dariuszkosiur
21.01.08, 18:15
Czy stać nas na publiczne szpitale?
Publiczny szpital powiatowy przy ul. Batorego w Otwocku od wielu
już lat trawi niezawiniony przez pracowników i kolejne dyrekcje
finansowy wirus – rosnące długi, które uniemożliwiają mu normalne
funkcjonowanie. Zmieniające się kierownictwa szpitala (zamiennie:
szpitali w Polsce) są ustawowo pozbawione najmniejszych nawet
możliwości naprawy tej sytuacji. Nie wolno im np. podjąć decyzji o
odpłatnym leczeniu pacjentów zagranicznych, czy po zrealizowaniu
kontraktów z NFZ pacjentów krajowych – vide ustawy o samorządach.
Ktoś, gdzieś dobrze to obmyślił i po 1989 r. żaden polski podmiot
nie ma prawa się rozwijać.
Szpitale przestały być własnością państwa, są własnością samorządów,
które nie finansują leczenia, nie maja prawa dopłacać do wynagrodzeń
pracowników. Rządzący pozbyli się tylko odpowiedzialności (tak im
się wydaje) za ochronę zdrowia Narodu i sterują w kierunku jej
prywatyzacji.
Ekonomiczna ekwilibrystyka ekip dyrektorskich szpitala sprowadza
się do bieżącego ratowania jego finansów. Polega to głównie na
likwidacji lub zmniejszaniu szpitalnych oddziałów, na ograniczaniu
wynagrodzeń i na niepłaceniu za wykonaną pracę. Nie może być też
mowy o wynegocjowaniu z NFZ lepszych warunków tzw. kontraktów dla
szpitala. Te negocjacje mają z zasady charakter ultymatywny. NFZ
daje tyle ile chce lub ile dać może, co wychodzi na to samo. W 1999
r. niejaki Leszek B., min. Finansów celowo zaniżył składkę
zdrowotną, żeby uruchomić zadłużanie szpitali i przejmowanie ich
później za długi przez prywatny kapitał. Ten „geniusz”, realizujący
zalecenia Banku Światowego dla Polski i krajów Trzeciego Świata, dał
tym samym podwaliny procesowi prywatyzacji szpitali.
W wyniku takich zabiegów i dzięki pracownikom szpitala cierpliwie
tolerującym poniżanie godności osób leczących i leczonych szpital
trwa. Nie udaje się go zatopić, choć co jakiś czas w telefonach do
Starostwa Powiatu pojawia się pytanie: „czy ten szpital, to on już
jest na sprzedaż?”
Trochę statystyki: na 726 publicznych szpitali w Polsce ponad połowa
znajduje się w sytuacji finansowej gorszej lub podobnej do szpitala
otwockiego - więc problem jest ogólnopolski.
Roczny budżet ochrony zdrowia to ok. 36 mld zł, ok. 30% tej kwoty
stanowią koszty leków, a leki mamy już tylko zagraniczne i
najdroższe w Europie, bo jeden czy dwóch małych polskich producentów
nie mają znaczenia rynkowego. Zajmujemy ostatnie miejsca w Europie w
wielkości PKB/mieszkańca przeznaczanego na ochronę zdrowia i w
ilości lekarzy i pielęgniarek w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców.
Ale jednocześnie mamy wyższą średnią długość życia obywateli niż
USA, a to przecież potęga kosmiczna i imperialna. Mamy niską
śmiertelność noworodków, USA należą do niechlubnej czołówki.
Osiągnęliśmy to dzięki publicznej służbie zdrowia i uczciwej pracy
jej pracowników. USA wymieniłem celowo, z kim mamy się porównywać,
jak nie z najbogatszymi? Poza tym wielu liberałów podaje USA jako
przykład dobrze funkcjonującego prywatnego systemu ubezpieczeń
zdrowotnych i prywatnej służby zdrowia. A wygląda to tak: 40%
obywateli USA posiada bardzo ograniczony zakres ubezpieczeń
zdrowotnych, a ok. 50 mln ludzi (w tym 12 mln dzieci) nie posiada
żadnego ubezpieczenia, bo po prostu ich na to nie stać.
Prywatyzacja ochrony zdrowia w Polsce, którą chce wymusić na nas
rządząca mniejszość ma polegać na wprowadzeniu prywatnych
ubezpieczycieli, prywatnych szpitali i ośrodków zdrowia. Proces ten
z oczywistych względów zwiększy koszty leczenia przynajmniej o zyski
prywatnych przedsiębiorców, którzy na ochronie zdrowia Narodu będą
się bogacić. Czy zatem możemy pozwolić na prywatyzację ochrony
zdrowia?
Mamy w kraju 23,3 mln podatników. 95% z nich płaci najniższy 19%
podatek od dochodu. Te 95% podatników wpłaca do budżetu państwa tyle
samo, ile 5 % (tj. 1,15 mln osób) pozostałych podatników płacących
30% i 40% podatki. Oprócz danych min. Finansów są dane GUS-u wg,
których 7 mln Polaków żyje na poziomie ustawowej granicy ubóstwa
(tj. 9,9 zł/osobę/dzień), a 23 mln osób poniżej tej granicy (dane z
2005 r., a z roku na rok sytuacja się pogarsza). Już tylko te dane
całkowicie uprawniają do twierdzenia, że jeżeli z braku pieniędzy
kuleje u nas lecznictwo publiczne, to tym bardziej nie wolno
dopuścić do jego prywatyzacji. Chyba, że zgodzimy się na pełne
leczenie dla 1,15 mln osób i ich rodzin, a pozostałą resztę i ich
rodziny stać będzie na leczenie najwyżej kataru.
Dariusz Kosiur