dirgone
16.01.07, 10:54
No normalnie zaraz mnie chyba rozsadzi od środka.
Od 20 grudnia bezskutecznie próbuje to wszystko załatwić, a dzisiaj się
dowiedziałam, że znowu nic z tego! Całe szczęscie, że mam kochaną mamę, która
tuła się zamiast mnie po urzędach, bo ja musiałabym chyba wziąć miesiąc
urlopu, żeby to załatwić! No i całe szczęście, że sprzedającym jest osoba
znajoma, bo gdyby był to ktoś obcy z drugiego końca Polski, lub ktoś, kto
wyjechał za granice, to musiałabym chyba ten samochód zezłomować (ale pewnie
też bym nie mogła bez papierów).
Podobno kiedyś można było sporządzić umowę kupna-sprzedaży na świstku papieru,
wpisując wszystkie dane, potem to złożyć i było po sprawie. Eh.
Kupiłam samochód od znajomej pani, która miała go na własność ze swoją matką.
Matka umarła prawie rok temu, ale dość długo znajoma nie mogła mi go sprzedać,
gdyż trwało postępowanie spadkowe. W końcu postępowanie dobiegło końca, więc
ze znajomą wypełniłam umowę kupna-sprzedaży, dostałam ksero postanowienia sądu
i poszłam do urzędu.
Na początku w urzędzie skarbowym okazało się, że muszę wypełnić "pecetkę". Ok,
nie wiedziałam o tym wczęsniej. Ja opłacam podatek, więc myślałam, że owa
"pecetka" tylko mnie dotyczy, jeśli jest umowa kupna-sprzedaży i wszystkie
potrzebne na niej dane i podpisy. Ale nie! Okazało się, że na "pecetce"
potrzebne są tak istotne informacje, jak imiona rodziców sprzedawcy!!!
Zadzwoniłam, wypełniłam, ale trafiłam na nowy istotny szczegół - podpis. Jak
głupia pojechała kilkadziesiąt kilometrów po podpis znajomej. Jak głupia, gdyż
potem dowiedziałam się, że większość znajomych po prostu podrabia te podpisy i
często w imionach rodziców wpisuje "maria władysław" lub inaczej popularnie,
bo i tak nikt tego nie sprawdza!
Oczywiście nie obyło się bez "ale tu jest dwóch właścicieli!"
Ja: "no właśnie dlatego dałam xero postanowienia sądu"
Urzędniczka: "a po co?"
Ja: "bo drugi właściciel nie żyje"
Urzędniczka: "jak to nie żyje??"
Ja: "no umarł, takie jest prawo natury"
Urzędniczka nie mogła tego pojąć i przez 15 minut latała po całym urzędzie i
konsultowała się z innymi mądrymi, "no bo drugi własciciel nie żyje,
wyobrażacie sobie???"
Jako że nie mogłam już wziąć urlopu, wypełniłam upoważnienie mojej mamie do
załatwienia spraw za mnie. Mam wzięła mój dowód, poszła do urzędu komunikacji,
żeby samochód przerejestrować. Na początku pewien mądry pan, szkoda że nie
znam jego nazwiska, powiedział jej, że mój dowód jest nieważny, bo stary (z 98
roku, więc jeszcze ważny, a wymienić nie miałam czasu, bo urodzilam się w
innym mieście niż jestem zameldowana. Urzędniczki kazały mi jechać po akt
urodzenia - dopeiro niedawno się dowiedziałam, że mogły go po prostu ściągnąć
z odpowiedniego urzędu, ale już im się nie chciało!). Po przestudiowaniu go
uważnie przez 5 minut uznał w końcu, że jednak chyba wazny, bo nic nie
powiedział i wziął dokumenty. No ale tu trafił na przeszkodę nie do ominięcia!
Jak to ksero postanowienia sądu??? przecież on musi mieć oryginał, żeby zrobić
ksero!!!! Mama go wybłagała, żeby dał jednak tę tymczasową rejestrację, a ona
pojedzie do znajomej i weźmie oryginał.
No i dzisiaj się okazało, że znajoma oryginału postanowienia sądu nie ma, bo
jest w urzędzie w jej mieście i musi tam być i jej go nie wydadzą. Urzędnik w
moim mieście natomiast powiedział, że bez oryginału to on nie wyda stałych
tablic rejestracyjnych! Gdy mama powiedziała, że przecież może to ściągnąć sam
drogą urzędową, stanowczno odmówił, bo "to nie leży w jego obowiązkach".
Znajoma musi chyba teraz znowu iść do sądu, tam ponosić dodatkowe koszty,
tracić czas, bo ON MUSI MIEĆ ORYGINAŁ, ZEBY SOBIE ZROBIĆ KSERO!!, chociaż samo
ksero postanowienia miał w ręku.
Ciekawa jestem, co by było, gdyby znajoma wyjechała na stałe do Nowej Zelandii...