mariolka34
04.05.06, 19:01
Witam serdecznie. Złożyłam pozew 22lutego (z orzekaniem) 2-go marca uiściłam
wpis. I czekam...a tu nic. Powiedzcie kochane, ile czasu czeka się na
pierwszą sprawę?2,5-3 miesiące, a może dłużej?? Strasznie mi się już dłuży. W
ogóle to czasem boję się, że w sądzie nie będę potrafiła sklecić sensownie
dwóch zdań czemu ja tego rozwodu się domagam...
Zaglądam czasem na to forum, żeby poznać doświadczenia innych w tej materii
i jak widzę, że sprawy ciągną się po dwa lata, to aż mi się robi słabo.
Zastanawiam się czy na pierwszej sprawie nie wnosić o nieorzekanie o winie.
Albo się zrujnować na prawnika. Nie mam pojęcia jak to rozegrać. On (tzw.mąż)
twierdzi, że nie będzie mi utrudniał, bo nigdy tego nie robił (co jest
prawdą). Ale równocześnie wiecznie mi zadaje pytania: Co on może zrobić żeby
mnie odzyskać, bo on mnie tak bardzo kocha itede, itepe.bleee I że już nie
pije, bo nie może. A do standardów ostatnio należą noclegi Bóg wie gdzie,
powroty nad ranem, albo rano w stanie nieprzytomnym. Potem spanie do póżnego
popołudnia i znów "pielgrzymka".Kiedyś go prawie dwie doby nie było i już się
ucieszyłam nawet, ale niestety wrócił. Zgłosiłabym zaginięcie i miałabym
podkładkę, że łazi nie wiadomo gdzie. Ostatnio (w sobotę) znowu go przywiozła
do domu policja.Tym razem ok.13-tej. Chyba powinnam dostać na komendzie jakiś
kwit, że oni go odwozili do domu i dlaczego? Jak myślicie? W ogóle to się
zgapiłam, bo powinnam zażądać od nich, żeby go zabrali na "dołek". Cholera,
człowiek płaci podatki na utrzymanie policji, a oni zamiast o bezpieczeństwo
dbać pijakom za taksówkę służą. Powędruję zdaje się do dzielnicowego - może
coś podpowie, doradzi. Pozdrawiam wszystkich i proszę, odpowiedzcie mi.