Dodaj do ulubionych

Filipiny - 3 tyg.

IP: *.dynamic.chello.pl 25.02.12, 13:33
I znowu proszę Was o rade (jeszcze czekam na LP:))- czego nie można ominąć biorąc pod uwagę czas i to ze najlepiej ostatni tydzień chce "mieć pod ręką", cieple morze, ciepły piasek, etc. Jaka trasę byście polecali, jakie sa tam ceny na miejscu, jak wygląda przemieszczanie?
Obserwuj wątek
    • untochables Re: Filipiny - 3 tyg. 26.02.12, 07:41

      Nocny lot Cebu Pacyfik daje nam mocno w kość. Te tanie filipińskie linie lotnicze choć uchodzą za bardzo dobre i punktualne, to jednak tym razem w ostatniej chwili zmieniły nam godzinę lotu, czym pokrzyżowały nasze plany, zgodnie z którymi urodziny miałem obchodzić w Manili, tymczasem rzutem na taśmę, życzenia składała mi nocna zmiana celników w Tajpej przeglądając mój paszport.
      Choć po przylocie, w środku nocy, kilku policjantów i taksówkarzy pomaga nam znaleźć wypożyczalnię samochodów, to okazuje się, że musimy pojechać do hotelu i dopiero rano wrócić po auto. Jako, że na Filipinach każdy mówi po angielsku, ucinamy sobie pogawędkę o zimowej olimpiadzie z naszym taksówkarzem. Chwyta nas za serce, gdy mówi o skokach narciarskich.
      Do hotelu docieramy bardzo wczesnym rankiem, chłopak w recepcji dwoi się i troi, ale po 30 minutach nadal nie mamy kluczy do pokoi, ciągle następują jakieś problemy. W końcu w dwóch, ale bardzo nerwowych zdaniach tłumaczymy mu, że natychmiast musimy iść spać i musi dać nam klucze do pokoi, które zostały wcześniej opłacone. O dziwo działa, zostało mi 3 godziny snu.
      Wcześnie rano wyruszam po samochód z powrotem na lotnisko.
      Taksówkarze w Manili, jak w każdym wielkim mieście świata lub kurorcie to rasa panująca, chwilę mi zajmuje zanim znajdę kogoś, kto pojedzie na licznik do Terminalu 1 lotniska w Manili. Zgodnie z umową czeka na mnie Toyota Vios. W wypożyczalni pokazuję paszport, międzynarodowe prawo jazdy, po kolei wyciągam karty kredytowe, za jedną wypożyczam auto, drugą płacę za model. Młoda dziewczyna uczula mnie na szkody. Choć jest kierowniczką nie umie mi powiedzieć szczegółów na temat auta. Nie wie, czy to jest auto na ropę, czy benzynę. Protokół wydania auta jest bardzo szczegółowy, a umowa już w pierwszych zdaniach zabrania mi jazdy w górskie prowincje i do miasta Banaue. Cóż, mam inne plany, wybieram się na północ Luzonu, dokładnie tam gdzie mi nie wolno, będę musiał złamać ustalenia, zakładając, że auto nie ma wbudowanego nadajnika gps, aby po powrocie nie spotkały mnie problemy.
      Przejeżdżam zaledwie kilkaset metrów ulicami Manili, gdy zatrzymuje mnie policjant, podobno przejechałem przez ciągłą linię. Co z tego, że pozostali użytkownicy drogi jeżdżą jak chcą, ja mam zapłacić mandat w wysokości 2000 peso albo zostanie mi zabrane prawo jazdy. Miła rozmowa na temat narodowego bohatera Manny Pacquiao nic nie pomaga, a dyskusja na środku ulicy zamienia się w negocjacje, jak dużą łapówkę mam wręczyć. W końcu dochodzimy do 1000 peso, jak na miejscowe warunki bardzo duża kwota, jestem wściekły do przejechania mam kilkaset kilometrów po wyspie, jeśli będą mnie tak łapać na każdym skrzyżowaniu, nie wyjadę nawet za miasto, gdy skończą mi się pieniądze. Pan policjant mówi wprost, że mogłem skorzystać z biura podróży, wtedy nie byłoby problemów. Gdy odbiera ode mnie ustaloną kwotę mówi „sorry”. Ruszam w kierunku hotelu . Auto zostawiam na wielopoziomowym parkingu i idę do pokoju. Szkoda, że jeden policjant potrafi zepsuć wyobrażenie o danym miejscu, ale o korupcji na Filipinach będę słyszał wielokrotnie podczas mojego pobytu.
      Moi przyjaciele śpią jeszcze, choć jest już południe.
      Spotkanie z policją odbiera mi resztki sił do oglądania Manili, wielkiego tygla, zespół kilku miast, tworzącego dwudziestomilionowy konglomerat ludzki. Wszędzie tłok, żar z nieba, korki nawet o 4 rano, bieda chwytająca za ręce. Zanim uciekniemy ze stolicy Filipin, chcemy jeszcze zobaczyć Intramuros, w planach mieliśmy jeszcze Chiński Cmentarz, ale z powodu linii lotniczych musimy ciąć nasz plan, bo brakuje nam 12 godzin.
      W zasadzie nie negocjuję z taksówkarzem, wsiadamy do auta, a ja oznajmiam mu ile zapłacimy za kurs. Przejeżdża przez bramę Intramuros i zostawia nas. Wcześniej w przewodnikach czytaliśmy o tym miejscu dużo dobrego. Jednak nasze odczucia są zupełnie inne, może jedynie najstarszy na Filipinach kościół San Augustin, wybudowany w latach 1587- 1606, w którym akurat jest ślub, wydaje się ciekawym miejscem, reszta to pozostawiony sobie bałagan, który ma wyciągnąć z turystów maksymalnie dużo peso. Terrorystyczni dorożkarze, nachalni sprzedawcy, dzieci i bezdomni wyciągający ręce – niszczą do końca nasze zainteresowanie tym miejscem. Wejście do ostatniego punktu tych atrakcji, czyli Fortu Santiago, to wydatek 50 peso od osoby. I choć może jest tam ładny ogród i fragment fosy, to mam odczucie, że byłoby mi wstyd brać pieniądze za pokazywanie takiego świata, który nawet się nie rozpada, kawałek ziemi ,opuszczony i zaniedbany pokazywany w przewodnikach jako główna atrakcja Manili.
      Słońce daje nam mocno popalić, wracamy do pokoju w hotelu, zanim wyruszymy na północ chcemy jeszcze się odświeżyć. Na dole w sklepie kupujemy wodę mineralną i coś lekkiego do jedzenia. Zjeżdżamy windą na 3 piętro gdzie jest nasz parking, pakujemy nasze bagaże. Siadam za kierownicą, czuję lekkie zdenerwowanie, przede mną kilka godzin nauki jazdy po drogach Filipin.
      Na Filipinach nie ma polskiej ambasady w razie kłopotu musimy sobie radzić sami. Używając tylko pierwszego biegu próbuję wydostać się z Manili. To miasto mieli nas od kilku godzin, jestem pewny, że to najgorsze miejsce na świecie, gdzie byłem. Kiedy nas ten konglomerat przeżuje to zostaniemy wypluci w kierunku Północnego Luzonu.
      Uciekamy, ale Manila nas tak łatwo nie puszcza, musimy odstać swoje 2 godziny w korkach, podziwiamy handel uliczny, sprzedawców prażonych orzeszków na środku drogi, dzieci wyskakujące spod samochodów i żebrające o kilka peso, obserwujemy nieustającą rzekę jeepneyów czy trój- cyklów. Każdy ma swój czas, swoją przestrzeń, każdy zatrzymuje się na żądanie, w związku z czym cały ruch na Filipinach jest tak naprawdę sparaliżowany. Kiedy chcesz wsiąść do jeepneya machasz ręką, mają na boku namalowany numer, oznacza to numer trasy po jakiej jedzie, a kiedy chcesz wysiąść pukasz w dach ręką, kierowca, zazwyczaj właściciel, zatrzymuje się na żądanie i albo on albo ktoś z pomocników pobiera niewielką opłatę. To wyjątkowa konstrukcja spotykana tylko na Filipinach, niewielki silnik, wciśnięty w wielką ramę, jak gdyby wydłużony stary amerykański jeep, w środku dwie ławki wzdłuż boków, a gdy brakuje miejsca wyciąga się małe drewniane krzesełka, na prowincji często widać ludzi podróżujących na dachu. W niewielkim jeepneyu mieści się nawet 30 osób. Cóż, nie na darmo mówi się o Azjatach, że to mistrzowie logistyki.
      Wreszcie wjeżdżamy na autostradę, przez chwilę wydaje nam się, że wyjechaliśmy z piekła. Na bramce płacimy 36 peso i liczymy naiwnie, że będziemy pędzić po Luzonie w tempie, który znamy z Europy, ale po kilku kilometrach płacę 31 peso i moje marzenia o szybkiej drodze się kończą. Znowu gigantyczne korki, targowiska, jeepneye i piesi, zwalniają naszą podróż do 20 km na godzinę. Nie jesteśmy w stanie nic zrobić, to wyzwala w nas agresję, po raz pierwszy powstają napięcia w naszej grupie.
      Jedziemy dalej, ruch zaczyna słabnąć, poruszamy się trochę szybciej, ale nieuchronnie zbliżamy się w rejony górskie, pojawiają się serpentyny, przepaście, a droga często jest dość stroma, Nabieramy respektu w przeciwieństwie do liniowych nocnych autobusów Five Star, Florida Transport czy North Star. Wyprzedzają nas używając długich świateł i klaksonu, robi się niebezpiecznie, ciężarówki pędzą na złamanie karku, droga wije się i kręci pomiędzy skałami, co jakiś czas musimy objeżdżać zwalone kamienie, które tarasują drogę, coraz mniej ludzi na ulicach, większość straganów przy drodze zamknięta, a my cały czas jedziemy na północ Luzonu. Czuję, że słabnę i nie mam siły więcej prowadzić, brak snu, formalności z wypożyczalnią auta, kłótnie z policją i wycieczka do Intramuros, doprowadziły w końcu do wyczerpania. Zamieniamy się za kierownicą, od tej chwili w kierunku Banaue będzie prowadził mój przyjaciel. Siadam obok niego i staram się w jakiś drobny sposób ułatwiać mu prowadzenie. Nawigacja przygotowana jeszcze w Polsce sprawuje
    • untochables Re: Filipiny - 3 tyg. 26.02.12, 07:53
      Foxy - Filipiny to bajeczka ;) bardzo mili i pomocni ludzie, aż Ci zazdroszczę ;) po Kambodży to mój drugi ukochany kraj ;) ja wypożyczyłem auto w Manili i pojechałem do Banaue - nie wolno tego robić wypożyczalnie nie zgadzają sie by jeździć w prowincje górskie ;) możesz pojechać autobusem (wkleiłem kawałek mojego tekstu o Filipinach) resztę możesz przeczytać tu www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3397253614954&id=1378141399 więc reasumując Banau, Batad, Sagada, Manila, Bohol i na koniec jak chcesz plaże to Boracay - sporo ludzi chwalli jeszcze Palawan ale ja tam nie zdążyłem ;( ceny na Filipinach są niskie a możesz sie przemieszczać lotniczo Cebu Pacyfic ;) a po miastach jeepneyami ;) taxi też są tanie ;)
        • untochables Re: Filipiny - 3 tyg. 26.02.12, 17:51
          Foxy - ja bym szukał taniego lotu do Hong Kongu - tu bym sie przesiadł w Cebu Pacyfic widzę na ich tronie że można nawet za 400 pln złapać lot w dwie strony ba czasami Cebu ma promocje za 1 peso ;) zalajkuj ich na Fejsie będziesz widział promocje
          www.cebupacificair.com
          jak znajdziesz Hong Kong za 1500 Rosjaninem to w 2000 pln sie zmieścisz
          na Filipinach stołowałem się w różnych miejscach ;) od drogich knajpek po uliczne stragany wciąż żyję ;)
          Cebu coś wspomina że wkrótce uruchomi połącznie long hula ale narazie nie wiadomo dokąd, oby się to nie skończyło jak Air Asia ;( lipa

          p.s. swoją drogą właśnie sie pakuje do Laosu ;)))

          /

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka