myszamm
28.08.07, 19:54
witam. może to dobrze, że was tu znalazłam. bardzo was prosze o
pomoc, o radę co robić. jestem mężatka od 7 lat, mamy 6 letniego
syna. mąż był i jest bardzo dobrym ojcem, kocha dziecko ponad
wszystko. niby niczego nam nie brakowało,ale... znalazłam kogoś, na
kim mi zalezało i maz sie o tym dowiedzial. w imie miłosci chce
sprobowac ale uzmyslowil mi juz co bede miala dalej... sprawdzanie
telefonow, wychodzenie jedynie razem, do pracy, z pracy i koniec.
nigdy nie bylam zazdrosna o męża, nie wiem nawet czy go kocham,
mysle ze jestem z nim z przyzwyczajenia. wiem ze daje mi poczucie
stabilnosci i bezpieczenstwa. fizycznie zupelnie mnie nie pociaga i
to od wielu lat. chodzac z nim do lozka musialam sie zmuszac, bo
inaczej mielismy ciche dni. przyczyna mojej oziębłości nie był nowy
facet. sytuacja wyglada tak, ze rodzice moi jak i meza o wszystkim
juz wiedza. to co usłyszalam od swoich rodzicow wstyd powtorzyc.
mama jest pod pantoflem taty wiec niewiele ma do powiedzenia. zawsze
zylam pod dyktando taty. opowiedzialam mu wszystko o moim
malzenstwie. twierdzi ze wszystko da sie skorygowac, jesli sie tylko
chce. problem w tym ze ja juz chyba nie chce. tata kaze mi siedziec
tu w mieszkaniu i cierpiec, ale mam zostac z mezem dla dobra
dziecka. nie sadze zeby udalo nam sie odbudowac ten zwiazek. mały
widzi ze warczymy na siebie choc staramy sie nie robic tego w jego
obecnosci. maz twierdzi zebym sie zdecydowala, albo bede kochajaca
zona albo powinnam sie wyniesc. rozmawialam z synem. rozplakał sie i
powiedzial ze chce zostac z tata. nie wiem czym jest to podyktowane,
byc moze dlatego ze tata umie naprawic rower, latawca, zabiera go na
ryby a ja przewaznie nie zapewniam mu tyle atrakcji co on. poza tym
to taki wiek kiedy bardziej jest mu potrzebny ojciec niz
matka .ojciec jest wiekszym autorytetem.syn mnie też bardzo
kocha.nie odejde bez dziecka,ale zycie w takim zwiazku jest
koszmarem. mąż sukcesywnie niszczy mojego "kochanka", mimo, ze nie
jestesmy juz razem. powiedzial jego rodzinie, spowodowal ze został
bez pracy. twierdzi ze zasluzylismy sobie na to. mnie wykancza
psychicznie. jak zyc w takim zwiazku? jednego dnia jest miły,
drugiego krzyczy i wyzywa, lub nie odzywamy sie wcale. nie mam nawet
dokad pojsc, a nie mogę sie tułać po wynajmowanych mieszkaniach.
miesiac tu, dwa tam... to nie zycie. w razie rozwodu nie mam co
liczyc na rodzicow z obu stron. co tak naprawde jest dla dobra
dziecka? to ze razem sie wykanczamy udajac dobra rodzine? nie mam
sumienia zabrac mu ojca tak na codzień, maly przeciez nie zawinił.
zreszta on nie chce odejsc ze mna.przeciez to ja jestem winna. co
robić?