galareta2
22.05.06, 09:15
Poczytałam o trudach rozwodu, o tym jak po wielu latach można podejmować
takie decyzje ... I pytam Was, bo sama nie znalazłam odpowiedzi - czy to ja
jestem ta zła? Nasze małżenstwo było z rozsądku, choć on twierdził, że się we
mnie zakochał. Był świeżo po rozwodzie, jest 11 lat starszy, mieszkał z
dorastająca córką, gdy zamieszkaliśmy razem. To było 10 lat temu. Córka
odstawiała przez te lata istne cyrki, ja w czasie ciąży znosiłam to wszystko,
a on wiecznie karmił mnie nadzieją, że to się zmieni na lepsze. Zmieniło -
rok temu, kiedy wreszcie przestała z nami mieszkać bo wyszła za mąż, choć jej
spakowane rzeczy nadal leżą zajmując jeden pokój! Ale między nami przez te
lata dużo sie zmieniło ... On typowy samiec - uważa że skoro materialnie
zabezpiecza rodzinę, to już wszystko czego wolno mi od niego oczekiwać. Nie
wykonuje żadnych prac domowych, uważa że należy mu się w domu wyłącznie
wypoczynek. A ja też pracuję zawodowo i po pracy zajmuję się naszą córeczką.
On uważa że skoro wozi mnie i ją czasem do sklepu na zakupy to obdarza nas
już wystarczającym zainteresowaniem. Niby wszystko jest ok, a ja czuje się
jak w klatce. No i sex, wieczna kość niezgody - on potrzebuje codziennie, ja
góra raz na tydzień. Więc szantażował mnie zawsze tym, że kobieta niech się
nie dziwi, że facet szuka innych kobiet skoro ona sama go nie zadowala.
Póbowałam więc dbać o niego częsciej - jednak pretensja była, że to on zawsze
musi prosić, że nigdy nie wychodzę z inicjatywą. O to, jak ja chciałabym by
było w łóżku nigdy nie pytał, uznał, że skoro jemu jest dobrze to mnie
zapewne też. Ja natomiast poznałam w tym czasie w internecie mężczyznę, który
powiedział mi, że wolno mi myśleć również o sobie. Że to, jak traktuje mnie
mój mąż jest wyrazem jego egoizmu i wygodnictwa a nie miłości do mnie. Wciąż
patrzyłam jednak na męża przez pryzmat wyrozumiałości, tolerancji. W końcu
nie pije, zarabia, przynosi do domu, można powiedzieć dba o rodzinę. Ale
dowiedział się o mojej znajomości i stałam się tą złą - zdradziłam,
oszukałam, kłamałam. Więc po kolejnej kłótni wyniósł sie do drugiego pokoju i
tak trwało jakis czas, aż w końcu stwierdził, że skoro JA chcę rozwodu to
oddziela ścianami swoją częśc domu i sprowadza panienki i niech córka na to
patrzy! Kiedy zobaczył moją obojętnośc, jak powiedziałam, że oczekuję
propozycji podziału majątku - stwierdził, że daruje mi wszystko tylko żebym
jak na spowiedzi wszystko mu powiedziała. Więc powiedziałam, co skończyło sie
tym, że mnie teraz nieustannie inwigiluje - sprawdza telefony, smsy - co i do
kogo wysłałam, włamuje się do komputera mojego i mojego internetowego
znajmego by sprawdzić czy się nie kontaktujemy. Właściwie zaczełam bać się
już własnego cienia ... Jak można tak dalej żyć? Czy to ja byłam zła? Czy nie
miałam prawa do znajomości i czy nie mam do resztek prywatności? Czy to, że
znajomość z internetu była skutkiem, a nie przyczyną - usprawiedliwia mnie?
Czy to, że mąż - moim zdaniem - przez te wszystkie lata popełniał coraz
głębszy grzech zaiechania - pozwala mi mieć watpliwości co do naszego
małżeństwa? Czy obecne zachowanie męża nie jest przekroczeniem zasad
współżycia i prawa do prywatności? ... Czy to, że nigdy mąż za nic mnie nie
chwalił, nie okazywał ciepła, uczuć, nie okazał odrobiny radości, kiedy
dowiedział się, że jestem w ciąży - nie daje mi prawa do poglądu, że zawsze
traktował mnie instrumentalnie? Teraz, kiedy ma mnie "pod pełna kontrolą"
stał sie łagodniejszy ... ale czy ja umiem tak życ ...?