Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy

28.08.06, 10:16
Zapraszamy do udziału w konkursie na relacje z wakacji. Napiszcie gdzie warto
jechać, co zobaczyć, jakich miejsc unikać i dlaczego. Nagrodą w konkursie jest
aparat cyfrowy Olympus MJu 720 SW.

Zadanie konkursowe polega na opisaniu na tym forum, historii zawierającej
wiele przydatnych dla innych turystów informacji dotyczących miejsca
odwiedzonego przez Was w czasie wakacji.

Konkurs trwa od 28 sierpnia 2006 roku do 10 września 2006 roku.
Szczegółowe informacje na jego temat znajdują się na
Stronie konkursu.
    • Gość: Mag Re: Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy IP: 217.153.180.* 06.09.06, 12:22
      Czy tę relację należy zamieścić w tym wątku, czy po prostu na forum?
      • zadar3 Re: Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy 06.09.06, 13:50
        Kiedys ktos powiedzial... Tylko pierwsza wizyta w Chorwacji moze byc
        przypadkiem. Kazda kolejna to wynik tesknoty, zauroczenia, fascynacji, pasji.
        Mimo, ze to nie moje slowa, podpisuje sie pod nimi bez chwili wahania.

        Moj pierwszy wyjazd do Chorwacji, dobrych 7 lat temu, byl przypadkiem. Choc z
        uplywem czasu coraz bardziej zastanawia mnie fakt czy to nie przeznaczenie,
        skoro od tamtego czasu co roku powracam nad ukochany Adriatyk, by kazdego lata
        odkrywac Chorwacje na nowo, zachwycac sie niepoznanymi dotad miejscami,
        zapachami, smakami, krajobrazami... Aby kochac ja mocniej, intensywniej,
        barwniej i pelniej... Oraz powracac do Polski nienasycona, z pewnoscia w sercu,
        iz kolejny sierpien takze tam spedze.

        A zaczelo sie tak niewinnie... Urzeczona uroda Budapesztu chcialam ponownie
        wrocic do wegierskiej stolicy, aby z lampka Tokaja plywac po wodach Dunaju albo
        podziwiac panorame miasta z gory Gellerta. Bedac wtedy nastolatka, poprosilam
        mame aby w zaprzyjaznionym biurze podrozy wykupila dla mnie kolejny oboz w tym
        miejscu.
        Gdy spotkala sie nad barwnym katalogiem obozow mlodziezowych z przemila pania
        Iwonka, ta niby przypadkiem wspomniala o ostatnim wolnym miejscu na wyjezdzie
        do Chorwacji. Teraz mysle, ze to ostatnie wolne miejsce czekalo wlasnie na
        mnie... Bo choc nie wiedzialam o Chorwacji zupelnie nic, a potem dlugo szukalam
        jej na europejskiej mapie, to dzis mam ja wyryta gleboko w sercu.

        Podroz na adriatyckie wybrzeze trwala okolo 24 godzin. Bo tylko doba oraz ponad
        tysiac kilometrow oddziela Polske od raju na Ziemii. Albowiem nic piekniejszego
        ani przedtem ani potem nie widzialam. Podroz jedna z dwoch mozliwych oraz
        najpopularniejszych tras wiodla przez Czechy, Austrie, Slowenie a dalej
        magistrala od Rijeki az po nasz wyczekany Karlobag. I choc jedyna droga
        biegnaca chorwackim wybrzezem skazuje auta na setki zakretow oraz niewielka
        predkosc, jest to cena warta kazdej minuty podziwiania z jednej strony
        najbardziej blekitnego morza swiata (co potwierdzaja zdjecia satelitarne
        Ziemii - Adriatyk u chorwackiego wybrzeza to najbardziej blekitne wody naszej
        planety) a z drugiej pomaranczowych dachow urokliwych willi wzniesionych na
        wzgorzach bialych skal pasma gorskiego Velebitu.

        Polnocna Chorwacja wygladala wtedy nader dziewiczo. Zaledwie kilka lat po
        tragicznej w skutkach wojnie w bylej Jugoslawii oraz odzyskaniu w 1995 roku
        niepodleglosci, pelna byla z jednej strony urzekajaco pieknej przyrody
        chronionej w 7 parkach narodowych, nie tknietej jeszcze wspolczesna
        infrastruktura turystyczna oraz reka miejscowych gospodarzy tak licznie i
        chetnie przyjmujacych gosci w swych domach, a z drugiej zrujnowanych budynkow
        noszacych slady serbskich kul. Widok zapierajacy dech w piersiach, zniszczenia
        skontrastowanego z tak szybko podnoszacym sie po tragedii kraju.

        Do miejsca naszej destynacji, a wiec Karlobagu, dojechalismy rozkoszujac sie
        krajobrazami kilku z ponad 1185 chorwackich wysp. Tylko 65 z nich jest
        zamieszkanych, reszta pozostala niezasiedlowa a niekiedy nawet nietknieta
        ludzka stopa. Pelen zieleni Rab, z ktorego pochodzi Swiety Marino, zalozyciel
        wloskiego San Marino albo ksiezycowy Pag, przypominajacy kosmiczne krajobrazy
        to tylko dwie z nich...

        Sam Karlobag oniesmiela swymi malymi rozmiarami. To nie do wiary, ze tetniace w
        sezonie zyciem miasteczko, ma jedynie 400 stalych mieszkancow. Jeden duzy
        hotel, stacja benzynowa, jedna szkola, trzy koscioly, maly targ, kilka uroczych
        nadmorskich restauracji oraz pare niewielkich sklepikow i supermarket. Tak
        niewiele, a naprawde do szczescia wystarczy. A oprocz tego cukiernia prowadzona
        przez pochodzacych z Macedonii mezczyzn, ktorzy od pokolen zjednuja sobie
        prawdziwych fanow, nie tylko zyczliwoscia ale takze smakiem najlepszych w calej
        Chorwacji lodow... Wartych znacznie wiecej niz usmiech oraz 3 kuny za galke.

        I choc sam Karlobag nie zapewnia wielu atrakcji, a raczej spokojny wypoczynek,
        to jest to doskonale miejsce wypadowe aby zwiedzac polnocna oraz srodkowa
        Dalmacje. Jadac na polnoc mozna zwiedzic portowa Rijeke, wyspe Krk z jedna z
        nielicznych w Chorwacji piaszczystych plaz, dalej Pule z pieknym, starozytnym
        amfiteatrem uchodzacych rozmiarami oraz datowaniem jedynie rzymskiemu Koloseum.
        Droga na poludnie prowadzi z kolei przez okolice gorskiego parku narodowego
        Paklenica az po Zadar z jego wizytowka, pochodzacym z IX wieku kosciolem Sw.
        Donata, a dalej hen hen przez Sibenik, Split i Trogir, az po perle Adriatyku,
        Dubrovnik...

        Droga w gory zaprowadzi nas do absolutnego cudu natury, skrytego miedzy
        wzgorzami i lasami parku narodowego Plitvickie Jeziora. Urody 16-tu kresowych,
        ulozonych tarasowo jezior, polaczanych strumykami i kaskadami, nie oddadza
        zadne fotografie. Kazdy zbiornik to inny kolor, od jasnego blekitu, przez
        lazurowa zielen az po grozny, ciemny granat... Kilometry drewnianych,
        spacerowych tras, na ktorych czas jakby sie zatrzymywal, zmuszajac do glebokich
        oddechow, zadumy oraz zachwytu nad potega przyrody, prowadza do najwyzszego, 78-
        metrowego wodospadu Veliki Slap. To pod nim, za czasow marszalka Tity, panstwo
        wyprawialo slub kilku wybranym parom mlodych, po jednej z kazdej
        jugoslowianskiej republiki. A dzis miejsce to jest nieodlacznym punktem
        zwiedzania dla milionow turystow z calego swiata, odwiedzajacych Plitvice.
        Kilka przydroznych parkingow, ze swietnie rozbudowana infrastruktura, to istny
        plac pod wieza Babel... Dziesiatki narodowosci, jezykow oraz tablic
        rejestracyjnych z najodleglejszych nawet zakatkow. Grzechem byloby zatem byc w
        Chorwacji a nie zobaczyc jezior plitvickich...

        Tak samo jak grzechem byloby nie wypicie choc kieliszka jednego z chorwackich
        win, tak charakterystycznych smakiem i aromatem dla poszczegolnych czesci
        Chorwacji, albo nie sprobowanie paszkiego, koziego sera lub prsutu - slonej,
        wedzonej szynki, odpowiednika wloskiego prosciutto albo swiezych, ledwo
        osuszonych z jadranskiej, jak mowia mieszkancy wybrzeza, wody...

        Bo Chorwacja to nie tylko starozytne starowki miast i miasteczek, nie tylko
        cieply Adriatyk, piekne krajobrazy i byla Jugoslawia. To przede wszystkim
        zapach hvarskiej lawendy, dzwiek tysiecy cykad, szum wiatru bura wiejacego
        zlowrogo od gor, muzyka splitskiego barda Gibonniego, smak chrupiacych,
        zlocistych smazonych lignji (kalmarow), ojczyzna krawatow bedacych niegdys
        elementem zolnierskiego munduru i psow dalmatynczykow... A takze kraj pelen
        sprzecznosci i kontrastow, barwnej historii laczacej w sobie dzieje ilyryjskich
        przodkow, a nastepnie zwierzchnictwa najwiekszych europejskich mocarstw,
        kultury bedacej mieszanka poludniowego, goracego temperamentu z domieszka
        orientu, oraz ludzi roznych nacji polaczonych niegdys w jeden kraj, ktorzy
        musieli nauczyc sie patrzec na sasiada jak na wroga a potem zaprzyjaznic sie z
        nim na nowo, bo to nie spoleczenstwo szuka wojen i roznic miedzy narodami, ale
        zle idee wcielane w zycie przez zlych przywodcow.

        I choc moja przygoda z nadadriatyckim panstwem trwa nieprzerwanie od 7 lat,
        choc moglabym napisac dziesiatki praktycznych informacji o miejscach, cenach,
        atrakcjach i walorach, wolalam opisac Chorwacje taka jak ja widze i czuje. Bo
        przejechalabym dziesiec tysiecy kilometrow i zaplacilabym dziesiec tysiecy
        zlotych, za wszystko to co tam poczulam, doswiadczylam, poznalam... Chcialabym
        wlasnie ta wiedze przekazac innym. Niezmierzalna, niepoliczalna, niewyrazalna w
        suchych faktach... Ta atmosfere pelna radosci i ciepla poludniowego slonca,
        beztroski i werwy chorwackiego wiatru uprzyjemniajacego gorace dni, otwartosci
        i spontanicznosci patrzacej z oczu mieszkancom, powagi i dostojenstwa tchnacych
        z licznych zabytkow swiatowej klasy, jak chocby absolutnie powalajacy Palac
        Dioklecjana w Splicie, oraz zwyczajnego, prostego zycia zaczynajacego sie
        poranna kawa w jednej z malenkich kawiarni przy
        • zadar3 Re: Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy 06.09.06, 13:55
          przy morskich promenadach... Bo o wszystkim innym powstaly dziesiatki
          przewodnikow. Ale o emocjach, wrazeniach, wspomnieniach i tesknocie nie napisal
          jeszcze nikt. A przeciez w urlopach, wczasach i wakacjach tak naprawde tylko to
          sie liczy... Po kilku miesiacach nikt nie wspomina juz cen, tras, biletow czy
          innych informacji, ale ducha odwiedzonego kraju. A Chorwacji prawdziwego ducha
          nie brak na pewno... Polecam ja jako moje ukochane miejsce, do ktorego sama
          jeszcze nie raz powroce.
    • maginiak Re: Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy 07.09.06, 11:15
      Po ubiegłorocznych przygodach na włoskich drogach, między innymi
      na „przewąskich” i „przekrętych” drożynach wzdłuż Costa di Amalfi,
      postanowiliśmy z moim przedrogim mężem odwiedzić tym razem kraj mniej stromy i
      mniej kręty. Ale że rzadko udaje nam się dotrzymać jakichkolwiek postanowień,
      wybraliśmy Chorwację. Po ni to burzliwych ni to długich obradach wyznaczyliśmy
      azymut na wyspę Hvar a na Hvarze na całkiem maluśką acz przeuroczą miejscowość
      Basina. To że Basiny nie było na żadnej poważnej mapie w żadnym poważnym
      atlasie dodawało nam tylko animuszu. Że my niby tacy traperzy od ziem
      turystycznie niepokalanych jesteśmy! Kolejną przyczyną, dla której wybraliśmy
      apartament w Basinie był odnaleziony po dość mozolnym przekopywaniu ofert
      przepiękny widok na morze wprost z naszego przyszłego balkonu, który mnie
      urzekł niezmiernie, i to już na zdjęciu. A przecież mówią, że zdjęcie nie odda!
      Oczywiście przepięknych widoków z okna znalazłam daleko więcej, ale cóż
      poradzę, właśnie ten przypadł mi do gustu! Może dlatego, że kwota 75 euro za
      duży apartament z klimatyzacją w taaaakich okolicznościach przyrody nie wydała
      mi się ceną powalającą? No może. Tak czy inaczej, właśnie o toż morze chodziło!
      No to może zatem do rzeczy?

      Wystartowaliśmy ( a było na wszystkich cztery sztuki) z Warszawy pakując do
      naszego czerwonego i błyszczącego samochodu bagaże, a głównie oczywiście moją
      maskę i faję do nurkowania, wróć, do snurkowania. Po drodze na Hvar
      zamierzaliśmy spędzić dwie noce w parku narodowym w Plitvicach, po to
      oczywiście, by zwiedzić znany wszystkim miłośnikom Chorwacji cud natury,
      Plitvickie Jezera. Choć na forach przeróżnych twierdzono, że wolnych pokoi
      (czyli sobe czyli Zimmer frei czyli apartmani czyli rooms) jest w okolicach
      Plitvic bez liku i że można walić w ciemno jak w dym, zapobiegliwie
      zarezerwowałam dzień przed wyjazdem dwa pokoje u miłego pana, który po
      angielsku mówił „yes” a po niemiecku nawet nie mówił „danke” ale że był
      przemiły to klamka zapadła bo i ceny średniej przystępnej czyli 100 kun od
      osoby ów miły pan zażądał. (Dla mało w walutach obeznanych uprzejmie dodaję, iż
      kuna to średnio 60 groszy naszych polskich.)
      No więc jak wcześniej wspomniałam, ruszyliśmy! Niemal natychmiast po
      opuszczeniu granic naszego wspaniałego kraju wjechaliśmy na autostradę. Koszt
      zakupu winiet i opłat za autostrady w Słowacji, Austrii, Słowenii i Chorwacji
      to w przeliczeniu ok. 200 zł w obie strony, więc choć wydatek wydaje się na
      pierwszy rzut oka spory, to naprawdę warto.
      Jedyną przykrą wpadką na chorwackiej autostradzie było to, że obrotny Chorwat
      pobierający opłaty wydał nam przez pomyłkę 50 tolarów słoweńskich miast 50 kun
      chorwackich, a że obie waluty z wyglądu są bardzo podobne, zdaliśmy sobie z
      tego sprawę dopiero następnego dnia. I tak, z uwagi na znikomą wartość 50
      tolarów, byliśmy biedniejsi o 50 kun.
      No ale cóż, ważne że w końcu dotarliśmy do parku narodowego a co więcej, udało
      nam się odnaleźć miejscowość, w której miała się znajdować nasza kwatera.
      Zdradzę, że adres tejże, czyli Americano 33 wydał nam się nieco dziwny, ale
      mimo tego ochoczo zabraliśmy się do poszukiwań w miasteczku pozbawionym jak się
      okazało nazw ulic, a już na pewno pozbawionym ulicy Americano. No i zdziwiliśmy
      się niezmiernie, gdy w domu numer 33 nikt nie miał pojęcia o naszym przybyciu,
      ale za to wszyscy byli bardzo uprzejmi. Szukając dalej, trafiliśmy do kolejnej
      przemiłej pani, która jakimś cudem wiedziała, który dom mamy na myśli (mimo
      tego że ów miał numer 8). Co więcej, wiedziała również, że nasze pokoje zostały
      już wynajęte jakimś Włochom. Właściciele pokoi byli naturalnie nieuchwytni.
      Ale najważniejsze, że wszyscy byli niezwykle uprzejmi.
      Niezrażeni pierwszym niepowodzeniem, my, czwórka dzielnych zuchów udaliśmy się
      na poszukiwanie innych pokoi, których miało być przecież bez liku. Po dwóch
      godzinach i już całkiem po ciemku znaleźliśmy się we czwórkę w jednym pokoju z
      czterema łóżkami, w tym jednym piętrowym. Jedna rzecz pozostała niezmienna w
      stosunku do planów, mianowicie cena.
      Tak więc wczesnym rankiem dnia następnego czym prędzej opuściliśmy ten
      nieszczęsny przybytek i ruszyliśmy zwiedzać jeziora, które jak obiecywały
      przewodniki okazały się rzeczywiście wyjątkowe.
      Z obawy o to, że przyrodę opisując nietrudno się o kicz otrzeć, nie podejmę
      się trudnego zadania opisu uroku chorwackich krajobrazów. Wszyscy czytelnicy
      mogą mając powyższe na uwadze przyjąć awansem, że wszystko co widzieliśmy
      zobaczyć warto, a nawet trzeba, choćby tylko ze względu na niepowtarzalność
      każdego będącego dziełem natury zakątka naszej planety.
      Jeśli zaś mogę Wam coś poradzić a propos pobytu w parku w Plitvicach, to
      zabierzcie ze sobą butelkę wody, bo mimo jej obfitości w jeziorach, woda przy
      wejściu do parku kosztuje 30 kun czyli niemal jedną trzecią ceny biletu wstępu.
      Chyba że wiecie o jakichś niezwykłych właściwościach tego drogocennego trunku,
      o których ja nie słyszałam i teraz przyjdzie mi żałować do końca moich dni (bo
      przecież nie wrzuciłam pieniążka do żadnego z jezior).
      Po tym jak się nazwiedzaliśmy, ruszyliśmy cali w zachwytach na południe z
      zamierzeniem znalezienia kolejnego tranzytowego noclegu w jak słyszeliśmy
      uroczej miejscowości Primosten.
      • maginiak Re: Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy 07.09.06, 11:25
        Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że za jednodniowy pobyt w apartamencie z
        łóżkiem w kuchni przyjdzie nam zapłacić 100 euro. Ponieważ nie zdecydowaliśmy
        się zostać dłużej tylko po to by zapłacić mniej, ruszyliśmy dalej na południe.
        Koniec końców znaleźliśmy nocleg w miejscowości Rogoznica leżącej ok. 20
        kilometrów na południe od Primosten. I choć sama miejscowość niespecjalnie
        urokliwa, to za wynajęcie dwóch pokoi z własną łazienką i kuchnią zapłaciliśmy
        300 kun. Do tego tuż obok, przy skręcie z drogi głównej do Rogoznicy zjedliśmy
        po raz pierwszy przepyszną chorwacką kolację, czyli kalmary z grilla i sałatkę
        z ośmiornicy. Mniam!

        A dnia następnego ruszyliśmy do celu. Jechaliśmy długo, głównie za sprawą
        kilkugodzinnego postoju w korku w okolicach miejscowości Omis (w drodze
        powrotnej pojechaliśmy biegnącą na lewo od wybrzeża drogą, na której korków nie
        było, za to droga okazała się wąska i kręta).
        Po tym jak odstaliśmy swoje, dotarliśmy do miejscowości Drvenik, z której
        popłynęliśmy na Hvar.
        Na wyspę można się również dostać płynąc ze Splitu, ale my wybraliśmy dużo
        krótszy i tańszy rejs z Drvenika do leżącej na południu wyspy miejscowości
        Sucuraj. A potem poszło już z górki. Prawie. Bo na pokonanie liczącej 50
        kilometrów trasy z Sucuraja do naszej Basiny, potrzebowaliśmy dwóch godzin. Ta
        niezwykle sympatyczna droga momentami (i to bardzo, bardzo wieloma momentami)
        ma szerokość jednego pasa na autostradzie. Dodam, że jest jak najbardziej
        dwukierunkowa i a to z lewej a to z prawej strony otrzymujemy bonus, czyli
        możliwość podziwiania przepięknych widoków stojąc na skraju stumetrowej
        przepaści. Do tego droga jest pozbawiona niewątpliwego luksusu jakim są
        barierki ochronne a podróżujący nią zapaleńcy za nic mają sobie dylematy
        amatorów. No cóż, chcieliśmy to dostaliśmy. Podróż tą drogą była
        niepowtarzalnym przeżyciem, nie tylko dlatego że mówią o niej „droga śmierci”,
        bo i cudne widoki zapierają dech, oczywiście tym, którzy mają odwagę je
        podziwiać.
        Po dwóch godzinach emocji dotarliśmy do Basiny. I tu po raz kolejny
        przekonaliśmy się o tym, że Chorwaci nie mają w zwyczaju numerować domów, więc
        nasz znaleźliśmy stojąc na cyplu przy zatoce, porównując wydrukowany
        zapobiegliwie wizerunek naszego domku z otaczającą nas rzeczywistością. No i o
        dziwo, udało się!
        A więc dotarliśmy! I co najważniejsze, okazało się, że przewodniki ponownie nie
        kłamały. Wyspa pachnie nie tylko lawendą, ale i wszystkim co kojarzy się z
        morzem i słońcem, ona po prostu pachnie wakacjami. Wszystko wokół jest cudne a
        kąpielisko w Basinie jest najpiękniejszym miejscem w jakim miałam okazję pływać
        (zaznaczam, że jestem zapaloną pływaczką). Do tego odkryłam nurkowanie i tym
        samym zupełnie inny świat. Nigdy nie zapomnę wrażenia jakie zrobiły na mnie
        pierwsze minuty spędzone pod wodą. Korzystaliśmy z prywatnej plaży i tę
        prywatność doceniliśmy tak naprawdę dopiero po zwiedzeniu plaż w największych i
        najbardziej zatłoczonych miejscowościach na Hvarze, czyli w Starim Gradzie i w
        mieście Hvar. Tam tłok i hałas, u nas niesamowity spokój, sielska atmosfera,
        cudowne zapachy lata i spokój nie do przecenienia. Mimo że chwilami brakowało
        nam gwaru nadmorskiego kurortu, mnogości knajpek i okazji do zabawy, to
        przecież ileż mamy w ciągu roku okazji by pobyć z dala od cywilizacji?!
        Jeśli chodzi o knajpki i restauracje, w Basinie znajdowała się takowa jedna a
        jedzenie należało zamawiać z przynajmniej jednodniowym wyprzedzeniem.
        Właścicielka zrobiła dla nas wprawdzie pierwszego dnia wyjątek, gdy zawitaliśmy
        tam z głodem w oczach, niemniej nie oszczędziła nam krzyków i przekleństw –
        choć mieliśmy cichą nadzieję, że rzucała je pod adresem tych Państwa obok.
        To nasze niewysłowione faux paux brodata Chorwatka odbiła sobie licząc nam
        podwójnie za przepyszną skądinąd rybę z grilla a my odtąd jeździliśmy na obiady
        do Starego Gradu i Hvaru. I tam mieliśmy to, czego Basina poskąpiła. Już dawno
        nie objedliśmy się tak przepysznymi owocami morza, które uwielbiamy, a które u
        nas mało kto potrafi przyrządzić - przepyszne, wspaniale przyrządzone małże,
        kalmary i krewetki, to chleb powszedni w Chorwacji, u nas niestety wyjątek.
        Tygodniowy pobyt okazał się więc prawdziwą ucztą dla podniebienia więc błagam,
        nie wyjeżdżajcie do Włoch, Grecji czy Chorwacji z upchanymi w każdym kącie
        samochodu wekami, bo wbrew pozorom, to się nie opłaca.
        Przez okrągły tydzień wdychaliśmy więc hvarskie powietrze wędrując po wyspie,
        ale tylko wtedy gdy mieliśmy ochotę (bo równie często mieliśmy ochotę na
        popijanie Karlovacko w tych pięknych okolicznościach przyrody) a wieczorami
        ucztowaliśmy, czyli robiliśmy dokładnie to, co do prawdziwego urlopu
        przynależy. Jeden dzień poświęciliśmy na wycieczkę do (tak tak, niezwykle
        pięknego) Dubrownika, by w drodze powrotnej pokonać w środku nocy drogę śmierci
        podczas gigantycznej burzy, pozbawieni jednego z przednich reflektorów, który w
        Dubrowniku raczył zepsuć, ale tylko po to, by następnego dnia od nowa
        rozkoszować się cudownym słońcem.
        No a po co to wszystko? A to wszystko po to, żeby po tygodniu wrócić do
        zamglonej polskiej rzeczywistości, drogą przez mękę zaczynającą się po
        przekroczeniu polskiej granicy w Zwardoniu.

        A może po to to wszystko, by po raz kolejny przekonać się, że są na świecie
        inne drogi i inne miejsca, na wspomnienie których ściska się serce, bo chce
        więcej.




    • axpiter Re: Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy 10.09.06, 23:58
      Dlaczego Chorwacja? Bo nigdy tam jeszcze nie byłem, bo podobno jest zawsze
      ciepło i morze ma taki inny kolor.
      W drugiej połowie sierpnia pojechaliśmy razem ze znajomymi zobaczyć na ile
      opisy i opowiadania innych da się potwierdzić w rzeczywistości. I co sam widok
      pierwszej zatoki i to w dodatku tylko z autostrady koło Zadaru dał nam nadzieję
      na to, że urlop będzie udany.
      Miejscowości nie obraliśmy wcześniej uznając że gdzie ładnie tam się
      zatrzymamy i tak dojechaliśmy aż do Riwiery Makarskiej więc masyw gór Biokowo
      wchodzący do morza urzekł nas także właśnie ten rejon uznaliśmy za godny uwagi.
      Jeśli przyjedziesz wczesną porą to lokum znajdziesz łatwo. Kwater w tych
      nadbrzeżnych miejscowościach jest na tyle a i okres po szczycie urlopowym
      pozwolił na w miarę szybkie znalezienie odpowiedniego lokum. Tu rada aby nie
      dać się zwieść pierwszemu wrażeniu bo kilka domów dalej może być dużo ładniej a
      poza tym w myśl -przysłowia kto szuka ten znajdzie- nie zatrzymujmy się w
      naszych poszukiwaniach przy każdym parkingu na wjeździe do miejscowości gdyż
      stoi tam wielu naganiaczy którzy maja wiele często kiepskich i drogich
      propozycji a te najlepsze są często w centrum więc wjedźmy tam i pospacerujmy
      powoli napawając się pięknem okolicy i pytając po polsku bo ten język jest tam
      doskonale rozumiany. Serdeczność w rozmowie widoczna u gospodarzy często choć
      nie zawsze może być gwarantem dobrze spędzonego czasu.
      Wiadomo plaża i morze to standardowe miejsce pobytu ale co dalej a może
      wyżej?? Wyżej jest masyw górski Biokowo ze szczytem św. JURE i wys.
      1762m.n.p.m. Czy warto? Ależ oczywiście bo gdzie w Polsce możemy nasze auto
      tak wysoko wypróbować a poza tym inność gór i niesamowite widoki jakie
      roztaczają się z serpentyn będzie czymś czego na pewno nie zapomnimy bardzo
      długo. Sama droga jak zwykle długa , kręta i bardzo wąska aczkolwiek w bardzo
      dobrym stanie o co w naszych górach w Polsce bardzo ciężko. Co prawda na
      szczycie mini parking na 7-9 aut ale rotacja jest na tyle duża, że nie ma
      problemu z zatrzymaniem. Wcześniej tylko sprawdźmy jak tam dużo płynu w
      chłodnicy i czy hamulec ręczny działa bo bez tego ani rusz.
      Po drodze w ten masyw powyżej wielu miejscowości stoją poniszczone i puste
      domostwa kościoły więc pomyślałem że i tu nad morzem są jeszcze ślady wojen
      etnicznych ale byłem w błędzie gdyż rozmowa z mieszkającymi w pobliżu ludźmi
      sprostowała moje mylne poglądy. Co prawda powodem ich opuszczenia było też dość
      niemiłe wydarzenie jakim w latach sześćdziesiątych było mocne trzęsienie ziemi
      aczkolwiek nie była to wojna.
      Ciekawe są też lokalne wydarzenia w postaci świąt czy coś w rodzaju naszych
      odpustów gdzie ludność z okolicy zgromadza się i kultywuje stare tradycje
      śpiewem tańcem oblewając to miejscowym winem ,bimbrem czyli rakiją i opiekanym
      mięsem kozim bądź jagnięcym. Trzeba tylko wjechać trochę wyżej w góry dalej od
      plaży i można zobaczyć i przeżyć troszkę inaczej ten pobyt .
      Kolejna wycieczka to Mostar miasto byłej wojny w którym można ją bez
      przeszkód zobaczyć ale też wiele ciekawych spostrzeżeń , których w Europie w
      zasadzie brak.. W samym mieście przepiękny wjazd od strony chorwackiego
      przejścia w Ljubusi gdzie brak zielonej karty omal nie zakończył naszej
      eskapady lecz perswazja i prośba pozwoliła na dalszy przejazd. Celnik choć
      bardzo wymagający okazał się dość ludzki i pozwolił na kontynuację podróży.
      Wjazd z tego przejścia pozwala na zobaczenie wielu ciekawych górskich pejzaży a
      samo miasto niespodziewanie wyłania się spośród gór i niesamowite jest w nim
      to , że mimo upływu tylu lat od konfliktu nadal można wejść do domów i
      budynków w których wojna naznaczyła swoje piętno. Dziś miasto żyje swoim trybem
      lecz wyrwy w murach i inne szkody nadal są bardzo widoczne jakby to siedziało
      wczoraj wiec chwila zadumy pozwala wczuć się choć troszkę w czas i miejsce gdy
      trwał ostrzał i zburzono most , na którym dziś zbierają się tłumy ludzi w celu
      utrwalenia na zdjęciu skoczka do wody który jest na pewno atrakcja tego
      miejsca. Co dalej? Ceny które w tym kraju są bardzo przystępne i zachęcają do
      zakupów nawet niezamożnego turystę z Polski więc warto bo gdzie kupimy
      długopis z łuski po pocisku za niewiele ponad 10zł.? A może tu chwila
      zastanowienia co my robilismy na początku lat 90?Może kupiliśmy nowy dom może
      braliśmy ślub a może zdawaliśmy maturę?????????? Kelner w restauracji opowiadał
      o wojnie w tym mieście i ponad 3000 ofiar. To dopiero na miejscu mówi jak to
      było.
      Dubrownik jako perła Dalmacji został już tak opisany że dodam tylko aby być tam
      dość wcześnie by zdążyć przed napływem turystów bo gdzie zostawić auto? A co
      innych wrażeń to miasto ma swój klimat i ja nie będę go opisywał ala jak
      idziesz je zwiedzać w słoneczny dzień to weź ze sobą okulary i parasol a nie
      pożałujesz bo oprócz czerwonych dachówek króluje tam kolor biały a słońcu jest
      on jeszcze bielszych
      Nie opisuje tu traumatycznych przeżyć gdy 30 minut gradu odebrało nam nasz a
      hardość i pewność jutra gdy nie było nic oprócz deszczu i gradu wielkości wiśni
      ale to zaliczmy do zdarzeń które jeszcze bardziej zachęca do zobaczenia tego
      kraju choć ze świadomością że pogoda bardzo płata figle i warto się przed tym
      zabezpieczyć.
      A jak tam jagniecina ktoś pewnie zapyta . Jedliśmy i to nie przy plaży ale
      pojechaliśmy w głąb Chorwacji na wioskę gdzie mało turystów i folkor zupełny i
      czas jakoś inaczej płynie.
      Polecam bo warto a kto tego nie przeżył musi po prostu zacząć szuka innych
      wrażeń jak plaża morze i najbliższa knajpa bo przecież to co najlepsze jest
      często tak blisko tylko że wydaje się, że tak daleko.
    • amra Re: Nowy konkurs: Skarbnica wiedzy 13.09.06, 13:30
      Witajcie,

      Konkurs "Skarbnica Wiedzy" dobiegł końca. Dziękujemy za liczny udział i
      podzielenie się cennymi wspomnieniami. Jury po długiej debacie postanowiło, że
      nagrody otrzymają:

      - Pierwsze miejsce: qdlaty44
      - Drugie miejsce: g-agnieszka
      - Trzecie miejsce: platynka.iw

      Zwycięzcom serdecznie gratulujemy, tym którzy nie wygrali dziękujemy za opowieści,
      które pomogą przyszłym podróżnikom.

      pozdrawiamy!
      Redakcja Portalu
Pełna wersja