Dodaj do ulubionych

forumowy rep i niewidzialna ręka rynku :)

21.12.20, 12:21
Tfu socjalizm :D

wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26555577,jak-niedzwiedzie-odgryzly-niewidzialna-reke-rynku.html#s=BoxWyboImg3
Obserwuj wątek
      • stavros2002 Re: forumowy rep i niewidzialna ręka rynku :) 21.12.20, 14:07
        Ok wklejam, dla ubogich.

        Libertarianie obcięli budżet Grafton; nie życzyli sobie, żeby ich ciężko zarobione pieniądze były wydawane na utrzymanie dróg i mostów, lampy uliczne, ogrzewanie publicznych budynków czy policję. Jeden z nich zginął potem w pożarze, bo nie było straży pożarnej, która mogłaby go uratować

        Baribale węch mają siedem razy lepszy od psów. Niedźwiedzicę z dwojgiem młodych, wygłodzoną po wiosennej suszy, przywabił wydostający się przez okno zapach pieczonego mięsa. Gdy Tracey Colburn, 46-letnia mieszkanka Grafton, otworzyła wieczorem drzwi na ganek, żeby wypuścić psa, weszła prosto na nie.
        Czarne niedźwiedzie ludzi atakują rzadko. W razie spotkania na szlaku – radzą amerykańskie służby leśne – należy podnieść ręce, by sprawiać wrażenie większego, i wydawać głośne dźwięki, a się oddalą.
        Cóż, baribale na ganku Tracey najwyraźniej nie dostały tych wytycznych, bo krzyk kobiety wcale ich nie odstraszył. Niedźwiedzica zamachnęła się uzbrojoną w pięć potężnych pazurów łapą i zdarła kobiecie skórę z rąk, którymi instynktownie zasłoniła ona twarz. Tracey upadła. „Zabiłaby mnie, wiedziałam to, po prostu wiedziałam. Jej pysk był tuż nad moją twarzą. Patrzyłam jej w oczy”. Uratował ją pies, mieszaniec husky i labradora, który rzucił się na niedźwiedzicę i skłonił ją do ucieczki.
        Colburn owinęła ręcznikiem tę bardziej poharataną rękę. Jej dom stał na odludziu, komórka nie miała tu zasięgu, a ona właśnie się wykrwawiała. Jedyną opcją pozostało dobiegnięcie, w ciemności, w której przed chwilą zniknęły niedźwiedzie, do samochodu i dojechanie do szpitala.
        Dewizą stanu New Hampshire jest „Live free or die” (Żyj wolny lub zgiń). Mottem Projektu Wolnego Miasta Grafton: „Każdy zdany na siebie”. W czerwcu 2012 r. Tracey Colburn dostała okazję przetestować obie.

        „A Libertarian Walks Into a Bear” Matthew Hongoltz-Hetlinga to zabawna i przerażająca (w równych proporcjach) historia libertariańskiego eksperymentu na żywej tkance społecznej i jego niezamierzonych konsekwencji. A przy okazji wiwisekcja skutków amerykańskiej fetyszyzacji wolności.
        Katastrofa klimatyczna, gigantyczne nierówności dochodowe i majątkowe, ogromne koszty edukacji i służby zdrowia, prezydentura Donalda Trumpa – to przecież, w znacznej mierze, efekty patologicznego indywidualizmu. A kiedy dodamy do tego lata braku inwestycji w infrastrukturę i usługi publiczne w imię „budżetowej odpowiedzialności”, plus utratę zaufania do rządu i głęboką polaryzację polityczną, dostajemy american dream zamieniony w koszmar.

        Metaforą Ameryki jest u Hongoltza-Hetlinga zatopione w nowoangielskich lasach, niespełna półtoratysięczne miasteczko Grafton – trochę Cicely z „Przystanku Alaska”, a trochę „Deadwood” – które przez dwie pierwsze dekady XXI wieku doświadczyło dwóch inwazji: libertarian i niedźwiedzi.

        Tych pierwszych w 2004 r. zaprosił niejaki John Babiarz, potomek polskich imigrantów, który całym sercem wierzył w wolność, rząd tak mały, by można było go utopić w wannie, oraz wolny rynek jako rozwiązanie wszystkich problemów. Wyznawał zasadę, że jeśli wyzwolić ludzi od tyranii rządu – w tym zwłaszcza podatków oraz biznesowych i ekologicznych regulacji – sami się zorganizują, i to w dużo bardziej efektywny sposób. Proste? Proste.
        • stavros2002 Re: forumowy rep i niewidzialna ręka rynku :) 21.12.20, 14:08
          cd.
          Libertarianie, absolutyzujący zarówno wolność gospodarczą, jak i osobistą – ich dewizą jest: „Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić” – to w USA margines. Aktywni głównie na forach internetowych, przekonani, że ich wizja organizacji społeczeństwa jest najbardziej logiczna, tylko ci głupi, zindoktrynowani ludzie nie wiedzą, co dla nich dobre.

          Babiarz zaoferował im laboratorium, w którym będą mogli raz na zawsze udowodnić słuszność libertariańskich przekonań: miasteczko tak małe, że wystarczy nieliczny, a zdeterminowany desant libertarian, żeby przejąć władzę w samorządzie. Gdzie, jak nie w New Hampshire, stanie miłującym wolność tak bardzo, że nie ma w nim podatku dochodowego ani VAT, za to jest największy odsetek posiadaczy karabinów półautomatycznych? A gdy Grafton rozkwitnie, a wszyscy się przekonają, że libertariańskie pomysły to wcale nie oderwana od życia utopia, przyjdzie czas na ich eksport. Free Town Project okazał się egzotyczną koalicją średnio kompetentnych survivalowców, fanów piewczyni skrajnego indywidualizmu Ayn Rand i broni palnej, aktywistów na rzecz delegalizacji obrzezania, informatyków – głównie mężczyzn – oraz niejakiego Larry’ego Pendarvisa, ośmiokrotnie żonatego 60-latka z zarzutami o posiadanie dziecięcej pornografii.
          Pendarvis z Grafton chciał zrobić naprawdę wolne miasto, którego mieszkańcy mieliby swobodę handlu narkotykami i organami, hazardu, kazirodztwa i konsensualnego kanibalizmu; gdy – doprawdy nie wiedzieć czemu – okazało się, że nawet dla libertarian jest to jednak nadmiar wolności, przeniósł siebie i swoją firmę, swatającą Amerykanów z filipińskimi żonami, do Teksasu.
          Choć niewdzięczni mieszkańcy Grafton nie przyjęli wolnościowców z otwartymi rękami, pierwszą fazę planu – zdobycie większości w radzie miasta – wykonano bez większych przeszkód. Natychmiast obcięli już bez tego ubogi budżet Grafton o 30 proc.; nie życzyli sobie, żeby ich ciężko zarobione pieniądze były wydawane na takie fanaberie jak utrzymanie dróg i mostów, lampy uliczne, ogrzewanie publicznych budynków, straż pożarną czy policję. Znacznie zwiększył się natomiast fundusz procesowy; czasem wolność (od państwa) można wygrać tylko w sądach.
          Szybko wzrosła też przestępczość. Prywatny sektor, który efektywniej, lepiej i taniej przejąłby zadania biurokratycznego molocha, jakoś się jednak nie zmaterializował.

          Równolegle Hongoltz-Hetling opowiada historię inwazji niedźwiedzi na Grafton.
          Przed przybyciem kolonistów lasy New Hampshire pełne były baribali, a mrożące krew w żyłach historie o porywaniu przez nie dzieci przez lata służyły do dyscyplinowania niesfornych. W XIX w. stan z ich nadmiarem poradził sobie w ten sposób, że płacił myśliwym za odstrzał.
          W XX w. role się odwróciły: to chętni do powieszenia skóry nad kominkiem musieli zapłacić stanowi. Ludzka i niedźwiedzia populacja trwała we względnej równowadze do końca lat 90., kiedy to drapieżniki nagle nie tylko zaczęły namnażać się na potęgę, ale też przestały się bać ludzi. I zaczęły im realnie zagrażać.
          Hongoltz-Hetling podaje kilka wyjaśnień. Globalne ocieplenie: susze, które zmusiły niedźwiedzie do szukania nowych źródeł kalorii w przydomowych śmietnikach, i ciepłe, niewymuszające hibernacji zimy. Toksoplazmoza, wywołana przez kociego pasożyta (zarówno koty, jak i resztki jedzenia także zaczęły znikać z obejść), która ma powodować stępienie lęku u zwierząt i ludzi.
          • stavros2002 Re: forumowy rep i niewidzialna ręka rynku :) 21.12.20, 14:10
            cd.

            Wreszcie, graftoński libertarianizm, traktujący każdy przepis prawa jako niemoralne ograniczenie wolności. Zmuszanie obywateli do kupienia odpornych na niedźwiedzie, za to droższych śmietników? Zapomnij, toż to socjalizm. Zakazanie dokarmiania – np. pączkami – niedźwiedzi i uczenia ich, że tego samego mogą się spodziewać od innych ludzi? Zamordyzm, jesteśmy przeciw. Zwiększenie podatków i dofinansowanie służby leśnej, która ma tak mało ludzi, że dzwoniących do niej z prośbą o pomoc z niedźwiedziem na podwórku kwituje radą: „Naucz się z tym żyć”? Komunizm, bolszewizm i cywilizacja śmierci.
            Jedyną akceptowalną dla libertarian ścieżką było wzięcie sprawy w swoje ręce, czytaj: kłusownictwo. Jednej zimy, wbrew wszystkim zasadom, uzbrojeni mężczyźni dokonali rzezi śpiących niedźwiedzic z młodymi. Populacja zmalała – na krótko. A w 2012 r. doszło do pierwszego ataku na człowieka.
            Tracey Colburn udało się dojechać do najbliższego sąsiada, który wezwał karetkę. Przeżyła. Długo bała się wychodzić z domu.
            Libertariański eksperyment w Grafton skończył się około 2019 r. „Free Townersi przekonali się, że problemy, które tak łatwo było rozwiązać na forach internetowych, były dużo trudniejsze do rozwiązania w realu”. Rzeczywistość uparcie nie chciała być logiczna i racjonalna. Zamiast opływać w dobrobyt – co miało być naturalnym efektem dania wolnej ręki niewidzialnej ręce rynku – libertarianie marnowali energię na kłótnie o to, czyja wolność jest tą właściwą wolnością, a kto jest farbowanym etatystą.
            Liderzy frakcji albo wyjechali, albo poumierali. Jeden z nich, John Connell, zginął w pożarze zabytkowego kościoła, który kupił, by uzyskać zwolnienie od podatków. Niestety, uzyskanie owego zwolnienia wymagałoby uznania samego istnienia urzędu podatkowego, a to kłóciło się z jego zasadami, więc jedyne, co dostał, to odsetki od nałożonych przez stan kar. Być może dałoby się go uratować, gdyby nie to, że straż pożarna w Grafton po dekadzie rządów libertarian była potwornie niedofinansowana, sprzęt się psuł, a ludzi do gaszenia nie było. Zanim przyjechały wozy z sąsiednich miejscowości, było już za późno.


            Ale kilka lat temu w New Hampshire pojawił się nowy, bardziej ambitny libertariański projekt: Wolnego Stanu (Free State Project). Jego przedstawiciele, klasowo dwa oczka wyżej od graftoniarzy i już bez orędowników konsensualnego kanibalizmu w szeregach (od radiowca propagującego konsensualne stosunki seksualne z nieletnimi szybko się odcięli), już mają 20 przedstawicieli w stanowej legislaturze.

            Do swoich sukcesów zaliczają liberalizację dostępu do broni, legalizację posiadania małych ilości marihuany, deregulację kryptowaluty, legalizację fajerwerków, zmniejszenie podatków dla przedsiębiorstw oraz zniesienie 1600 stanowych regulacji. Carla Gericke, szefowa Free State Project: – Jesteśmy latarnią wolności dla reszty świata. Przyszłość Wolnego Stanu jest bardzo, bardzo świetlana. Najpierw New Hampshire, potem świat!
      • engine8 Re: forumowy rep i niewidzialna ręka rynku :) 21.12.20, 18:20
        whatever.... po prostu historyjka jakich mozna znalezc tysiace..
        U mnie sa kroliki i coyoty i zwykle coyoty zjadaj kroliki i ich stan sie utrzymuje na rozasdnym pozimie ale od czasu do czasu jest wysyp krolikow wiec pol wsi placze ze im ogrodki wyjadaj a niedlugo potem pojawia sie wiecej coyotow bo jak jest miesko to scigaja z okolic...i ja je zjedza to zanim sie wyprowadz to sa wszedzie widoczne i zjadaj wszytkie pieski i kotki biegajace na zewnatrz....
        A potem coyty sie wyprowadzja wiec zaczyna sie mnozyc kroliki...... i hostoria sie powtarza...
        I to tez historyjka.
        A przy okazju mamy mase horrorw bo ktos szedl z pieskiem i mu coyoty pieska ze smycza porwaly albo coyoty sie pojawija w grupach i wcaale sie ludzi nie boja a za to ppo ogodach harcuja....
        I milosnicy psow i kotow tez pisza artykul typu historyjiki jak to nas napadaj coyoty i przejmuja kontrole nad okolica tylko dlatego ze towarzystwo ochrony nad zwierzetami dzikimi nie pozwoli ich wytrzebic.....a towarzystwo mowi ze coyoty tu byly przed nami.....

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka