pietia_26
22.01.06, 09:42
Abstrahując od tego czy auto da się uruchomić na mrozie większym niż -20,
zastanawiam się czy uruchomienie w takich warunkach jest w ogóle zdrowe dla
silnika.
Moje pytanie nie jest bezpodstawne. Kilka lat temu, na podobnym mrozie (-25)
odpalałem swojego kilkunastoletniego nissana 2.0D. (uruchamiał się bez
większych problemów). Czwartego dnia mrozów w czasie jazdy włączyła się
kontrolka, wychodzę i patrzę – dym pod maską, kałuża pod silnikiem, głęboka
rysa na głowicy – to nie uszczelka tylko pęknięta na pół metalowa głowica!!!
O kosztach naprawy nie wspomnę. Może to przypadek, jednak stało się to
dopiero w czasie eksploatacji na tak wielkim mrozie.
Dzisiaj mam nową 3-miesięczną corollą 1.6 i zastanawiam się czy w
poniedziałek rano, gdy temp. ma osiągnąć prawie –30, nie przesiąść się do
autobusu czy taksówki. Corolka co prawda na –20 odpalała bez zająknięcia,
jednak słychać, że silnik pracuje trochę inaczej, trochę ciężej i głośniej.
Sprzęgło i skrzynia biegów, zanim się rozgrzeją ledwo co chodzą.
Czy to zdrowe dla auta uruchamiać go w tak niskiej temperaturze, gdy silnik
jest zmrożony, olej zgęstniały, jest większe tarcie, wszystko ciężej chodzi?