Dodaj do ulubionych

Piggtinden lub trek w okolicy?

13.07.20, 17:39
Ma ochotę ktoś na Piggtinden 25 lipca?

Kornel
Obserwuj wątek
    • kornel-1 Tam, gdzie można się opalać 24 godziny na dobę ;-) 27.07.20, 23:51
      Uznałem, że Piggtinden jest zbyt odległy, chciałem jak najszybciej rozpocząć trek po regionie Troms. Z buta przeszedłem most łączący Tromsøya z Kvaløya i dwoma stopami podjechałem na wyspę Ringvassøya (szósta co do wielkości wyspa w Norwegii). Tu uwaga: ostatnie dwie wyspy łączy tunel, przejście pieszo nielegalne. Szlak, markowany czerwoną literą T lub kropkami, rozpoczął się w okolicach Simavikelva. Wygodny trakt wznosił się łagodnie w górę z otwierającymi się widokami na coraz wyższe szczyty, pokryte śniegiem spod którego wypływały liczne wodospady i siklawy. Pogodę miałem wyśmienitą: około 20 st. C niewielkie zachmurzenie. W ciągu całego dnia wędrówki spotkałem tylko 2 osoby: starszego pana wracającego ze spacerku od zapory oraz dziewczę, które wytrwale i szybko szło przede mną w górę. Zdjęć na zamieszczam, kto zna norweskie krajobrazy, wie, jak tam jest pięknie. Po minięciu kilku jezior zacząłem żmudną wspinaczkę na szeroką przełęcz ok 460 m n.p.m. Tu muszę zaznaczyć, że najwyższa góra na wyspie, Soltindan ma 1051 m n.p.m. Niby nie dużo, ale o rzut beretem jest morze ;-) Więc przewyższenie jest takie jak Czerwone Wierchy z Kuźnic.
      Za przełęczą, po minięciu Ringvasbu (tu kilka domków do zamieszkania, ale z wcześniejszą rezerwacją - koronawirus) wspomniana panienka skręciła na zachód, a ja powędrowałem w stronę jeziora Skogsfjord. I zakończyłbym pozytywnie dzień (właściwie to stwierdzenie mało sensowne ze względu na dzień polarny), gdyby nie przeprawa przez kolejną rzekę Botnelva(?) - tych przepraw przez strumienie i rzeczki było sporo, dało się przejść albo po kamieniach albo ściągając buty. Tym razem jednak źle oceniłem głębokość rzeki i wlazłem do połowy ud. Średnia przyjemność biorąc pod uwagę temperaturę wody, ale z pewnością gorzej poczuła się jedna z moich komórek, którą miałem w nisko położonej kieszeni spodni. Oczywiście zdechła na amen dając mi przedśmiertne znaki mrugnięciem ekranu. Pół godziny później znalazłem miejsce poza szlakiem, rozbiłem namiot i lekko drzemiąc oczekiwałem na północ ;-)
      Z dniem polarnym miałem już do czynienia 20 lat temu podczas trampingu po Skandynawii. Tym razem warunki pogodowe były o niebo lepsze. Okoliczność, że słońce nie zachodzi, lecz ślizga się nad horyzontem jest niesamowita. Druga, trzecia godzina w nocy - to już na tyle jasno, że grzechem byłoby spać. A jednak chciałem odpocząć po 8-godzinnej wycieczce. Noc generalnie była ciepła, nawet biorąc pod uwagę, że spałem w przemoczonych spodniach. O 6:00 przeprawiłem się przez pierwszy na mojej drodze mostek; cóż z tego, jeśli kilkaset metrów dalej znów trzeba było szukać brodu i ostatecznie ściągać buty. Taka zabawa powtarzała się wielokrotnie i była równie uciążliwa jak odganianie się od meszek i komarów. Tu muszę powiedzieć, że przydaje się maseczka antycovidowa a jeszcze bardziej opaska-komin, którą można zakładać na 10 sposobów: chroni przed słońcem, wiatrem, światłem (w samolocie), zimnem (uszy!) i jak się okazuje - przed komarami. Ale i tak bydlaki mnie dopadły - przeto wróciłem do domu przypominając ciężki przypadek ospy.
      Nad jeziorem Skogsfjord znajduje się wiata z miejscem na ognisko - łatwiej dostępna z kierunku, w którym szedłem. O ile wczorajsza wędrówka wiodła zasadniczo przez pustynię kamienistą z nielicznymi roślinkami, to teraz przeciskałem się przez zagajniki i podmokłe laski. Kto zna te tereny to wie, jak zdradliwe potrafią być miękkie mchy, pod którymi jest akurat tyle wody, by zdołała się nalać do butów :(
      Ostatecznie mój trawers wyspy skończył się na asfaltowej drodze. Ponieważ ruch rano był zerowy, poczłapałem w kierunku Hessfjord. Po kilku kilometrach złapałem stopa (dzięki za puszkę coli!) a potem kolejnego. Generalnie Norwedzy nie myślą o pandemii, nie boją się zabierać ludzi (co prawda narodowości nie widać od razu). Nie noszą maseczek ani na lotnisku ani w sklepie ani w autobusach. Pełny luz! wyspę Ringvassøya opuściłem jadąc ze starszym małżeństwem - bardzo miło się rozmawiało ;-)

      Cdn.

      Technikalia:
      Wizzair KRK-TOS - załapałem się na pierwszy lot po otworzeniu Norwegii 15 lipca. Lotnisko 4 km od miasta, dużo autobusów miejskich, nie korzystałem.
      Dwa noclegi pod namiotem, jeden w hostelu.
      Żarcie własne, tak więc zapłaciłem tylko za loty i 300 NOK za nocleg (taniej nie było)
      • kornel-1 Subpolarne tropiki 28.07.20, 20:36
        Starsze małżeństwo podrzuciło mnie w pobliże mostu łączącego Kvaløyę z Tromsøyą. Postanowiłem zdobyć Kjølen (780 m n.p.m) - górę dominującą nad okolicą z charakterystycznym punktem orientacyjnym - białą kopułą radaru na szczycie. Cel może niezbyt ambitny - bo przecież na wyspie są trzy szczyty przekraczające 1000 metrów, w tym Store Blåmann (1,044 m n.pm.), jednakże są one zlokalizowane w odległej części tej rozczłonkowanej wyspy (piątej co do wielkości); obawiałem się problemów logistycznych. Przeszedłem parę uliczek wioski, zacząłem się wspinać na strome zbocze i... padłem! Była dopiero 10:00, ale temperatura była już nieznośna - ponad 20 stopni. Rozłożyłem się na trawce, by wysuszyć skarpety i śpiwór. Tymczasem mijali mnie Norwedzy i Norweżki, którzy z mniejszymi lub większymi plecakami zapychali dziarsko pod górę. Co najśmieszniejsze - w przeciwieństwie do mnie ubrali się stosownie do pogody: krótkie spodenki i koszulki. O 11:00 ruszyłem w górę. Tu również szlak markowany jest czerwonymi kropkami. Po drodze mija się kilka jezior gromadzących pitną wodę. Stąd zakazy biwakowania w okolicy a nad samą wodą - zakazy kąpieli. No... Polak by nie wskoczył do tej lodowatej wody, ale oni tam? przyzwyczajeni do tarzania się w śniegu po saunie?! Ten lipcowy dzień musiał być dla nich tropikiem ;-) Notabene, za każdym razem, gdy byłem za kołem polarnym w lipcu były zaskakujące upały: W Kemijärvi mieliśmy opalanie na miejskiej plaży, w Murmańsku - umierałem z pragnienia.
        Po drodze przechodzi się obok imponującego wodospadu (raczej siklawy); widoki na szeroką dolinę z meandrującym potokiem - zapierają dech. Przynajmniej mi zapierały a nie biegnącej pod górę parze tubylców w skąpych sportowych strojach. Wyobrażacie sobie? Ja sapiąc zapycham pod górę a oni na luzie biegną sobie przez pola śniegu ;-) Przy kolejnym jeziorku (Svarthammarvatnet) przeprawa przez wypływający zeń strumień. Niby trzeba tylko zrobić jeden ponadmetrowy krok, ale równie dobrze można się poślizgnąć lądując w skłębionym nurcie i przysparzając rozrywki innym turystom ;-) Dalej zaczyna się większa stromizna; pola śniegu przeplatają się z błotnistym terenem. Zasadniczo jednak nie ma ryzyka upadku i zjazdu. Tu poszczęściło mi się - dwa renfery wyżerały coś spod śniegu. Ze też chciało się im tak wysoko zapychać!
        Ostatnie dwa kilometry szlak skręca na południe, biegnie początkowo po śniegu; tu łatwo się zgubić, jeśli innych nie widać, gdyż ślady krzyżują się - każdy wybiera swoją drogę. W podejściu towarzyszyła mi rodzinka norweska, którą sprytnie puściłem przodem. Kilkunastoletnie dziewczę idzie w bluzce z krótkim rękawkiem a przecież zimny wiatr smaga nas tak, że musimy iść pochyleni. Mrozoodporna czy co? Ostatnia prosta do szczytu to odcinek po kamolach - podobnie jak w Polsce pokrytych porostem geograficznym. Pod budynkiem z białą kopułą radaru ludzi nie ma - ukryli się między skałami lub zostali porwani przez UFO, trudno powiedzieć. Nie zatrzymuję się tu długo. Z mojej mapki OsmAnd wynika, że szla idzie dalej, na północ. A że nie lubię wracać tą samą drogą - ruszyłem przed siebie. Wiatr wiejący w plecy nie pozwalał na zwolnienie tempa. W miarę możności - starając się nie zlecieć na łeb na szyję - szybko schodziłem w dół ku bardziej zacisznemu miejscu. Na tej trasie również spotykałem sporo Norwegów, także wchodzących w górę po 16:00. To dla nich nie problem, można iść za dnia do północy ;-)
        Przy kolejnym strumieniu zabawna scenka. Dwie panienki idące z przeciwka szukają przejścia po kamieniach. Jednej - bardziej zgrabnej lub długonogiej - udało się przejść suchą stopą, druga z rezygnacją wlazła w butach do wody ;-) Po drugiej stronie rozsiadłem się na słoneczku i kontemplując górskie widoki wcinałem polski kabanos. Przestałem się spieszyć; szlak kończył się przy drodze asfaltowej jakieś 2 godziny dalej, a ja zamierzałem zostać na nocleg w górach. Wyszukałem więc boczną ścieżkę w stronę wzgórza za którym spodziewałem się znaleźć odludne, płaskie i zaciszne miejsce. Miejscówka rzeczywiście była spoko, znalazłem się w niewielkiej kotlince obok niewielkiego jeziorka. Jedyny problem z którym musiałem się zmierzyć, to wiatr, który nie ustawał. Koło 20:00 rozłożyłem namiot. Przy okazji: mój Vango Helix 200 Cactus jest dwójką z tropikiem a po zamianie szpilek aluminiowych na bambusowe - waży 1.65 kg. No i najdłuższe pręty mają 41 cm, co umożliwia spakowanie do bagażu podręcznego ;-)
        W oczekiwaniu na "nocną" sesję zdjęciową zachęcałem chuchaniem i głaskaniem zdechłą komórkę do zmartwychwstania. Pobudzana prądem jakieś konwulsyjne ruchy wykonywała. Nie traciłem nadziei na cud ;-)
        Po północy wiatr jakby zelżał i zrobiłem sobie krótki spacerek tworzyć panoramę okolicy z niebem w barwach czerwono-żółto-fioletowych. Mmm, paluszki lizać.
        O 6:00 spakowałem się i ruszyłem ku drodze przecinającej wyspę w poprzek. Doszedłem do niej w okolicy parkingu, o którym wczoraj wspominali mi zaczepieni turyści. Oczywiście w ten niedzielny poranek zero ruchu. Chcąc nie chcąc ruszyłem asfaltem. Po drodze, za rzeką dostrzegłem dwa namioty - jedyne, które widziałem do tej pory w Troms. Być może miejscowi wolą spać w kamperach lub hotelach. Słyszałem od kierowcy, że w związku z pandemią w Europie, Norwedzy tłumnie wybierają się na Lofoty... ;-)
        Dość nieoczekiwanie pojawił się samochód, machnąłem a nieco roznegliżowana para wzięła mnie na stopa. Chłopak - jak mówił - ruszył tego dnia w podróż o trzeciej... Sympatyczni; zawieźli mnie na dworzec autobusowy w Tromso;-) Tusen takk!
        Trochę żałuję, że nie odwiedziłem bardziej skalistej części Kvaløyi . Może będzie okazja...

        Cdn.
        • kornel-1 Ptactwo, himalajskie maki i zmartwychwstanie ;-) 30.07.20, 19:49
          Tromsøya, na której się znajdowałem była ostatnią wyspą, którą zamierzałem pozwiedzać. Nie mogłem sobie odmówić spacerku w poprzek wyspy tj. z lotniska, przy którym się znajdowałem do południowych dzielnic Tromsø. Była dopiero 8:00 i raczej nie byłoby co robić w mieście. Popatrzyłem jeszcze z westchnieniem na odległe szczyty Kwløyi i niespiesznie ruszyłem ku znajdującemu się mniej więcej w połowie wyspy jeziorku. Jak można się było spodziewać, to teren rekreacyjny dla Norwegów: faktycznie spotkałem nad wodą joggingującą młodzież i starszyznę z psami. Skupiłem jednak uwagę na jeziorze, i okolicznych mokradłach, które jak się okazało - były terenem lęgowym dla ptactwa wodnego. Aż głośno było od popiskiwania mew czy rybitw, kwakania kaczorów uganiających się za kaczkami i innych dźwięków wydawanych przez czaple. Właśnie te ostatnie mnie ciekawiły - mogłem je obserwować z odległości 10 metrów. Pomiędzy szuwarami co i rusz nurkowały ptaki bezbłędnie odszukując swoje gniazda. Raz udało mi się dojrzeć kaczego wyrostka - już nieźle opierzonego, ale z pewnością jeszcze nieskłonnego do ganiania po niebie za kolegami. Okres ochronny dla tego akwenu trwa od maja do końca lipca (informują o tym gęsto rozmieszczone tabliczki), tak więc nie pchałem się zbytnio ku wodzie. Tym niemniej szukając dobrych miejsc do obserwacji ptaków obszedłem prawie cały akwen ;-)
          Kolejną dłuższą chwilę spędziłem na pobliskim cmentarzu fotografując nagrobki. Nigdy nie przepuszczam okazji wstąpienia na cmentarz, zwłaszcza w krajach odmiennych kulturowo. Hobby takie ;-) Uwagę zwracały rzędy parometrowych graniastych iglic - zamiast tak charakterystycznych dla Polski krzyży.
          Zbliżyłem się do gęstszej zabudowy. Z przyjemnością oglądałem schludne białe domy Norwegów. Z pewnością się im wygodnie tu mieszka. Miejscowe pośrednictwo nieruchomości oferuje spory wybór mieszkań i domów. Te pierwsze rzadko kiedy miały powierzchnię poniżej 100 metrów kw. A często po 200 metrów... Więc jeśli macie ochotę tam zamieszkać, łapcie okazję i kupujcie. Ceny umiarkowane: od 1,5 do 8,0 mln koron norweskich. Nie przeliczam na złote, by nikogo nie denerwować ;-)
          Zdrzemnąłem się w cieniu przed zamkniętym (jeszcze?) miejscowym muzeum. Wiatr szybko przeganiał chmury i można by pomyśleć, że będzie padać. A jednak nie: pogoda utrzymała się do poniedziałku. Ruszyłem ku katedrze - niestety zamkniętej. A przecież biły dzwony... Ok. Na końcu uliczek było widać port, jakieś stateczki kursowały po fiordzie, ale najciekawszy był wieloprzęsłowy most wspinający się na kilkadziesiąt metrów w górę a potem stromo opadający tym razem nie ku kolejnej wyspie, lecz na "stały ląd". Który, notabene od razu zaczynał się od stromych gór! Ot, uroki Skandynawii...
          Zerkając na wystawy doczłapałem do hostelu znajdującego się w drewnianym narożnym domu. Jeśli więc Norwegia kojarzy się wam z kolorowymi drewnianymi domkami i chcielibyście spędzić tam czas, to ten hostel jest właśnie dla was :)
          Zostawiłem bety (check-in od 16:00) i poszedłem do oddalonego o 4 km ogrodu botanicznego. Było na co popatrzeć. Przynajmniej mi się podobało - pofotografowałem liczne mchy, porosty, krzewinki i kwiatuszki z różnych gór - ale ze stref zimnych. No... cieplarni tu nie było i nie uświadczysz tu roślin tropikalnych. Co mi nie przeszkadzało bo napatrzyłem się na bujną przyrodę nie raz ;-) Najfajniejsze były gatunki z Himalajów a wśród nich błękitne maki. Mmmm :)
          Wieczór spędziłem w hostelu upakowując maksymalnie ściśle bagaż i zjadając resztę żywności, którą wziąłem ze sobą. Atmosfera typowo backpackerska. Jeszcze wieczorny spacer po mieście (także na wspomniany most) i z przyjemnością władowałem się na górne piętro mojego wyrka. W nocy, około 2:00, moja utopiona komórka obwieściła alarmem światu zmartwychwstanie. Przeprosiłem przebudzonych współspaczy.
          Rano wybrałem najkrótszą drogę na lotnisko, która jak się okazało nie byla optymalna. Na wzgórzu, w lesie, teren był dość podmokły i musiałem kluczyć. Wizzair tym razem był prawie pusty: 50 osób. Miałem więc dość miejsca by się wygodnie rozłożyć.

          I to by było na tyle. Zadowolony jestem z wypadu okołoweekendowego - pierwszy wyjazd od 7 miesięcy, nie mogłem już wytrzymać.

          Kornel

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka