brenya77
13.12.12, 13:27
Wiem, ze moze nie powinnam zakladac tego watku, ale nie mam sie komu wyzalic. Nie moge dojsc do siebie po wczorajszej wizycie w klinice plodnosci i tym, co stalo sie krotko po tym. Otoz, zawsze wydawalo mi sie, ze decyzja o staraniach jest nasza wspolna i moj partner uczestniczy w calej procedurze z rownym zaangazowaniem co ja.
Wizyta przebiegla w miare pomyslnie. Jego wyniki sie poprawily od ostatniego razu, ja dostalam skierowanie na droznosc i prolaktyne, w planie jest wdrozenie Clomidu i starania naturalne. Machina ruszyla, ale...
Moj partner sie ta wizyta bardzo zdenerwowal. Na poczatku nie chcial powiedziec co jest nie tak, ale potem wydusil, ze sie boi, ze za szybko, ze on nie jest pewny, czy tego chce, ze przeraza go taka decyzja. Od tego przeszlismy do trudnej rozmowy o naszym zwiazku, ze on nie wie czy ja jestem "ta", ze brakuje mu seksu, ze to wszystko takie zaplanowane i go przeraza.
Jest mi cholernie przykro, bo czuje sie zwyczajnie glupio, ze sie zaangazowalam, ze robilismy te wszystkie badania. A tu sie okazuje, ze on wcale tego nie chce, ze nasz zwiazek byc moze nie rokuje. Z drugiej strony widze, ze on ma wyrzuty sumienia, ze "zmarnowal mi zycie", bo przeciez ja mam juz 35 lat, a on mnie stawia w takiej sytuacji.
Pocieszcie kobiety, czy to normalne? Czy to stres przed podjeciem waznej dycyzji? Czy odpuscic i poczekac, nie przymuszac. Juz wczoraj mialam wizje udania sie do banku nasienia i po prostu "zrobienienia dziecka z dawca". Dzis poczulam sie cholernie staro. Zwiazek, ktory myslalam, ze jest ten jedyny, ze nareszcie jestem gotowa na dziecko, okazuje sie, ze druga strona widzi to inaczej.
Przepraszam, musialam sie wyzalic