

        Pozdrawiam,
        euna
        • md0512 Re: Kurcze, pekam... 21.01.05, 00:01
          Cześć !!

          Myślę, że nie - również gdy rozwód orzekany jest bez ustalenia winnego.

          Cytat:
          "Zakres obowiązku alimentacyjnego pomiędzy byłymi małżonkami zależy, jak już o
          tym była mowa, od tego, czy i które z małżonków ponosi winę za rozkład pożycia.
          Jeśli wyrok rozwodowy został wydany bez orzekania o winie, obowiązek
          alimentacyjny jest identyczny w stosunku do każdego z małżonków i trwa przez
          pięć lat od chwili orzeczenia rozwodu. Aby móc wystąpić o alimenty od byłego
          małżonka należy udowodnić, że pozostaje się w niedostatku. Nie wystarczy
          wykazać, że Twoja stopa życiowa po rozwodzie uległa obniżeniu, a bogatszemu eks-
          małżonkowi lepiej się powodzi.(...)"

          Całość artykułu:
          www.zora.piwko.pl/kiedyzapadawyrok.htm
          ...i więcej o rozwodach:
          www.zora.piwko.pl/rozwod.htm
    • am_par Re: Kurcze, pekam... 21.01.05, 09:57
      calineczko, jestem w podobnej sytuacji co ty. Od dwóch miesięcy nie mieszkam z
      mężem, wyprowadziłam sie do rodziców, bo miałam dosyć swojego życia. Mąż równiez
      nie pije, nie bije mnie, ale brak oparcia z jego strony w tak trudnym dla mnie
      okresie życia jakim był ubiegły rok (strata ciąży, pracy, kłopoty ze zdrowiem),
      spowodował, że uczucie do niego wygasło. Oczywiście nie stało się to z dnia na
      dzień ale żadne rozmowy nie przynosiły rezultatu. wręcz przeciwnie oddalaliśmy
      się od siebie jeszcze bardziej, on "więcej pracował", spędzał coraz więcej czasu
      przy komputerze. Mijaliśmy się bez słowa w drzwiach, a wekendy były poprostu
      koszmarne.Ja w jednym pokoju on w drugim i tak całe dnie. W końcu nie
      wytrzymałam i pewnego dnia zabrałam swoje rzeczy i wyszłam z domu. On cały czas
      utrzymywał że mnie kocha i żebym nie odchodziła, żebyśmy spróbowali jeszcze raz.
      Ale ja już nie mam ochoty próbowac bo nie wierzę że on może się zmienic.
      Poprostu taki jest zimny, nieczuły i tylko na początku zawsze się stara. A co
      najdziwniejsze twierdził że tak bardzo mnie kocha ( i naszym znajomym opowiada
      że nadal mnie kocha) a walczył przez pierwszy tydzień, kiedy to wydzwaniał do
      mnie non stop pod byle pretekstem. Od tego czasu jest cisza, kontaktuje się ze
      mną tylko jak cos potrzebuje no i w celu obgadania spraw zw. z rozwodem. Dziwnie
      spokojnie ( jak na takiego kochającego) przyjął decyzje o rozwodzie i teraz
      tylko ustalamy kwestie podziału majątku i mieszkania. Ale postanowiłam być
      twarda, nie mogłam tak dłużej żyć ze świadomością, ze cos tracę. Że marnuję
      życie przy człowieku który tylko twierdzi że mnie kocha i mu na mnie zależy i
      nie potrafi odwzajemnic uczucia którym go obdarzyłam. Nigdy też nie sądziłam że
      tak mi sie skomplikuje w życie. Tak bardzo go kiedys kochałam, bezgranicznie mu
      ufałąm i myślałam że jest to ten jedyny, na którego zawcze będę mogła liczyć w
      potrzebie a tak bardzo mnie zranił swoim postepowaniem, że cała miłośc gdzieś
      uleciała. A nie dopuszczałm do siebie nawet takiej myśli ze kiedykolwiek
      przestanę go kochać. I co? Stało się, ale nie żałuję. Teraz jestem silniejsza.
      Tobie tez życze takiej siły. I mocno wierzę w to że spotkamy na swojej drode
      życia kogoś kto w pełni zasłuży na naszą miłość i już nigdy nas nie zawiedzie.
      Pozdrawiam serdecznie wszystkie dziewczyny.
Pełna wersja