Ciągle brakuje mi odwagi...

10.01.08, 13:33
Witam Was!!! Dziękuję za wszystkie posty!!! Chciałabym móc napisać,
że mój małżonek i ja dostaliśmy nagłego olśnienia. Nasza miłość
kwitnie, planujemy drugie dziecko, znowu z zapałem dbam o dom,
przeczesuje książki kucharskie, znalazłam pracę którą lubię.
Wieczorami planujemy, marzymy, nocami kochamy się, czasem się
kłócimy i nie zgadzamy, lecz w gruncie rzeczy jesteśmy jak dawniej
przyjaciółmi, szukamy kompromisów i znajdujemy je (tylko czasami idę
na ustępstwo). To niestety brednie:( Ostatni mój wpis miał miejsce w
listopadzie, teraz mamy styczeń a za 10 dni skończę 29 lat...Tyle
ostatniego czasu uciekło mi przez palce...Tyle energii poświęciłam
na prostowanie swojego związku. Energię oddałam w pustkę. Jestem
totalnie wściekła na siebie a jednocześnie bezsilna w tej
złości!!!!!!! Bo grudzień był dla mnie jak d. wołowa i jestem w
takim stanie, że choć chce mi się wyć i gdybym wyciskała spod powiek
łzy to i tak nie uroniłabym ani słonej kropelki. Bo łez na ten temat
już nie ma. Popłynęły w dal i wsiąkły w ziemię...Może na wiosnę
trawa będzie zieleńsza a fiołki fiołkowsze:))) Czuję się jak
wygotowane i wykrochmalone prześcieradło...Taki emocjonalny
wypraniec i sztywniak. Parę dni temu zwinęłam manele i wraz z córką
powróciłam do rodzinnego domu. Nie wiem co będzie, bo tak naprawdę
jestem rozbita na milion kawałków. Moja jedna noga stoi tam, druga
tu, prawa ręka na córce, lewą próbuję kombinować powrót, głowa ją
powstrzymuje prawą półkulą mózgu, lewa półkula odmawia wspólpracy bo
jest przyzwyczajona. Jak złączę obie, co niezbyt częst mi się udaje,
planuję przyjemną i szczęęśliwą przyszłość bez niego i rzeczywistość
przestaje mnie przerażać...Chciałabym żeby tych chwil było w moim
życiu coraz więcej. Teraz, gdy jestem tu, w domu, z którego zawsze
chciałam zwiewać to czuję, że zaczynam żyć. Już po paru dniach. Nie
wiem czy dlatego, że nie jestem sama, mam przy sobie bliskich czy
dlatego, że zmieniłam się i nie ma JEGO. Jestem tym wszystkim
zmęczona, gdyż nigdy w tak krótkim czasie nie nie doznałam tak wielu
wewnętrznych przemian i wachań naraz. Jeśli chcecie wiedzieć, to jak
zwykle wybaczyłam ten listopad... Nic się oczywiście nie zmieniło
oprócz mnie...Cały grudzień oprócz Wigilii spędzonej u moich
rodziców stanowił jedną wielką awanturę. Przepychanki, groźby
odejścia z jego strony, łzy z mojej, wyzwiska. I nic mnie nie
upokorzyło bardziej niż fakt, że na koniec to ja, największa
przeciwniczka tego typu zachowań zaczęłam operować podobnym
słowem...Podobnie jak on do mnie pzrestałam mieć szacunek do swojego
męża w słowach. Upadłam bardzo nisko...Wstydzę się tego i nie chcę
taka być. Nie chce być też szarpana. Nie chcę lądować na podłodze,
być popychana, podduszana, wyzywana od kurew i kołtunów. Nie chcę
słyszeć, że się do niczego nie nadaję, ze nie mam poczucia humoru,
że jestem oziębła, i mam psychiczny defekt.Nie chcę w to uwierzyć.
On ma wielką siłę przekonywania...A ja chcę wykorzystać tą resztkę
siebie dla świata. świata tak naprawdę bardzo mi przychylnego, bo:
mam kochającą rodzinę, wspaniałych przyjaciół, wykształcenie o które
się postarałam, parę niezłych umiejętności którymi mam nadzieję
zarobić na życie, niegdyś stabilną osobowość którą postanowiłam
uleczyć. I zrobię to bo mam taką chęć...A z nim nie wiem...Jutro o
19 pierwsza wizyta u psychologa tzn. ja sama:))Boli mnie to, że
odkąd się wyniosłam ani razu nie zadzwonił nawet żeby spytać cię o
dziecko. Ja dzwoniłam. Całkiem spokojnie i odniosłam wrażenie, że
dla niego nic się nie stało i że wyjechałam tylko na chwilę.
Powiedział zebym odpoczęła i wracała, że on też odpoczywa. I nigdy
nie przyjedzie do mnie bo oczerniłam go i zrobiłam rodzinną
awanturę..Tylko, że mi tu naprawdę dobrze, córeczce jeszcze lepiej a
on też zrelaksowany...A jako ciekawostkę napiszę, ze przeczytał moje
listopadowe i wcześniejsze posty. Nie wiem jak to się stało człowiek
omylny jest:))Bo wykasowywałam z historii wszystko. Przez tydzień
był bardzo miły...Ale to był tydzień. Wprost nie mogłam uwierzyć.
Pierwsza sprzeczka i słowa: "Może opiszesz to na forum!!!" Opisuję
więc:( Szkoda, że mam taką chęć bo wolałabym kwitnąć:))))Napiszcie
coś. Będzie mi miło:)))Pozdrawiam serdecznie.
    • asia_madej Re: Ciągle brakuje mi odwagi... 13.01.08, 17:48
      trzymaj sie dzielnie i niech zdecyduje twoje serce - co bedzie
      lepsze dla was - Ciebie i córki. Masz dopiero 29 lat!!! Wyobrazam
      sobie co czujesz, bo ja mam 30 lat, 9 miesieczna córke i .. tez
      wieli kryzys. chociaz nasz zwiazek od poczatku to sinusoida, z
      wielkimi zapasciami tylko ze u nas to raczej walka na upokorzenie
      psychiczne, nie odzywanie sie....nie wiem czemu sie dałam w to
      wkrecić bo przed ślubem było tak samo.. po prostu dałam sie
      oczarowac a czar prysł ...

      pozdrawiam
      • zkat Re: Ciągle brakuje mi odwagi... 13.01.08, 21:22
        Gatenegro zapisz sie na forum "przemoc w rodzinie".
      • chellll Re: Ciągle brakuje mi odwagi... 03.10.08, 21:14
        Własnie przeczytałam twoje wypowiedzi i odnalazłam w nich siebie...
        Czuję się zmęczona i upokorzona, ale nie mam odwagi odejść,choć
        myślę o tym od dawna. Co słychać u Ciebie? Może ty zmotywujeszmnie
        do działania... Dzięki za odpowiedź.
    • klaudia_88 Re: Ciągle brakuje mi odwagi... 17.01.08, 17:43
      Nie wahaj się, zrobisz dobrze odchodząc od niego na dobre. Ja
      przeżywam teraz to co Ty, ale nie mogę odejść, bo nie jestem
      niezależna finansowo i mam malutkie dziecko. Jednak wiem, że ta
      chwila kiedyś nadejdzie i uwolnię się z tego chorego związku. Zawsze
      był chory, ale ja wolałam tego nie widzieć, bo kochałam. I dalej
      kocham, ale zrozumiałam, że jestem warta o wiele więcej i jeszcze
      bardzo młoda więc zdążę sobie poukładać wszystko na nowo.
      • hany_hany Re: Ciągle brakuje mi odwagi... 24.01.08, 18:22
        Nikt, tutaj na FR nie podejmie za Ciebie ważnej, życiowej decyzji.
        Musisz podjąć ją sama. Ja za nic na świecie nie tkwiłabym w związku,
        który opisałaś. Naturalnie szkoda dziecka, ale czy wyobrażasz sobie
        co może czuć mały człowiek widząc rodziców w takich akcjach?
        Dzieci czują mocniej, boleśniej niż nam dorosłym się wydaje.
        Wiej, radzę, dla dobra was obu. Pomyśl o Swoim życiu, kiedy dziecko
        dorośnie a dorośnie szybko.
        Rozstanie, nawet z draniem też boli, nawet bardzo.
        Czas pozwoli, abyś doceniła wolność od przemocy.
        Pozdrawiam.
Pełna wersja