marti_75
12.04.05, 17:04
Witajcie.
Jestem 4 lata po slubie. Moje małżeństwo od początku nie wyglądało rozowo.
Maz strasznie kłamał. Pol roku po slubie dowiedziałam się ze prowadzi
podwojne zycie. Ze ma ogromne dlugi – czesc jeszcze sprzed slubu, ze zastawil
w lombardzie mieszkanie, ze nie pracuje (twierdzil, ze dlatego go nigdy nie
ma w domu, bo ma taka absobujaca prace), ze nie studiuje (twierdzil, ze
wlasnie konczy studia). Ze jest zamieszany w afere kryminalna. Ze
przywłaszczył sobie firmowe mienie, kiedy jeszcze (przed slubem) pracowal. Ze
wyczyścił mi konto. Ze zdefraudowal pieniadze na moje studia. Przy tym
wszystkim był tak milym, niewiarygodnie sympatycznym i uroczym człowiekiem,
cieplym, zawsze uśmiechniętym, deklarującym przywiązanie do tradycji,
rodziny, pragacym mieć mnóstwo dzieci, pomocnym kazdemu etc., etc.
Szok. Rozpacz i niedowierzanie. Rodzina moja i jego zdruzgotana. Proby
wytłumaczenia sobe jak moglo do tego dojsc. Jak mogliśmy nie zauważyć. Jego
błaganie o przebaczenie. Ze to wina nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Ze
się zaplatal i nie umial wyplatac. Ze kłamał, bo się bal ze mnie straci. Ze
beze mnie to juz nie ma po co zyc. Ze miał dlugi, ale myślał, ze z nich
wyjdzie. Ze kocha. I tak dalej i tak dalej.
Lyknelam to jak kaczka i postanowiłam dac szanse. Zamieszkalimy u moich
rodzicow, którzy tez uwierzyli w jego cudowna przemiane. Był taki mily,
uczynny, sympatyczny. Jak się domyślacie, przyczail się na jakis czas. Po
półtora roku ukradl karte bankowa mojej siostrze i wyczyścił jej konto. Nie
było tego duzo, cos kolo 1000 złotych, probwal to zatuszowac, ale się nie
udalo,. Potem tłumaczył, ze musial i ze chciał oddac. Zaczęło się od nowa.
Placze i błagania. Przepraszanie na kolanach mnie, mojej mamy, siostry. Nie
uwierzycie – znowu to łyknęłam. Do dzis nie wiem, jak mogłam być taka glupia,
ale bylam.
Po roku rodzice pomogli kupic mi mieszkanie (mieli chyba dosc siedzenia im na
glowie). Mieszkanie kupione na nich, zamieszkaliśmy w nim z mezem. Wszystko
wydalalo się w porządku. Dostal prace, wznowil studia. Ale po pol roku jakos
dziwnie wczesnie zaczal wracac z pracy i dziwnie nieregularnie przynosic
wyplate. Ze malo przynosil, to mnie nie dziwilo, w koncu miał dlugi, które
musial spaca. Na moje wątpliwości pokazal mi umowe o prace. Bylu na niej
pieczatki i podpisy. To mnie na chwile uspokoilo.
Ale po pewnym czasie podejrzenia wróciły. Zadzwoniłam do jego firmy. Okazalo
się, ze nikt o nim nie słyszał. Nie pracuje i nigdy nigdy w niej nie pracowal.
Podjęłam decyzje o rozwodzie. Kazałam mu się wynieść. I mam problem – facet
nie chce się wyrpowadzic. Nie jest zameldowany, ale po prostu nie chce się
wynieść. Ani oddac kluczy. Nie wiem co robic. Nie mogę zmienic zamkow kiedy
wyjdzie, bo nie pracuje, w odróżnieniu ode mnie. Nie wiem jak się go pozbyc.
Manipuluje mna, urzadza lzawe sceny. Mowi, ze się wyniesie, ale kiedy
przychodze do domu, to dalej w nim jest. Co mam zrobic? Wezwac policje? Sama
nie jestem zameldowana w tym mieszkaniu.
Nie wiem, co napisac w pozwie? Jak z orzekaniem o winie, to będę musiała
powołać świadków, sprawa będzie się ciagnac a sad jeszcze gotow uznac, ze
skoro tyle razy dawalam mu szanse to go jeszcze da się małżeństwo uratowac.
Nie mam dowodow jego oszustw, o czesci pewnie nawet nie wiem.
Jestem totalnie zdezorientowana. Co zrobic? Jestem z tym calkiem sama i nie
mam kogo się poradzic. Boje się, ze sad nie da mi rozwodu, bo jestem pewna,
ze ten człowiek zacznie przed sadem plakac, jak bardzo mnie kocha. Do tego
dojdzie jego urok osobisty zawodowego oszusta. Może ktoras z Was ma podobne
doświadczenia? Jak wybrnąć z takiej sytuacji?