Moje (udane) starania z castagnusem

12.01.14, 11:21
Od dawna zbierałam się, aby opisać swój "przypadek", bo całkiem niedawno szukałam informacji m.in. na tym forum - może teraz moja historia komuś coś podpowie.
Starając się o ciążę byłam na przełomie 36 i 37 roku życia. Mam dwoje dzieci, z każdym zachodziłam w ciążę po 1 cyklu starań (mam co prawda problemy z donoszeniem ciąży - ale to zupełnie inna historia, odkąd zostałam prawidłowo zdiagnozowana pomagają mi leki i ciąże się "trzymają").
Jeżeli chodzi o moje "uwarunkowania" to owulację miałam zawsze pomiędzy 16 a 19 dniem cyklu, fazę lutealną zawsze dokładnie 12 dni (cykle zatem od 28 do 31 dni). Dodam jeszcze, że samą owulację odczuwam od lat bardzo wyraźnie, jako charakterystyczny ból trwający kilka godzin, który nie sposób z czymkolwiek pomylić, potwierdzany zresztą testami owulacyjnymi - to zawsze od lat uspokajało mnie co do obecności samego jajeczkowania. Oprócz tego dodam od 10 lat zdiagnozowaną chorobę hashimoto - w okresie przed obecną ciążą brałam euthyrox 75, obecnie, w ciąży - stała dawka 125, parametry tarczycy ustabilizowane.
starania o kolejne dziecko rozpoczęliśmy w marcu ub. roku - cykl, dwa, trzy i nagle okazało się że figa - ciąży brak. Czwarty, piąty cykl - nadal nic. Wiem, że nie jest to długi okres starań, ale przed rozpoczęciem starań byłam dość dobrze przebadana (aby ustalić leki zapobiegające poronieniu, które muszę brać od pierwszych dni ciąży) i wydawało się że wszystko jest ok. Moja owulacja potwierdzała się co miesiąc, jak zawsze, parametry tarczycy w normie - i właściwie trudno było zgadnąć, czemu nagle nie zachodzę w ciążę, chociaż dotąd "zachodziłam" jak na rozkaz.
W tym okresie, ze względu na dokuczliwe bóle piersi, które występowały niezależnie od fazy cyklu, zbadałam PRL. Wynik wyszedł na poziomie 496 (przy normie coś ok. do 480 - pewnie wiecie, w których jednostkach). Lekarz powiedział, że to właściwie jeszcze jest prawie w normie, i nie może to być przyczyną problemów z poczęciem - nie nakazał mi brać żadnych leków na zbicie prolaktyny. Ponieważ jednak te piersi bardzo mnie bolały, doczytałam że może na nie pomóc castagnus, który zarazem kobiety zażywają przy nieznacznej hiperprolaktynemii (a taką "zdiagnozowałam" u siebie smile)
Od nowego cyklu zaczęłam brać castagnus (2 tabletki przy wadze 63 kg). I pierwszy cykl starań z castagnusem... przegapiłam! Okazało się że owulacja wystąpiła w 13 dniu cyklu, czyli najwcześniej odkąd pamiętam. Niestety, nic jej nie zapowiedziało tak wcześnie, bo castagnus zadziałał na mnie tak, że zatrzymał mi się objaw śluzu (ale tak totalnie - kompletna pustynia). To, że przeszłam owulację potwierdził dopiero mój zwykły ból owulacyjny oraz to, że miesiączka nadeszła, jak zwykle, równo po 12 dniach od owulacji (czyli cykl miałam też najkrótszy w życiu, 25 dni).
Kolejny cykl z castagnusem byłam już czujniejsza. Na śluz zaczęłam brać wiesiołek (nie pomógł ani trochę) i zaopatrzyłam się w testy owulacyjne żeby nie przegapić jajeczkowania. Ponownie, przy zerowym objawie śluzu, owulacja pojawiła się wcześniej niż zwykle - w 14 dniu cyklu. Zapowiedział ją tylko test owulacyjny. Ponieważ w ogóle nie miałam śluzu, kupiłam żel conceive plus, w specjalnych jednorazowych aplikatorach - przed każdym zbliżeniem w tym okresie zużywałam 2 dawki (dzięki tym aplikatorom da się założyć żel głęboko do pochwy). A mąż pił mocną kawę, co podobno zwiększa ruchliwość plemników. No i zadziałało smile
Pewnie jak ktoś ma duże i poważne problemy to castagnus nie pomoże, ale jeżeli coś nie działa bez uchwytnej przyczyny - może warto spróbować? Nie wiem czy obniżył mi on prolaktynę (potem już nie badałam, bo byłam w ciąży), ale na pewno działa lekko stymulująco na jajniki - działają żwawiej, szybciej dochodzai do owulacji, być może dzięki temu jajeczko jest też lepszej jakości? Mnie tylko zdziwił ten zanik śluzu po castagnusie - no ale udało się ten problem jakoś obejść smile
Udanych i owocnych starań w Nowym Roku!
Pełna wersja