kubalan
13.04.05, 11:50
Dzwonię do lekarza homeo, który uchodzi w środowisku za tego, który leczy
nowotwory oraz inne ciężkie przypadki. Facet z dwudziestoletnią praktyką. Nr
telefonu mam z Internetu. Dzwonię na komórkę, po trzech sygnałach odbiera ktoś:
- Trzeba zadzwonić póżniej !! .. i się wyłączył.
Myślałam, że to włączyła sie auto sekretarka. Ale ogólnie treść komunikatu nie
wydawała się być zbyt przyjazna jak również ton głosu. Podkreślam, że faceta
nie znam, po prostu chce dowiedzieć się czy takie przypadki leczy. Dzwonie na
drugi nr stacjonarny, nie wiem czy to do domu czy do gabinetu. Ale tam nikt
nie odbiera. Jako, że sytuacja jest dość nagląca - kolega z chorobą
popromienną - decyduje się dzwonić na kom. raz jeszcze. PO drugim sygnale:
- CO SIĘ STAŁO?
Trochę się zmieszałam, bo nie wiem, czy to sekretarka tak skrzeczy czy to ten
gość.
-Czy ja rozmawiam z panem .......?
-ALE CO SIE STALO?
Ja znow:
-Czy moge rozmawiac z...
- Tak, ale co sie stalo??? ŻE MI PRZESZKADZA JAK JADE SAMOCHODEM - ze
zniecierpliwieniem.
Domyśliwszy się, że to ten Pan, lekko zdenerwowana tłumaczę, że kolega,
nowotwór, rana, i ..
- Tak - można leczyć biologicznie TYLKO TRZEBA ZADZWONIĆ o normalnej godzinie.
( Ja dzwoniłam o 12.30 w południe)
Stwierdziwszy, ze chyba się narzucam, zapytałam tylko jakie to sa te normalne
godziny - okazalo, sie przed 9-tą rano albo po 22.00. - i sie wyłączyłam.
POtem bylam w szoku przez jakis czas. No bo dla mnie to nie było normalne.
Facet chyba po jakims czasie praktykowania ma dość i, jakby to powiedzieć,
przestał się "ceregielić z pacjentami".
Stwierdziłam, że mam wielkie szczeście co do mojej homeo lekarz, bo dogaduję
się z nią bez przeszkód. I mogę do niej dzwonić. A jak ona nie może odebrać
telefonu, to go nie odbiera. I ja to rozumiem.
I chciałam sie podzielić swoim przeżyciem.