Gość: Wicio
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
31.05.03, 10:24
Chciałem się z Wami podzielić taką obserwacją:
Wczoraj wieczorkiem wracałem do doumu dość szeroką ulicą biegnącą przez niemal całą Warszawę. Ograniczenie prędkości jest chyba do 50 km/h, no ale nikt tam tyle nie jedździ oczywiście. Zwłaszcza o 22. Jak ulica ma 3 pasy to jadę 80, no może 90, jak 2 to jakieś 70. I tak przez mniej więcej 10 km. Na pewnym skrzyżowaniu stanęły obok mnie dwa samochody i jak tylko światło zmieniło się na pomarańczowe, ruszyli z piskiem opon. Potem bynajmniej nie odpuścili - gnali równolegle chyba z gazem w podłodze. Jak ja wrzucałem trójkę to oni byli już dobre 200 metrów ode mnie. W jednym samochodzie był tylko kierowca, w drugim rodzinka z dwójką dzieci. Chyba ten od rodzinki nie chciał się pozwolić wyprzedzić "frajerowi" z innego miasta (miał blachy SLA czy LSA czy coś w tym guście).
A teraz konkluzja: jadąc spokojnie swoje 70-80 (no, czasem 90) DOGANIAŁEM gości na KAŻDYCH światłach. I tak przez 10 km.
Wniosek: nie ma sensu "gazować" w mieście, bo to niewiele da (no, może w końcu udałoby im się przemknąć na jakimś żółtym, a ja bym stanął), a drogo kosztuje (benzyna, sprzęgło, hamulce, opony) i jest bardzo niebezpieczne (zwłaszcza jak się ściga tatuś z mamusią i dwójką dzieci).
Opisana powyżej sytuacja nie jest oczywiście jakimś wyjątkiem. Z takimi ścigantami, których doganiam na kolejnych światłach jadąc 2 razy wolniej od nich spotykam codziennie.