granika_m
21.01.11, 19:32
Od pewnego czasu zaczęła zastanawiać mnie kwestia tego, ze pieniądze które zarabiam (pracując na nie, będąc zmęczona, niedosypiajac, albo sypiając połowicznie, niedojadajac, albo jedząc byle co, ciągle czekając na weekend, albo na urlop) nie tyle przeciekają mi przez palce-bo je liczę, co w 80% idą na rzeczy, które są, bo się do nich przyzwyczaiłam, bo jest mi z nimi łatwiej, ale których posiadanie jest cholernie drogie, a co najgorsze są to rzeczy niezauważalne, z których korzysta się automatycznie i które potrafią wygenerować spore koszty, patrząc na to ile zarabiam. Przykłady:
-auto-no bo co będę na 8:00 20 km przejeżdżała autobusem
-studia podyplomowe-muszę zrobić specjalizacje, nie wiem czy w przyszłości w ogóle z nich korzystam (pewnie nie), to się skupia jedynie na wyrobieniu papierka, place za to 300 zl miesięcznie
- 3 komórki-bo syn powienien miec, ja tez, maz też.
-ubezpieczenie od kradzieży, meteorytów, bo wyjechaliśmy raz na dlzuej i nas zalało...
- jedzenie moje nam iescie-nie bede przeciez o suchym pysku siedzieć 10 godzin, zjem cos, a że robić co wieczór mi sie nie chce, albo mam dosyc kanapek z foli, funduje sobie 'domowe' jedzenie na mieście, w czasie jak najkrótszym, jak najbliżej, bo przerwę mam 20 minutowa!
-kablówka, net-bo ja lubię net, maz tv (chocby po to by slepo pogapić sie na reklamy, po 12 godzinach pracy)
Pracuje na żarcie, pracuje na czynsz, na benzyne.
Jka chce gdzies wyjechac, to musze obie naskładać.
Jest tyle wydatkow, ktore pomaga jedynie zyc, a trzeba tyle energii wlozyc na to, by im podolac. Żądne rewelacje. Popsuty woz czy wypalona żarówka.
Czasami mam wrażenie, ze lepiej jest siedziec w domu; obiad na miejscu, wyspana, brak samochodu..Im czesciej o tym mysle tym bardziej mnie kusi by wpyrowadzic sie do ordzicow, na góre, na wiec. przejsc na socjalna i przestac harowac, tracac witalnosc zyciowa na kablokwe po pracy