Dodaj do ulubionych

najbardziej niesamowite przeżycie w górach

31.08.06, 23:08

Pomyślałam, że góry są tak piękne i tajemnicze, że napewno spotkało was wiele
niesamowitych przygód, jak macie ochotę, to opiszcie proszę jedną z nich.
Obserwuj wątek
        • Gość: ŁESLI Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach IP: *.retsat1.com.pl 01.09.06, 00:29
          DLA MNIE NIESAMOWITYM PRZEŻYCIEM BYŁA BURZA W OKOLICACH HALICZA W
          BIESZCZADACH.W LETNI PIĘKNY PORANEK WYBRAŁEM SIĘ Z WOŁOSATEGO ZALICZAĆ
          ROZSYPANIEC,HALICZ,TARNICE I INNE WIERZCHOŁKI.I WŁAŚNIE IDĄC Z ROZSYPAŃCA NA
          HALICZ NIE ZAPOMNE TEGO WIDOKU WCHODZĄC NA SZCZYT UJRZAŁEM CIEMNE OGROMNE
          CHMURY PŁYNĄCE ZNAD UKRAINY WŁAŚNIE W MOJĄ STRONĘ.PRZERAZILEM SIĘ.PAMIETAM
          TYLKO JAK SZYBKO BIEGŁEM PADAŁ GRAD,CHMURY ZASNUWAŁY CAŁY SZLAK,A W ODDALI
          GDZIEŚ ZA MNĄ GRZMIALO.BIEGLEM ILE TCHU MI TYLKO WYSTARCZALO.PAMIETAM,ŻE
          ZATRZYMAŁEM SIĘ NA PRZEŁĘCZY POD TARNICĄ MOKRY DO SUCHEJ NITKI ALE SZCZĘSLIWY
          BO WŁAŚNIE SIĘ NIEBO ZACZĘŁO ROZJAŚNIAĆ.MIMO TEJ PRZYGODY MIŁO JĄ
          WSPOMINAM.POZDRAWIAM WSZYSTKICH MIŁOŚNIKÓW GÓR!!DO ZOBACZENIA NA SZLAKACH!!!
          • samanta455 Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 01.09.06, 00:49

            Myślę, że pobiłeś wtedy własny rekord życiowy, burza w górach to wielkie
            przeżycie, ale i niebezpieczna rzecz, pamiętasz tych sześciu na Świnicy, zabił
            ich piorun. Bieszczady znam mało, wiem, że są dla znawców i miłośników spokoju i
            natury. Ja swoją burzę przeżyłam na Czerteziku nad Dunajcem i też zmykałam z
            dziećmi gdzie pieprz rośnie, w dole turyści na tratwach śpiewali piosenki
            zachęcani przez flisaków ( tak się jeszcze mówi?)Wolałam już być w górze, niż
            tam na dole na tratwie.Pozdrawiam i dziękuję za opowiedzianą historię.
            • samanta455 Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 01.09.06, 12:12
              Uwaga,no to zaczynam:za górami, za lasami....

              Szczeliniec Wielki
              Pewnego lata spędzałam z dziećmi urlop w Kotlinie Kłodzkiej. Po
              zdobyciu Śnieżnika, piciu wód zdrojowych w Polanicy i Dusznikach,
              przybyliśmy do Karłowa. Kto odwiedził Góry Stołowe, zapewne podziwiał
              wspaniałe stwory zastygłe w piaskowcach, ich oryginalne kształty i
              klimat tajemnicy zawieszony nad nimi.
              W schronisku „ Pod Szczelińcem” zajęliśmy kącik na uroczym
              stryszku wraz z grupami harcerzy i studentów. Po zakwaterowaniu,
              zaczęliśmy zwiedzać miejscowe atrakcje. „Błędne skały” i „Szczeliniec”
              dostarczyły niezapomnianych przeżyć. Przez tysiące lat morska woda,
              wiatr i mróz rzeźbiły fantastyczne kształty w skałach, niczym
              artysta z poczuciem humoru i wielką wyobraźnią. Niejedno dziecko
              odnalazło w skałach stworki z ulubionych bajek. Zwierzęta
              i bajkowe postaci zamieszkały w górach nadając im niepowtarzalny urok
              i klimat. Czar tego miejsca sprawia, że tęsknisz i gna cię coś z
              powrotem w te strony. Do dziś jestem urzeczona obrazami z tamtych dni.
              Upływ czasu zatarł ostrość wspomnień, ale jedno zdarzenie pamiętać
              będę długo. Dwa dni wcześniej zwiedzałam Szczeliniec Wielki z dziećmi.
              Każda matka wie jak to wygląda. Dzieci pędzą do przodu, nie
              rozglądają się na boki, ich interesują zazwyczaj inne rzeczy.
              Wiedziałam, że są tu tarasy z barierkami i trzeba dobrze pilnować
              dzieci, aby za bardzo nie wychylały się. Po takim „pościgu”, słowo to
              bardziej pasuje niż zwiedzanie, szybko okazało się, że jesteśmy z
              powrotem na początku trasy, szlak zataczał pętlę na szczycie.
              Zaproponowałam ponowne przejście trasy nie spiesząc się, ale taka
              możliwość wydawała się dzieciom nudna. W biegu rozpoznawałam nazwy
              charakterystycznych skałek, nie mając czasu delektować się klimatem
              miejsca, a taką formę zwiedzania bardzo lubię. W ostatnim dniu pobytu
              obudziłam się rano przed 6 i pomyślałam, że może tym razem sama
              odwiedzę to urokliwe miejsce. Autobus do Kudowy mieliśmy o 9 z
              minutami. Dzieci spały jeszcze, poprzedniego dnia byliśmy w Wambierzycach
              i na piechotę wracaliśmy do Karłowa. Kto sam przebył tę trasę, wie
              jak to daleko. „Tylko” przez 5 km trasa wiodła dość niebezpiecznym
              szlakiem, wzdłuż skał i z przepaścią po drugiej stronie, a sam szlak
              liczył około 12. Moje dzieci miały wtedy 6.5, 10 i 12 lat. Po takich
              emocjach spały na drugi dzień bardzo mocno. Obudzona przez rześki
              poranek, powędrowałam szlakiem w górę. Spotkałam kilku wczesnych
              turystów, ale na Szczeliniec szłam sama. Kasa była jeszcze zamknięta,
              więc w samotności, powoli z planem „zaliczałam” kolejne nazwy skałek.
              Od wejścia na górę, już przy schronisku „ Na Szczelińcu” miałam dziwne
              wrażenie, że nie jestem sama. W schronisku nie słychać było porannej
              krzątaniny.To uczucie nie opuszczało mnie przez cały czas zwiedzania.
              Oglądałam się kilkakrotnie za siebie, czy nikt nie szedł za mną. Na
              ścieżce jednak nie było nikogo. Czułam, że nie jestem sama. Nie bałam
              się. To nie był strach, tylko świadomość bytności innej osoby obok
              mnie, czułam to prawie namacalnie.
              Jakby ktoś położył dłoń na moim ramieniu i mówił mi „popatrz,
              tu jest pięknie i tu i tu...„ Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do
              sytuacji, przyjęłam to jako szczególne przewodnictwo po tym uroczym
              zakątku. Zachwycały rzeźby wygładzone pieczołowicie dłonią wiatru. To
              wielbłąd przysiadł na skale zmęczony długą wędrówką, to groźny troll
              wyciągał złowieszczo do mnie ręce. W pewnym momencie moja wyobraźnia
              poruszyła te stwory i przelękłam się, gdyby ożyły, nie miałabym szansy
              na ucieczkę. Skały o niesamowitych kształtach pokryte porostami, soczysto-
              zielony mech tworzący czapy, ściółka leśna z jagodziskami spływającymi
              z krawędzi jak woale, świerki i karłowate sosny – wszystko to,
              sprawiało wrażenie zaczarowanego ogrodu.
              Co jakiś czas z zachwytu zapierało mi dech w piersiach na widok
              następnych obrazów wyłaniających się zza kolejnej skały.
              Groźne szczeliny zatopione w półmroku i chłód jaki owiewał na pewnych
              fragmentach trasy, dodawały klimatu niesamowitości mojej wędrówce. Kiedy
              tak dotykałam skał, przeciskałam się szczelinami, przed oczami stanął
              mi film „Piknik pod Wiszącą Skałą”. Czułam energię tych skał. Miałam
              poczucie, że tylko ja dostąpiłam tej wielkiej chwili i dotykiem
              jednoczę się z wielką tajemnicą świata. Nie wiedziałam co, ani kto,
              ciągle mi towarzyszy, czułam jednak, że tak samo zachwyca się Górami
              Stołowymi i Szczelińcem. Bez dzieci, moje zwiedzanie wyglądało całkiem
              inaczej, na pewno spokojniej i pełniej. Kilka razy miałam pokusę
              zejścia ze szlaku i zastanawiałam się nad moralną stroną tej
              sytuacji i pytałam siebie czy mogę? Skoro nie depczę żadnej roślinki,
              a ścieżka i tak już jest, nie zdzieram żadnego porostu z kamieni i
              jestem zachwycona pięknem tego miejsca, to może w nagrodę mogę dojść
              do skały spoza szlaku. Nie wiem w jaki sposób, ale po prostu czułam,
              że ten „niewidzialny ktoś obok mnie” pozwala na to odstępstwo. Weszłam
              więc do indyjskiej świątyni. Dotykałam kamieni, a pod palcami przepływała
              pozytywna energia i ładowała mnie. Opanowała mnie aura tajemnicy, czułam,
              że jestem w jej kręgu.
              „Powędrowaliśmy” dalej, wdrapałam się na „Tron Liczyrzepy”. Na
              platformie spotkałam dwóch studentów, spędzili na górze noc w
              śpiworach. Bardzo romantyczne! Miałam ochotę usiąść na tronie w kształcie
              dłoni ale..... rozsądek był silniejszy. Widok z samego wierzchołka
              wspaniały, tron jest najwyższym wzniesieniem tych gór - 919 m.n.p.m.
              Przed moimi oczami roztoczył się piękny widok - na polskie i czeskie
              Góry Stołowe. Obraz zapełniony po horyzont skałkami i dolinami,
              wioskami, samotnymi chałupami zagubionymi wśród wzniesień, polnych dróg
              i krętych szos. Starałam się odgadnąć nazwy pojedynczych skał lub ich
              skupiska. Odnalazłam Wambierzyce i złotą bazylikę, Radkowo i Karłowo u
              podnóża, Białe i Błękitne Skałki. Czas mijał szybko, trzeba się było
              zbierać. Spakować plecaki i śpiwory, śniadanie dla dzieci
              i jedzenie na drogę. Z wielkim żalem opuszczałam „Szczeliniec”, który
              dostarczył mi tylu niezapomnianych wrażeń. Kiedy miałam już schodzić,
              zauważyłam taras z barierką, który ominęłam zwiedzając za pierwszym
              razem. Czułam, że coś mnie pchało w tę stronę, jakaś niewidzialna dłoń.
              Może to legendarny Liczyrzepa? Uległam tej sile i oglądnęłam widok na
              czeską stronę Gór Stołowych, odchodząc już, zauważyłam dwie tablice
              na skałce. Na jednej była wiadomość o Goethem, a druga ...(serce
              stanęło mi na chwilę)... poświęcona pierwszemu przewodnikowi - Francowi
              Pablo. Był sołtysem Karłowa i wytyczył szlak na „Szczelińcu” i przez
              długie lata oprowadzał po nim wycieczki.
              W tym momencie wszystko stało się jasne. To on przez cały czas
              oprowadzał mnie jak za dawnych lat, pozwalając dobrotliwie zbaczać ze
              szlaku. Tak pokochał to miejsce, że nie mógł jego opuścić nawet po
              śmierci, czuwa nad nim, jest dobrym duchem i dalej
              • wobo1704 Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 01.09.06, 13:21
                To nie będzie 'najbardziej niesamowite przeżycie w górach', ale związane z
                górami.
                W końcu lat '80 zdecydowaliśmy się na 'próbne' samodzielne wypuszczenie dwójki
                naszych ok. 10-letnich dzieci w góry. Chodziły juz wcześniej z nami w bardzo
                długie kilkutygodniowe trasy.
                No i pojechały w Beskid Śląski. Miały przejść samodzielnie górki od Równicy k.
                Ustronia do doliny potoku k. Rycerki znanego nam już z wcześniejszych łazęg.
                Tam ustaliliśmy miejsce i orientacyjną datę spotkania.
                Wyruszyłem w to miejsce z Warszawy z kilkudniowym opóźnieniem. Do Zwardonia
                dotarłem przed północą. Aby zdążyć na umówiony termin gnałem całą noc przy
                świetle księżca. Rano w umówionej dolince powiesiłem na wysokim drzewie moją
                kangurkę (aby dzieci łatwiej mnie znalazły) i zasnąłem.
                Koło południa obudziły mnie moje dzieciaki. Bez problemu pokonały wcale nie
                łatwą topologicznie trasę, rozbiły kilkakrotnie namiocik w lesie, ugotowały
                herbatę. Dobrze zdały egzamin z samodzielności.
                A ja z żona mieliśmy 'niesamowite przeżycie'.
    • Gość: brak brak IP: *.aster.pl 01.09.06, 15:05
      po górach chodzę od roku 1973. Myślę, że zrobiłem jakieś 200 wycieczek w
      Tatrach i może drugie tyle po innych polskich górach. I wstyd powiedzieć, ale
      nigdy nie zdarzyło mi się nic, co by zainteresowało Szanowną Publiczność. Tak
      sobie to dopiero teraz uświadomiłem, przeczytawszy ten wątek.

      Co nie znaczy, żebym żałował. Jasne, dobrze by było mieć w zanadrzu opowieść o
      spotkaniu z niedźwiedziem, o zagubieniu w grocie, o odkryciu starej pamiątki w
      zapomnianym szałasie, o widmie pod szczytem. Niestety, nic z tego. Ale samo
      szwendanie się po górach zupełnie mi wystarcza.

      Niemniej przyłączam się do apelu: piszcie, chętnie poczytam.

      • samanta455 Re: brak 01.09.06, 20:05

        Myślę, że napewno było dość przygód, ale ze skromności nie chcesz opowiadać,
        proszę, bardzo proszę o jedną...z uśmiechem pozdrawiam.
        • Gość: to może jak niżej zakrzywienie czasoprzestrzeni na Iwaniackiej IP: *.aster.pl 19.09.06, 13:08
          Pierwszy raz byłem tam w sierpniu owego roku, kiedy nasz piękny kraj dopiero
          stawał się jedną z największych potęg gospodarczych świata, mierzonych ilością
          wydobywanego węgla i tonami produkowanej miedzi. Przełęcz była wtedy clou
          naszej wycieczki z Polany Huciska do Kir, a jej osiągnięcie wyznaczyło mój nowy
          rekord wysokości, odnotowany skrupulatnie w zeszycie w kratkę. Drugi raz
          odwiedziłem przełęcz zaraz po końcu roku szkolnego, tego czerwca o którym
          jeszcze nie wiedzieliśmy, że stanie się pamiętny; w południe doszliśmy z
          plecakami do schroniska na Halę Ornak, a po południu wybraliśmy się na przełęcz
          i z powrotem. Trzeci raz byłem na przełęczy też w czerwcu, ostatniego
          spokojnego lata tamtej epoki, a nasza dość długa wycieczka zaświadczała już o
          moim poważnym życiowym statusie: dookoła Chochołowskiej przez Wołowiec i Ornak.
          Żeby dostać się na przełęcz czwarty raz, tym razem sam, potrzebowałem już
          przepustki, bo tamtego lipca przebywanie w strefie nadgranicznej bez zgody
          odpowiednich władz było nielegalne. Obchodziłem wtedy Kominiarski Wierch
          dookoła, przez Lejowa i Iwaniacką. Niemal równo rok potem, za piątym razem,
          przepustki nie były już potrzebne, więc mogłem wypuścić się na ambitną trasę z
          Kuźnic przez Czerwone Wierchy i Iwaniacką na Chochołowską. Dzień potem byłem
          zresztą na przełęczy szósty raz, wracając przez Kominiarski do Kir. Mój
          pierwszy wiosenny, a w ogóle siódmy raz, przypadł na maj kolejnego roku, tym
          razem w zorganizowanej grupie aspirujących ekspertów od Tatr, kiedy przez
          Iwaniacką doszliśmy granią na Przełęcz Pyszniańską i po śniegu spuściliśmy się
          z powrotem na Halę Ornak. Dwa miesiące potem, w lipcu, byłem ósmy raz na
          Iwaniackiej, przy wypoczynkowym przejściu z dużą grupą ze schroniska na
          Chochołowskiej do schroniska na Ornaku. Wreszcie, tego samego roku, pięknej
          wrześniowej jesieni, chyba samotnie powtórzyłem szlak z Chochołowskiej przez
          Kominiarski do Kir i odwiedziłem Iwaniącą po raz dziewiąty. Nastepnego roku,
          kiedy to przedłużono ważność Układu Warszawskiego do kwietnia 2005, niemal
          zapomniałem o Iwaniackiej, ale dziesiąty raz przypomniałem sobie w niej w
          listopadzie, kiedy wobec obrzydliwej pogody i walącego śniegu porzuciłem na
          przełęczy swoje ornaczańskie ambicje i wróciłem tą samą drogą do Kir. Jedenasty
          raz przypadł na październik kolejnej jesieni, o ile pamiętam, był to jeden z
          tych magicznych dni, który wykorzystałem na przejście do Siwej Przełęczy i
          zejście Starą Robotą. Następnego roku swój dwunasty raz zamierzyłem jako
          listopadową poprawkę dziesiątego, i tym razem wszystko się udało: pamiętam z
          grani Ornaku piękne słońce, masy świeżego śniegu i porywisty wiatr, który
          jednak nie przeszkodził mi zejść już w dolinę Starorobociańską. Trzynasty raz
          przypadł na lipiec owego roku, kiedy na czele rządu stanął wygadany premier-
          dziennikarz – ale Iwaniacka, Ornak i Stara Robota nic o tym nie wiedziały. Za
          czternastym razem, pięknego września rok temu, obszedłem dookoła Chochołowską
          od Iwaniackiej po Bobrowiecką. Piętnasty raz to nieudana wycieczka w marcu tego
          roku, kiedy idąc od Kir odpuściłem zawalony śniegiem Ornak, zeszedłem do
          Chochołowskiej i przez Lejową wróciłem do zostawionego w Kirach samochodu.
          Szesnasty raz był wręcz przeciwnie, bardzo udany – w czerwcu tego roku zrobiłem
          graniówkę dookoła Kościeliskiej od przełęczy Iwaniackiej do przełęczy
          Tomanowej. Siedemnasty raz... siedemnastego razu jeszcze nie było, ale liczę na
          nie niego jeszcze w tym roku.
          • samanta455 Re: zakrzywienie czasoprzestrzeni na Iwaniackiej 20.09.06, 00:54

            ciekawe spojrzenie i dobrze dobrana nazwa - zakrzywienie czasoprzestrzeni,
            jestem pod wrażeniem, jakby to miejsce było związane na wieki z tobą, czasem i
            naszą historią, jestem pewna, że jako staruszek, każesz sie tam zanieść, aby po
            raz ostatni spojrzeć na znajome stoki, dla prawdziwego wędrowca, zdobywcy gór,
            nie jest ważne, aby tylko zaliczyć kolejny szczyt, pamiętam rywalizację Meisnera
            (nie wiem czy dobrze napisałam nazwisko) i Kukuczki, ten pierwszy nawet nie
            umywał się do Jurka.pozdrawiam.
    • samanta455 Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 02.09.06, 17:31

      to wspomnienia powodują, że historie, które przeżyliśmy w przeszłości istnieją
      dalej w naszych głowach, warto je opowiadać - nie ulegają wtedy tak szybko
      zapomnieniu.......kiedy wieczór zapada, gwiazdy świecą nad głowami, a ogień
      trzaska wesoło, kolejna osoba opowiada o swoich przygodach w górach....czekamy...
      • Gość: Jaskółka Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach IP: *.ols.vectranet.pl 02.09.06, 22:44
        A oto i moja przygoda. Od lat jeździmy w polskie ukochane Tatry i jakoś nigdy nic nam się nie przytrafiło aż do ubiegłego roku. Zaplanowaliśmy, że pojdziemy na Czerwone Wierchy, rozdzieliliśmy się w Dolinie Kościeliskiej - nasze dzieciaki a właściwie młodzież 18 i 20 lat poszły na Małomączniak a my z mężem na Ciemniak. Mieliśmy się spotkać gdzieś w połowie Czerwonych Wierchów i razem zejść. Wszystko przebiegało bez niespodzianek, piękna, słoneczna pogoda i co za widoki. Trochę się zachmurzyło ale to dodało tylko uroku naszej wycieczce, chmury zeszły nam pod nogi - niesamowite przeżycie i widok. Ba ... gdybym wiedziała co one przyniosą ... Jeszcze tylko trochę dzieliło nas od Ciemniaka. Gdy zdobywaliśmy szczyt zerwała się wichura, momentalnie zrobiło się czarno, zaczęło lać. Zdążyliśmy jedynie połączyć się z chłopakami i kazać im uciekać - oni dochodzili już wtedy do Krzesanicy. Bałam się schodzić tą samą trasą co przyszliśmy, była dosyć stroma, mgła spowiła całe góry, nic nie było widać, więc zdecydowaliśmy z mężem że zejdziemy Doliną Tomanową - droga dłuższa ale łagodniejsza. Dzwonimy do naszych dzieciaków aby poinformować ich o zmianie trasy, łączności nie ma, mąż wysłał sms-a bez pewności czy dotrze ... Wyobraźcie sobie nasz stres przy schodzeniu z gór - wieje tak że chwytamy tego czego można się chwycić aby nie spaść, ślisko, leje, zimno - HORROR - i cały czas nie wiemy co z dzieciakami, łączności wciąż nie ma, nie wiemy czy sms dotarł. Jakimś cudem doszliśmy do Doliny Kościeliskiej, czekamy na swoich chłopaków a ich nie ma. Moja przerażona wyobraźnia widziała już wszystko ... Po dwóch godzinach oczekiwania, dochodziła juz 20:00 zdecydowaliśmy że musimy wracać na parking i zawiadomić GOPR. Jak ja sobie wyrzucałam że zgodziłam się na pomysł rozdzielenia na szlaku, ze nie poczekałam na nich na Ciemniaku. Zestresowani dotarlismy do parkingu a tam ... czeka na nas nasza rownież zestresowana młodzież. Sms oczywiście do nich nie dotarł, zeszli tym szlakiem co my wchodziliśmy i czekali na nas około 3 godzin również odchodząc od zmysłów. Mieliśmy niezła nauczkę po tej wycieczce - obiecałam sobie - NIGDY już nie zgodzę się na rozdzielenie w górach. To żywioł, pogoda może załamać się nagle, człowek jest bezradny ... W tym roku bez przygód zrobiliśmy Czerwone Wierchy, dopisała nmam przecudna aura i wrażenia ze szlaku nie do opisania. Pozdrawiam wszystkich.
        • Gość: zorro Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach IP: *.lodz.dialog.net.pl 06.09.06, 17:08
          Szperam w pamięci i.. też jakoś cudów specjalnych nie znajduję. Mooże..
          ostatecznie... W tym roku wybrałem się z dwójką przyjaciół w słowackie Tatry.
          Pogoda od początku była nienajlepsza. Dnia pewnego wybraliśmy się na Sławkowski
          Szczyt (chyba trzeci co do wysokości "szlakowy" szczyt w Tatrach, choć mogę się
          mylić). Dodać należy, iż mieliśmy za sobą solidną "zraszkę" gradowo-śnieżną na
          Wielkiej Świstowce dnia poprzedniego. W połowie drogi pogoda się jeszcze
          bardziej popsuła. Zaczął znów padać deszcz z gradem, widoczność wynosiła może ze
          20 m. W tych depresyjnych warunkach zdecydowaliśmy się zawrócić, drugi dzień w
          mokrych rzeczach to nic przyjemnego. Przeszliśmy jakieś 50 m i natknęliśmy się
          na Czecha idącego do góry. Wymieniliśmy standardowe "ahoj" i stwierdziliśmy, że
          my chyba wracamy - nic nie widać, pogoda się psuje... na co pan odpowiedział -
          "niee, na górze będzie dobrze, na pewno się przetrze" (oczywiście powiedział po
          czesku - to baardzo wolny przekład :). Odwróciliśmy się i... zobaczyliśmy szczyt
          na tle w miarę jasnego nieba! Decyzję zmieniliśmy równie szybko jak poprzednio.
          Doszliśmy na szczyt nie niepokojeni już przez opady i choć widoczność jakoś
          bardzo się nie poprawiła, wrażenia były niezłe (czasem faktycznie się
          przecierało). W tym czasie na dole ponoć lunął potężny deszcz. Następnego dnia w
          elektriczce spotkaliśmy kolegę znów. Przewidział tym razem, że do końca tygodnia
          pogoda się przełamie, nadejdzie wyż, w związku z czym on w piątek wybiera się na
          Krywań. Postanowiliśmy tak samo. Oczywiście na Krywaniu też się spotkaliśmy! I
          faktycznie wyż był, niebo cudnie czyste... niestety, zachmurzyło się gdy byliśmy
          GODZINĘ od szczytu :( Ale i tak był to najpogodniejszy z naszych dni. Brat Czech
          zaprosił nas do odwiedzenia Fatry, co na pewno niedługo zrobimy. Rozstaliśmy się
          po przyjacielsku, mając za sobą wspólne doświadczenia.
          Może nie jest to super niezwykła opowieść, ale malutki element nadprzyrodzony
          tam jest. No i wiara w człowieka się buduje :) Oraz w przyjaźń między Słowianami!
          Pozdrawiam wszystkich.
          • samanta455 Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 06.09.06, 20:46

            Kasiu6, dzięki za zmianę ułożenia opowieści Jaskółki, nie umiałam tego zrobić,
            ostatnia opowieść jest przykładem na to, że w górach czuje się bliskość Boga i
            drugiej bratniej duszy. Piszcie kochani o swoich przeżyciach w górach, ja już w
            tym roku nigdzie nie pojadę, piszę za to pracę licencjacką i z chęcią poczytam
            wasze przygody, nie leńcie sie więc ;pozdrawiam wszystkich.
    • Gość: Kuba Terakowski Cztery dni w chmurach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.09.06, 23:59
      Przyjechałem na Wantę we środę wieczorem. Nazajutrz miała odbyć się akcja
      liczenia kozic. Zostałem poproszony o wsparcie. Zgodziłem się chętnie. Wstałem
      przed piątą. O szóstej byłem nad Morskim Okiem. O siódmej - nad Czarnym Stawem.
      Stamtąd, razem z Włodkiem skierowano mnie na Owczą Przełęcz. To niezwykłe
      miejsce, w grani pomiędzy szczytem Rysów, a Żabim Niżnym. Rezerwat ścisły,
      zamknięty nie tylko dla turystów ale także dla taterników. Pogoda była
      wymarzona. Nad głową słońce, błękit, obłoki, wiatr, a pod stopami trawa, kwiaty,
      mchy, porosty, skały. Z jednej strony przełęczy widać Czarny Staw i Morskie Oko,
      z drugiej - słowackiej - dwa Żabie Stawy. Znalazłem tam skałę - "moją" skałę.
      Usiadłem pod nią, oparłem się plecami o jej rozgrzaną ścianę i... zapomniałem o
      kozicach. Pochłonął mnie błękit. Porwał wiatr. Zamroczyło słońce. Zaczarował
      krajobraz. I pewnie siedziałbym tam do dzisiaj, gdyby nie Włodek, który
      przypomniał o naszej misji.

      Łącznie, w rejonie Morskiego Oka zauważono dziesięć kozic. W tym aż cztery
      tegoroczne koźlęta. To cieszy - świadczy bowiem o odmładzaniu populacji.

      Zszedłem nad Morskie Oko wciąż jeszcze odurzony atmosferą Owczej Przełęczy.
      Zupełnie bezbronny wobec kłębiącego się tam tłumu. Schroniłem się na piętrze
      schroniska. Wypiłem herbatę, wzmocniłem czymś słodkim. I stawiłem czoła ciżbie.
      Z trudem opierając się pokusie zejścia na Wantę i odpoczęcia w zaciszu naszej
      bazy. Późnym popołudniem wróciłem do schroniska na następną herbatę. Poszedłem
      do kuchni po wrzątek, który - tradycyjnie - serwuję tam sam sobie, aby nie
      fatygować obsługi. A w kuchni czekała na mnie niespodzianka. Dostałem olbrzymią
      (!) porcję "zepsutej" szarlotki. Czyli pokruszonych kawałków, których nie można
      sprzedać gościom. Usiadłem z herbatą i szarlotką na ławce nad Morskim Okiem.
      Było tam już dużo spokojniej. Wypiłem. Zjadłem. I postanowiłem nadmiar kalorii
      przyswojonych wraz z szarlotką, "spalić" na trasie wieczornego patrolu ścieżką
      dookoła Morskiego Oka. Aliści obok usiadła dziewczyna, która czekała na
      znajomych i zagadałem się. Gdy poszła, uznałem, że czas już wracać na Wantę. I
      wtedy na placu przed schroniskiem zobaczyłem księdza Józefa. To z nim byłem w
      zeszłym roku we Włoszech. Moja radość ze spotkania niemal nie miała granic.
      Zrozumiałem dlaczego "coś" nie pozwoliło mi ani wcześniej zejść na Wantę, ani
      pójść wokół Morskiego Oka. Niestety, pożegnaliśmy się po zbyt krótkiej chwili
      rozmowy, bo Józef spieszył się z podopiecznymi do Zakopanego. Poszedłem do
      schroniska aby oddać talerz po szarlotce i "poprawić makijaż". Miałem wszak
      nadzieję, że szybko uda mi się dogonić grupę. Nie doceniłem księdza Józefa. A
      przecież powinienem był pamiętać jak "biegał" po Rzymie. Zdesperowany
      zatrzymałem samochód jadący w dół. Powiedziałem kierowcy, że muszę dogonić
      turystę. I na Włosienicy zauważyłem "uciekinierów". Dalej schodziliśmy razem.
      Tuż przed Wantą, gdzie mieliśmy pożegnać się, ktoś zgłosił, że jedna z
      podopiecznych Józefa ma udar słoneczny - zawroty głowy i mdłości. Dziewczyna
      rzeczywiście wyglądała blado. I znowu w sukurs przyszedł mi samochód.
      Zatrzymałem auto, wysłałem chorą na dół, umówiłem się z Józefem w Lanckoronie i
      pożegnałem go, bo akurat mijaliśmy Wantę.

      To był dobry dzień.

      Następne dni też były udane. W piątek na Wiktorówkach, po raz pierwszy w życiu,
      samotnie uczestniczyłem w mszy świętej. W słoneczny sobotni wieczór okrążyłem
      Morskie Oko i nie spotkałem po drodze nikogo. Natomiast w niedzielę rano, na
      drodze do Morskiego Oka, spotkałem niedźwiedzia. A około południa, broniłem
      śmigłowiec na lądowisku nad Morskim Okiem, przed gawiedzią, usiłującą wejść pod
      wirnik.
    • Gość: Kuba Terakowski Mój czterdziesty raz... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.06, 00:02
      To miała być moja czterdziesta wycieczka na Halę Krupową. Zapowiadała się
      całkiem niewinnie. Wprawdzie zima była ciężka - mróz ostry i śnieg głęboki lecz
      trasa wydawała mi się banalnie prosta. Wraz z dwiema znajomymi, zamierzałem
      pójść do schroniska drogą gospodarczą - po śladach skutera śnieżnego - szlakiem
      przetartym, pewnym, bezpiecznym i doskonale mi znanym. Cóż łatwiejszego?

      "Schody" zaczęły się już w Krakowie. Ala przyszła na dworzec PKS, niosąc w
      jednej ręce śpiwór, a w drugiej karimatę. Poczułem niepokój, bo nawet latem
      niewygodnie byłoby iść w góry z plecakiem i dwoma dużymi pakunkami w rękach.
      Aliści nie był to powód do rezygnacji z wycieczki.

      W drodze z Krakowa do Jordanowa, nasz autobus wpadł w gigantyczną śnieżycę.
      Tylko dzięki nieprzeciętnym umiejętnościom kierowcy dotarliśmy w końcu do
      Jordanowa. Przyjechaliśmy jednak z opóźnieniem, przez które "uciekł" nam autobus
      do Wielkiej Polany. Czekaliśmy półtorej godziny. Czas płynął, śnieg padał, zmrok
      nadchodził.

      W Wielkiej Polanie byliśmy dopiero o godzinie 15.00. Dość późno jak na tę porę
      roku. Lecz przecież półtorej godziny powinno spokojnie wystarczyć na dotarcie
      stąd do schroniska.

      Początek drogi był całkiem przyjemny - szlak ubity gąsienicami skutera śnieżnego
      pozwalał iść wygodnie i równocześnie chronił przed zabłądzeniem w śnieżycy. A
      śnieg sypał coraz gęstszy, widoczność nie przekraczała kilkudziesięciu metrów,
      wiał silny, przenikliwy wiatr, temperatura spadła do minus dwunastu stopni. Po
      godzinie - gdy zapadł zmrok - byliśmy dopiero na Polanie Pastwowej - czyli w
      jednej czwartej drogi.

      Tam, Ala niespodziewanie oświadczyła, że jest zmęczona i dalej nie pójdzie, a na
      zejście z powrotem nie ma siły. Zabrałem jej śpiwór i karimatę. Od tej chwili z
      każdą chwilą było trudniej. Ślady skutera zostały już zasypane śniegiem i
      zawiane, więc coraz częściej zapadaliśmy głęboko w świeży puch. Wiatr był coraz
      mocniejszy, a widoczność coraz gorsza.

      W połowie drogi Ala postanowiła zostać. Długo prosiliśmy ją aby ruszyła w dalszą
      drogę. Małgosia wzięła śpiwór i karimatę, a sam zabrałem od Ali plecak. Niosłem
      go przed sobą, więc utrudniał mi oddychanie. W efekcie cały czas czułem się
      "przyduszony". Cóż, nie ukrywam, że trudno było mi iść pod górę na permanentnym
      "wdechu", dźwigając dwa plecaki, w głębokim śniegu i w wietrze, który sam z
      siebie "zatykał".

      Po blisko trzech godzinach doszliśmy na Halę Krupową. Słabiej zorientowanym
      wyjaśniam, że schronisko na Hali Krupowej, w rzeczywistości znajduje się na...
      Hali Kucałowej, odległej od Krupowej (w warunkach letnich) o około dwadzieścia
      minut. Na Hali Krupowej stoi natomiast szałas. Postanowiliśmy w nim odpocząć.
      Blisko kwadrans zajęło nam przetarcie zaledwie kilkudziesięciu metrów ścieżki od
      drogi gospodarczej do szałasu. Chwilami śnieg sięgał już do pasa. Po dojściu do
      szałasu okazało się, że drzwi są dokładnie zasypane. Kolejny kwadrans trwało ich
      odśnieżenie. W końcu weszliśmy do środka lecz byliśmy dużo bardziej zmęczeni niż
      pół godziny temu - po dojściu na Halę Krupową. Wnętrze szałasu lśniło jak w
      bajce. Belki powleczone były warstwą białego lukru i posypane śnieżnym pudrem,
      który iskrzył się w świetle naszych latarek, a w kątach szałasu zaspy śniegu
      sięgały sufitu. Było jednak zbyt zimno aby spokojnie delektować się tym pięknem.
      Ażurowy szałas nie chronił przed wiatrem i mrozem. Ruszyliśmy niezwłocznie po
      wypiciu gorącej herbaty i zjedzeniu czegoś słodkiego.

      Z trudem udało nam się znaleźć miejsce, gdzie szlak skręca z Hali Krupowej w
      las. Było tam wprawdzie nieco zaciszniej lecz śnieg był jeszcze głębszy niż na
      otwartej przestrzeni, gdzie wywiewał go wiatr. Albo więc, co dwa - trzy kroki
      zapadaliśmy się niespodziewanie, albo rozpaczliwie staraliśmy się... chronić
      oczy. Oto bowiem gałęzie, które latem rosną sporo ponad szlakiem, teraz znalazły
      się dokładnie na wysokości naszych twarzy.

      Po ponad czterech godzinach wyszliśmy z lasu na Halę Kucałową. Pozostało nam już
      "tylko" przejść na drugą stronę tej rozległej polany. Lecz tu szlak zniknął
      całkowicie. Sypał bardzo gęsty śnieg, wiał przeraźliwie mocny wiatr, widoczność
      spadła do kilku metrów. Oddałem Ali plecak. Gosia wzięła jej śpiwór, a ja -
      karimatę. Powoli torowałem drogę, zapadając się powyżej pasa. W połowie
      przejścia przez Halę Kucałową przewrócił mnie wiatr. Upadłem na brzuch. I leżąc
      z twarzą w śniegu uświadomiłem sobie, że nie mam siły wstać. Głęboko w zaspę
      wciskał mnie mój własny, poczciwy plecak. Wstałem dopiero, gdy zaczęło mi
      brakować powietrza. Na domiar złego, upadając wypuściłem Ali karimatę, którą
      natychmiast porwał wiatr. Ala wpadła w rozpacz. Poszedłem w dół śladem karimaty,
      chociaż szansa na jej odszukanie była znikoma. Karimaty oczywiście nie
      znalazłem, za to znacznie trudniejszy niż mogłem przypuszczać, okazał się mój
      powrót do góry, tam gdzie czekały na mnie Gosia i Ala. Chwała im za światełka
      ich latarek wskazujące mi drogę! Nasze przejście przez Halę Kucałową trwało
      blisko godzinę. Latem, to kwestia kilku minut.

      Już blisko granicy lasu, Małgosia uległa dziwnemu złudzeniu. Zobaczyła
      mianowicie wyraźne światło zabudowań gdzieś obok nas - w miejscu, gdzie nie ma
      żadnego domu. I doszła do wniosku, że zgubiłem drogę lecz nie chcę się przyznać.
      Mimo to ufnie brnęła za mną. Na szczęście, bo chwilę później spostrzegliśmy
      poświatę. To lampa nad drzwiami schroniska wskazywała drogę zabłąkanym turystom.
      Ostatnia przeszkoda wciąż jednak była przed nami: dostępu do drzwi schroniska
      broniła kilkumetrowa zaspa... Jej sforsowanie zajęło mi ponad pięć minut. To
      było pięć bardzo długich i mozolnych minut!

      Tak oto niewinny spacer, który nie powinien trwać więcej niż półtorej godziny,
      okazał się w forsowną, pięciogodzinną wycieczką. A i tak do "rekordu" Hali
      Krupowej było nam jeszcze daleko. Kilka zim temu, dwóch turystów szło tutaj z
      Suchej Góry przez dziesięć godzin. Czyli osiem razy dłużej niż latem. Nota bene,
      gospodarz schroniska stwierdził, że turyści mniej doświadczeni niż tamta dwójka,
      przypuszczalnie wciąż jeszcze byliby w drodze na Krupową...

      P.S. Karimatę znalazłem nazajutrz - przy pięknej, słonecznej pogodzie.
    • Gość: Kuba Terakowski Trzeci Marszon IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.06, 00:17
      Podczas pierwszego marszonu, przeszliśmy trasę z Krakowa do schroniska na Hali
      Krupowej. 72 kilometry w ciągu doby. Drugi marszon prowadził z Rynku Głównego,
      do schroniska na Luboniu Wielkim. 60 kilometrów w 22. godziny. Trzeci marszon
      połączył poprzednie trasy, wiódł z Lubonia Wielkiego, przez wschód słońca na
      Babiej Górze, do schroniska na Hali Krupowej. Trzeci marszon był też
      trudniejszy, bo rozpoczynał się rano i dopiero po siedemnastu godzinach docierał
      do stóp Babiej Góry. Przejście całej trasy zabrało nam około 30 godzin. Spośród
      pięćdziesięciu czterech osób uczestniczących w marszonie, całą drogę pokonały
      dwadzieścia cztery.

      Pierwszy uczestnik marszonu przybył na Luboń już kilka lat przed
      startem... To Krzysztof - gospodarz schroniska. Następny jest Piotr, który
      przyjechał z Gdańska we środę. A większość z nas przychodzi na Luboń we czwartek
      wieczorem. Siedząc przed schroniskiem rozmawiamy o jutrzejszej trasie. Powoli
      nadchodzi ciepła i jasna noc. Księżyc zbliża się do pełni, a na horyzoncie widać
      światła Krakowa. Jest tak pogodnie, że Marysia z Łukaszem postanawiają spać pod
      gołym niebem. O godzinie czwartej rano zrywa się wiatr, nad Luboń nadciągają
      ciemne, deszczowe chmury. W tym momencie, samotnie na trasę marszonu, wyrusza
      Krzysiek, którego egzamin zmusza do przyspieszenia tempa. O piątej zaczyna padać
      deszcz. Potężna ulewa na trzy godziny przed startem jest bardzo deprymująca.

      Już od szóstej przychodzą na Luboń następni uczestnicy marszonu. Są
      przemoczeni na wylot. Mieli pecha, gdyż o ósmej pojawia się słońce. Kwadrans
      później spotykamy się na odprawie. Każdy dostaje harmonogram trasy. Sprawdzamy
      obecność - jest nas ponad czterdzieści osób. Gospodyni schroniska robi nam
      zdjęcia. Na horyzoncie majaczy Babia Góra, chcemy tam być za dwadzieścia godzin.
      Wyruszamy o wpół do dziewiątej, a niektórzy trochę później. Na przykład para
      nocująca na zewnątrz, uciekła przed deszczem do wiaty przy schronisku i niewiele
      brakowało, by przespali wymarsz. A Witek wpadł do schroniska już po naszym starcie.

      Dla mnie, marszon ma tę przewagę nad rajdem, że nie trzeba się spieszyć.
      Nie ma tu rywalizacji, nikt nie wygrywa i zawsze można liczyć na pomoc.
      Najważniejsze w marszonie jest by wędrować nieprzerwanie (co nie oznacza, iż bez
      odpoczynków) przez całą dobę. W harmonogramie marszonu wyznaczone są tylko
      miejsca i godziny spotkań. Natomiast każdy uczestnik sam decyduje jak szybko
      pokona dany etap i ile czasu przeznaczy na odpoczynek. Tylko na odcinku nocnym
      poruszamy się zwartą grupą.

      Schodząc z Lubonia mijamy dwóch "naszych". Idą do góry... Bezskutecznie
      namawiamy ich by zawrócili. Odmawiają, gdyż postanowili, że przejdą dokładnie
      całą trasę marszonu. W Zarytem jesteśmy o godz. 10.00. Czekają tu na nas:
      Krysia, Mateusz i Michał. Idąc dalej w stronę Rabki dzielimy się na dwie grupy.
      Część wybiera krótszą, lecz ruchliwą szosę, a cześć wędruje dłuższym, acz
      znacznie przyjemniejszym szlakiem wzdłuż Raby.

      Wszyscy spotykamy się ponownie o godz. 12.00, w następnym punkcie
      harmonogramu - pomiędzy Górą Zbójecką, a Birtałową - tam, gdzie czerwony szlak
      przecina Zakopiankę. Tu dogania nas Witold, a chwilę przed wyruszeniem na
      następny etap dołącza dwójka, która nie chciała zawrócić przed szczytem Lubonia.
      Marka, który dopiero o północy wyjechał z Gdańska, też spotykamy tutaj.

      Tuż za Zakopianką szlak nagle skręca z wyraźnej leśnej drogi, w zarośniętą
      ścieżkę. Nie na darmo, dwa tygodnie wcześniej przeszliśmy z Olą trasę marszonu.
      Tym razem bez wahania wybieramy właściwy trakt, zawracając przy okazji tych,
      którzy zdążyli już trochę pobłądzić. Natomiast do Skawy ponownie schodzimy na
      wyczucie, bo szlak wiedzie tu przez łąki, gdzie próżno wypatrywać znaków. Dzwoni
      do mnie Krzysiek - ten, który wyszedł z Lubonia o świcie. Gdzieś za Sidzinką
      zgubił szlak. Niestety, przez telefon nie umiem mu wskazać drogi. Po chwili
      dostaję SMS z wiadomością o odnalezieniu znaków.

      Słońce w zenicie grzeje bezlitośnie. Upał staje się trudny do zniesienia.
      Z entuzjazmem witamy więc sklep spożywczy i kilka ławek w cieniu. Wypijamy morze
      wody mineralnej, piwa i soków. Kupujemy też zapasy na drogę, bo to jest chyba
      ostatni sklep na naszej trasie. I ruszamy w stronę Wysokiej.

      Dwa kilometry rozgrzanego asfaltu ciągną się w nieskończoność. Z ulgą
      wchodzimy do lasu. Zielony chłód jest zniewalający. Szybko mijamy niepozorny
      szczyt Jawornika, by tuż przed Górą Ludwiki ponownie wyjść na otwartą
      przestrzeń. Tutaj jednak niebo jest szczelnie zasnute chmurami i wieje lekki
      wiatr, więc z przyjemnością maszerujemy w kierunku Targoszówki. Sielankę
      zakłócają tylko grzmoty dobiegające z oddali. Na szczęście burza omija nas dużym
      łukiem. Przez chwilę wędrujemy wprost w stronę Babiej Góry, którą widać stąd już
      dużo wyraźniej niż z Lubonia. I nic dziwnego, przecież idziemy od sześciu godzin.

      Za Targoszówką szlaki rozdzielają się. Skręcamy w lewo, drogą oznakowaną
      na żółto. Na większości naszych map szlak ten jest zupełnie niewidoczny, gdyż
      wydrukowany został tym samym bladym kolorem, co poziomice. Na szczęście w
      rzeczywistości, na pniach drzew, znaki żółte są wyraźne. Za skrzyżowaniem czeka
      na nas niespodzianka. Jeszcze przed dwoma tygodniami wiodła tędy droga wysypana
      tłuczniem, a dzisiaj prowadzi tu nowiutki asfalt. Po kilkuset metrach skręcamy w
      las i przy zamkniętej leśniczówce zatrzymujemy się na dłuższy odpoczynek.

      Na szopie obok leśniczówki zauważamy napis "BAR", ale to tylko żart.
      Możemy polegać tylko na własnych zapasach. Opuszcza nas pierwszy uczestnik
      marszonu. Stopy ma zbyt odparzone, by wędrować dalej. Reszta wyrusza w stronę
      Sidzinki, gdzie rezygnują następne dwie osoby. W podjęciu decyzji o odwrocie
      pomógł im chyba autobus, stojący akurat na pętli. Z kolei Mateusz, Michał i
      Tomek nie zauważają miejsca, w którym szlak gwałtownie skręca i wędrują szosą aż
      do Sidziny. Stamtąd, sobie wiadomymi ścieżkami wracają na trasę marszonu w
      pobliżu Przełęczy Wąwóz.

      A ja znów cieszę się, że wcześniej przeszliśmy z Olą całą drogę.
      Dochodzimy bowiem do miejsca, w którym szlak dosłownie znika. I chociaż
      wędrujemy niemal na końcu grupy, to jednak tutaj wszyscy czekają na nas jak na
      wybawienie. Wskazujemy więc właściwą drogę: najpierw miedzą obok ziemniaków,
      później przez rów melioracyjny, następnie na przełaj przez szkółkę leśną i
      jeszcze tylko w poprzek łąki. Tam, na skraju lasu widać żółty znak szlaku.
      Pomstujemy na tych, którzy wytyczając tędy szlak, nie namalowali ani jednego
      znaku. To właśnie tu, przed kilkoma godzinami zgubił się Krzysiek.

      Zatrzymujemy się tuż powyżej tego feralnego punktu. Magda, Gosia, Krysia i
      Marek przychodzą z przeciwnej strony, bo przeoczyli moment, gdy marszon skręcił
      w ziemniaki. Spora grupa gubi się jednak zupełnie. Dołączą do nas dopiero za
      cztery godziny. Postanawiamy zrezygnować z odpoczynku na Przełęczy Wąwóz i iść
      nieprzerwanie do Zubrzycy, by tam zatrzymać się na dłużej. Zresztą meszki gryzą
      tak okropnie, że chyba nikt nie ma ochoty na postój.

      Zaczyna szarzeć gdy schodzimy do Zubrzycy. W pierwszych domach prosimy o
      wodę. Nikt nam nie odmawia. Pytamy też o sklep. Jest już zamknięty, lecz
      właściciele otwierają specjalnie dla nas. Spoglądamy na Babią Górę, której
      wierzchołek tonie w chmurach. Właśnie zastanawiamy się jakie panują tam warunki,
      gdy dzwoni Krzysiek, meldując, iż wszedł na szczyt. Jego komunikat jest krótki:
      widoczność bliska zera, lecz deszcz nie pada. W Zubrzycy dołączają do nas Beata,
      Michał, Oskar, Piotr, Przemek i Sławek, a dwie osoby rezygnują z udziału w
      marszonie. Na wszelki wypadek zarezerwowałem tu kilka noclegów dla najbardziej
      zmęczonych, lecz nikt nie skorzystał.

      Minęła godz. 22.00, zapadł zmrok. Ruszamy zielonym szlakiem w stronę Hali
      Śmietanowej. Pierwszy raz podczas tego marszonu formujemy zwarty szyk. Idę z
      przodu, a Sławek zamyka stawkę, db
    • Gość: Kuba Terakowski Czwarty Marszon IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.06, 00:19
      Zdaniem wielu uczestników, ten marszon był trudniejszy od poprzednich. Wprawdzie
      "oficjalna" długość trasy wynosiła 75 km, więc tylko nieznacznie przekraczała
      dystans wcześniejszych marszonów, lecz tym razem wyruszaliśmy ze schroniska na
      Turbaczu. Każdy z nas musiał zatem pokonać około 10 dodatkowych kilometrów
      dojścia na start. A ponieważ nikt nie nocował na Turbaczu, więc w
      rzeczywistości, trasa marszonu liczyła około 85 km, przy łącznej sumie podejść
      wynoszącej 3000 oraz zejść - 2550 metrów. Pokonanie tego dystansu zajęło nam 28
      godzin, przy czym najsilniejsi szli ponad... 31 godzin! Lecz po kolei.

      Marszon zaczyna się załamaniem pogody. Chociaż na trasie, przelotna mżawka
      pojawi się tylko raz, około północy, lecz na Turbacz wchodzimy w strugach
      deszczu. W efekcie część z nas, startuje ze schroniska w mokrych butach i
      kurtkach. Nota bene: pech anonsuje swój udział w marszonie już w autobusie na
      Kowaniec, gdy Marek i Piotr płacą mandat za brak biletu na bagaż.

      Do schroniska na Turbaczu przychodzę trzy godziny przed startem. Czeka tu
      już około 30 osób. Otwieram "biuro". Każdy dostaje "Kartę Uczestnika Marszonu"
      oraz szczegółowy opis trasy przygotowany przez Irka. Szczególne oblężenie
      przeżywam na godzinę przed rozpoczęciem marszonu. W sumie zapisuję 81 osób. To
      niewiele, biorąc pod uwagę, że przestałem przyjmować zgłoszenia gdy lista
      chętnych osiągnęła pułap 130 nazwisk. Część uprzedziła mnie o rezygnacji jeszcze
      przed startem, a dużą część zapewne zniechęciła pogoda. Kolejnych sześć osób
      dołączy do nas po drodze, a zatem łączna liczba uczestników czwartego marszonu
      wynosi 87.

      Pech nie pozwala o sobie zapomnieć. Liczyłem bowiem na łączność radiową
      pomiędzy czołem marszonu, a "zamkiem", gdyż w górach telefony komórkowe bywają
      zawodne. Okazało się jednak, że krótkofalówka Daniela odmówiła współpracy,
      natomiast walkie - talkie Krzysztofa ma zbyt mały zasięg. Poza tym, odbieram dwa
      telefony od zmotoryzowanych uczestników marszonu. Obaj mają kłopoty z
      samochodami. Pierwszy z nich wycofuje swój akces, natomiast Michał i Rafał
      decydują się dogonić nas na trasie. Chwilę przed startem wychodzimy przed
      schronisko licząc na pamiątkowe zdjęcie. Dostaję kilkanaście aparatów, lecz - z
      powodu gęstej mgły - efekt tej sesji fotograficznej jest mizerny. Wracamy
      jeszcze do środka na krótką "odprawę" i o godz.18.55 - czyli pięć minut przed
      "oficjalnym" startem - wyruszamy w drogę. A ściślej: wyrusza cały marszon, z
      wyjątkiem Oli i mnie. Zostajemy w schronisku ponad kwadrans dłużej, czekając na
      ewentualnych "spóźnialskich", lecz nikt już nie przychodzi.

      Noc zapada szybko, wychodzimy w późny zmrok. Chwilę później dzwoni Józek,
      właśnie zbliża się do schroniska i prosi o wskazanie dalszej drogi. Mówię, że
      idąc czerwonym szlakiem dogoni nas niebawem. Po blisko godzinie, już mocno
      zaniepokojony Józek, dzwoni ponownie. Okazało się, że owszem, skręcił na
      czerwony szlak, lecz poszedł w przeciwnym kierunku. Ustalamy, że wróci do
      schroniska na Turbaczu i dołączy do goniącej nas dwójki. Niestety, nie spotykają
      się i nazajutrz Józek wraca do domu. A my z Olą, cały etap do schroniska na
      Starych Wierchach pokonujemy samotnie. Dopiero tam udaje nam się doścignąć
      marszon. Najszybsi są tu już od godziny, lecz chociaż narzekają trochę na zbyt
      długi postój, to jednak nikt nie narusza harmonogramu. Tym bardziej, że dla
      osób, które przyszły na Turbacz tuż przed startem, jest to pierwszy odpoczynek.

      Ze schroniska na Starych Wierchach wychodzimy o godz. 21.20. Jak zwykle na
      odcinku nocnym, idziemy zwartym szykiem. Prowadzi Sebastian i Kuba, a Ola i ja
      zamykamy stawkę. Rozciągamy się jednak na odcinku wystarczająco długim, by jedna
      z grup zgubiła szlak. Dołączą do nas w bacówce na Maciejowej, tuż przed wyjściem
      na kolejny etap. Przerwa na Maciejowej trwa blisko pół godziny. Wpisuję na listę
      uczestników Rafała i Tomka, którzy nie mogli wystartować z Turbacza. Rozmawiam
      też z mieszkańcem Rabki, który przyszedł tu specjalnie po to, by spotkać się z
      nami i wspólnie zejść na dół.

      Tuż po północy jesteśmy w Rabce. Dołączają tu do nas Monika i Tomek. Po
      krótkim odpoczynku wyruszamy w stronę Zarytego. Idziemy niebieskim szlakiem,
      który na tym odcinku jest wyjątkowo słabo oznakowany. Nie na darmo jednak, przed
      kilkoma tygodniami, przeszliśmy z Olą całą trasę marszonu. Nie reagujemy więc,
      widząc jak cała nasza ekipa schodzi ze szlaku, bo wiemy już, że idąc tędy, za
      chwilę wszyscy wrócą na trasę, nie wiedząc nawet o chwilowym pomyleniu drogi.
      Aliści w następnym newralgicznym punkcie, "czołówka" definitywnie gubi szlak, a
      my, idąc na końcu nie możemy zapobiec podzieleniu grupy. Dzwonię do
      prowadzącego. Uzgadniamy, że jego ekipa zejdzie do Zarytego na przełaj. O wpół
      do drugiej znów jesteśmy w komplecie.

      Tu pech przypomina, że nadal jest z nami. Agnieszce płynie krew z nosa.
      Interweniuje Daniel - ratownik medyczny. Krwawienie ustępuje bardzo powoli.
      Agnieszka musi zrezygnować z udziału w marszonie. Zostaje z nią Ania oraz Marek,
      Piotr i Rafał. W pobliżu jest duży dom wczasowy oraz kilka pensjonatów. Umawiamy
      się, że chłopcy pomogą poszukać noclegu i dołączą do nas w schronisku na Luboniu
      Wielkim. Jednak gdy krwawienie mija, Agnieszka postanawia ruszyć dalej. Chłopcy
      zabierają jej plecak i chwilę po nas, cała piątka melduje się w schronisku.
      Niemal w tej samej chwili przychodzi na Luboń Michał z Rafałem, goniący nas od
      Turbacza.

      Postój w schronisku na Luboniu Wielkim trwa półtorej godziny. Dość, aby
      każdy mógł coś zjeść i trochę odpocząć. Wszak idziemy już od ośmiu godzin. Jest
      zimno i wietrznie, a mała jadalnia nie mieści wszystkich, więc gospodarz otwiera
      nam domek letni. Oblegamy wszystkie dostępne pomieszczenia, a kilku "desperatów"
      śpi na zewnątrz, w śpiworach zapiętych po uszy. Z udziału w marszonie rezygnuje
      tu aż dwanaście osób: Agnieszka - poszkodowana w Zarytem, Basia z odparzonymi
      stopami, Tomek - z kontuzją ścięgna i inni. W dalszą drogę nie wyrusza stąd też
      Ania, śpiąca smacznie w kącie schroniska. Obudzi się za dwie godziny, by dogonić
      nas w Jordanowie.

      O godz. 4.45 opuszczamy gościnne progi schroniska na Luboniu Wielkim. Tu
      po raz pierwszy na trasie sprawdzam obecność. Nasze szeregi stopniały już
      wyraźnie. Dzwoni do mnie Piotr, który ze schroniska musiał wyruszyć nieco
      wcześniej. Ostrzega, że zejście na Przełęcz Glisne jest bardzo śliskie. Nie
      przesadza. Chwilę później Andrzej wywraca się tak niefortunnie, że wybija sobie
      bark. Maciek - ratownik GOPR - dzwoni do centrali. Uzgadnia, iż wróci z
      Andrzejem do schroniska, gdzie po poszkodowanego przyjedzie samochód. Do
      dyspozycji Maćka zostają też Piotr i Przemek. To właśnie ta wspomniana na
      wstępie silna trójka, dotarła na metę marszonu blisko cztery godziny po
      słabszych. Tyle dodatkowego wysiłku przeznaczyli na pomoc Andrzejowi. Chapeau bas!

      Rozwidnia się tuż przed Przełęczą Glisne. Tu wycofuje się Rafał,
      wyczerpany "pościgiem" z Turbacza. Wchodzę na Szczebel mocno przygnębiony
      wypadkiem sprzed dwóch godzin. Gdzieś w okolicach Małej Góry mijam biwakującą
      czołówkę marszonu, przekonaną, że to już szczyt. Są tacy zadowoleni, że aż żal
      wyprowadzać ich z błędu. Odbieram telefon: Gosia i Piotr rezygnują z udziału w
      marszonie. Schodzimy zielonym szlakiem. Cieszę się, że omijamy karkołomną
      ścieżkę, którą prowadzą czarne znaki.

      Przychodzimy do Lubnia po wpół do dziewiątej. Ze schroniska na Turbaczu
      wyszliśmy przed blisko czternastoma godzinami. Na Halę Krupową zostało nam
      jeszcze dwanaście godzin marszu. Licząc czas przejścia minęliśmy już zatem
      połowę drogi, lecz licząc kilometry, połowa trasy jest jeszcze przed nami.
      Pokonany odcinek był zarazem trudniejszy od czekającego nas - bo bardziej
      górzysty oraz nocny, i równocześnie łatwiejszy, bo zmęczenie i senność nie
      dokuczały jeszcze zbyt wyraźnie. Jesteśmy właśnie w najniższym punkcie naszej
      trasy - 350 m n. p. m.
      • samanta455 Re: Czwarty Marszon 20.09.06, 01:05

        Wiesz Kuba, jest coraz mniej takich wariatów jak ty, ludzi pochłoniętych swoją
        pasją, kochających to co robią, a szkoda, życie jest takie ciekawe i bardzo
        krótkie, szoda je marnować na bezruch, rozumię, że to opisałeś gdzieś, no na
        przykład w zbiorze opowiadań, warto, jak siedzisz tak sobie późną nocą w domku,
        to fajnie się to czyta i chce się wędrować.pozdrawiam i dzięki za opowieści.
    • Gość: Kuba Przyłapani w kosówce... IP: 80.50.166.* 24.09.06, 18:35
      Już po raz "setny", podczas dyżuru nad Morskim Okiem, tłumaczyłem dokarmiającym
      pstrągi, że jest to gatunek drapieżny. Chleb, herbatniki, słone paluszki,
      chipsy, prażona kukurydza nie są naturalnym pokarmem tych ryb i im nie służą.
      Większość populacji tamtejszych pstrągów ma owrzodzone przewody pokarmowe,
      przypuszczalnie właśnie z powodu niewłaściwej diety. Ryby - durne i głodne -
      tłumaczyłem, zjedzą wszystko co wpadnie do wody, więc ludzie - pomimo
      najlepszych intencji - nie powinni ich dokarmiać. Tym razem słuchała mnie grupa
      dziesięciolatków. Byli wyraźnie zawstydzeni i bardzo przejęci
      losem "morskoocznych" pstrągów. Zwróciłem ich uwagę na ryby wyskakujące z wody
      by złapać muchy przelatujące tuż nad samym lutrem wody, razem przyglądaliśmy
      się pstrągom poszukującym na dnie drobnych skorupiaków - ich naturalnego
      pokarmu. Czułem się bardzo zadowolony z siebie - interwencja udana jak mało
      która! Byłem pewny, że dzieciaki na długo zapamiętają sobie ten "wykład". Mina
      mi zrzedła, gdy po kwadransie zauważyłem tę samą grupę, buszujacą w
      kosodrzewinie. Ręce mi opadły - ledwie zdążyłem wytłumaczyć im dlaczego
      dokarmianie pstrągów jest zabronione, a już będę musiał przypomnieć o zakazie
      schodzenia ze szlaków. Mocno nachmurzony wyciągnąłem dzieciaki z kosówki. I
      mina zrzedła mi po raz drugi, gdy dowiedziałem się po co tam poszli: wszyscy
      mieli garście pełne... much złapanych z myślą o pstrągach... Bo przecież -
      proszę Pana - owady to naturalny pokarm tych ryb!

      Kuba Terakowski
    • Gość: Kuba Noc na Luboniu IP: 80.50.166.* 24.09.06, 19:12
      W "martwym sezonie" zdarzało mi się niekiedy zastępować gospodarzy schroniska
      na Luboniu Wielkim. Tak było i tym razem - w listopadzie, kilka lat temu. Agata
      i Krzysztof zeszli na dół, by mój krótki pobyt w schronisku wykorzystać dla
      załatwienia kilku swoich spraw. Zostałem sam. Zapadł zmierzch, zamknąłem
      schronisko i dość wcześnie poszedłem spać. Obudziłem się w środku nocy. To
      niezwykłe, że wiatr potrafi tak doskonale udawać ludzkie głosy - pomyślałem i
      zasnąłem z powrotem. Nie na długo, bo znowu pod schroniskiem usłyszałem ludzi -
      to nie może być złudzenie - stwierdziłem. Wstałem i podszedłem do okna: przy
      drzwiach stało kilka osób. Szybko ubrałem się, zapaliłem światło i zszedłem na
      dół by otworzyć drzwi nocnym wędrowcom. Było mi wstyd, że kazałem im tak długo
      czekać na mrozie. Przed schroniskiem nie było nikogo... Zawołałem raz - cisza.
      Zawołem po raz drugi - nikt nie odpowiedział. Niemożliwe żeby odeszli tak
      szybko - pomyślałem, przecież musieli zauważyć, że zapalam światło w
      schronisku. Zamknąłem drzwi, wróciłem na piętro schroniska, zgasiłem światło,
      stanąłem przy oknie. Po kilku minutach z cienia drewutni wyszło czterech
      młodych mężczyzn, i szybko skierowali się w stronę ścieżki prowadzącej na
      Przełęcz Glisne...
      Dopiero wtedy poczułem ciarki na plecach.
      Nazajutrz, przez telefon Krzysztof wyjaśnił mi, że we wsi na dole grasuje
      szajka, okradająca puste domy letniskowe. Przypuszczalnie przestępcy zauważyli
      odjeżdżających gospodarzy schroniska i przyszli na górę po łup, przekonani, że
      obiekt stoi pusty.

      Kuba Terakowski
    • Gość: Sas Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach IP: *.net81.citysat.com.pl 26.09.06, 18:38
      W ostatni weekend kumple wyciągneli mnie w gory / nie byłem chyba 20 lat/ .Po
      zdobyciu RYS i zejściu do Morskiego Oka ruszylismy na nocleg do Doliny Pieciu
      Stawow. Po przyjsciu do schroniska przywital nas tlum -takich samych turystow
      jak my , liczacych na nocleg . Pokoje byly zarezerwowane od dawna / jakies
      francuskie towarzycho/. Wiec zostala PODLOGA. Nie uwiezycie tej nocy na
      podlodze w spalo podobno 205 osob. / kumpel bajerował jedna z pracownic -stad
      ta informacja/ . Doswiadczeni taternicy nie pamiętali takiej sytuacji.I to było
      moje niesamowite przezycie. Sas
                • samanta455 Re: do Sas 27.09.06, 22:47

                  kolego or i kolego gor, proszę zmykać z mojego wątku, mam dysortografię i nie
                  przeszkadząją mi literówki i błędy ortograficzne, ta przypadłość zaś nie
                  przeszkadza wcale w rozwijaniu osobowości, do czego was zachęcam, z lubością zaś
                  siadam po zaliczeniu kolejnego sprawozdanka do czytania opowieści, pozdrawiam.
                  • Gość: Sas Re: do samanta 455 IP: *.net81.citysat.com.pl 28.09.06, 10:13
                    Z moją ortografia rowniez nie jest najlepiej. Nie wiem czy moj post byl
                    naprawdę taki żałosny jak twierdzi gor . Pisalem o przezyciach a nie kartkówkę
                    z ortografi, być moze popelnilem w nim jeszcze wiele innych błedow. Opisalem
                    najbardziej niesamowite przezycie i tyle. Na innych forach rowniez spotyka sie
                    takich DUPKÓW jak gor, którzy zamiast pisać na temat zajmuja sie ortografia i w
                    ten sposób uwazają ,że rozwijaja swoją osobowość.Długa tyrrada -no ale jak
                    spadac to spadać . Pozdrawiam Sas
                    • Gość: gor Re: moje wspomnienie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.06, 11:21
                      W zamierzchłych czasach gdy byłem jeszcze nieletnim wyrostkiem spędzałem jedne z
                      pierwszych moich wakacji w Zakopanem. Moja ciotka, która sama po górach nie
                      chodziła, powoliła mi na wyprawę z dwójką znajomych studentów. Oni niby trochę
                      Tatry znali tzn. wiedzieli gdzie Kościeliska, Chochołowska itd. Po drodze,
                      właśnie w Dolinie Kościeliskiej spotkaliśmy młodego chłopaka - górala. Poszliśmy
                      dalej już razem i nie szlakiem wytyczonym na mapie tylko przez naszego
                      przewodnika górala. Prowadził nas gdzieś w górę. W pamięci pozostała mi
                      wspaniała panorama na szczyty...Potem były nad urwiskiem jaskinie z ciemnymi
                      korytarzami, które trzeba było pokonywać na czworaka, turnie po których on
                      skakał jak kozica, a my staraliśmy się dotrzymać mu kroku. Burza która zskoczyła
                      nas z nienacka i którą przeczekaliśmy w pasterskim szałasie...
                      W późniejszych latach starałem się odtworzyć naszą wędrówkę, ale nie udało mi
                      się. Nie odnalazłem też jaskini nad urwiskiem, którą wtedy pokonaliśmy na
                      kolanach..
                      Ale pozostało mi fajne wspomnienie z gór "od środka", a nie z turystycznego szlaku.
                      • samanta455 Re: moje wspomnienie 28.09.06, 23:29

                        kolego gor, widzę, że dałeś się wciągnąć w opowieści, zaraz lepiej się ciebie
                        czyta,puść pytanie do tatromaniaka, lub Kuby Terakowskiego, czy rozpoznali twoją
                        trasę, sama jestem ciekawa tych jaskiń, pozdrawiam.
                    • samanta455 Re: do samanta 455 28.09.06, 23:33

                      jak już pisałam, nie przeszkadzają mi literówki, bo któż z nas jest ideałem?
                      chyba nikt, z chęcią wczytuję się w wasze opowieści, moja bujna wyobraźnia
                      podpowiada opisywane obrazy i świetnie sie przy tym relaksuję, pozdrówko.
    • saqqara Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 27.09.06, 11:43
      lata temu, kiedy zaczynalam swoja przygode z Tatrami przechodzilismy przez
      Szpiglasowa w kierunku 5ciu stawow. bylo juz troche pozno, byla godzina 5, moze
      6. idac w gore uslyszelismy odglos spadajacych kamykow. troche wyzej od nas
      stalo spore stado kozic, wsrod nich kilka mlodych. kozice mocno poddenerwowane,
      najwyrazniej mialy wlasnie przejsc przez pusty szlak i my nieswiadomie
      wepchenlismy sie w srodek stada. jedna z koz powoli zeszla na szlak, stanela w
      odleglosci moze 50 m i zaczela nam sie bacznie przygladac. stalismy jak wryci
      probujac jednoczesnie wyciagnac aparat. katem oka widzielismy jak pozostale
      kozy tez stoja i nie bardzo wiedza, co zrobic. sytuacja patowa. ktos musial sie
      pierwszy ruszyc. poszlibysmy chetnie, ale na naszej drodze stala kozica i ani
      myslala noga ruszyc. postanowilismy isc dalej liczac, ze zwierzak w koncu sie
      ruszy w prawo albo w lewo. nic! w sumie glupia sytuacja. bac sie kozicy, ponoc
      tak strachliwej? troche wstyd. z drugiej strony stojacy przed nami dzikus nie
      zachecal do bliskiego kontaktu. glosne tupanie nie pomoglo, zaczelismy klaskac.
      koza jak glucha. w koncu wzielismy male kamyki i zaczelismy rzucac w jej
      kierunku liczac, ze sie sploszy. specjalnie nie zareagowala, po chwili podjela
      jednak decyzje i wrocila do stada, zatrzymujac sie jakies 10 m powyzej szlaku.
      nie powiem, jak sie czulam mijajac tego odwazniaka;)
    • Gość: hipek Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach IP: 212.160.172.* 29.09.06, 10:08
      Ja nie miałam żadnych mega rewelacyjnych ale zawsze...
      1. ulewa i burza w drodze z Piątki przez Świstówkę do Moka - niesamowite
      wrażenie jakby pioruny waliły tuż przy mnie, a to waliły wysoko w górach
      2. moje poślizgnięcie się na niewielkim kawałku lodu w drodze na Świnicę -
      dyndałam nad przepaścią na łańcuchu, przerażenie w oczach, wciągnął mnie mój
      teraźniejszy mąż, potem paraliż spowodowany stresem nie chciałam iść ani do
      przodu ani do tyłu - sytuację rozładowali trzej przesympatyczni turyści z
      Gdańska w wieku mocno tatusiowym o duch i kondycji nastolatków - resztę trasy
      dzięki nim wspominam z uśmiechem
      3. słuchanie muzyki Praisnera na Polanie Rusinowej
      Pozdrawiam
      • samanta455 Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 30.09.06, 01:16

        jak tak piszecie o burzy w górach, to pamiętam jak byłam na Czerteziku, jadłam z
        dziećmi kanapki na szczycie, oglądałam piękne widoki, spoglądałam w dół na
        Dunajec, no i zaczęło się, grzmoty w górach są niesamowite, echo niesie, odbija
        się od skał itd, co ja tam bedę opowiadać, zwiewałam ze szczytu, jak tylko
        mogłam, moje najmłodsze dziecko miało wtedy cztery i pół roku, ale nie to było
        najgorsze, dołem, Dunajcem płynęli ludzie na tratwach, jak zaczęło padać i
        grzmieć, flisacy zachęcali turystów do śpiewu, zaczynali, ale nikt nie chciał
        dalej śpiewać, myślę, że wszyscy bali się i modlili, aby ten spływ jak
        najszybciej się skończył, grzmoty musiały odbijać sie od pionowych ścian i
        potęgować dźwięk, nie zazdrościłam im, mieli niezłą zaprawę, jak przyjechałam do
        Krościenka, to bardzo chciałam wybrać się na spływ, jednak do końca nie
        zdecydowałam się, pozdrawiam wszystkich odważnych
      • jooggii Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach 02.10.06, 10:04
        hej-to co chciałem opisac nie nazwałbym niesamowitym,lecz fascynującym
        przeżyciem,choc właściwie niech będzie niesamowicie fascynujące przeżycie.jakiś
        czas temu wybrałem się z moją partnerką w tatry,z zamiarem ostrego wędrowania z
        noclegiem w schronisku.wszystko układało się wspaniale,pogoda super(burzy nie
        będzie-wrzesień)
        ,do czasyu gdy w schronisku pięciostawiańskim zapytałem o nocleg:"wolnych
        miejsc brak-tylko podłoga"myśle niech będzie ,karimaty mieliśmy,śpiwory też
        jest dobrze.trochę się zawahałem gdy usłyszałem że taka przyjemnośc kosztuje 20
        zł.od łebka,ale jak zobaczyłem ten podłogowy ścisk,wszyscy po solidnej porcji
        fasolki czy bigosu....wyrywaliśmy czym prędzej.w strażniczówce też pełno więc
        nie pozostało nic jak sen w kosówce.opodal szlaku na krzyżne są piękne
        głazy,wspaniałe legowisko.i teraz dochodzę do tego fascynującego momentu...nie
        nie to...noc była bajeczna sen nie przychodził, tylko gwiazdy znad miedzianego
        wędrowały nam nad głowami,żal było zasypiac.chyba do końca swych dni nie
        zapomnę tej nocy.a ranek był chłodny ale równie piękny.wiem że to niezgodne z
        prawem ale cóż było robic.pozdrawiam.
        • Gość: Sas Re: do jooggii IP: *.net81.citysat.com.pl 02.10.06, 11:33
          Cześć jooggii . Czy chodzi Ci o noc z 26/27 września? . Opisywałem ten mocleg
          W SCHRONISKU w swoim wątku. Ty mialeś nad sobą piękne gwiaździste niebo , ja
          byłem w środku , oczywiscie oka nie zmrużyłem a fasolka i bigos to tylko
          nieliczne atrakcje , które wydarzyły sie tej nocy. Gratuluję i zazdroszczę
          śmiałej decyzji spania pod chmurką .Nie przejmuj sie złamaniem prawa , sytuacja
          była ekstermalna i tylko ktoś o płyciutkiej wyobraźni mógł by Cię za to
          wykroczenia ukarać. Pozdrawiam Sas
          • jooggii Re: do jooggii 02.10.06, 19:45
            hej Sas-moja opowieśc dotyczy wyprawy sprzed 2-lat.niepowiem bo od tego czasy
            przytrafiła mi się "recydywa"ale naprawde o ile mogę staram się nie szkodzic
            przyrodzie.filanc też człowiek,nie miałem z nimi jakis nieprzyjemności.
    • Gość: ritter Re: najbardziej niesamowite przeżycie w górach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.10.06, 22:41
      moze to dziwne ale najbardziej niesamowita historia jaka mnie spotkala w ciagu
      27 lat szwedania sie po gorach bylo spotkanie z ptakiem Salewa w Dolomitach -
      wysoko tak okolo 3000 m mozna spotkac takie stworzonka a nawet cale ich grupy -
      ptak wyglada bardzo podobnie do naszego gawrona tylko jest troszke mniejszy i
      ma zolty dziubek, czyli generalnie jest krukowaty - w zwiazku z tym wszyscy
      spodziewaja sie, ze w taki czy inny sposob kracze - niz bardziej mylnego - one
      cwierkaja!!! jak nasze wroble tylko troszke bardziej basowo. do tego sa bardzo
      sympatyczne i towarzyskie - turysci zatrzymujacy sie na posilek beda mieli
      kompanow do okruszkow!

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka