zorka7
09.05.05, 09:46
To moja zmora od kilku lat. Wierzchołek góry lodowej.
Już nie wiem co robić...
Ginekolodzy rozkładają ręce i mówią, że taka moja uroda.
Jestem po ciężkich przejściach ginekologicznych. Pierwsza ciąża - 4 miesiąc:
przedwczesne silne skurcze, rozrastający się mięśniak macicy, obniżenie
odporności, infekcja naprzemian z grzybicą w drogach rodnych, mnóstwo leków
od dołu i dożylnie. Martynka urodziła się w 27 tyg. ciąży przez cc z
uogólnionym stanem zapalnym. Zmarła 10-go dnia...
Potem moja walka o zdrowie, totalny spadek odporności, fatalna cera, nadwaga,
stany zapalne, rozrastający się bliznowiec na brzuchu i depresja po pół roku
(ale obyło się bez leków).
Pół roku po porodzie wycięto mi operacyjnie mięśniaka macicy (niecałe 7 cm i
dwa pomniejsze). Próbowano też wyleczyć stan zapalny w pochwie - ale skutki
były mizerne. W przeciągu trzech lat dostałam kilkanaście, o ile nie
kilkadziesiąt antybiotyków i innych silnych leków. Wyjałowiono mi z pewnością
cały organizm...
Okazało się że przyczyną ciągłych stanów zapalnych jest waginoza - a wiec
brak proporcji między "dobrymi" bakteriami Tam, a "złymi". Nie miałam w ogóle
pałeczek kwasu mlekowego (mimo aplikowania lactovaginalu, doustnego brania
specyfików typu trilac, lacidofil i szczepionki z żywimi kulturami bakterii
solcotrichovag czy jakoś tak), a więc "złe" bakterie mogły namnażać się bez
ograniczeń. Chyba, że wkraczał lek i hamował czasowo ich rozwój. Błędne koło.
Na szczęście cudem (mój gin profesor badał jakiś lek wchodzący ze Stanów na
polski rynek - i dostałam go 5 razy, lek rewelacja, ale nie wszedł do Polski
ze względu na ... brak łapówki), waginoza minęła jak ręką odjął i dostałam po
przeszło rocznym leczeniu zielone światło - mogłam zajść w drugą ciążę.
Udało się za pierwszym razem. Problemy znów zaczęły się po pierwszym
trymestrze. Silny ból, rozwierająca się szyjka macicy, na szczęście bez
stanów zapalnych Tam. Niestety sprawa była na tyle poważna, że zostałam w
szpitalu - do końca ciąży, a więc 3 miesiące... Koszmar, ale to historia na
inny post.
Oczywiście zaczęły się stany zapalne, grzybica, znacznie podwyższone crp.
Ciąża zakończyła się cesarką w 29 tygodniu - szyjka macicy zanikła zupełnie,
krwawiłam i zaczynałam już gorączkować. To był piekielnie trudny czas - w tym
samym szpitalu przyszła na świat i zmarła moja córeczka niecałe dwa lata
wcześniej... Zamieniłam się w kobietę ze stali by przetrwać tę ciążę jak
najdłużej i się nie rozłożyć psychicznie.
Uspokajam - po ciężkich przejściach i dwóch późniejszych operacjach, 1,5-
roczny synek ma się dobrze. Siedzi sobie właśnie na podłodze i przegląda
książeczki.
Za to moje problemy wciąż są przy mnie. Na szczęście nie mam stanu zapalnego,
ale każdy posiew przynosi ze sobą wiedzę o coraz to nowych bakteriach. PH
zawsze silnie zasadowe.
Zapomniałam dodać, że całą ciążę z Bartusiem byłam na ostrych lekach
rozkurczowych (w dawkach większych niż maksymalna o jakieś 50 % - na własne
życzenie i ryzyko). Przeleżałam plackiem na jednym boku kilkanaście długich
tygodni - efektem tego był atak woreczka żółciowego tydzień po cc i wyniki
krwi tak złe, że podejrzewano zapalenie trzustki i uszkodzenie wątroby.
Znalazłam się na stole operacyjnym i laparoskopowo wyciągnięto woreczek z
ośmioma kamieniami.
Jestem przed 30-stką, trochę jeszcze do niej brakuje.
Bardzo mnie to wszystko zmęczyło. Wciąż jakieś gronkowce - nawet w moim mleku
(na neonatologii dali mi dwa antybiotyki bym mogła karmić malucha - nic to
nie dało).
Konsekwencją ostrego i inwazyjnego leczenia jest totalne wyjałowienie w
pochwie z dobroczynnych bakterii i to nieszczęsne pH zasadowe, błona śluzowa
jest atroficzna i pod dołu wygląda to wszystko jak w okresie menopauzy.
Podam, że miesiączkuję regularnie i jestem płodna. (dwa razy zaszłam w ciążę
w pierwszym cyklu starań).
Nie ufam już ginekologom i zestawowi leków aptecznych dostępnych na polskim
rynku. Trafiłam jakiś rok temu na homeopatkę - postawiła diagnozę, ze moje
problemy są spowodowane ciągłą żałobą po pierwszym dziecku i dała granulki o
silnej potencji na bazie soli. Ale problemy "oddolne" się nie skończyły.
Dałam spokój.
Niedawno też moja pani dermatolog po cichu poleciła homeopatyczny lek, by
zakwasić cały organizm. Kropelki nazywają się SANUVIS. Biorę je już 3
miesiące, ale poprawy nie widzę. Fakt, że nijak mogę zastosować się do
restrykcyjnej diety zalecanej przez producenta.
Uczucie suchości, zasadowy zapach... Na wizytę u gina nie mam już sił,
nienawidzę tego fotela, tych mądrości lekarskich i tego, ze jestem
niewdzięczną pacjentką, która nie daje się leczyć...
Jeśli ktoś w ogóle przebrnął przez te wypociny i ma jakiś pomysł... Bardzo
proszę o post.
DLACZEGO
Myszka
...i Jej historia