Dodaj do ulubionych

POChP, niewydolność oddechowa, respirator – ktoś m

14.10.06, 19:42
Moja mama jest na OIOMie od pięciu tygodni. Choruje na POChP (przewlekła
obturacyjna choroba płuc), zresztą rozpoznaną dopiero teraz (wcześniej nie
miała praktycznie żadnych objawów). Ma niewydolność oddechową i jest na
respiratorze. Były już cztery nieudane próby odłączenia. Z każdą próbą jej
szanse – i tak podobno niewielkie – maleją…
Szpital ma dobrą renomę, dobrych specjalistów, ale… W dniu przyjęcia pan
doktor oznajmił mi, że pacjentka źle rokuje, dodał jej 10 lat i stwierdził,
że cóż, na starość nie ma leku (mama ma 72 lata - nie jest to mało, ale nawet
statystyka przewiduje średnio dla kobiet jeszcze kilka lat życia).
No i niestety nie ma zgodności między lekarzami co do sposobu (czy braku)
leczenia.
Przy ostatniej próbie odłączenia od respiratora mama była naprawdę w dobrej
formie. Po odłączeniu dostała tlen przez tzw. wąsy (rurki do nosa), mimo że
już poprzednio nie radziła sobie z nimi. Dopiero jak się prawie udusiła, ktoś
zmienił jej to na maskę. Jednak przytomności już po tym nie odzyskała.
A w zeszłą niedzielę lekarz dyżurny kazał mi podjąć decyzję, czy chcę, aby
kolejny raz podłączył mamę do respiratora. Tłumaczył, że nie ma żadnej
nadziei, a śmierć na respiratorze wiąże się ze zwiększonym cierpieniem, na
które w dodatku nie ma sposobu (znalazłam inne opinie na ten temat, ale
przecież nie zmusiłabym nikogo do podania środków łagodzących ból). Ponieważ
wszystkie parametry leciały na łeb, na szyję i miałam wrażenie, że mama
odchodzi – porozumiałam się z rodziną i zdecydowaliśmy, żeby nie podłączać.
Tymczasem za dwa dni mama była ponownie na respiratorze. Po prostu inny
lekarz, inna koncepcja. Ręce opadają to mało powiedziane.
Poszłam do konsultanta pulmonologa, który powiedział, że faktycznie rokowanie
jest złe, ale zdarza się, że tacy pacjenci „zaskakują” (w obu znaczeniach
tego słowa) i kolejne odłączenie się udaje. Dobrze, ale w międzyczasie
ograniczono leczenie do niezbędnego minimum. Logiczne….
Tak się składa, że ja też jestem lekarzem, ale jakoś nie mogę się z moimi
kolegami po fachu dogadać.
Jestem już u kresu wytrzymałości. Ale muszę się (zewnętrznie) trzymać jako
centrum operacyjne od rozmów z lekarzami, pielęgniarkami, konsultantami…
(chyba to jest najtrudniejsza część). Biegam też do szpitala, za każdym razem
nogi mam jak z waty bo nie wiem co tam zastanę. Ponieważ to jest OIOM, nie
mogę zatrudnić opiekunki na noce (może być pielęgniarka z oddziału, ale to
drogo wychodzi - 240 zł za noc – zresztą próbowałam tak zrobić i nie miałam
poczucia, że opieka była lepsza). Nie mogę się skupić na pracy, a ponieważ
pracuję „na swoim”, więc wg zasady – nie pracujesz, nie jesz.
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka