a4774
12.06.07, 10:09
zdarzyło mi się przedwczoraj.
Prowincjonalna droga na Pomorzu, teren niezabudowany, lasy i pola. Przedemną
5 samochodów, jadących ok. 70-80 km/h. Przez kilka kilometrów nie mogłem ich
wyprzedzić - wiadomo, jak to na Pomorzu, kręto, wzniesienia. W końcu zrobiło
się prosto i płasko, ruchu z przeciwka żadnego, zaczynam wyprzedzanie.
Kiedy dojeżdżałem do pierwszego z pięciu wozów zorientowałem się, że zamierza
skręcić w lewo, w boczną polną drogę - miał włączony kierunkowskaz i zaczynał
skręcać koła. Wiedziałem że nie zdążę wyhamować - jechałem jakieś 100-110
km/h. Na szczęście gość mnie zauważył i nie kontyunował skrętu.
Gdyby doszło do wypadku, kto byłby winien? Pewnie ja, ale dlaczego? Kodeks
nie zabrania wyprzedzania kilku pojazdów naraz, jadąc z tyłu nie miałem szans
zobaczyć jego kierunkowskazu na pięć aut do przodu (jeśli go oczywiście
włączył, a nie w ostatniej chwili), kiedy zaczynałem wyprzedanie on jeszcze
nie zaczął skręcać... Pewnie byłbym winny z ogólnego paragrafu "nie zachował
szczególnej ostrożności"? Z drugiej strony, kiedy on zaczął skręcać, musiał
już widzieć mnie na lewym pasie?
**
PS. Oczywiście mam nauczkę na przyszłość. Piszę ten post zresztą też jako
przestrogę, żeby podkreślić jak niebezpieczne może być wyprzedzanie kilku aut
naraz.