uccellino
25.09.08, 13:38
Przepraszam za nieobecność. Jakoś tak się to poukładało.
Patologiczne spanie płynnie przeszło w cieżki okres w pracy, potem
płynnie w przeziębienie, a potem to już z każdym dniem było coraz
ciężej wrócić... Tyle postów do przeczytania... Zaraz się
porozglądam.
Tak naprawdę to było mi też do pewnego momentu trudno tu zaglądać z
bardzo zawikłanego powodu, który postaram się wytłumaczyć.
Mianowicie, miałam aż do 11 tc spore problemy z nastrojem. To się
chyba zaczęło od śmierci Dziadziusia... Od tego dnia nie umiałam tak
naprawde cieszyć się Mrówką. Miałam, owszem, takie poczucie spokoju,
ulgi, na pewno czułam się lepiej niż w trakcie starań, ale stanowczo
nie był to jakiś bardzo pozytywny nastrój... I to było dla mnie
potwornie trudne - no bo jak to, ciąża, jeszcze w takich
okolicznościach, a we mnie nie ma radości? Tzn. były tylko takie
pojedyncze przebłyski, których chwytałam się jak tonący brzytwy,
próbowałam wycisnąć je jak cytrynę. Strasznie trudno się do tego
przyznać, nawet przed samą sobą. Udawałam przed wszystkimi, n a w e
t przed Wami... Wiecie jak ogromna jest ta presja radości, presja,
którą mimo woli czułam w samej sobie? Radość jest obowiązkowa... Ja
jej nie czułam, przynajmniej przez większość czasu i czułam się z
tym potwornie. Niby, rozsądnie rzecz biorąc, wiem, że można się czuć
źle psychicznie, szczególnie w pierwszym trymestrze. Ale rozsądek
swoje, a poczucie, że jestem z tego powodu beznadziejna - swoje. No
i jakoś nie chciałam akurat z takim "problemem" tu wyjeżdżać... No
bo jako to? Nie wypada mieć wyiuiowaną Mrówkę i narzekać na smętek,
no nie? Mam nadzieję, że to, co piszę, jest mniej więcej zrozumiałe.
To dosyć skomplikowane.
Teraz czuję się już dobrze.
Przepraszam raz jeszcze, cały ten czas kochałam Was tak samo,
myslałam z wdzięcznościa o tym, jak bardzo mi pomogłyście

Biorę się za czytanie.