Dodaj do ulubionych

Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje.

10.09.09, 21:29
A więc stało się…
Po burzliwej dyskusji na temat lokalizacji tegorocznych wakacji
padło znowu na Grecję. W zasadzie tak naprawdę było to już
przesądzone od czasu ubiegłorocznego powrotu z Krety, ale tak na
wszelki wypadek przedyskutowaliśmy wszystkie możliwe opcje i
zdecydowaliśmy, że nie dla nas Egipty, Turcje i inne tam…
Rezerwacja biletów lotniczych do Aten rozwiała wszelkie wątpliwości
(o ile takie były) i uświadomiła nam, że po raz pierwszy jedziemy
zupełnie sami bez żadnego biura podróży, bez rezydentów, wycieczek
fakultatywnych, itp.
Poszukiwania kwater i połączeń promowych przy dzisiejszym stanie
Internetu jest banalnie proste.
Większość potrzebnych nam informacji zdobyliśmy dosłownie w kilka
dni. Później po prostu dopracowywaliśmy nasz „rozkład jazdy”.
PLL LOT zaskoczył nas na plus bardzo sprawną, sympatyczną obsługą,
cateringiem.
Rozczarował – opóźnionym startem z Warszawy, ale wszystko można
wybaczyć… Myślami byliśmy już na Cykladach.
Ateny przywitały nas upałem oraz wielonarodowym zgiełkiem na
lotnisku Venizelos.
Oddaliśmy bagaż do przechowalni i autobusem X95 pojechaliśmy na
Syntagmę.
Z powodu opóźnienia naszego samolotu musieliśmy ograniczyć nieco
nasze plany co do greckiej stolicy. Zrezygnowaliśmy więc z
wspinaczki na Likavitos i najpierw udaliśmy się na zwiedzanie
świątyni Zeusa pamiętając, że w roku ubiegłym zamknięto nam bramę
przed nosem…
Następnie ruszyliśmy w stronę Akropolu, chcąc zaliczyć nowo otwarte
muzeum.
Niestety. Zaliczyliśmy, ale pierwszą wtopę podczas tego wyjazdu.
Muzeum zamykano o 19.00 i strażnik przy wejściu nie wpuszczał już
nikogo na pół godziny wcześniej!
No cóż… Może następnym razem?
Powłóczyliśmy się po Monastiraki, zjedliśmy gyrosa na Place,
pogapiliśmy się na zmianę warty i złapaliśmy powrotny autobus na
lotnisko, gdzie zamierzaliśmy przeczekać większą część nocy.
Wodolot odpływał z Pireusu dopiero o 7.05 rano, jednak coś mnie
podkusiło aby pojechać do portu już ok. 3.00 … Złudne marzenia o
jakichkolwiek udogodnieniach dla turystów w porcie prysnęły niczym
mydlana bańka. Pireus w nocy przypomina pustynię. Nie można zjeść,
napić się ani też przysiąść gdzieś wygodnie. Cóż, za ciekawość się
płaci – spędziliśmy więc 3 godzinki koczując na nadbrzeżnej ławce,
gapiąc się w cumujący o 10 metrów od nas katamaran, który rankiem
miał nas zawieźć na Milos. Całe szczęście gość z obsługi wodolotu
widząc dwoje tak wytrwałych klientów SeaJeta zlitował się i
przyniósł nam 2 kubki pysznego shake’a o smaku owocowym i
czekoladowym.
Pogaduszki z nim zdecydowanie skróciły nam czas oczekiwania na świt…
Od ok.6.00 port zaczął się zapełniać i niebawem przed wodolotem
zebrał się niezły tłumek.
Na pół godziny przed odjazdem wpuszczono nas na pokład i dokładnie o
7.05 opuściliśmy port w Pireusie kierując się powoli w stronę
Milos…
Dwugodzinny rejs minął nam stosunkowo szybko. Morze było spokojne,
lekkie monotonne bujanie usypiało. Wykorzystaliśmy więc ten czas na
szybką regenerację sił po nocnym czuwaniu w porcie.
Milos przywitało nas dziesiątkami żaglówek cumujących w Adamas.
Miasteczko sprawiało wrażenie stosunkowo niewielkiego, o typowo
cykladzkiej białej kubistycznej zabudowie. Sprawnie
się „wyokrętowaliśmy” i ruszyliśmy wzdłuż nabrzeża na poszukiwania
przystanku autobusowego.
Podróż KTEL-em trwała zaledwie kwadrans. Spędziliśmy te piętnaście
minut z nosami przyklejonymi do szyby, chłonąc widoki jakie
oferowała nam wyspa. W końcu nasz cel został osiągnięty.
c.d.n.
Obserwuj wątek
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 10.09.09, 21:31
      Pollonia to mała, cicha rybacka wioska. Mieszkańcy zajmują się
      połowem ryb, niektórzy pracują w oddalonej o kilka kilometrów
      kopalni. Turystycznie ten region dopiero się rozwija. Nie ma tutaj
      hoteli-molochów, tłumów wrzaskliwych turystów… Jest cicho i
      spokojnie. Pollonia to kilkanaście domków skupionych wokół
      maleńkiego portu, gdzie cumują jachty i łódki rybaków. Pollonia
      jednak to również półwysep Pelekouda oddalony od portu o ok.300
      metrów cypel wrzynający się w morze, gdzie pobudowano całe osiedle
      małych, białych piętrowych domów – typowo pod wynajem. Tam właśnie
      mieszkaliśmy. Za dwuosobowy pokój z łazienką, klimatyzacją oraz
      przecudownym małym gankiem ocienionym oliwkami płaciliśmy 44 euro za
      dobę. Tuż obok za 150 euro można było wynająć cały domek dla 6 osób.
      Moim zdaniem ceny zupełnie umiarkowane, do przyjęcia.
      Gospodarzem był Christian - Niemiec osiadły na Milos w 1969 roku.
      Jego ofertę możecie obejrzeć na stronie: www.milosmilos.de . Jeżeli
      ktoś chce spędzić wakacje w ciszy i spokoju, z prywatną pustą plażą
      i zagwarantowanym przepięknym zachodem słońca za niewielkie
      pieniądze – polecam szczerze.
      Pozostały czas w dniu przyjazdu poświęciliśmy na rekonesans po
      najbliższej okolicy. Kilka godzin wystarczyło nam, aby dogłębnie
      poznać Pollonię. Życie toczy się tam własnym, greckim tokiem. Nikomu
      nigdzie się nie spieszy. Jest cicho, wszyscy są uśmiechnięci i
      najwyraźniej zadowoleni z takiego status quo. Dopiero wieczorem w
      tawernach rozlokowanych przy porcie zobaczyliśmy więcej ludzi. Z
      wolnym stolikiem nie było jednak najmniejszego kłopotu, a souvlaki z
      frytkami, ryżem i sałatką grecką okazały się być chyba najlepszymi
      jakie dotychczas jadłem.
      Następny dzień postanowiliśmy spędzić aktywnie. Ponieważ z Pollonii
      można wydostać się autobusami KTEL albo o 7.10 albo dopiero o 10.50
      zdecydowaliśmy, że spacer dobrze nam zrobi na wieczorne obżarstwo i
      ruszyliśmy drogą w stronę Adamas.
      Około 40 minut zajęło nam dojście do Filakopi, ruin starożytnego
      miasta, jednego z najważniejszych miejsc osadnictwa z okresu lat
      3300 - 1100 p.n.e. Prace wykopaliskowe rozpoczęto tam w latach 1896 –
      1899, a tzw. „Mur Cyklopów” zbudowany z wielkich głazów pochodzenia
      wulkanicznego rzeczywiście robi wrażenie. Teren jest ogrodzony,
      jednakże zwiedzanie możliwe jest nieodpłatnie.
      Wypaleni słońcem ruszyliśmy dalej na zachód i dosłownie po kilku
      minutach doszliśmy do Papafragas.
      Papafragas to trzy małe ukryte zatoczki, które z głównej drogi
      wyglądają jak podłużne dziury w ziemi.
      Gdy podejdzie się bliżej dopiero widać ich piękno. Strome, niemal
      pionowe ściany i morze wlewające się do wnętrza o dobre kilkanaście
      metrów poniżej. Są to po prostu jaskinie morskie z zarwanymi
      sufitami. Całość sprawia niezapomniane wrażenie.
      Jedna z zatok dysponuje nawet mikroskopijnej wręcz wielkości
      piaszczystą plażą, jednak kiedy zobaczyliśmy zejście wykute w
      skale, przestałem się dziwić dlaczego całość jest ogrodzona linami a
      tabliczka ustawiona nieopodal zakazuje zejścia na dół.
      Nadmiar wrażeń i coraz mocniej operujące słoneczko sprawiło, że
      przeprosiliśmy się z KTEL-em i na najbliższym przystanku złapaliśmy
      jadący do Adamas autobus.
      W głównym porcie Milos przy nabrzeżu cumują stateczki pływające
      dookoła wyspy. Ponieważ mieliśmy wcześniej upatrzony własny typ –
      „Delfini Express” za 30 euro oferujący wszystko to, czego
      oczekiwaliśmy – załatwienie biletów na dzień następny nie zajęło nam
      zbyt wiele czasu.
      Rzut oka na tablicę rozkładu jazdy KTEL i szybka decyzja – jedziemy
      do Tripiti!
      Kierowca wysadza nas przy tabliczce na napisem „Catacombes”. Tam
      właśnie chcemy się dostać.
      Po kilkunastominutowym spacerze w dół zbocza docieramy na miejsce.
      Kolejne zaskoczenie – słynne katakumby czynne są do godziny 13.00 i
      dzisiaj już nici ze zwiedzania! Koszmar!
      Panie z obsługi są tak miłe i otwierają nam furtkę za którą
      rozpoczyna się stroma ścieżka prowadząca do Klimy. Korzystamy
      skwapliwie i przez następne kilkanaście minut schodzimy w stronę
      morza po krętej, miejscami brukowanej dróżce wijącej się wśród
      spalonej słońcem skąpej roślinności.
      Do samej Klimy można dojechać również samochodem. Odkrywamy to,
      widząc co najmniej kilkanaście aut i skuterków zaparkowanych na
      wąskiej asfaltowej drodze dochodzącej na tyły domków w wiosce.
      Klima to kilkanaście typowych dla Cyklad białych pudełek z
      różnokolorowymi okiennicami i drzwiami.
      Wszystkie mają na parterze garaże dla łodzi. Takie budownictwo to
      sirmata. Ciężko przejść przed nimi suchą nogą. Fale praktycznie
      obmywają drzwi domostw. Niesamowite wrażenie, choć nieco tu brudno –
      morze wyrzuca spore ilości wodorostów, których nikt nie uprząta i
      leżą sobie po prostu wydając na słońcu lekki fetorek… Nikomu to nie
      przeszkadza, ani nam – ani kilkudziesięciu innym turystom
      wałęsającym się po wiosce. W końcu jesteśmy w słynnej Klimie,
      pokazywanej na każdym dotyczącym Milos folderze. Siedzący przed
      domkami mieszkańcy są jakby zobojętniali na przechodzących ludzi.
      Wyglądają jak żywe eksponaty w greckiej Cepelii. Brakuje mi tutaj
      autentyzmu, klimatu…
      Nie wiem. Może moja opinia jest krzywdząca, ale Klima wydaje mi się
      jakaś sztuczna, nieprawdziwa…
      W palącym słońcu wracamy do Tripiti. Non stop pod górkę asfaltem.
      Zbocze góry, na którą wchodzimy jest podziurawione niczym
      szwajcarski ser. To dziesiątki grót najprawdopodobniej służących do
      pochówku pierwszych chrześcijan, tak jak pobliskie katakumby. Teraz
      wykorzystywane są jako schronienie dla kóz…
      O dziwo kondycyjnie dajemy radę i po niedługim czasie zagłębiamy się
      w wąskie uliczki Tripiti i docieramy do samej Plaki.
      Plaka to oficjalna stolica Milos. Urokliwe miasteczko nad którym
      dominuje Kastro, zostało podobno zbudowane z kamieni zebranych na
      pobliskich wykopaliskach. Robimy sobie przerwę na obiadek w
      maleńkiej tawernie zawieszonej na szczycie stromych schodów.
      Następny cel to najwyższy punkt okolicy – Kastro. Ruiny zamku
      zbudowanego w tym miejscu przez Wenecjan u schyłku XIII wieku.
      Widok z góry zapiera dech w piersiach. Widać całą zatokę Milos,
      Adamas wraz z okolicznymi miasteczkami, całe północne wybrzeże…
      Spędziliśmy tam godzinkę gapiąc się po prostu dookoła, tak aby
      nacieszyć oczy tym niepowtarzalnym widokiem. Szczerze mówiąc
      bardziej niż słońce doskwierał nam meltemi. Wiało na górze
      strasznie. Przykleiliśmy się do ruin, bo czasami ciężko było ustać
      na nogach. Tuż obok zamku jest kościółek Mesa Panagia, który również
      odwiedziliśmy schodząc powoli w dół do Plaki.
      Dzień pełen wrażeń mijał powoli, a my chcieliśmy jeszcze zdążyć na
      zachód słońca do naszego domku w Pollonii…
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 10.09.09, 21:32
      7 sierpnia.
      Budzimy się wcześnie i już o 7.10 jedziemy autobusem do Adamas.
      „Delfini Express” leniwie kołysze się przy portowym nabrzeżu.
      Przypominamy się kapitanowi, otrzymujemy bilety i wchodzimy na
      pokład. Jest przed 8.00 więc jesteśmy jedynymi pasażerami. Zajmujemy
      wygodne miejsca i czekamy. Powoli schodzą się następni chętni na
      rejs dookoła wyspy.
      Przed 9.00 jest już kilkadziesiąt osób. Ruszamy. Wraz z nami płynie
      nieco mniejsza jednostka – „Captain Giangos” należąca do tego samego
      właściciela. Wypływamy na spokojne wody zatoki. Pomimo stosunkowo
      silnego wiatru nie ma tutaj fal – morze jest równe jak stół.
      Zmienia to się niebawem, kiedy wypływamy na otwarte wody mijając
      przylądek Vani kryjący opuszczoną kopalnię rudy żelaza. Skały na
      wybrzeżu przyjmują wszelkie odcienie czerwieni.
      Jest pięknie. W planach mamy odwiedzenie Vani drogą lądową – do
      czego niestety nie dojdzie,
      ale o tym później…
      Naszym Delfinem nieco buja, mijamy po drodze odludną plażę Triades,
      morskie jaskinie Sikia zbliżając się do południowego wybrzeża wyspy.
      Skały na brzegu zaczynają powoli zmieniać kolor na szaro-biały, w
      końcu robią się śnieżnobiałe a ich kształty przybierają tak
      fantastyczne formy, że czujemy się jak w umieszczeni na planie
      jakiegoś filmu sciene-fiction…
      Dopływamy do Kleftiko. Nie wiem czemu średniowieczni piraci
      upodobali sobie to miejsce jako swoje schronienie, ale wiem jedno –
      brak choćby jednej osoby na pokładzie, której nie zafascynowałby
      otaczający nas widok. Białe, pełne grot i zagłębień skały, morze raz
      błękitne raz szmaragdowe…
      Cóż, może to dobrze, że miejsce to jest dostępne wyłącznie od strony
      morza.
      Stoimy na kotwicy około 40 minut. Całkiem sporo osób zażywa morskiej
      kąpieli, skacząc do wody wprost z pokładu. My sami, schowani w
      cieniu delektujemy się widokami oraz robimy zdjęcia.
      Niebawem płyniemy dalej wzdłuż południowych krańców Milos.
      Provatas, Gerontas, Paliochori – nazwy nielicznych tutaj plaż
      zmieniają się wraz ze zmianą koloru linie brzegowej.
      Po raz pierwszy widzę tak kolorowe i fantastycznie ukształtowane
      formy skalne. Również woda przybiera różne barwy. Raz jest błękitna,
      raz szmaragdowa, innym znowu razem granatowo-czarna.
      Dochodzimy do wniosku, że Milos to najbardziej kolorowa Cyklada jaką
      widzieliśmy…
      Wschodnie wybrzeże utwierdza nas w tym przekonaniu. Mijamy
      opuszczoną kopalnię siarki, kierując się powoli w stronę wyspy
      Kimolos.
      Cumujemy w Psathi – jedynym porcie na Kimolos. Miasteczko raczej
      nieciekawe, kilka domków wzdłuż wąskiej plaży i… kolejki do tawern.
      Brakuje wolnych stolików, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że nasze 2
      stateczki to lekko licząc setka wygłodniałych turystów. Wszyscy
      oczywiście chcą się posilić na Kimolos. Dajemy się ponieść temu
      szaleństwu zakładając słusznie, że nie wystarczy nam czasu aby
      odwiedzić Chorę… Półtorej godziny mija bardzo szybko i znowu
      płyniemy. Tym razem płyniemy wzdłuż północnych brzegów Milos.
      Podpływamy do Kalogeros, małego kawałka zastygłej lawy wystającego z
      morza. Jest przedziwnie ukształtowany na co niewiele osób zwraca
      uwagę ponieważ w międzyczasie zaczyna mocno bujać. Daje o sobie znać
      meltemi, wiejący z północy wiatr, który na plaży daje wytchnienie
      podczas opalania, jednakże tutaj na morzu zaczyna nas nieco
      niepokoić.
      Fale robią się coraz większe i kilka osób składa hołd Posejdonowi.
      My twardo się trzymamy. Trzymamy się dosłownie, bo ciężko jest nie
      spaść z miejsca podczas nieustannego kołysania.
      Mijamy Glaronissię, nasz kapitan decyduje się nie podpływać do
      Sarakiniko jak było zakładane w programie rejsu. Obsługa statku
      przeprasza, usprawiedliwiając się silnym wiatrem – dla nas to
      zupełnie zrozumiałe. Bezpieczeństwo pasażerów jest najważniejsze. Do
      Sarakiniko dotrzemy od strony lądu… Tymczasem wpływamy do zatoki i
      wszyscy oddychają z ulgą. Tutaj morze jest już spokojne. Statek
      zatrzymuje się na nieprzewidziany postój przy plaży Plathiena, aby
      zrekompensować nam przygody na ostatnim odcinku. Niektórzy znowu się
      kąpią. Większość jednak odpoczywa wspominając niedawne wysokie fale.
      Mijają minuty. Ruszamy dalej, mijamy Klimę, która od strony morza
      wygląda jakby lepiej i po niedługim czasie wpływamy do portu w
      Adamas.
      Jest około 20.30. Spędziliśmy na pokładzie prawie 12 godzin!
      Łapiemy autobus do Pollonii i szczęśliwi, nasyceni widokami acz
      zmęczeni jak diabli jedziemy do domu. Na dzisiaj mamy dosyć.
      Zaczynam się zastanawiać, czy nie przyjąłem zbyt dużego tempa dla
      nas jeżeli chodzi o zwiedzanie Milos. Wiem jednak, że nazajutrz znów
      będziemy jedynymi pasażerami autobusu do Adamas o 7.10…
      Milos wciąga. Wsysa jak narkotyk. Musisz oglądać jej piękno od świtu
      do zmierzchu. Słuchać jej odgłosów po zachodzie słońca. W końcu to
      nasze trzecie greckie wakacje. Powinniśmy być już przyzwyczajeni…
      Odpoczniemy po powrocie do Polski.
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 10.09.09, 21:33
      Trudy wyprawy dookoła Milos okazały się jednak dla nas
      wystarczające, aby usprawiedliwić dzień bezgranicznego lenistwa na
      plaży przed naszym domkiem w Pollonii.
      Plaża całkowicie pusta, wyłącznie dla nas… Jej dużym plusem było
      usytuowanie
      w kierunku północno-zachodnim. Przy porywistych podmuchach meltemi
      można było wylegiwać się na leżaczkach przez cały dzień nie bacząc
      na piekące słońce. Żeby nie było, że jestem aż takim leniem
      ponurkowałem trochę, pooglądałem morskie żyjątka…
      Na plaży jedynym naszym towarzystwem był wiatr i kraby. Nie wiedzieć
      czemu mieszkający w sąsiedztwie Niemcy znajdowali satysfakcję z
      siedzenia całymi dniami przed drzwiami swojego domku, co absolutnie
      nam nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie…
      Wieczorkiem zafundowaliśmy sobie kolację w naszej ulubionej tawernie
      Araxovouli. Stoliki stały na plaży, morze cichuteńko szumiało,
      piliśmy wyborne różowe winko i zastanawialiśmy się co zrobić aby
      można zamieszkać na stałe w Pollonii .
      Plany mają to do siebie, że szybko się zmieniają… Nam popsuł szyki
      brak środka lokomocji.
      Naiwnie myślałem, że nie będę uzależniał się od wcześniejszej
      rezerwacji internetowej i wypożyczymy coś na miejscu. Niestety.
      Wypożyczalnie były puściuteńkie, a mgliste obietnice dostarczenia
      autka za dzień/dwa szły w parze z sugerowaną ceną – 60 euro za dobę…
      No nic – pomyśleliśmy. Od czego mamy nogi ? Ponownie skorzystaliśmy
      z KTEL-a (oczywiście autobusem o 7.10 rano) i wybraliśmy się do…
      Tripiti . Tym razem zwiedzanie rozpoczęliśmy od spaceru do ruin
      starożytnej Klimy i pozostałości po romańskim amfiteatrze. Co roku
      urządzane są tam przedstawienia w ramach tzw. Festiwalu Milos. Nas
      jednak te atrakcje ominęły, a szkoda bo wyobrażam sobie klimat
      panujący podczas widowiska typu „światło i dźwięk” w takiej
      lokalizacji.
      Opodal na wzgórzu ujrzeliśmy mały, oczywiście biały kościółek. Co
      zrobić. Przedzierając się przez zarośniętą ostami ścieżkę
      wdrapaliśmy się do niego i jak w każdym takim kościółku zapaliliśmy
      świeczkę za naszych zmarłych. Widok z tego wzgórza, nieco niższego
      niż to, na którym wzniesiono Kastro był równie piękny co
      uwieczniliśmy na wielu zdjęciach. O dziwo – na tyłach budynku
      natknęliśmy się na studnię pełną wody. Rzadki widok na wyspach.
      Wracając odwiedziliśmy katakumby. Przewodniczka miała chyba
      wyjątkowo dobry dzień,
      gdyż (w przeciwieństwie do innych zwiedzających) poświęciła nam ok.
      40 minut opowiadając niezwykle barwnie o historii powstania grobów.
      Szczęście nam sprzyjało – otwarte już są dwie komory. W sumie
      kilkadziesiąt metrów wędrówki wydrążonymi w ziemi korytarzami.
      Niezapomniane przeżycie! W powietrzu unosił się lekki zapaszek jakby
      formaliny, jednak ogólne wrażenie jest powalające. Chodząc po
      katakumbach czułem się jak pyłek w ogromnej machinie historii.
      Dziwne uczucie spacerować po korytarzach, które stały się miejscem
      pochówku ponad trzech tysięcy pierwszych chrześcijan.
      Znowu więc byliśmy w Place i zastanawialiśmy się co też można
      zobaczyć…
      Oczywiście w planach mieliśmy zjawiskową Mandrakię, ale bez
      samochodu…?
      Skoro nie ma samochodu, skutera, itp. Skoro nie jeździ tam autobus i
      raczej nie można liczyć na autostop – wybraliśmy jedyne dopuszczalne
      dla nas rozwiązanie.
      Do Mandrakii poszliśmy na pieszo .
      Z Plaki droga prowadzi ostro z górki, więc przy moich kolanach
      spacer bywał bolesny, ale nie marudziłem. Wiedziałem bowiem jaki
      widok czeka na nas na końcu tej drogi.
      Szliśmy tak wąską, asfaltową drogą ok. 30 minut dobrym marszem, gdy
      przed naszymi oczami ukazała się zatoka przy której przycupnęła
      mikroskopijna rybacka wioska – Mandrakia.
      W samo południe byliśmy tam jedynymi turystami, co biorąc pod uwagę
      niezwykłe piękno tego zakątka ziemi jest dla mnie niepojęte.
      Mandrakia to dosłownie jeden mały kościółek oraz kilka domostw.
      Piętrowych z garażami na łodzie na parterze (tzw.sirmata).
      Ściany bielutkie. Okiennice i drzwi to wprost tęcza kolorów. Widać
      nie wszyscy Grecy preferują barwy narodowe i urozmaicają swoje domy
      wprowadzając czerwień, zieleń, pomarańcz.
      Mandrakia to takie miejsce, gdzie w sposób magiczny zatrzymał się
      czas. Mógłbym tam siedzieć godzinami gapiąc się po prostu przed
      siebie, bez wyraźnego celu. Chodzi wyłącznie o to, aby tam być.
      Nie ma tam nic. Żadnej tawerny, żadnego sklepu, żadnych pamiątek…
      Nie ma turystów, których kilka kilometrów dalej w Place czy Tripiti
      można spotkać na każdym kroku. To miejsce to skarb narodowy Grecji.
      Tak zapamiętałem Mandrakię, kiedy po raz ostatni odwróciłem głowę
      wracając drogą do Plaki. Mam nadzieję, że kiedy kiedyś tam wrócę ( a
      wrócę na pewno) miejsce to będzie takie jak tego sierpniowego dnia…
      Planując pobyt na Milos dowiedziałem się, że wyspa ta obok Kimolos
      jest jedynym na Cykladach siedliskiem jadowitej żmiji lewantyńskiej.
      Wszyscy, z którymi w tej kwestii kontaktowałem się za pośrednictwem
      Internetu twierdzili, że prawdopodobieństwo spotkania gada jest
      niewielkie, gdyż prowadzi on nocny tryb życia i unika ludzi.
      Pech – szczęście sprawiło, że wracając z Mandrakii napotkaliśmy na
      poboczu drogi przedstawicielkę owego gatunku zwiniętą w kłębek,
      wygrzewającą się jakby na prażącym słońcu.
      Kiedy ciekawość wzięła górę nad strachem i zorganizowaliśmy sobie
      odpowiedniej długości kijek, okazało się, że żmija jest martwa. Może
      i lepiej. Dla nas oczywiście…
      Tak minął nam kolejny, cudowny dzień na Milos.
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 10.09.09, 21:35
      Do pełni szczęścia brakowało nam jeszcze wizyty na Sarakiniko.
      Jak zwykle, pierwszym autobusem odjeżdżającym z naszej miejscowości
      wyruszyliśmy na naszą ostatnią wycieczkę po Milos.
      Aby dostać się do Sarakiniko należy złapać autobus KTEL, który
      odjeżdża z Adamas o godz. 11:00.
      Nam nie chciało się czekać, więc jadąc do Adamas poprosiliśmy
      kierowcę aby wysadził nasz możliwie najbliżej Sarakiniko. Teraz
      czekał nas ponad dwukilometrowy spacerek pod górkę i osiągnęliśmy
      nasz cel pośredni – ujrzeliśmy drogowskaz z napisem „Sarakiniko 1
      km” …
      Od tej pory droga wiodła już w dół wąwozu, którego koniec stanowiła
      słynna plaża.
      Faktycznie, kiedy asfalt się skończył zaczęło robić się biało.
      Typowa dla sierpniowych Cyklad kolorystyka, wypalonych słońcem żółci
      i brązów ustąpiła śnieżnej bieli.
      Białe skały przybrały tak fantastyczne formy, iż wydaje się, że
      jesteśmy na Księżycu…
      Kontrastująca z błękitem morza biel potęguje to wrażenie.
      Na Sarakiniko byliśmy od godziny 8:00 do 11:15, kiedy to przyjechał
      z Adamas autobus z turystami.
      Dodam, że byliśmy zupełnie sami… Niesamowite.
      Napływ plażowiczów spowodował, że plaża przestała być taka magiczna
      jak na początku i ociągając się nieco postanowiliśmy odwiedzić
      jeszcze jedną lokalizację na Milos.
      Padło na Firopotamas, wioskę bliźniaczo podobną do Mandrakii, która
      tak mnie zachwyciła.
      Ponownie więc maszerowaliśmy dzielnie poczynając od Tripiti w stronę
      północnego wybrzeża wyspy. Po godzinnej wędrówce górską drogą, na
      której spotykaliśmy jedynie jaszczurki osiągnęliśmy cel.
      Schodząc do Firopotamas widzi się najpierw małą plażę, w końcu
      której przycupnęło kilka domków tzw. Sirmata, na parterze których
      przechowuje się rybackie łodzie.
      Idąc kilkadziesiąt metrów dalej odkrywamy następne sirmata, pośród
      których stoi mały kościółek.
      Dalej jest skalisty cypel z ruinami weneckiej twierdzy i… bezkres
      błękitnego morza.
      Zwiedzenie wioski zajmuje niewiele czasu, gdyż podobnie jak w
      Mandrakii – niewielka to wioska.
      Urok Firopotamas polega jednak właśnie na tym.

      W przyszłości zapewne będziemy chcieli wrócić na Milos. Jednym z
      głównych powodów będą właśnie Mandrakia i Firopotamos. Potwierdziło
      się twierdzenie, że Milos to wyspa kolorów.
      Taka dla nas pozostanie. Taką ją zapamiętamy…
      Aż do następnego razu.
      Z żalem odpływaliśmy z Adamas. Z tym większym żalem, że mniej więcej
      wiedzieliśmy czego spodziewać się na Santorini. Wszak byliśmy tam w
      ubiegłym roku.
      Thira jednakże zaskoczyła nas ponownie i w wielu przypadkach
      odkrywaliśmy ją na nowo, ale to już temat na inną opowieść…
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 13.09.09, 00:04
      Dlaczego ludzie pchają się na Santorini?
      Co sprawia, że setki - tysiące turystów tłoczą się w maleńkim porcie
      Athinos czekając aż ktos zabierze ich na szczyt klifu, gdzie
      przycupnęły najbardziej znane miasteczka - Fira i Oia ?
      Odpowiedź jest prosta.
      Magia.
      Ta sama magia, która spowodowała, że wrócilismy tutaj po zaledwie
      rocznej przerwie...

      W ubiegłym roku bylismy na Santorini przez dwa dni, wizytując wyspę
      podczas pobytu na Krecie. Ten krótki czas wystarczył nam, aby
      błyskawicznie objechać Thirę wynajętym Nissanem Micrą. Odwiedzilismy
      większosć znanych miejsc na wyspie, a jednak czulismy wielki
      niedosyt, który sprawił że zawitalismy tutaj ponownie.

      Podczas 5-dniowego pobytu naszą bazę na Santorini stanowiła Oia.
      Miasteczko znane chyba na całym swiecie z powodu słynnych zachodów
      słońca, podczas których tłumy turystów zbierają się na północno-
      zachodnim krańcu kaldery aby obserwować jak wielka czerwona kula
      chowa się w odmętach Morza Egejskiego...

      Dwuosobowy, dwupoziomowy (tak, tak!) pokój z balkonem wychodzącym na
      wulkan
      zarezerwowalismy sobie przez internet. Kwatera znajdowała się nad
      spokojną tawerną Kasteli i dumnie nazywała się Stelios Rooms.
      Dumnie, bo tych "roomsów" było raptem cztery, w tym dwa włącznie z
      naszym gwarantowały przepiękny widok kaldery.
      Koszt takiego pokoiku to zaledwie 55€/noc. Jak na sierpień i
      lokalizację - taniocha!
      Polecam każdemu - www.santorini.com/hotels/steliosrooms/ .

      Jako, że poprzednim razem zabrakło czasu - wybralismy się oczywiscie
      na wycieczkę na wulkan, którą to imprezę oferuje większosć lokalnych
      biur podróży za 27€ od osoby. Startuje się o 10:00 rano w porcie
      Ammoudi w Oia, dokąd zostalismy dowiezieni busem.
      Stylowym stateczkiem płynie się do portu Armeni, a następnie
      prosciutko na wulkan, czyli na wysepkę Nea Kameni położoną posrodku
      kaldery.
      Chodząc po czarnym żwirku na wulkanie poczułem się przez moment
      nieswojo wiedząc, że pod moimi stopami drzemie potwór, którego
      wybuch wieki temu unicestwił tysiące istnień ludzkich.
      W niektórych miejscach spomiędzy kamieni wydobywa się zółty dym - to
      opary siarki.
      Niesamowite.

      Z wulkanu popłynęlismy na Palea Kameni gdzie biją źródła siarki.
      Chętnych na kąpiel w żółtej wodzie było wielu. My nie skusilismy się
      i dobrze. Wszyscy kąpiący po powrocie na pokład wyglądali jakby
      przechodzili własnie żółtaczkę...
      Następny punkt podróży - Thirassia. Podpłynęlismy do portu Korfos,
      gdzie bezposrednio na nabrzeżu morza ulokowało się kilka tawern.
      Ceny umiarkowane - mozna sobie dogodzić.
      Z Korfos można dostać się na grzbietach osiołków do wioski Manolos.
      My niestety nie mielismy czasu na zwiedzanie. Po obiadku i krótkiej
      siescie, podczas której urządzilismy sobie szybką sesję zdjęciową,
      musielismy wracac na pokład naszego statku.
      Powrót do portu Ammoudi z powodu dosyć wysokiej fali przyprawił nas
      o przyspieszone bicie serca :-).
      Widok jaki przedstawia Oia widziana z morza zrekompensował natomiast
      wszelkie niedogodnosci
      i wynagrodził trudy całodziennej wyprawy.
      O 17:00 zmęczeni ale szczęsliwi wrócilismy do domu.

      Po raz kolejny okazało się, że pójscie "na żywioł" w kwestii
      wypożyczenia samochodu na Santorini w szczycie sezonu jest pomysłem
      chybionym...
      Załatwienie autka kosztowało mnie dwa dni biegania po biurach w Oia
      i 60€ dziennie...
      W końcu - dysponując już wyproszonym Nissanem moglismy ruszyć na
      dalsze zwiedzanie wyspy.

      Zdecydowalismy się na trasę wschodnim wybrzeżem, mniej uczęszczanymi
      drogami.
      O dziwo ciężko tam spotkać turystów. Santorini wygląda zupełnie
      inaczej...
      Odwiedzilismy praktycznie puste plaże Baxedes, Koloumbos, Pori,
      Monolithos...
      Odkrylismy wiele uroczych kosciółków przystrajanych na 15 sierpnia,
      jak również całe osiedle domków w kształcie wiatraka budowanych na
      wynajem.

      Krętą, wąską dróżką dotarlismy na Mesa Vouno - wzgórze pomiędzy
      Kamari a Perissą, na którym znajdują się ruiny starożytnego miasta -
      Thery.
      Co niesamowitego - jak można było kilka wieków przed naszą erą
      wybudować tak wielkie miasto na szczycie niedostępnego wzgórza?
      Szwędając się po Santorini trafilismy do Pyrgos, które zachwyciło
      nas podczas ubiegłorocznych wakacji.
      Szczerze mówiąc brakowało mi zdjęcia na osiołku, więc mielismy
      powód...:-)
      Dziadek, którego fotki widnieją na większosci folderów z Santorini
      był na miejscu, czyli przed wejsciem do Kastro. Kiedy już
      zakończylismy sesję, pozwoliłem namówić się na zakup domowego winka
      za całe 4€.
      Wieczorem, podczas degustacji bylismy zaskoczeni (na plus
      oczywiscie!) jego smakiem i mocą...
      Mocą - przede wszystkim :-).

      Następnego dnia zaliczylismy latarnię morską na samym końcu Półwyspu
      Akrotiri. Niestety, słynne wykopaliska w tym regionie są ciągle
      zamknięte i nic nie wskazuje aby cokolwiek miało się zmienić.
      Zwiedzanie Akrotiri połączylismy z kilkugodzinnym relaksem na Red
      Beach.
      Czerwona Plaża piękna była do godziny 10:00, kiedy to zaczęły tam
      docierać dziesiątki turystów...
      Ciekaw jestem jak wygląda tam wieczór? Może kiedys się dowiem?

      Oglądanie Firy ograniczyłem do niezbędnego minimum.
      Ponieważ moja małżonka postawiła sobie najwyraźniej za główny cel
      odwiedziny w każdym, najmniejszym nawet sklepiku na słynnej
      tzw.złotej uliczce - Fira do dzisiaj kojarzy mi się niespecjalnie...
      Samo miasteczko, zatłoczone, duszne, nie bardzo mi się spodobało.
      Byłem tam po raz drugi i po raz drugi stwierdziłem, że Fira nie
      umywa się do Oia.
      Nie ma klimatu, charakteru.
      Pewno się komus narażę takimi opiniami... :-).

      O wiele milej wspominam pobyt w Emporio, cudownej wiosce gdzie czas
      się zatrzymał.
      Wystarczy zagłębić się w boczne uliczki, aby znaleźć się w
      tradycyjnej greckiej społecznosci.
      W miejscu, gdzie każdy napotkany Grek wita cię usmiechem. Gdzie
      bugenwilla kontrastuje z bielą domków. I gdzie nie ma turystów...
      Tak. Nie ma tam turystów. Wałęsając się po Emporio sporadycznie
      można kogos spotkać. Czułem, jak bysmy mieli całą wioskę dla siebie.

      Tym razem dotarlismy do Imerovigli, miejscowosci którą całkowicie
      pominęlismy podczas ubiegłorocznego pobytu.
      Zachwyciłem się - straciłem głowę.
      Wioska położona jest w najwyższym punkcie klifu. Widoki są
      fantastyczne.
      Dodatkową atrakcją jest Skaros. Niegdys ważne miejsce dla
      społecznosci Thiry.
      Zamek wybudowany przez Wenecjan był symbolem wyspy przez wiele
      wieków, zanim niszczony przez kolejne trzesienia ziemi popadł w
      ruinę.

      Ostatnia noc na Santorini...
      Siedzielismy na balkonie gapiąc się na ludzi spacerujących deptakiem
      pod nami.
      Magię tego miejsca można poczuć własnie w takich własnie chwilach.
      Wiesz, że musisz wyjechać. Że czas się pakować, przygotować do
      drogi, w którą ruszasz nazajutrz.
      I nic nie robisz...
      Siedzisz i gapisz się na kalderę skrytą w mroku nadchodzącej nocy.
      I wiesz, że chcesz tutaj zostać.
      Albo przynajmniej wrócić przy najbliższej okazji.
      To jest własnie magia Santorini...

      c.d.n.

      Wersja ze zdjęciami na:
      Pełen tęsknoty za wielkim błękitem - BLOG

      Zapraszam!!!
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 18.09.09, 19:22
      To będzie krótki wpis. Tak jak krótka i niespodziewana była nasza
      przygoda z Paros...

      Opuszczając Santorini czułem "przez skórę", że cos będzie nie tak.
      Wodolot SeaJet mający zabrać nas na Mykonos pojawił się w porcie
      Athinos z ponad godzinnym opóźnieniem. Steward ostentacyjnie wynosił
      pękate, czarne plastikowe worki na smieci...
      Musiało mocno bujać po drodze z Krety - pomyslelismy.
      Od razu jednak zaczelismy sie pocieszac, że wokół Thiry morze jest
      spokojne a wiatr niemal całkowicie ucichł.
      Spokojnie było faktycznie - do Antiparos. Już ruszając z Ios zaczęło
      lekko bujać, jednak było to jedynie preludium tego, co nastąpiło
      później.
      Kiedy mijalismy wyspę Antiparos pojawiły się ogromne fale
      napływające z różnych stron, co powodowało kolebanie biednego
      SeaJeta we wszystkich możliwych kierunkach oraz w górę i w dół.
      Po raz pierwszy (i mam nadzieję - ostatni) w życiu widziałem
      równoczesnie przez okienko po mojej lewej - błękitne niebo, a po
      prawej ciemnogranatową spienioną odchłań Egeo. Strach ma wielkie
      oczy, jednak wydaje mi się, że fale miały ok. 2-3 metrów wysokosci.
      Zdecydowana większosć pasażerów oddawała hołd
      najwyraźniej wkurzonemu Posejdonowi. Obsługa wodolotu poinformowała,
      że dalsza podróż jest niemożliwa i jednostka kończy rejs kiedy tylko
      dopłyniemy do Paros.
      Z ręką na sercu - to było najdłuższe pół godziny w moim życiu.

      Paroikia...
      Miasto, które będzie się nam kojarzyć ze stojącym prawie w porcie
      wiatrakiem.
      W portowym biurze dowiedzielismy się dwóch rzeczy. Na Mykonos możemy
      dostać się wyłącznie przez Syros oraz że na morzu była
      tzw."ósemka"...
      Ponieważ prom na Syros odpływał dopiero późnym wieczorem, mielismy
      praktycznie cały dzień na zwiedzanie Paros.
      Kiedy tylko zagłębilismy się w labirynt wąskich, krętych uliczek
      mielismy już pewnosć - warto było przeżyć koszmar na morzu aby tutaj
      przypłynąć!
      Sam nie wiem, kiedy minęło te kilka godzin jakie spędzilismy na
      tej wyspie.
      Trzeba przyznać, że Paros wymaga na pewno przynajmniej kilkudniowego
      pobytu.
      Na nas Paroikia wywarła ogromne wrażenie.
      Najpiękniejsze zdjęcia nie oddadzą atmosfery tego miasteczka.
      Musimy tam wrócić !
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 25.09.09, 21:43
      Dzień spędzony na Paros minął nam błyskawicznie. Ok. 21:00
      zaokrętowalismy się na prom płynący na Syros, skąd następnego dnia
      mielismy popłynąć na wymarzone Mykonos...
      Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy po wylądowaniu w Ermopouli to
      tłum ludzi. Tłum większy niż na Santorini - kłębiący się przy
      wyjsciu z portu turysci, miejscowi okupujący stoliki w tawernach,
      dziesiątki samochodów.
      Masakra!
      Grzecznie ustawiłem się w wielonarodowej kolejce do budki miejscowej
      informacji turystycznej.
      Niestety - po pewnym czasie okazało się, że wolnych pokojów już nie
      ma i musimy spędzić tę noc w porcie...
      Zaanektowalismy stolik w Goody's. Niestety, o drugiej w nocy obsługa
      wyłączyła swiatło i zamknęła ten całkiem przyjemny lokal - tak więc
      przenieslismy się bezposrednio na nabrzeże.
      Aż do switu próbowalismy przespać się - przedrzemać - na betonowych
      portowych ławkach.
      Wraz z nami nocowali tak młodzi Amerykanie i Włosi.
      Nie bylismy sami. Zawyżalismy jedynie srednią wieku... .
      Rano byłem tak "padnięty", że nie chciało mi się nawet robić
      zdjęć...
      Szybki spacer po Ermopouli nie przyniósł więc żadnych interesujących
      ujęć, czego do dzisiaj żałuję.
      Po godzinie 10:00 naszym oczom ukazał się upragniony widok...
      Tym własnie promem udało nam się nareszcie dostać na Mykonos.
      Odczuwałem wielki niedosyt. Wiedziałem, że moje plany wzięły w łeb
      i nie zdążę "zaliczyć" wyspy dla której przypłynąłem na Cyklady.
      Nie zobaczę Delos.
      Największego skupiska zabytków starożytnosci w tym rejonie.
      Byłem zły. Mało tam zły. Zrozpaczony, wsciekły, zmęczony.
      Kiedy po ponad godzinnym rejsie dobijalismy do brzegów Mykonos,
      wisielczy nastrój poprawił mi widok kilkunastu, jeżeli nie
      kilkudziesięciu naganiaczy oferujących kwatery.
      Ceny, sięgające nawet 100 € mnie nie przerażały.
      Wiedziałem bowiem, że tej nocy będę spał we własnym, wygodnym
      łóżku...
      Rzeczywiscie - po błyskawicznych targach z trzecią bodaj osobą -
      zdecydowalismy się na wynajęcie dwuosobowego pokoju w samym centrum
      Mykonos Town.
      Cena? 80€ za noc. Moim zdaniem, jak na tą wyspę nawet do
      przyjęcia .
      Nasza gospodyni - Maria zawiozła nas na kwaterę, skąd po
      błyskawicznym prysznicu, podpierając się nosami ze zmęczenia
      wyruszylismy na podbój podobno najbardziej zabawowej wyspy na Morzu
      Sródziemnym...

      c.d.n.
      Wersja wzbogacona o zdjęcia - jak zwykle na moim blogu .
    • prawdziwy_jaari65 Re: Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje. 27.09.09, 20:20

      Mykonos to tzw."party island" - miejsce, które upodobali sobie
      ludzie chcący podczas wakacji ostro pobalangować. Taka przynajmniej
      panuje opinia.
      Mnie Mykonos kojarzyła się wyłącznie z jednym. Stąd własnie
      odpływały łodzie dowożące turystów na Delos. Miejsce narodzin Apolla
      oraz Artemidy. Główny cel mojej pielgrzymki na Cyklady.
      Niestety, z powodu niespodziewanej przerwy w naszej podróży
      spowodowanej przygodami na morzu i koniecznoscią zatrzymania się na
      Paros i Syros - mielismy jednodniowe opóźnienie.
      Kiedy już wylądowalismy w Mykonos Town, pierwsze praktycznie kroki
      skierowalismy do portu, aby
      zorientować się w "rozkładzie jazdy" stateczków płynących na Delos.
      Tu przeżyłem kolejne rozczarowanie.
      Meltemi dmuchał tak mocno, że podobno rejs na Delos trwał dwukrotnie
      dłużej...
      Gdybym zaryzykował poranną wyprawę, moglibysmy nie zdążyć na prom do
      Rafiny i co ważniejsze - na samolot do Polski.
      Delos zatem została odłożona do następnego razu, a my ruszylismy na
      podbój Mykonos Town.

      Poruszanie się w labiryncie wąskich, krętych uliczek nastręczało nam
      sporo kłopotów.
      Wiedzielismy, że nasza kwatera znajduje się praktycznie w samym
      centrum miasteczka, gdzie wszędzie jest blisko... Problem w tym, że
      ciężko było do niej trafić. Zawiódł nawet przydający się wczesniej
      GPS.
      Kierując się w stronę morza trafilismy do dzielnicy Alefkandra,
      gdzie znajduje się tzw. Mała Wenecja, czyli domy wybudowane
      praktycznie na wodzie.
      Tuż obok, na niewielkim wzgórzu pysznią się wspaniałe, XVI wieczne
      wiatraki - jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów wyspy.
      Trzeba przyznać widoki są zapierające dech w piersiach.
      Zdecydowanie warto tutaj przyjechać nawet wyłącznie dla zobaczenia
      tego fantastycznego pejzażu, aczkolwiek z wielką chęcią chciałbym
      poeksplorować resztę wyspy...
      Mykonos to podobno wyspa ukochana przez gejów i lesbijki. Owszem,
      zauważylismy takie pary - jednakże nikt tam ani nie afiszował się
      swoimi uczuciami, ani też nikomu takie towarzystwo nie przeszkadzało.
      Jakże odmienne zachowania niż w Polsce...
      Miasteczko diametralnie zmienia się po zapadnięciu zmierzchu.
      Leniwie snujących się po uliczkach turystów zastępuje gwarny,
      najmodniej ubrany kosmopolityczny tłum zbierający się w okolicach
      znanych lokali i dyskotek, aby po północy wlać się tam wielokolorową
      masą i bawić.
      Bawić się do upadłego, do bladego switu...
      Mykonos Town ma więc dwa oblicza.
      Zdecydowanie wolelismy to spokojniejsze, tak więc z samego rana
      wyruszylismy ponownie na zwiedzanie.
      Bylismy jednymi z niewielu osób "na chodzie". Większosć odsypiała
      nocne szaleństwa...
      Takie własnie spokojne urokliwe Mykonos zapamiętamy.

      Nie udało się nam popłynąć na Delos. Nie spotkalismy pelikana
      Petrosa, maskotki wyspy.
      Nic straconego.
      Są przecież powody, dla których można uwzględniać Mykonos podczas
      planowania następnej wyprawy...
      Wprawdzie słyszałem cos o Egipcie albo Maroko, ale kiedy spoglądam
      na zdjęcia nie mam wątpliwosci gdzie będziemy chcieli jechać w
      przyszłym roku.

      Na Mykonos nakręcono końcowe sekwencje jednego z moich ulubionych
      filmów.
      W tej scenie główny bohater - Jason odnajduje swoją ukochaną -
      Marię...
      W tym własnie niepozornym domku po lewej stronie zdjęcia (do
      obejrzenia na moim blogu).
      Mam nadzieję, że wiecie jaki to film ? :-).

      Powrotna podróż nie przyniosła nam żadnych szczególnych atrakcji.
      Powoli mijalismy Tinos, Andros...
      Ciężko cokolwiek o nich napisać, widząc jedynie z pokładu promu.
      W Rafinie bylismy późnym popołudniem. Udało nam się jeszcze zrobić
      zakupy w Championie i złapalismy przedostatni autobus na lotnisko.

      Nasze wielkie greckie wakacje dobiegły końca.
      Nie skończyła się natomiast nasza miłosć do tego kraju, jego kultury
      oraz mieszkańców.
      Zjeździlismy Grecję dwa lata temu podczas "objazdówki" z Triadą,
      odpoczywalismy na Chalkidiki.
      W ubiegłym roku zakochalismy się namiętnie w Krecie...
      Teraz zaledwie skosztowalismy Cyklad.
      Każda z odwiedzonych przez nas wysp okazała się inna, odmienna od
      poprzedniej.
      Każdą warto zwiedzić, warto polecać innym. Teraz czeka nas cos, co
      najbardziej lubimy - planowanie kolejnej wyprawy na wyspy. Zapewne
      Amorgos i tzw."małe Cyklady" - i co jeszcze?

      * * *

      Blog ten nie ma na celu rozreklamowania osoby autora, jak niektórzy
      mogliby sobie pomysleć.
      Po prostu kiedy go pisałem - myslałem o wielkim błękicie.
      I było mi dobrze....

      *Wszystkim tym, którzy dzielnie wytrzymali do końca mojej pisaniny
      chciałbym serdecznie podziękować za cierpliwość oraz wytrwałość
      podczas lektury. Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam i zapraszam do
      odwiedzin moich prywatnych miejsc w internecie. Adresy poniżej.*

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka