jestem na rozdrozu, 10 m-cy po slubie

28.04.05, 11:05
Wlasnie jestem na rozdrozu, jest miedzy nami bardzo zle, jeszcze walczymy, ale
powoli tracimy sily i stajemy sie bezradni. Jak mam sie przygotowac, gdyby
stalo sie najgorsze? Jestem dopiero 10 m-cy po slubie, dzieci nie mamy, mam 26
lat, jestem raczej spokojna dziewczyna, ktorej marzyl sie rodzinny dom,
dzieci, normalne mile zycie, teraz wszystko leglo w gruzach. Boje sie
rozejscia, boje sie, ze bedzie mi samej jeszcze gorzej, ze sobie nie poradze
psychicznie, ze juz nie uloze sobie zycia, sama mam watpliwosci, czy go kocham
czy nie, moze z perspektywy czasu zapomne o tym co zle i bede zalowala? Tak,
najbardziej boje sie samotnosci, tego, ze z nikim sie nie zwiaze, bo kto
chcialby sie wiazac z kims kto ma za soba nieudane malzenstwo?? sama mialabym
wielkie opory. Czuje sie slaba i miekka, czuje, ze ten problem jest ponad moje
sily, nie wiem jak to przezyje. Nigdy nie myslalam, ze ja bede musiala sie z
nim zetknac. Jak Wy sobie poradzilyscie z rozejsciem???
    • burza4 Re: jestem na rozdrozu, 10 m-cy po slubie 28.04.05, 12:24
      magda010 napisała:

      Tak,
      > najbardziej boje sie samotnosci, tego, ze z nikim sie nie zwiaze, bo kto
      > chcialby sie wiazac z kims kto ma za soba nieudane malzenstwo?? sama mialabym
      > wielkie opory.

      Nie przesadzaj, rozwód nie oznacza końca świata i braku perspektyw na ułożenie
      sobie życia! masz dopiero 26 lat, dzieci nie masz, rozwód może by przeszkadzał
      ortodoksyjnemu katolikowi, w normalnym świecie nikt tego nie demonizuje.

      Natomiast kwestia "czy się rozwieść" - pozostaje otwarta, tym bardziej że nie
      piszesz, jakiego kalibru są te problemy. 10 miesięcy to krótko, ślub braliście
      przecież z własnej nieprzymuszonej woli, coś was łączyło? kazdy związek musi
      się dotrzeć, nauczyć się kompromisów, tego jak ze sobą rozmawiać, jak budować
      itd. Próbowaliście mediacji rodzinnej? warto iść po pomoc do specjalisty -
      pomoże poukładać sobie w głowie co wazne, a co można odpuścić. Warto próbować
      przezwyciężyć ten kryzys, w końcu co ci da ucieczka? w kolejnym związku też
      mogą być problemy - co wtedy - za każdym razem będziesz się wycofywać? no,
      tylko do kompromisu trzeba dobrej woli obu stron...

      • magda010 Re: jestem na rozdrozu, 10 m-cy po slubie 29.04.05, 10:17
        Problem jest taki, ze juz przed slubem zaczelo sie lekko sypac, ja mialam
        watpliwosci, ale chyba stlamsilam w sobie te watpliwosci ze strachu, wmawialam
        sobie, ze pewnie mi sie wydaje, ze to przejdzie itd. Otoz nie przeszlo, oboje
        mamy poczucie, ze to nie to, ze gdyby nie slub, tego zwiazku by nie bylo, ze nie
        rozumiemy sie, ze kazde z nas chce inaczej zyc, co innego lubi, co innego go
        interesuje, ze mamy rozne charaktery, rozne poglady...w koncu pytanie, czy to na
        pewno milosc? byc moze tylko przywiazanie. Trudno nam marzyc o wspolnym zyciu,
        nie chcemy poki co dzieci, bo tak bardzo sie nie zgadzamy ze soba, ze bylby to
        dramat. Nie ma bicia, zdrady itd, ale ciagle nerwy, walka o swoje,
        niezrozumienie, pustka uczuciowa. Dlatego nie wiem co zrobic :( Co do tego, czy
        ktos chcialby ze mna ulozyc sobie zycie, to nie wydaje mi sie, ze rozwodka
        dziala odstraszajaco tylko na ortodoksyjnych katolikow. Wydaje mi sie, ze ludzie
        ktorzy tego nie przezyli beda sie bali, ze widocznie cos ze mna nie tak, jestesm
        kobieta podwyzszonego ryzyka, nie wiadomo co przezylam, moze mam zwichrowana
        psychike, mysle, ze wiele osob moze sie tego bac i skreslic mnie na poczatku z
        tego powodu. Ja tez bym sie bala rozwiedzionego.
        • burza4 Re: jestem na rozdrozu, 10 m-cy po slubie 29.04.05, 16:51
          Magda, po pierwsze - "w razie czego" nie wszyscy cię skreślą, wierz mi - nawet
          ja:) wyszłam szczęśliwie za mąż i to mimo posiadania dziecka (dziecko jest
          niestety znacznie większym odstraszaczem niż sam rozwód). I nie ma się co
          przejmować ewentualnym odrzuceniem przez kogoś, kto ocenia druga osobę
          powierzchownie, a nie za to jaka ta osoba faktycznie jest.

          Tylko po co wybiegać aż tak w przyszłość? miałaś wątpliwości, ale wiele osób je
          ma, idealnych partnerów nie ma. I zawsze jest tak, że coś trzeba przepracować.
          Niektóre rzeczy da się pogodzić, innych nie, jedne można zaakceptować, inne są
          nie do pogodzenia itd. Ja tez mam z mężem różne podejście do wielu kwestii, w
          jednych rzeczach się zgadzamy, w innych nie zgodzimy się nigdy, ale uczymy się
          z tym żyć. Ja czasem doprowadzam męża do szału, czasem on mnie:). Wy chyba nie
          potraficie do siebie dotrzeć, bo skąd ta "walka o swoje"? jest w ogóle
          jakieś "nasze"? no i czy jest jakas obopólna wola popracowania nad związkiem?
          Bo jesli jest - próbuj nadal. Gorzej jesli cały wkład w poprawienie sytuacji
          sprowadza się do "nie podoba się, to wynocha..."

          Tak czy inaczej - zanim zrobisz nieodwracalny krok - polecam psychoterapię.
          Nam pomogło w sytuacji kryzysowej, spotkanie z fachowcem sprawiło, ze dotarły
          argumenty które w codziennych sprzeczkach gdzieś uciekały. Powinnaś chociaż
          mieć poczucie, że zrobiłaś wszystko co się dało. A nuż się uda? w końcu jeszcze
          niedawno coś was łączyło fajniejszego, skoro podjeliście decyzję o ślubie.
Pełna wersja