falka32
24.11.09, 23:32
Dzieciaki siedzą w domu od tygodnia. Dodatkowo nadmieniam, że mój nieślubny
pracuje w służbie zdrowia i z racji tego ma prawdopodobnie liczne nieświadome
kontakty z tegorocznymi grypowymi syfami.
No więc dziecko mi odesłali jedno z przedszkola, bo kaszle - zgodnie z nowymi
wytycznymi, nie ma prawa bytu w przedszkolu. Drugie też kaszlało dzień
później. Kaszleli sucho i często, tylko w dzień i bardziej na chłodzie,
przestawali kaszleć, jak spali.
Wdrożyłam im następujący program:
- oscillo 1 lub 2 x dziennie w zależności od stanu
- bańki codziennie albo co 2 dzień (próżniowe, po 2 szt)
- sulfur z wody kilka razy dziennie. Sulfur dostali wczesną wiosną jako
coś jakby próbę dobrania konstytucji, bez wielkiego przekonania ale z
założeniem, że jak nawet nie trafi jako konstytucja, to też nie zaszkodzi.
Każdy z chłopaków w innej potencji dostał, jeden 200 drugi 30. Od tamtej pory
nie byli na kontroli i na razie nie będziemy.
- na kaszel, ekhm, Stodal
- zyrtec, ponieważ obaj są lekko alergikami na niewiadomoco w okresie jesienno
- zimowo - wiosennym i zawsze, ale to zawsze podanie zyrtecu przyspiesza u
nich wyleczenie.
No i tym programem lecę od tygodnia i sytuacja wygląda tak: dzieci ogólnie są
niespecjalnie chore. Gdyby nie sezon grypowy, olałabym to, uznała za zdrowych
i won do przedszkola. Ale suchy kaszel (już się zmienił w mokry i
sporadyczny), lekkie epizody biegunkowe, które obleciały wszystkich domowników
po kolei, wodnisty gil, i pojawiające się i znikające stany podgorączkowe
wskazują na to, że jest grany jakiś niezbyt nachalny wirus. Nie chcę wiedzieć,
jaki! Obserwuję ich uważnie i widzę, że jeżeli na 1 dzień opuszczę jakiś
składnik powyższego programu, zaczyna się coś jakby pogarszać - więcej kaszlu,
stan podgorączkowy, pokładanie się i tak dalej. Wdrażam znowu opuszczony
składnik i dzieciak wraca do formy. Ja zresztą tak samo, tylko ja jadę na L52,
bez którego bym już od 3 dni leżała chora a nie leżę.
Czy ja dobrze rozumuję, że te leki trzymają ich przez tyle dni na pograniczu
porządnego rozłożenia się i pomimo tego, że niby nic im nie jest, dobrze
robię, że cały czas ich tym faszeruję?
Czy odwrotnie, cały czas im nawraca, bo ich faszeruję? :)
I po czym rozpoznać, kiedy im już odpuścić? Normalnie mam wrażenie, że chwila
nieuwagi i będą leżeć :)
Wiem, że to może brzmi histerycznie, co piszę, ale po 1,5 miesięcznych
gorączkach wirusowych zakończonych szpitalem poprzedniej zimy, mam schizę,
zeby za wszelką cenę dusić każde draństwo zanim się rozmnoży, nawet, jeżeli
miałoby być niegroźne (bo się, cholery, nie przedstawiają).