Czy zdarzyła się wam pechowa podróż???

02.10.07, 18:02
Czy może być pechowa podróż. Przeczytajcie. Wszystkie te przypadki
rozegrały się w jednej podróży w ciągu kilku dni.

1. Jest wieczór majowy na Wyspie Wielkanocnej, zaczyna padać deszcz
wracamy do hotelu. Pakujemy się. Następnego dnia w południe
odlatujemy... W nocy pada deszcz... Rano pada deszcz... Przed
południem pada deszcz... Dowiadujemy się że samolot z Santiago który
miał nas zabrać nie ryzykował lądowania na lotnisku w Mataveri i
zawrócił do Santiago. To bardzo ciekawe, bo to przecież lotnisko
awaryjne dla promów kosmicznych. Co się stanie jak prom będzie tam
awaryjnie lšdował, a tam będzie padał deszcz??? Ok. to nie mój
problem... Po południu pada deszcz... Z zasłyszanych informacji -
dziś samolot nie przyleci - jutro może tak, a może nie... Na
szczęcie jest jeden pozytyw tej całej sprawy, nikt nie przyleciał
tego dnia na wyspę więc nie ma problemów z dodatkowym noclegiem. W
nocy przestaje padać (spadło prawie 10 cm deszczu - dane na
podstawie ilości wody w basenie który dzień wcześniej był pusty,
zweryfikowane później z serwisem pogodowym). Następnego dnia
przylatuje samolot i zabiera nas do Santiago. Mamy jednš dobę
opó?nienia. Ale co tam. Jest dobrze!!

2. Dzień później. Porannym lotem przylatujemy z Santiago do
Antafagasty. Miasto nad Oceanem Spokojnym. W wypożyczalni samochodów
Alamo pokazuję rezerwację. Pani sprawdza w komputerze, coś mówi. Nie
rozumiem. Przychodzi ktoś od konkurencji, tłumaczy po angielsku, że
nie ma takiej rezerwacji w komputerze i nie majš samochodu. Szukam w
innych wypożyczalniach w jednej, drugiej, trzeciej nie mają
samochodów. Czekam w kolejce do Herza. Podchodzi pani z Alamo i mówi
że jest samochód. Oglądam - inny niż chciałem, ale lepszy rydz niż
nic. Biorę. Podpisuję kwity. Na koniec pokazuje mi coś na tablicy
rozdzielczej. Widzę pali się rezerwa paliwa. Rozumiem, trzeba
zatankować. ok Wyjeżdżam z lotniska, rozglądam się za stacją
benzynowš. Jeden km, dwa, trzy.. nie ma... Jadę dalej 5 km ,
dziesięć, dalej nic... 15 km, wjeżdżam do miasta, ale nie ma stacji.
Po kilku kilometrach wreszcie widzę po drugiej stronie ulicy, ale
nie można już skręcić więc jadę dalej i samochód staje...
Przejechałem już samochodem ponad 300 tys. km i nigdy nie zbrakło mi
paliwa. Dobrze że to nie na pustyni, ale dlaczego w kraju gdzie
ludzie mówiš językiem w którym ja "ani be ani me". Idę na stację i
walę od razu - Do you speak English? - Yes. Co za ulga!!! A po
chwili hahahahaha. To jego Yes - to był tylko taki żart. No doba ,
na migi pokazuję samochód, jeszcze kilka małpich wygibasów, ale nie
widzę na twarzy zrozumienia. No to pokazuję, że mam pieniądze -
chłop od razu załapał, pobiegł obok do jakiejś stacji obsługi po
pojemnik po oleju do którego nalał mi benzyny, z dowodu
rejestracyjnego sprawdził jakš trzeba zatankować. Wracam do
samochodu. Ale jak tu wlać to do baku. Próbuję ale rozlewa się
raczej obok samochodu niż do baku. Jeszcze się zapali i będzie
nieszczę?cie. Patrzę obok. Jakiś dziadek ok. 70 lat zamiata chodnik
na ulicy i nagle przychodzi olśnienie. Podchodzę do niego (ja prawie
dwa metry wysokości 110 kg wagi on waga kogucia, a może papierowa) i
nic nie mówiąc zaczynam grzebać w koszu na śmieci obok. W końcu
wycišgam jakąś butelkę po jogurcie, zabieram i wracam szczęśliwy do
samochodu. Teraz z bańki po oleju do jogurtu a z jogurtu do baku. Po
kilku takich operacjach udało się. Próbuję odpalić samochód. Raz,
drugi, trzeci. Nie udaje się. Dopiero za piątym razem. Dobra jadę na
stację i tankuję do pełna. Jest bosko!! Jedziemy do San Pedro de
Atacama.

3. Dwa kolejne dni nic się nie dzieje. Nuda. Słońce wschodzi i
zachodzi, wiatr wieje, widoki piękne. Po prostu nuda. Nic się nie
dzieje. Jak w "Rejsie".

4. Kolejny dzień. Jestem samochodem na wysokości 4200 m npm. W
promieniu kilku kilometrów nie ma nikogo, nawet lamy. Zatrzymałem
się nad pięknym jeziorem. Wychodzę zrobić zdjęcie. Gaszę silnik w
samochodzie. Wracam i... nie mogę odpalić. Powoli chyba rozumiem -
gaszenie bez potrzeby silnika na tej wysokości nie jest
najrozsądniejszym posunięciem. Po kilku próbach samochód jednak
odpala. Co za ulga. Zjeżdżam szybko w dół. Jest superrr!!!

5. Kolejny dzień. Niedziela. San Pedro De Atacama (mieścina 2 tys.
ludzi), wysokość 2500 npm. Godzina 3:30 w nocy idę do samochodu
wybieram się do gejzerów El-Tatio. Lekki przymrozek. Wkładam
kluczyk do stacyjki. Widzę Ciemność, lampki się nawet nie zapaliły.
Myślę sobie hehehe, parę stopni mrozu i chilijski akumulator padł. Z
wyjazdu nici. Wracam do hotelu. Po śniadaniu idę znowu do samochodu.
Przekręcam kluczyk i... nic. Nawet kontrolki się nie zapaliły. O co
chodzi? Patrzę a światła są w pozycji on. No nie to już powoli staje
się nudne! Czekam. Najpierw obok parkuje jakiś VAN na no nie
możliwe, na niemieckiej rejestracji! Pytam skšd samochód z Niemiec w
Południowej Ameryce. A jeździmy już od pół roku z żona i synem, po
Ameryce. Mówię że padł mi akumulator, a on że ma przewody, ale są
przykręcone pod samochodem i że jak nikt inny mi nie pomoże, to
wejdzie pod samochód i mi pomoże. Szkoda mi chłopa, mówię mu, żeby
jeszcze poczekał może ktoś inny mi pomoże. Po pół godzinie podjeżdża
do mnie
jakaś pomoc drogowa (?). Facet popatrzył i mówił że teraz to gdzie?
się spieszy (do kościoła?), ale za pół. godziny przyjedzie i mi
pomoże. Ok. mamy czas. Po godzinie rzeczywiście przyjechał i mi
pomógł. Nie chciał za to żadnej kasy. Co za kraj!!!
6. Kilka dni i znowu... W Miami wypożyczam nowy, zaje...ty samochód.
Po kilku godzinach okazuje się, że od strony pasażera nie ma
nadproża na całej długości. Ot po prostu pech.
7. Następnego dnia leżymy z żoną 3 godziny na plaży w Miami (połowa
maja). Spalamy się kompletnie (trzeba mieć w głowie trochę oleju).
Po dwóch dniach żeby wsiąść do samolotu trzeba brać środki
przeciwbólowe.

I to by było na tyle.

Napiszcie czy wam też się coś podobnego zdarzyło.

Visham
    • s.wawelski Re: Czy zdarzyła się wam pechowa podróż??? 02.10.07, 21:54
      Twoje wspomnienia fajnie sie czyta, ale nie widze tu jakiegos
      specjalnego pecha. Lecac na WW nusisz sie liczyc z jakimis
      nieprzewidzianymi sytuacjami, ktore wlasnie nastapily. O ile
      pamietam, to samolot lecacy do Santiago z WW, leci de facto z
      Tahiti, a na WW sie tylko zatrzymuje, wiec problem mogl byc na
      tamtym lotnisku. Niektore sytuacje chyba Ty sam sprokurowales jak
      brak benzyny - ja bym sie zapytal gdzie jest najblizsza stacja.
      Piszesz, ze podrozowales przez pol roku po Ameryce a nie byles sie w
      stanie nauczyc kilku slow po hiszpansku? To kolejne zaniedbanie.
      Rezerwujac samochod dostajesz numer potwierdzajacy rezerwacje, wiec
      komentarz, ze nie bylo rezerwacji by sie wtedy nie powiodl.

      Zreszta, nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Byles,
      widziales i wrociles... i mam nadzieje, ze sie czegos nowego
      nauczyles.

      S.W.
      • Gość: iwwo2 Re: Czy zdarzyła się wam pechowa podróż??? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 03.10.07, 12:37
        Mój pierwszy raz w Czarnej Afryce. Połowa lutego, teoretycznie pora sucha w
        Kenii. Niestety pada codziennie, niebo cały czas zachmurzone. Pierwszy dzień w
        Nairobi załatwiam sobie na dzień następny standardowe kilkudniowe safari w
        Nakuru i Masai Mara. Mimo kiepskiej pogody jestem dobrej myśli. W drodze do
        hoteliku banda nastolatków napada mnie w biały dzień, zrywa mój pas biodrowy
        (nie był widoczny pod koszulką)i ucieka. Stanęły mi przed oczami moje pieniądze,
        paszport, bilety lotnicze i rzuciłem się w pościg za złodziejami. Chłopaki
        wyraźnie się nie spodziewali mojej reakcji i zaczęli dodatkowo sobie pogrywać,
        przerzucając moje rzeczy od jednego do drugiego. Na szczęście jeden rzucił
        niedokładnie i mój pas upadł na ulicę. Rzuciliśmy się obaj - ja i drugi
        złodziej. Byłem szybszy, odzyskałem co moje i z emocji poturbowałem na odchodne
        złodzieja. Gdzie tu pech - podczas tego pościgu coś mi się porobiło w nodze i na
        safari kolano miałem jak bania. Samo safari też kiepskie, bo przez ciągłe ulewy
        zwierzęta były rozproszone i efektownych scenek i widoczków raczej nie było.
        Miałem plany wejścia na Mount Kenyę i dłuższego pobytu w Ugandzie, ale z bolącym
        jak diabli i nie zginającym się kolanem nie miało to sensu. Po powrocie z safari
        zaliczyłem w Nairobi lekarza i punkcję kolana (do dziś pamiętam, że konował
        nawet rąk nie umył do tej punkcji)oraz zmieniłem plany i pojechałem na wybrzeże
        do Malindi. Pomyślałem sobie, że delikatne pływanie nad rafą będzie w sam raz na
        moje kolano. Samo Malindi nic ciekawego, plaża kiepska, ale za 15 $ wykupiłem
        wycieczkę łodzią ze snorkellowaniem do ogrodów koralowych. Okazało się, że
        pracownik agencji turystycznej, który kasował, zamiast przekazać te pieniądze
        dalej, porzucił pracę, i zawłaszczył moje i kilku innych pechowców pieniążki.
        Nie odpuściłem, zgłosiłem to na policji, która nie wykazała większego
        zainteresowania. Zainteresowanie za to wykazała miejscowa mafia trzymająca cały
        turystyczny biznes w ręku. Po długich korowodach i wizytach w naprawdę
        szemranych miejscach, pieniądze odzyskałem, ale wycieczkę na rafę już nie miałem
        czasu, bo miałem zabukowany lot powrotny do Nairobi. Cały wyjazd pechowy, ale
        się zawziąłem, za rok wróciłem, zrobiłem co zaplanowałem i było pięknie
      • visham77 Re: Czy zdarzyła się wam pechowa podróż??? 04.10.07, 19:40
        1. Z perespektywy czasu były to tylko "drobne niedogodności" w
        podróży. Jedyna trwałą konsekwencją było to, że nie zobaczyłem
        gejzerów El-Tatio. Czy tego żaluję? Nie bardzo.
        2. W zeszłym roku oprócz lotów SCL-IPC-PPT o których piszesz (lataja
        dwa razy w tygodniu wylot z Santiago po południu), były również loty
        SCL-IPC-SCL wylot z Santiago rano powrót wieczorem (2 lub 3 razy w
        tygodniu). Ten z SCL nie doleciał, a ten z PPT następnego dnia nas
        zabrał do Santiago.
        3. To nie ja podróżowałem pół roku po Ameryce Południowej, tylko
        spotkany Niemiec.
        4. Co do rezerwacji samochodu to dopiero teraz mi "zaskoczyło".
        Jasne, że nie było rezerwacji - bo ja byłem w Anatofagaście o dzień
        później.

        I zgadzam sie z Toba, ze nie ma tego złego co by nadobre nie wyszło.

        Vi77
        • s.wawelski Re: Czy zdarzyła się wam pechowa podróż??? 05.10.07, 23:02
          Tak, z tym Niemcem to nie doczytalem.

          Ja Tatio widzialem. Duzo wysilku aby sie tam dostac. Czy takie piekne?
          Moze nie, ale polozenie ich jest bardzo osobliwe, ponadto byly ciekawe
          widoki po drodze. Wieksze wrazenie zrobily na mnie gejzery w
          boliwijskiej czesci Atacamy jakies 2.5 godziny jazdy na polnocny
          wschod od Laguny Verde. Tez bardzo wysoko polozone - okolo 5000 mnpm.

          S.W.
    • Gość: naszeq Re: Czy zdarzyła się wam pechowa podróż??? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.10.07, 15:11
      Podroz do Thajlandii. Podrozowalismy miesiac na wlasna reke.
      pierwsze dwa tygodnie fantastyczne, wszystko szlo gladko,
      zwiedzalismy duzo i intensywnie bez problemu (Bangkok, Kambodza,
      Phuket, Phi phi Islands, Krabi) podrozowalismy w 4 osoby(2
      dziewczyny 2 chlopakow) jednak kolega opuscil nas po dwoch
      tygodniach i wraz z nim opuscilo nas szczescie.. juz w 3 osoby
      przenieslismy sie na wschodnie wyspy. Wplanach mielismy Ko Samui, ko
      Pagnan, Ko Tao. zaliczylismy wszystko ale z niesamowitym pechem. Od
      samego poczatku! wybralismy tani autobus w ktorym nas okradli, na ko
      Samui kolejny raz nas okradli w domkach, bankomat zjadl nam 3
      karty!! (po pierwszej zjedzonej mozna bylo zmienic bankomat jednak
      uparcie wlozylismy 2 nastepne) musial byc trefny bo nikt nigdy nie
      odpowiedzial na nasze zgloszenie! zgubilismy telefon, klapki,
      okulary 2 pary, w zdarty naskorek na mojej stopie wdarlo sie
      zakazenie, kolezanka rowniez walczyla ze skaleczeniem stopy ( dodam
      ze wyleczyla dopiero po powrocie do polski) lodki nam uciekaly,
      zawsze bylismy spoznieni "doslownie o pare minut". Dalej bylo
      jeszcze gorzej. postanowilismy sie troche zrelaksowac i lodka
      rybacka dotarlismy do malej wysepki ko Taen (36 nmieszkancow wg
      lonely planet) prad 3 godziny dziennie z generatorow a wieczorem
      kolega dostal goraczki i tracil kontakt ze swiatem. wachlowanie i
      okłady mokrym recznikiem (nie uwierzycie- woda tez miala przerwy w
      dostawie) i modlenie sie aby to nie byla malaria (jako ze
      podrozowalismy wczesniej po terenach zagrozonych -min Kambodza)
      czekalismy do rana na rybcka lodke ktora jak nam powiedzieli
      mieszkancy przyplywala raz dziennie "niewiadomo kiedy". przyszedl
      deszcz i wraz z nim wieksze obawy. w czasie ulewy lodka nie
      przyplynie bo to niebezpieczne. NIEEEE musi przyplynąć?!! ok
      przyplynela. kolysalo mielismy wszystko mokre i powiem szczerze
      wyczerpani tym calym zamieszaniem zaczynalismy byc obojetni.
      dotarlismy do szpitala. uff...to tylko angina. leki podzialaly na
      angine ale przysporzyly innych klopotow. zakazenie jamy ustnej.
      Uwierzyc sie nie chce w to wszystko. kolega nie mogl nic przelknac.
      tracil sily musielismy miksowac zupki tajskie. ktore zazwyczaj
      pikantne dostarczaly jeszcze wiecej klopotow. ko Tao ostatnie dni
      przed wylotem. kolega ledwo je, miksowane banany utrzymuja go przy
      zyciu. ja zaczynam goraczkowac. pewnie angina. kolezanka walczy z
      zakazeniem w nodze. BYLE DO ODLOTU!!pozbywamy sie polowy rzeczy nie
      mamy sily nosic plecakow! jeszcze 3 dni!! podroz do bangkoku
      wyczerpujaca. bo w autobusie grupa rozbawionych turystow. na skraju
      wyczerpania, kolezanka i ja z goraczka kolega z prawie anemią
      docieramy do bangogku. i kolejny klopot. hotele sa zajete!! CO?
      przeciez tyle jest hoteli w bangoku !! no po 6 nie mamy wyboru
      bierzemy pierwszy lepszy - byle do odlotu!! teraz juz codziennie
      pada, przemokniete rzeczy nie mamy gdzie wysuszyc wiec pozbywamy sie
      drugiej polowy bagazu. dwa dni mam wyjete z zycia. goraczka wysoka.
      angina. antybiotyk. taksowkarz w drodze na lotnisko chce wiecej
      kasy. dajemy bez mrugniecia okiem byle nas dowiozl na czas...
      ostatnia niespodzianka na lotnisku - trzeba doplacic za oplate
      lotniskowa. ale i tu nawet sil nie mamy na komentarz. wracamy cali i
      szczesliwi do domu.. pecha zostawilismy na lotnisku!! ;-) to
      wszystko mi sie przytrafilo podczas dwoch tygodni w tajlandii. w
      sumie bez wiekszych poroblemow podczas tej samej podrozy zjezdzilam
      australie i nowa zelandie 6 miesiecy a tu taka niespodzianka na sam
      koniec!! ale warto bylo bo po jakims czasie wszyscy mamy co
      wspominac ;-)
    • borasca0107 a i owszem:) 04.10.07, 06:25
      Przydarzyla się ... pechowa, nie pechowa - z
      pewnością jednak prawie fabrycznie adrenalinowa:)

      Jakis czas temu poprzestawialam sobie trochę pory roku. Postanowilam
      przeskoczć z mroznej i śnieżnej zimy prosto w jesienną Nową Zelandię
      po to tylko, aby po miesiącu wrócić na czas na powitanie wiosny:)

      Nadeszla pora wyjazdu. Ostatnią noc przed odlotem spędzilam
      bezsennie pakując się. Rano pólprzytomna pojechalam do pracy.
      Wieczorem biegiem do domu. Zabralam swój dobytek i żwawym klusem
      ruszylam w strone lotniska. Wreszcie w nocy rozsiadlam sie w
      samolocie do Hong Kongu (w którym nawiasem mowiąc spędzilam równo 23
      i pol godziny). Przespalam calą podróż. Przy lądowaniu w HK ok.
      osmej rano czasu lokalnego myślę sobie - nie jest zle, najgorsze mam
      za sobą. Zabralam swoje toboly, poszlam do informacji zaczerpnąć
      języka - gdzie zostawić bagaze, co i jak zwiedzać przez caly
      dzień. Po jakiejś godzinie opuścilam wreszcie lotnisko z ciężkim
      plecakiem wypchanym rzeczami, ktorych wolalam nie zostawiac w
      przechowalni. Zdążylam jeszcze (nie)przytomnie zalożyć dopiero co
      kupione i niewypróbowane obuwie i ruszylam na podbój Hong Kongu:)
      Oczywiście wilgoć i upal od razu ścięly mnie z nóg, a odrapane stopy
      zaczęly bąbelkować juz po niecalej godzinie. Apteczki w ciężkiej
      graciarni na plecach oczywiście niet - bo po co. Zacisnęlam zęby. W
      końcu raz się żyje. Bąble nie zając, nie uciekną:) i poszlam jak
      czolg na zwiedzanko:) Wlóczylam się tak caly dzień, oprocz zdjec
      robiąc jeszcze przy okazji zakupy - sila wyższa:) Obladowana
      zakupami i zabąbelkowana, prawie nieprzytomna ze zmęczenia dotarlam
      wreszcie z powrotem na lotnisko po 21-ej. Najpierw odebralam bagaze
      z przechowalni. Potem musialam jakoś się przepakować. Nastepnie
      odprawa, dzieki ktorej znow pozbylam się bagażu glownego. Potem
      poszukalam wolnej lawki, aby usiąść wreszcie spokojnie, zrobić
      porządek z bagażem podręcznym i pozbierać w jedno miejsce (znaczy
      sie do paszportu) wszystkie latające luzne świstki. Posprawdzalam
      czy wszystko mam przy sobie i ruszylam do swojej 'bramki' numer
      chyba 42 czy jakoś tak... lomatko bosko! Przeciez to chyba na koncu
      lotniska! To byla dopiero droga krzyżowa. Bylo już pozno.
      Przeliczylam się trochę. Nie przypuszczalam, że przede mną jeszcze
      taaaaaaaki kawal drogi. Co raz wolniej sie wloklam. Czas co raz
      szybciej uciekal. Poranione stopy swidrowaly bólem, aż do szpiku
      kości. O plecaku juz nawet nie wspomne. W końcu po calych wiekach
      dotarlam!! Hurra!! Nareszcie! Zaraz wejde do samolotu i choc mocno
      nieświeża padnę wreszcie nieżywa:) -
      • s.wawelski Re: a i owszem:) 04.10.07, 16:07
        No i gdzie tu jaki pech?!?! Ja w takich wypadkach zawsze sobie
        mowie: Moj boze! Ale mialem szczescie!

        To nieznany epizod Twojej wyprawy do NZ. Zreszta zawsze natrafiam na
        same nieznane. Czy gdzies sie to uklada w jakas calosc? Bo chetnie
        bym poczytal cos wiecej, jestem nawet sklonny wykupic roczna
        prenumerate... Narobilas mi smaku tym lotem, bo jezeli tu juz mialas
        tyle przygod to dopiero wyobrazam sobie Tour de NZ.

        Pozdrowienia,

        S.W.
        • borasca0107 Re: a i owszem:) 05.10.07, 23:14
          s.wawelski napisał:

          > No i gdzie tu jaki pech?!?!

          bo to byl taki niepechowy pech:)

          > To nieznany epizod Twojej wyprawy do NZ.

          a bo traumatyczne doświadczenia
          przeważnie blokuję na jakiś czas;)

          > Czy gdzies sie to uklada w jakas calosc?

          stety, nie;)

          > Bo chetnie bym poczytal cos wiecej,

          a proszę bardzo - część drugą tej samej
          podróży wlaśnie umieścilam przed chwilką;)

          Smoku! Milo widzieć Cie z powrotem po powrocie z Japonii.
          Rozglądam się ciągle po necie, ale do tej pory nigdzie
          nie widzę żadnych zdjęc ani opowieści z Waszego urlopu.
          Czy może zwyczajnie przegapilam? :)

          Pozdrowionka.
      • borasca0107 Re: a i owszem... cd. :) 05.10.07, 22:36
        eeehh...w Auckland wysiadlam z samolotu i odetchnelam z ulgą. Po
        prawie trzech dniach podróży najgorsze już za mną. Już za chwile
        przede mną dwie wolne godziny przerwy pomiędzy lotami. Stoję już z
        calym bagażem w dlugaśnej kolejce do odprawy i marzę - chwilowo tak
        przyziemnie, tylko o prysznicu, pod którym już za chwilkę się
        znajdę. Ale ale ... Niestety, kolejka przede mną sprawia wrażenie,
        jakby robila się co raz dluższa, a nie krótsza - co u diabla? Czas
        mi tu ucieka. Prysznic mi się przez to skraca niemilosiernie. W
        panice zaczynam już martwić się o to czy w ogóle zdąże na samolot
        do Christchurch. W końcu moja kolej - hurra! A niech diabli wezmą to
        hurra.. grrr Kobieta odsyla mnie do następnej dlugiej kolejki na
        przegląd bagażu. Idę jendak spokojnie, pewna, że po prostu wrzucą
        moje wielkie pudlo na większego rentgena i będzie po sprawie. Ale
        gdzie tam. Widzę, że bagaże są dokladnie sprawdzane - znaczy się
        wybebeszane na taśmę. No żesz!! Nie mam nic przeciwko przeglądaniu
        moich bagaży. Mogę nawet pozwolić, aby sobie z daleka popatrzyli.
        Milo mi będzie pochwalić się jak wszystko pięknie chirurgicznie
        spakowalam:) Ale jeśli każą mi wykladać rzeczy to zabiję! Karton z
        rowerem i sprzętem biwakowym mam tak wypchany, że nawet szpilki już
        tam nie można wcisnąć. Nadeszla wreszcie moja kolej. No i padl
        prikaz o wypakowanie kól rowera, namiotu i butów traperskich. No to
        klapa - nie zdążę nawet na samolot! A mój prysznic??!! Po co im moje
        kola, namiot i buty???? Grzecznie, z uśmiechem na twarzy (bo jeśli
        pokażę prawdziwą minę jaka mi teraz w duszy gra, to mnie jeszcze na
        rewizję osobistą wyślą:), zrezygnowana, rozkladam na podlodze caly
        swój podróżny dobytek. W myslach jednak faceta - który chcial
        zobaczyć moje kola, namiot i buty - kroję, posypuję solą, polewam
        octem i po kawalku wyrzucam na śmietnik! A żeby go jakieś hieny...
        grrr :) Dziesięć minut rozpakowywania, minuta oglądania - facet
        zerknąl na podeszwy i opony rowerowe, zajrzal do namiotu, spojrzal
        na zewnetrzną część podlogi i życzyl mi milej podróży. Dostalam od
        niego taśmę i worki plastikowe i moglam pakować wszystko z powrotem -
        tylko jak?! Czasu malo, bez prysznica to mnie nawet na poklad nie
        wpuszczą. Jak ja mam teraz domowe, calonocne pakowanie streścić w
        piętnaście minut? Jakoś się udalo, ale przez to pakowanie przybylo
        mi bagażu podręcznego! Wrzucilam calość na wózek i szturmem do
        informacji zapytać skąd odlatuje samolot... a owszem - odlatuje - z
        drugiego lotniska, krajowego, oddalonego o kilometr. Spytalam też
        o prysznice - są - super! Lecę więc na piechotę z jednego lotniska
        na drugie. Slońce przypieka konkursowo, ale co tam. Oddaje bagaż,
        podręczne pakunki wrzucam na wózek. Paszport z biletami wciskam tym
        razem do torby ze swoimi skarbami - aparat, pieniadze i inne
        dokumenty - abym nie miala teraz powtórki z Hong Kongu...bo drugiej
        takiej już nie przeżyje. Zerkam na zegarek. Za niecale pol godziny
        zaczną wpuszczać na samolot, więc jeśli się pospieszę to zdążę -
        krótki bo krótki, ale przynajmniej mokry - wziąć ten nieszczęsny
        prysznic. Pytam jakiegoś mundurowego czy są? - są - gdzie? - na
        górze. Super. Startuję więc w poszukiwaniu windy. Lotnisko male.
        Nie przywiązuje uwagi do szczególów, ale zaczyna mi sie wydawać, że
        chyba biegam w kólko. Czyżby nie mieli tutaj windy? No dobra - nie
        mam czasu na zbędne pytania, więc parkuję wózek, zbieram bagaże.
        Jestem obladowana jak nie przymierzając, kloszard. Wdrapuję się
        schodami na górę. Tam też robię parę kólek, bo prysznicowej drogi
        nikt tam specjalnie nie oznaczal, a jest pusto, więc nie ma nawet
        kogo zapytać. Wreszcie JEST!! Wpadam, rzucam bagaże, zrzucam
        ubranie, szybko wskakuję pod prysznic, jeszcze szybciej wyskakuję,
        bo nawet nie sprawdzilam ile mam czasu. Zerkam na zegarek - zostalo
        mi dziesięć minut. Dużo i malo:) Postanawiam więc wykorzystać czas
        maksymalnie, czyli nastawić prędko budzik nawet na te kilka minut -
        aby zwyczajnie nie przegiąć z kąpielą i mieć wszystko pod kontrolą.
        Tylko gdzie budzik? - no tak.. w torbie z aparatem i innymi
        skarbami. Przerzucam rzeczy. Nie ma torby!!! Jak to?!! Boże! Moj
        aparat!! Moje pieniadze!!! Paszport! Bilety!! Jesli zostane tutaj
        bez dokumentow i pieniedzy, a moj rower z namiotem wyląduje w
        Christchurch to bede mogla spokojnie i powolutku utopić się na
        stojąco! Panika! Co teraz? Pewnie zostawilam na wozku! Tylko w
        ktorym miejscu? Zanim tu trafilam to zrobilam przecież tyle kólek,
        że teraz nie pamiętam. Pędzę do drzwi, otwieram, wybiegam i
        natychmiast prawie mdleję z przerażenia! Gdzie ubranie?! W tyl
        zwrot!!! Cale szczęscie, że na korytarzu bylo pusto! Wrzucilam na
        siebie ubranie i na bosaka powtorka z rozrywki - biegiem przez
        lotnisko, tym razem w poszukiwaniu torby. Nie pamietam jak dlugo
        tak biegalam. Pare kólek zaliczylam na pewno, bo nie chcialam (co ja
        piszę - nie moglam!) przyjąć do wiadomości, że może jednak ktoś
        zaopiekowal się moimi rzeczami. Wreszcie zauważylam jeden z wózków
        wepchniętych pod schody. Jest! Na wierzchu moja torba nietknięta! W
        tym calym szoku teraz nie mogę trafić z powrotem do prysznica. W
        końcu jest! Zanim dobieglam do drzwi i weszlam do środka zdążylam
        już uslyszeć swoje nazwisko wywolywane przez megafony - no żesz -
        klątwa jakaś czy co? Nie mam już czasu na dokończenie prysznica,
        więc zbieram tylko wszystkie rzeczy i heja w stronę samolotu, modląc
        się tylko, aby droga do niego nie okazala się teraz tak dluga jak w
        Hong Kongu. Wreszcie spanikowana dotarlam. Szybko wyciągnelam
        boarding pass i nareszcie mój koszmarek się zakończyl. Znalazlam
        swoje miejsce, rozsiadlam się wygodnie, lekko zdziwiona, że ludzie
        jakby trochę dziwnie przyglądali mi się. No tak - przecież zdążylam
        wejść na sekundę pod prysznic, ale gdy zachcialo mi się budzika i
        zdalam sobie sprawę z tego, ze torbę mi wcięlo to nie myślalam o
        ręczniku. Ubranie mokre, woda ciągle kapala z wlosów...jednym slowem
        obraz nędzy i rozpaczy. No cóż, niektórzy musieli pewnie sobie
        pomyśleć, że po prostu wyjątkowo upal nowozelandzki mi nie sluży,
        ale przecież chyba nie wyrzucą mnie przez to z samolotu? Zdążylam
        tylko pomyśleć i co widzę? Stewardessa zmaterializowala się przede
        mną i z wyciągniętą ręką czegoś ode mnie chce. Jezzzzzuuuuuuuu! Czy
        ta podróż nigdy się nie skończy? Przecież już powoli doprowadzam się
        do porządku, buty zalożylam i takie tam:) W ulamku sekundy, zanim
        dotarlo do mnie czego ona ode mnie chce pomyślalam, że chyba jednak
        stwierdzili, że za mocno zaklócam estetyczne wyposażenie samolotu i
        mnie wyrzucą? :) - a tu co widzę? Dziewczyna wręcza mi zwitek
        banknotów i mówi, że upadly mi na podlogę gdy w pośpiechu wyciągalam
        z torby swój boarding pass!

        Co tu dużo mówić. Przed tą podróżą najbardziej balam się nudy -
        przerażala mnie myśl o tych niezliczonych, nieprzespanych godzinach
        spędzonych w samolocie, godzinach wyczekiwania na lotniskach no i
        martwilam się, że po dotarciu na miejsce jetlag mnie rozloży na
        wiele dni i w rezultacie moją wyprawę diabli wezmą, bo zanim wsiądę
        na rower to już trzeba bedzie wracać.

        Nic z tych rzeczy:) Podróż nie miala nic wspólnego z nudą, a jetlag?
        No coż...stwierdzil chyba, ze juz wystarczajaco duzo mialam atrakcji
        w czasie podrozy, wiec na miejscu da mi spokoj:) Następnego dnia
        obudzilam sie bardzo wczesnie rześka jak skowronek. Oprócz chińskich
        odcisków na poranionych stopach nic innego mi nie dolegalo przez
        resztę pobytu w NZ... na dluuuuuuuuuuuuuugo zapamiętam tę podróż :)
        • s.wawelski Re: a i owszem... cd. :) 05.10.07, 23:04
          Czekam na dalszy ciag...

          S.W.
        • jj19 Slinotok? 12.01.08, 05:17
          Na litosc boska, rob akapity. Ciezko sie ciebie czyta.
    • katahdin Re: pechowa podróż??? TAK !! TAK !! :))))) 21.12.07, 16:03
      zdarzyla sie i to wczoraj !!! :)))))) spoznilam sie na samolot ! :)))
      zamiast dzisiaj wygrzewac sie na bialym, goracym piasku, wpatrywac
      sie w turkusowa ton karaibskiego morza, patrze za okno i widze, tzn
      nic nie widze poniewaz gesta mgla otulila wszystko.
      wakacje bede miala skrocone, bagatelka, tylko o 2 dni z 2 tyg.,
      cale szczescie ze udalo mi sie zarezerwowac nastepny lot,
      strata 2 dni, ale biorac pod uwage, ze jest to okres
      przedswiateczny, wiec i tak jestem zadowolona.
      czy moze ktos sie orietuje, czy jest mozliwosc zmiany przewoznika,
      informuja mnie ze nie, to tak na przyszlosc chcialabym wiedziec, jak
      widac wszystko jest mozliwe, ale ze MNIE zdarzyla sie taka przygoda,
      nie moge w to po prostu jeszcze do tej pory uwierzyc.
      Biore, oczywiscie cala sprawe na wesolo :)))))

      ---
      Life's an adventure, don't miss out...
      • borasca0107 Re: pechowa podróż??? TAK !! TAK !! :))))) 21.12.07, 19:22
        katahdin napisała:

        > zdarzyla sie i to wczoraj !!! :))))))
        > spoznilam sie na samolot ! :)))

        auć!!:)

        > Biore, oczywiscie cala sprawe na wesolo :)))))

        tak trzymać!! ;)

        W takim razie tym razem życzę Ci przede wszystkim
        szerokiej i pustej drogi w drodze na lotnisko! :)

        Powodzenia.
        • amadeusz80 Re: pechowa podróż??? TAK !! TAK !! :))))) 28.12.07, 18:20
          Uśmiałem się !!!!
          • Gość: Jo@nna Re: pechowa podróż??? TAK !! TAK !! :))))) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.01.08, 23:36
            Przeczytałam z zapartm tchem i prawdę mówiąc nie chciałabym nic podobnego
            przeżyć. Widzę,że humor Cię nie odpuszczał i tak trzymać.Pozdr. J.G.
            • katahdin Re: pechowa podróż??? cd. :))))) 12.01.08, 02:40
              Na lotnisku zjawilam sie 5 min. przed odlotem samolotu,
              odlecial punktualnie az do sec., no coz , musze sie przyznac,
              ze pobladzilam, (korki tez byly :))) i aby bylo jeszcze
              smieszniej dodam , ze pomylilam do tego terminale,
              czyli linie lotnicze :)))) Droga z lotniska, wcale nie
              byla prostsza, pobladzilam jeszcze 2x !!!! W powietrzu
              z pewnoscia krazylo jakies fatum.

              pechowych przygod cd.

              wreszcie bagaze laduja w bagazniku, zadowoleni,
              jedna noga juz prawie po drugiej stronie wody.
              Po kilku km. gasnie jedno krotkie swiatlo,
              nie ma jednak juz czasu na zmiane samochodu.
              Policja nawet w nocy nie proznuje, kilka razy dogania
              na sygnale , spisuje, ale ze Pan siedzi za kierownica
              udaje sie bez mandatu. Juz nie pamietam ile bylo zatrzyman,
              fakt, ze drzwi samolotu zatrzaskuja sie za nami z hukiem,
              znowu byloby o maly wlos, nauczka na przyszlosc ??? :)
              Wczasy byly cudowne.

              Z powrotem przepisywalam bilet az 2x, swieta, tlumy,
              opoznienia, rozumiem, tym razem udalo mi sie nawet dotrzec
              do domu 2.5 godz. wczesniej :)))) jak to zrobilam,
              prosze sie juz nie pytac :))))

              ---
              Life's an adventure, don't miss out...
              • starypierdola Jaki tam pech??!! 12.01.08, 03:54
                Wiec patrze na moj E-Ticket print-out i widze ze mam samolot o 10:30 am.

                Pryjezdzam na lotnisko, podchodze do check-in counter a pani mnie pyta: "skad
                wiedziales ze samolot jest spozniony?". Ja zdziwiony: "jak to 'spozniony?"

                Okazuje se ze spojrzalem na godzine odlotu z lotniska przesiadkowego, w innej
                strefie czasowej. I ze "moj" odlot byl o dwie godziny wczesniej....

                No ale akurat sie tak zlozylo ze "moj" samolot byl spozniony o ponad dwie
                godziny....

                Taki pech :)))

                Pechowiec SP
                • jj19 Cholerny pech. 12.01.08, 05:14
                  Mnie sie nigdy nic pechowego w podrozy nie przydarzylo.
                  To dopiero cholerny pech! Powinienem sie juz martwic?
              • s.wawelski to nie pech, to recydywa... 12.01.08, 18:55
                O ile mnie pamiec nie zawodzi, to spoznianie sie na samolot, albo
                obliczanie wszystkiego na styk to Twoja specjalnosc. Ja tu zadnego
                pecha nie widze - sama tego chcialas.

                S.W.
Pełna wersja