visham77
02.10.07, 18:02
Czy może być pechowa podróż. Przeczytajcie. Wszystkie te przypadki
rozegrały się w jednej podróży w ciągu kilku dni.
1. Jest wieczór majowy na Wyspie Wielkanocnej, zaczyna padać deszcz
wracamy do hotelu. Pakujemy się. Następnego dnia w południe
odlatujemy... W nocy pada deszcz... Rano pada deszcz... Przed
południem pada deszcz... Dowiadujemy się że samolot z Santiago który
miał nas zabrać nie ryzykował lądowania na lotnisku w Mataveri i
zawrócił do Santiago. To bardzo ciekawe, bo to przecież lotnisko
awaryjne dla promów kosmicznych. Co się stanie jak prom będzie tam
awaryjnie lšdował, a tam będzie padał deszcz??? Ok. to nie mój
problem... Po południu pada deszcz... Z zasłyszanych informacji -
dziś samolot nie przyleci - jutro może tak, a może nie... Na
szczęcie jest jeden pozytyw tej całej sprawy, nikt nie przyleciał
tego dnia na wyspę więc nie ma problemów z dodatkowym noclegiem. W
nocy przestaje padać (spadło prawie 10 cm deszczu - dane na
podstawie ilości wody w basenie który dzień wcześniej był pusty,
zweryfikowane później z serwisem pogodowym). Następnego dnia
przylatuje samolot i zabiera nas do Santiago. Mamy jednš dobę
opó?nienia. Ale co tam. Jest dobrze!!
2. Dzień później. Porannym lotem przylatujemy z Santiago do
Antafagasty. Miasto nad Oceanem Spokojnym. W wypożyczalni samochodów
Alamo pokazuję rezerwację. Pani sprawdza w komputerze, coś mówi. Nie
rozumiem. Przychodzi ktoś od konkurencji, tłumaczy po angielsku, że
nie ma takiej rezerwacji w komputerze i nie majš samochodu. Szukam w
innych wypożyczalniach w jednej, drugiej, trzeciej nie mają
samochodów. Czekam w kolejce do Herza. Podchodzi pani z Alamo i mówi
że jest samochód. Oglądam - inny niż chciałem, ale lepszy rydz niż
nic. Biorę. Podpisuję kwity. Na koniec pokazuje mi coś na tablicy
rozdzielczej. Widzę pali się rezerwa paliwa. Rozumiem, trzeba
zatankować. ok Wyjeżdżam z lotniska, rozglądam się za stacją
benzynowš. Jeden km, dwa, trzy.. nie ma... Jadę dalej 5 km ,
dziesięć, dalej nic... 15 km, wjeżdżam do miasta, ale nie ma stacji.
Po kilku kilometrach wreszcie widzę po drugiej stronie ulicy, ale
nie można już skręcić więc jadę dalej i samochód staje...
Przejechałem już samochodem ponad 300 tys. km i nigdy nie zbrakło mi
paliwa. Dobrze że to nie na pustyni, ale dlaczego w kraju gdzie
ludzie mówiš językiem w którym ja "ani be ani me". Idę na stację i
walę od razu - Do you speak English? - Yes. Co za ulga!!! A po
chwili hahahahaha. To jego Yes - to był tylko taki żart. No doba ,
na migi pokazuję samochód, jeszcze kilka małpich wygibasów, ale nie
widzę na twarzy zrozumienia. No to pokazuję, że mam pieniądze -
chłop od razu załapał, pobiegł obok do jakiejś stacji obsługi po
pojemnik po oleju do którego nalał mi benzyny, z dowodu
rejestracyjnego sprawdził jakš trzeba zatankować. Wracam do
samochodu. Ale jak tu wlać to do baku. Próbuję ale rozlewa się
raczej obok samochodu niż do baku. Jeszcze się zapali i będzie
nieszczę?cie. Patrzę obok. Jakiś dziadek ok. 70 lat zamiata chodnik
na ulicy i nagle przychodzi olśnienie. Podchodzę do niego (ja prawie
dwa metry wysokości 110 kg wagi on waga kogucia, a może papierowa) i
nic nie mówiąc zaczynam grzebać w koszu na śmieci obok. W końcu
wycišgam jakąś butelkę po jogurcie, zabieram i wracam szczęśliwy do
samochodu. Teraz z bańki po oleju do jogurtu a z jogurtu do baku. Po
kilku takich operacjach udało się. Próbuję odpalić samochód. Raz,
drugi, trzeci. Nie udaje się. Dopiero za piątym razem. Dobra jadę na
stację i tankuję do pełna. Jest bosko!! Jedziemy do San Pedro de
Atacama.
3. Dwa kolejne dni nic się nie dzieje. Nuda. Słońce wschodzi i
zachodzi, wiatr wieje, widoki piękne. Po prostu nuda. Nic się nie
dzieje. Jak w "Rejsie".
4. Kolejny dzień. Jestem samochodem na wysokości 4200 m npm. W
promieniu kilku kilometrów nie ma nikogo, nawet lamy. Zatrzymałem
się nad pięknym jeziorem. Wychodzę zrobić zdjęcie. Gaszę silnik w
samochodzie. Wracam i... nie mogę odpalić. Powoli chyba rozumiem -
gaszenie bez potrzeby silnika na tej wysokości nie jest
najrozsądniejszym posunięciem. Po kilku próbach samochód jednak
odpala. Co za ulga. Zjeżdżam szybko w dół. Jest superrr!!!
5. Kolejny dzień. Niedziela. San Pedro De Atacama (mieścina 2 tys.
ludzi), wysokość 2500 npm. Godzina 3:30 w nocy idę do samochodu
wybieram się do gejzerów El-Tatio. Lekki przymrozek. Wkładam
kluczyk do stacyjki. Widzę Ciemność, lampki się nawet nie zapaliły.
Myślę sobie hehehe, parę stopni mrozu i chilijski akumulator padł. Z
wyjazdu nici. Wracam do hotelu. Po śniadaniu idę znowu do samochodu.
Przekręcam kluczyk i... nic. Nawet kontrolki się nie zapaliły. O co
chodzi? Patrzę a światła są w pozycji on. No nie to już powoli staje
się nudne! Czekam. Najpierw obok parkuje jakiś VAN na no nie
możliwe, na niemieckiej rejestracji! Pytam skšd samochód z Niemiec w
Południowej Ameryce. A jeździmy już od pół roku z żona i synem, po
Ameryce. Mówię że padł mi akumulator, a on że ma przewody, ale są
przykręcone pod samochodem i że jak nikt inny mi nie pomoże, to
wejdzie pod samochód i mi pomoże. Szkoda mi chłopa, mówię mu, żeby
jeszcze poczekał może ktoś inny mi pomoże. Po pół godzinie podjeżdża
do mnie
jakaś pomoc drogowa (?). Facet popatrzył i mówił że teraz to gdzie?
się spieszy (do kościoła?), ale za pół. godziny przyjedzie i mi
pomoże. Ok. mamy czas. Po godzinie rzeczywiście przyjechał i mi
pomógł. Nie chciał za to żadnej kasy. Co za kraj!!!
6. Kilka dni i znowu... W Miami wypożyczam nowy, zaje...ty samochód.
Po kilku godzinach okazuje się, że od strony pasażera nie ma
nadproża na całej długości. Ot po prostu pech.
7. Następnego dnia leżymy z żoną 3 godziny na plaży w Miami (połowa
maja). Spalamy się kompletnie (trzeba mieć w głowie trochę oleju).
Po dwóch dniach żeby wsiąść do samolotu trzeba brać środki
przeciwbólowe.
I to by było na tyle.
Napiszcie czy wam też się coś podobnego zdarzyło.
Visham