petasz
29.09.05, 02:03
Witam, moze komus sie spodoba stary felieton Kazika pobrany ze strony:
www.kult.art.pl
FELIETON NIETYPOWY, BO AUTOMOBILOWY
Kazik Staszewski
Jest październik 2002, konkretnie druga połowa października 2002, a
dokładniej 25 października 2002. Na głównej, aczkolwiek jednopasmowej nadal
trasie, łączącej południe Polski z północą, w okolicach Nidzicy w poprzek
drogi leży przewrócony TIR. Niezmiernie długi sznur samochodów czeka, aż
różnego autoramentu służby drogowe poradzą sobie z tym problemem.
Nagle lewym pasem, pod prąd pełną, szybkością pruje auto marki Mercedes 500
bodajże i zatrzymuje się dopiero przed rozchełstanym na całej szerokości TIR-
em. Podczas gdy karetki odjeżdżają z rannymi (wszyscy mają nadzieję, że nie z
zabitymi) z limuzyny wysiada krótko ostrzyżony bamber w skórkowej marynarce.
Nie na żarty przestraszony policjant tłumaczy mu grzecznie, że przejechać się
nie da, a fruwać Mercedesy nawet 500 jeszcze nie potrafią. Bamber mieląc w
swej paszczęce różnego rodzaju odmieniane "ku.." i "pie..ć" zadowala się
w końcu opisem dosyć chyba skomplikowanego objazdu, po czem wsiada z powrotem
do auta, gdzie siedzi jego towarzysz odlany z tej samej formy - rozlega się
przenikliwy pisk opon i troglodyci zawracają.
Jest jakikolwiek dzień . Próbuję w naszej pięknej stolicy włączyć się do
ruchu. Owszem, stoję na drodze tak zwanej podporządkowanej, niemniej mam
nadzieję, że w końcu ktoś zatrzyma się i wpuści mnie na główną. Są to
jednakowoż nadzieje ze wszechmiar daremne. W końcu po jakichś czterech
minutach postanawiam zaryzykować i nie do końca zgodnie z przepisami ładuję
się pomiędzy dwóch kierowców z drogi pierszeństwowatej. Przez lusterko widzę,
że kierowca, przed którego się wcisnąłem, nienawidzi mnie i mojej mamy. Co
więcej, sugeruje, iż prowadziła się ona nietęgo - owocem tego prowadzenia się
jestem ja sam. Nie jest to przyjemne.
Jest słoneczny dzień tegorocznego lata. Po raz pierwszy używam samochodu (na
dodatek nie swojego i - o zgrozo ! - z manualną skrzynią biegów) w wielkim,
naprawdę wielkim mieście. To miasto to Barcelona. Przyznaję, że jadę jak
osieł i cretinus jakiś, bo miasta nie znam ni w ząb, auto mam od wczoraj, a i
na ulicach sytuacja określana słowami "meksyk", "sajgon"
czy "madness".Wjeżdżając na rondo popełniam sześć i pół wykroczenia naraz,
truchlejąc poniekąd jednocześnie. Patrzę z trwogą na boki i widzę, że
pozostali użytkownicy ronda patrzą na mnie z uśmiechem, bądź to politowania,
bądź rozbawienia niemalże. Po chwili zdumiony konstatuję, że w tych
spojrzeniach nie dostrzegam ani nienawiści, ani pogardy, ani jakiegokolwiek
rodzaju agresji. To mnie poważnie uspokaja. Wiedząc, że nie chcą mnie
rozszarpać, przestaję się obawiać i już, psze państwa, po dwóch dniach
popylam po Barcelonie jak stary.
Zawsze i wszędzie powtarzam, że najbardziej wymagające warunki stawiane są
kierowcom w Polsce. Swoje robi tu oczywiście tragiczny stan ulic w miastach i
dróg poza nimi, ale też nie bez znaczenia jest przeogroma doza chamstawa i
agresji, którą jako kierowcy generujemy . Nieomal zawsze mam wrażenie, iż za
każdy mój błąd uczyniony podczas jazdy reszta zmotoryzowanej braci (?) gotowa
by mnie była rozszarpać. Ze skruchą przyznać także muszę, iż na różnego
rodzaju niekonwencjonalne manewry współużytkowników szos i ja reaguję,
niestety, podobnie. Nie wiem, czyja to wina, bo za granicą mi to znika i jak
zauważyłem znika to także innym kierowcom samochodów z polską rejestracją. Ta
ponura konstatacja wiedzie jednakowoż ku pewnego rodzaju optymistycznemu
światełku. Otóż, jeśli chodzi o Europę, to nie musimy się niczego obawiać. Po
ostrej i dość nieprzyjemnej szkole, jaką przechodzimy na krajowym podwórku -
daję słowo - każdy poradzi sobie w każdym miejscu starego kontynentu, o
Stanach Zjednoczonych nie wspominając, bo tam to już na drogach niemalże
wojskowy dryl.