Jeździłem kiedys SYRENĄ!

IP: *.bielsko.dialog.net.pl 06.11.01, 23:24
To był mój pierwszy samochód. Dostałem go od ojca, jak przesiadł się na
Malucha. To właśnie syreną robiłem pierwsze 'boki', polewałem przechodniów
ręczną tankietką właśnie z pokładu Syreny (koledzy obsługiwali) w śmigus-
dyngus, odwoziłem dziewczynę do domu, i w ogóle to była jazda...W końcu
sprzedałem z urwanym przegubem za psie pieniądze. To był model 105L. I co wy na
to? Mieliście, forumowi twardziele od błyszczących fur z czymś takim do
czynienia?! I ruszała z piskiem opon, w przeciwieństwie do fiacika...

PS.Dzięki, Joasia, za wątek, ten o historii motoryzacji. Przypomniało mi się i
nie mogłem się powstrzymać!
    • Gość: Franek Re: Jeździłem kiedys SYRENĄ! IP: *.tnt3.m2.uunet.de 07.11.01, 01:05

      > To był mój pierwszy samochód. Dostałem go od ojca, jak przesiadł się na
      > Malucha. To właśnie syreną robiłem pierwsze 'boki', polewałem przechodniów
      > ręczną tankietką właśnie z pokładu Syreny (koledzy obsługiwali) w śmigus-
      > dyngus, odwoziłem dziewczynę do domu, i w ogóle to była jazda...W końcu
      > sprzedałem z urwanym przegubem za psie pieniądze. To był model 105L. I co wy na
      >
      > to? Mieliście, forumowi twardziele od błyszczących fur z czymś takim do
      > czynienia?! I ruszała z piskiem opon, w przeciwieństwie do fiacika...
      >
      > PS.Dzięki, Joasia, za wątek, ten o historii motoryzacji. Przypomniało mi się i
      > nie mogłem się powstrzymać!

      ja tez tzn nie do konca poniewaz bylem tylko wozony, za mlody berbec bylem by
      powozic, raz ojciec sprawdzal maksa bylo cos ok 120, przy tej predkosci lusterka
      byly bezuzyteczne, takie byly wibracje ze nic nie mozna bylo zobaczyc, w trasie
      przystanki co ok 50 km by wymienic zalane swiece itd wspaniale sie wspomina ale
      jazda na codzien to byla meczarnia...
    • Gość: Wojtek Re: Jeździłem kiedys SYRENĄ! IP: *.waw.cdp.pl 07.11.01, 08:18
      Prawo jazdy robiłem na samochodzie Zastawa 1100p. Jak tylko je zdobyłem zaraz
      od ojca pożyczyłem Syrenę 105 (biegi przy kierownicy). Zmiana z Zastawy na
      Syrenę była szokiem.
      Co to była za jazda to ciągłe "enenenen". W mojej przy 110 zaczynały już
      lusterka drgać. Najszybciej jechałem nią 130 km/h (tyle było na liczniku) na
      lotnisku zapasowym (czasami lokalna droga prostuje się i rozszerza do 4 pełnych
      pasów i pobocza na długości około 2,5 km). Tylko raz tak szybko nią jechałem.
      Zimą nie była jeżdżona a paliwo było na kartki dzięki czemu po 10 latach miała
      45 tys km przebiegu.
      Z najpoważniejszych napraw to 3 razy wymieniana tarcza sprzęgła ale dzięki
      ustrojstwu o nazwie wolne koło, ruszałem nią na I biegu, na rozruszniku a
      później do zmiany biegu sprzęgło nie było już potrzebne. Usterką, której nie
      udało się usunąć było rozłączanie się mechanizmu zmiany biegów. W końcu
      zastosowałem gumkę od słoików i przestało się rozłączać. To tyle pamiętam
      Pozdrawiam
    • Gość: TK Re: Jeździłem kiedys SYRENĄ! IP: *.clinika.pl 07.11.01, 09:47
      Ja niestety nigdy nie jezdzilem Syrena jako kierowca, ale czesto jako
      brzdaca ojciec bral mnie na kolana i krecilem kierownica!! Pamietam,
      ze uwielbialem wąchać te spaliny, cala gromada biegalismy po osiedlu
      jak jechala syrena ;-)))

      Mam jeszcze jedno traumatyczne wspomnienie zwiazane z Syrena. Jako
      mlody brzdąć majsterkowicz z inzynierskim zacieciem, chcialem sprawdzic
      czy bagaznik w Syenie da sie otworzyc od srodka. Poogladalem z zewnatrz
      zamek i stwierdzilem ze jak podwaze srubokretem to sie otworzy. Zadowolony
      ze swego genialnego odkrycia wpakowalem sie do bagaznika i zatrzasnalem.
      Nie przewidzialem tylko jednego - ze bedzie CIEMNO!!! i szybciej narobie
      w majty niz sie uwolnie. Houdinim sie wiec nie okazalem i beczalem tam
      (wedlug mojej oceny) pare godzin (choc moglo to byc tylko przerazajace
      kilkanascie minut). W koncu odkrylem ze miedzy bakiem (podwieszonym pod
      tylna polka) a owa polka wlasnie jest miejsce aby wystawic reke i nadawac
      syglany SOS.

      Jak sie pozniej (dobrych pare lat pozniej) dowiedzialem od ojca przy
      okazji wspominania tego incydentu - ojciec dokladnie widzial jak sie
      zatrzasnalem w bagazniku i tak dla zartu mnie nie chcial uratowac :-)))

      W 1983 roku zamienilismy Syrene na 126p 650 S :-) Z rekordowych osiagniec
      tego fiacika pamietam podroz z Lublina do Gdanska w 4 osoby (rodzice, ja 12 lat,
      siostra 22 lata) + dwa glosniki Altus 100 Wat (!!) bez bagaznika dachowego.
      Jeden glosnik wszedl pod maske (niedomknieta klapa zaslaniala 1/3 przedniej
      szyby) a drugi pomiedzy siostre a mnie na tylnym siedzieniu (w 126p!!).

      W 1989 roku zamienilismy tego fiacika na kolejnego, ktory potem odziedziczylem
      i sluzyl mi przes cale studia. Obecnie i ja i rodzice jedzimy juz zupelnie
      innymi samochodami, ale ojciec postanowil, ze nie bedzie tego fiata z 1989 roku
      nigdy sprzedawal. Stoi sobie pod daszkiem, i odpoczywa. Ubezpieczenie prawie
      zadne, a ojciec czasem z lezka w oku wybierze sie nim na niedzielna przejazdzke
      nad morze.

      Tomek
      • Gość: Niknejm Re: Jeździłem kiedyś Maluszkiem IP: *.pg.com 07.11.01, 10:25
        Będąc berbeciem, pojechałem nim (tytułowym Maluszkiem) z rodzicami do Bułgarii
        (3 osoby, bez bagażnika dachowego) - wszystko popakowane w małe plastikowe
        torebeczki i poupychane we wszystkich zakamarkach autka (łącznie z jedzeniem na
        2 tygodnie). Dojechaliśmy i wróciliśmy. Maluszek jeździł dalej przez wiele lat,
        służył mi też na studiach, kiedy rodzice przesiedli się na inne samochody. Co
        ciekawe, ten sam, już prawie 20-letni maluszek jeździ dalej, służąc mojej
        dalszej rodzinie.
        Przebieg w sumie nieduży - lekko ponad 100000km, ale nigdy nie był w serwisie.
        Opiekował się nim (bardzo czule :-)) mój ojciec, potem ja, obecnie jeszcze ktoś
        inny. Ech...

        Pozdrawiam,
        Niknejm
        • Gość: Piotr Re: Jeździłem kiedyś Maluszkiem IP: *.deu.dupont.com 07.11.01, 11:47
          Maluszek w naszej Rodzinie byl pierwszym samochodem - model 600 z 1979, kupiony
          od wujka. Autko bylo na wloskich czesciach, takze silniczek pracowal bez
          zarzutu - a i przebieg byl b.nieduzy, bo tylko ok.140 tys. przez prawie 20 lat
          (nie wiem dokladnie ile, bo licznik kilometrow zatrzymal sie w pewnym
          momencie). Wynikalo to z faktu, ze jezdzilismy juz innymi samochodami, ale
          Maluszek byl czlonkiem Rodziny "od zawsze" i nikt nie osmielil sie go sprzedac.
          Byl traktowany jako samochod-maskotka do jazdy miejskiej (w nieduzym
          miasteczku).

          Oczywiscie "Maly" mial swoje humory - np.nagle nie chcial za skarby swiata
          zapalic i zaden magik nie wiedzial o co chodzi, a za pol dnia wszystko bylo w
          porzadku. Wybaczalismy Mu to wielkodusznie bo sentyment czulismy niezmierny.

          Pamietam w jakim szoku bylem, gdy mieszkajac juz w Wa-wie, otrzymalem telefon,
          ze ktos zwinal "Malego" z parkingu przed blokiem. Byl swiezo zabezpieczony
          przed rdza i pomalowany - mogl sie podobac, taki zolciutki, nie wygladal na
          swoje lata...

          Znalezli go za pare dni. W lesie, rozbebeszonego do granic mozliwosci. Ojciec
          sie podobno prawie poplakal, gdy jechal na "identyfikacje zwlok", a gdy zlapali
          sprawce - jakiegos gowniarza - Brat malo go nie rozszarpal wlasnymi rekami...

          pzdr
          • Gość: Ralph Re: Też jeździłem kiedyś Maluszkiem...niedawno jes IP: *.bielsko.dialog.net.pl 07.11.01, 12:28
            Z przygód moge opisać podróż nad morze i z powrotem... Droga daleka, 700km, ja,
            rodzice i malutki brat. Za Toruniem była obława na żołnierza-uciekiniera (z
            kałachem), potem deszcz lał tak niemiłosiernie, że ojciec całkiem sie pogubił w
            Kościerzynie, a że nikogo nie było na ulicach... W lesie koło Ustki znaleźliśmy
            masę grzybów, ale...dachowaliśmy, wracając do ośrodka (ach, te ośrodki
            wypoczynkowe!). Okazało się później, że mechanik robiący przegląd przed
            wyjazdem nie dokręcił śrub od zbieżności, i auto pojechało prosto na jednym z
            zakrętów (jakieś 60-70 km/h). Na szczęście nic się nikomu! nie stało, ojciec
            zaparł się o fotel i nogami wycisnął wgięty dach! prowizorycznie 'nastawił'
            zbieżność, podokręcał i jakoś się dało jechać. A w drodze powrotnej, już do
            domu, 'walnął' przegub i...trzeba było wymieniać przy drodze. Tyle, że wtedy to
            pamiętam, że nikogo takie remonty 'na bieżąco' nie dziwiły. Niejeden woził 'pół
            auta' na części, jak gdzieś daleko jechał. Oj, teraz to już jest naprawdę
            zupełnie inna epoka!

            PS.A zamakające cewki zapłonowe pamiętacie? Jeden z najgorszych Skarpetowych
            Kaprysów...
            • Gość: Franek skarpeta rules... IP: *.tnt6.me.uunet.de 07.11.01, 12:51
              > ojciec
              > zaparł się o fotel i nogami wycisnął wgięty dach! prowizorycznie 'nastawił'
              > zbieżność, podokręcał i jakoś się dało jechać. A w drodze powrotnej, już do
              > domu, 'walnął' przegub i...trzeba było wymieniać przy drodze.

              przy okazji wlasnych napraw, przypomnialo mi sie jak mielismy jechac na wakacje
              skarpeta ale dzien przed wyjazdem ojciec po umyciu samochodu zostawil go nie
              zaciagnawszy hamulca, poniewaz byla lekka gorka samochod sie stoczyl i zatrzymal
              sie na budynku z drugiej strony placu. Efekt to prawy blotnik w harmonijce (w
              skarpecie blotniki przednie zawieraja w sobie reflektor i wlasnie cala taka czesc
              ulegla uszkodzeniu reszta ok). Poniewaz byl to piatek po poludniu, warsztaty
              zamkniete ojciec postanowil nie poddawac sie i wykonac naprawe blacharska samemu
              (reflektor zapasowy jakos zdobyl badz mial w tamtych czasach czesc rzeczy
              posiadalo sie po prostu na zapas, zawsze moze sie przydac...). w sobote rano
              zamknal sie w garazu, rozmontowal blotnik (w skarpetach blachy sa przykrecane do
              ramy wiec nic nie trzeba spawac), wyklepal, zaszpachlowal i 'polakierowal' tzn
              mial farbe w dezodorancie(kolor tzw kawa z mlekiem czyli taka nieokreslona
              brazowa szarosc). Czas naprawy ok 10h, syrena az do sprzedazy jezdzila po tej
              naprawie, jak pamietam mozna bylo zauwazyc ze blotnik byl robiony ale postronna
              osoba mialaby problemy z zobaczeniem tego...
              jak to pisze az mi sie nie chce wierzyc ze to mialo miejsce, czyli potrzeba matka
              wynalazkow, na szczescie to juz historia i oby tym pozostalo:)))
              • Gość: Ralph Re: skarpeta rules- błotnik IP: *.bielsko.dialog.net.pl 07.11.01, 13:04
                Ten problem z błotnikiem miała chyba większość 'stukniętych' syren. Pamiętam,
                że idealnie wyklepać to-to musiało dla ówczesnych blacharzy być cholernie
                trudno, i masa syren jeździła z mniej lub bardziej pofałdowaną tą właśnie
                częścią. I te chromowane zderzaki!
                • Gość: Franek Re: skarpeta rules- błotnik IP: *.tnt6.me.uunet.de 07.11.01, 13:27

                  > Ten problem z błotnikiem miała chyba większość 'stukniętych' syren. Pamiętam,
                  > że idealnie wyklepać to-to musiało dla ówczesnych blacharzy być cholernie
                  > trudno, i masa syren jeździła z mniej lub bardziej pofałdowaną tą właśnie
                  > częścią. I te chromowane zderzaki!

                  to moje uznanie dla ojca rosnie!!! zeby nie bylo watpliwosc on nie jest i nie byl
                  nigdy blacharzem czy mechanikiem, ale jak pamietam do nadania odpowiednich
                  ksztaltow glownie uzywalo sie szpachli. wielu blacharzy do dzis stosuje te metode:
                  (((

    • Gość: Pitz Re: Jeździłem kiedys SYRENĄ! IP: 157.25.125.* 07.11.01, 13:01
      Gość portalu: Ralph napisał(a):

      > To był mój pierwszy samochód. Dostałem go od ojca, jak przesiadł się na
      > Malucha. To właśnie syreną robiłem pierwsze 'boki', polewałem przechodniów
      > ręczną tankietką właśnie z pokładu Syreny (koledzy obsługiwali) w śmigus-
      > dyngus, odwoziłem dziewczynę do domu, i w ogóle to była jazda...W końcu
      > sprzedałem z urwanym przegubem za psie pieniądze. To był model 105L. I co wy na
      >
      > to? Mieliście, forumowi twardziele od błyszczących fur z czymś takim do
      > czynienia?! I ruszała z piskiem opon, w przeciwieństwie do fiacika...
      >
      > PS.Dzięki, Joasia, za wątek, ten o historii motoryzacji. Przypomniało mi się i
      > nie mogłem się powstrzymać!

      Na wstepie, to chcialem zauwazyc, ze Fiacikiem 126 tez sie dalo ruszyc z piskiem,
      tylko trzeba go bylo przegazowac i szybko puscic sprzeglo. Potem mozna bylo od
      razu zalatwiac sobie poduszki skrzyni biegow, bo byly urwane na mur-beton. Ale
      pamietaj, ze Syrena miala przedni naped, wiec to tak jakby w Maluszku ruszac do
      tylu, a wtedy to dopiero sie dalo piszczec!
      A tak w ogole, to Syrenka nie mialem przyjemnosci, najezdzilem sie natomiast
      Malym i troche Trabancikiem. Tym Trabancikiem z dwusuwem oczywiscie.
      Moj najwiekszy "wyczyn", to podroz z Jastarni z obozu zeglarskiego w cztery
      osoby, z bagazami trzech osob. Z tylu siedzialy dwie osoby + plecak ze stelazem.
      Bagaznika na dachu tez nie bylo. Stawalismy srednio co godzine i osoby z tylu i z
      fotela pasazera z przodu zamienialy sie rotacyjnie. To byly czasy...
      • Gość: Ralph Re: Ale co to był za pisk!! IP: *.bielsko.dialog.net.pl 07.11.01, 13:16
        No, jasne, że maluchem się dało, tylko że jak gość do tyłu darł 'z pichami' to
        od razu był wiadomo, że sie popisuje, albo sprawdza, czy 'da radę', albo po
        prostu się wyżywa i wariuje. A w Syrenie to można to było robic 'z klasą',
        ruszając na skrzyżowaniu albo wyjeżdżając z bocznej uliczki! Bo, jak sam
        zauważyłeś, maluch coś jakby zdychał po takim ruszeniu (nawet, jak poduszki
        wytrzymywały), więc najczęściej była w tym jakaś desperacja niemożliwa... A
        teraz każdy prawie może sobie ruszać z piskiem, ale jakoś tego nie robi!
        • Gość: marcin A ja bym moze i kupil zwaitakta? IP: 195.136.21.* 07.11.01, 14:50
          Samochod do jazy mam i ostatnio zaczelyt mnie nachodzic mysli ze moze by kupic i wyremontowac
          sobie takie cos (Syrenka abo Warczyburg). Trzymac toto poza miastem (mam mozliwosc) i od czasu
          do czasu oddac sie przyjemnosci prowadzenia prawdziwego auta. Tez lubie pogrzebac przy sam. i
          nigdy nie zapomne "smrodu" z rury wydechowej.
          pozdro
          marcin
          P.S. Kiedys to byli prawdziwi automobilisci.
          • Gość: 130rapid Re: Syrena cymes! IP: *.pila.cvx.ppp.tpnet.pl 07.11.01, 22:29
            Pozostawiła niezapomniane wrażenie!
            Wielka cienka kierownica zza której nie widać prawego błotnika. Lekko chodząca
            dźwignia zmiany biegów przy kierownicy. (świetna skrzynia biegów; ciekawe co za
            kretyn wmówił ludziom, że lepsza wajcha w podłodze?) Cudowny silnik:
            szczytowanie na 3. biegu przy 80 km/h (UUUUUUUU!!!!!!!!!), potem krótkie "trym!
            trym! trym!" przy zmianie biegów i pełne zadowolenia, spokojniejsze "uuuuuu",
            gdy już dostał 4. bieg. I niezapomniany słodziutki zapach niebieskich spalin.
            Zaskakująco bezpiecznie latała po zakrętach.
            Była pożyczona tylko na parę dni, ale wspominam do dziś.
            • Gość: Ralph Re: Syrena cymes! IP: *.bielsko.dialog.net.pl 08.11.01, 13:01
              Ja miałem w podłodze (te biegi), faktycznie 'ciężko chodziły'. Na zakrętach
              rzeczywiście nie było źle, ja się nawet nauczyłem 'kontrolowanego poślizgu',
              zwłaszcza przy wjeździe na parking!
    • Gość: ZZ Re: Jeździłem kiedys SYRENĄ! IP: *.opisik.pulawy.pl 08.11.01, 13:16
      Wspaniałe autko, jak brakowało pieniędzy na benzynkę to zostawiało się za
      rogiem a do starego się szło z informacją, że poleciał lewy tylny dyferencjał i
      trzeba forsy na wykupienie auta z warsztatu. A po wakacjach stary sprzedał to
      cudo. Był to rok 1964 i zamieniłbym się znowu na Syrenkę, na te lata i te
      dziewczyny ...
      • Gość: Ralph Re: Bo potem wiadomo- tylko Skarpeta... IP: *.bielsko.dialog.net.pl 08.11.01, 17:23
        Jeszcze mnie wtedy dłuuugo nie było! i w sumie troche zazdroszczę pamięci
        tamtych...powożeń z pannami. A jak się wtedy patrzyło w młodym towarzystwie na
        różne marki? Jakie 'etykietki' miały przez Was podoklejane? I- najważniejsze:
        Czym była wtedy omawiana na wątku GABLOTA?
Inne wątki na temat:
Pełna wersja