Gość: Daras
IP: *.gdansk.cvx.ppp.tpnet.pl
12.09.01, 00:20
Tak właściwie to nie wiem dlaczego piszę ten post. Pewnego czasu stałem się już
znany na tym forum z moralizatorstwa, wręcz szerzenia strachu. Ten tekst nie
będzie inny – ale ostatni z tej serii. Niektórzy pewnie się domyślają skąd
biorą się tacy ludzie – tak, to ofiary czyjeś głupoty i draństwa na drodze.
Rok 2001 zapowiadał się bardzo sympatycznie, wziąłem mały kredycik i skuszony
promocjami zaszalałem, kupiłem sobie w końcu dobry i bezpieczny samochód, o
którym od dawna marzyłem. Przez trzy miesiące cieszyłem się swoim cackiem,
udało mi się ustrzec wszelkich zimowych niebezpieczeństw, no ale niestety w
pewien wiosenny deszczowy poranek sielanka się skończyła. Jechałem jak zawsze
do pracy, na przeciwnym pasie ktoś niewiadomo czemu się zatrzymał, za nim ktoś
jechał za szybko na łysych oponach, wpadł w poślizg i wyjechał na mój pas 15
metrów przed moją maską. Próbuje uciekać, niestety nie ma gdzie, jeden głuchy
huk i stoję. Dzięki temu, że udało mi się trochę uskoczyć w bok nie było
czołówki. Pan w dostawczym mercedesie przejechał mi po całym boku wyrywając
drzwi z zawiasami. Ja szczęśliwie nawet się nie podrapałem. Cóż wkurzyłem się
trochę, ale co zrobić, takie rzeczy niestety się zdarzają. Takie rzeczy
sprawiają także, że człowiek zaczyna się więcej zastanawiać co się wokół niego
dzieje i ... otwierają mu się oczy. Stąd te posty o opamiętanie się i tak
dalej. Wiem, że była to trochę naiwna walka z wiatrakami i właściwie to mogłem
podpisywać się „Donkichot”, a nie Daras, ale jak to ktoś już napisał każdy orze
jak może. Dalej było standardowo walka z ubezpieczalnią, z serwisem, w końcu po
około 1,5 miesiąca dostałem znowu samochód. Nie cieszyłem się już z niego tak
jak kiedyś, ale mimo wszystko cieszyłem. Pocieszałem się również, że
statystycznie powinienem mieć na jakiś czas spokój. Nic bardziej błędnego. Na
drodze nie ma niestety żadnych reguł. Jest niby kodeks drogowy, ale kto go
przestrzega? Każdy z nas powinien też mieć zdrowy rozsądek, a jeżeli nie to, to
chociaż instynkt samozachowawczy, ale z tym również jest coraz gorzej.
No więc było tak: 11 sierpnia sobota rano, jadę z moją żoną w ciąży na 30
rocznicę ślubu moich rodziców (droga E7). Jadę bardzo ostrożnie tak, żeby nawet
nie trzeba było gwałtowniej hamować. Puszczam tych, którym się śpieszy, widzę
kilku wariatów (na tej trasie niestety zawsze się zdarzają), ale cóż łudzę się,
że przecież ja uważam to jakoś mi się uda. Niestety 15 km przed miastem moich
rodziców - nie udało się. Piękny, upalny dzień, prosta droga, na przeciwnym
pasie znowu ktoś coś wykombinował, zrobił się mały koreczek. Instynktownie
zdejmuję nogę z gazu, prawie już z tego wyjeżdżałem i nagle widzę, że przede
mną na przeciwnym pasie jedzie bokiem polonez, w tej samej chwili polonez
uderzył swoim przodem w nasz bok. (facet kogoś wyprzedzał, gdy skończył
wyprzedzać zorientował się, że ma przed sobą korek, ostro po hamulcach, poślizg
i gotowe). Po uderzeniu w bok, nasz samochód również wpada w poślizg, jedziemy
bokiem przez E7, wydaje nam się, że zaraz będziemy koziołkować, przejeżdżamy
przez przeciwny pas ruchu, przed nami głęboki na 1,5 metra rów. Ja i moja żona
myślimy to samo – to już chyba koniec. Wjeżdżamy do rowu odbijamy się od ziemi
i zatrzymujemy 1,5 metra przed drzewem ... wreszcie koniec. Z nerwów poryczałem
się jak dzieciak, tak facet 29 lat poryczał się jak dzieciak. W jednej chwili
mogłem stracić żonę, dziecko – wszystko na czym mi zależy. Niestety to nie
koniec horroru, z nami na pierwszy rzut oka jest dobrze, ale co z dzieckiem...
W tej samej chwili dzwoni telefon – na wyświetlaczu TATA (czuł, że coś jest nie
tak) – tym razem miał kto odebrać, z trudem udało mi się powiedzieć, że był
wypadek i jesteśmy cali... później karetka, straż, szpital. Szczęśliwie w tym
wypadku nikomu nic się nie stało. Nasze dziecko również ma się dobrze!!!
Cóż, pomimo tego wszystkiego co mi się przytrafiło uważam się za dużego
szczęściarza. Starty są tylko materialne. Samochód uznano do kasacji. To
niestety nie koniec nerwów. PZU jak to zwykle w takich sytuacjach zaniżyło
wartość samochodu (w chwili zdarzenia miał 7 miesięcy) i zawyżyło wartość
wraku. Chcą mnie załatwić na około 7 tys. straty. Nie wiem czy będzie mnie stać
na drugi taki bezpieczny samochód. Napisałem odwołanie, kiedy się to skończy -
nie wiem.
Tym razem nie będę nikogo pouczał, niech każdy sam się zastanowi czy warto
czasami tak bez sensu się śpieszyć i gotować innym niewinnym ludziom taki los.
Niech się zastanowi także każdy policjant, który bierze w łapę, czy aby ten
głupek którego puszcza bez punktów i promilem mandatu za klika kilometrów kogoś
nie zabije. Co do polityków to już przestałem wierzyć, że myślą, ale niech
spróbują się zastanowić co zrobić z szybkimi kierowcami przeładowanych TIRÓW
którzy jeżdżą po 16 godzin na dobę (nie zawsze znajdzie się aniołek który
obudzi ich na czas) wszak zmierzamy do Unii...
PS
Tylko mi nie współczujcie, po prostu myślcie za kierownicą!!!