Gość: robak Re: Zachodnie USA – Parki narodowe IP: *.arc.nasa.gov 21.06.12, 01:31 > Czy lepiej po prostu iść wcześnie rano na żywioł i może się uda? Spotkalem (mieszkam w USA) przypadkowo w hotelu pod Los Angeles rodzine z POlski jadaca widokowymi trasami. Rano przy sniadaniu korzystajac z hotelowego komputera robili rezerwacje na nastepny hotel gdzie mysleli ze tego dnia dojada. To wedlug mnie nie glupi sposob bo daje ci sporo luzu i latwo robic zmiany. Co do noclegu w Indian Gardens to nie robilem zadnej rezerwacji, po prostu bylem pierwszy w kolejce pod biurem tego ranka jak rozdawanie przepustek sie rozpoczynalo, bylem bardzo wczesnie rano. Maja okreslona ilosc miejscowek dla tych co sie odpowiednio wczesnie pojawia - kto pierwszy ten lepszy. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 11 Saguaro. 22.06.12, 08:15 Motel w którym się zatrzymaliśmy był … słaby, aby nie napisać beznadziejny. Od teraz będę unikał moteli Days Inn. Te w których byłem są mniej więcej podobne – stare i zniszczone. Do tego Ten obecny, znajdował się w szemranej okolicy, więc wieczorny spacer raczej odpadał. Rano, wprowadziłem do nawigacji adres parku i ruszyliśmy w drogę. Saguaro to specyficzny park. Nie ma tu bramek strzegących wjazdu, jest tylko informacja, że bilety należy wykupić w Visitors Center. Zakładam, że dzieje się tak dlatego, że kaktusy rosną tu po prostu wszędzie, a są piękne i niesamowite. My postanowiliśmy pojechać jednak do parku. Przede wszystkim dlatego, że chcieliśmy uzyskać trochę informacji i poprosić o wskazanie głównych atrakcji – w NP łatwo je uzyskać. Tak było i tym razem. Pobraliśmy mapkę i po uzyskaniu kilku porad od miłego strażnika pojechaliśmy na podbój okolicy. Zachwyca tu zarówno flora (jest kilka gatunków kaktusów, w tym te największe, dochodzące do kilku(nastu?) metrów, jak również fauna. Pełno jest takich dziwnych małych stworzonek wyglądających jak miniaturowe wiewiórki. Córka spotkała również węża, ale nie przyjrzała mu się zbyt dokładnie, gdyż w momencie w którym go zobaczyła miała okulary przeciwsłoneczne, a już w następnej sekundzie obydwoje uciekali w przeciwnych kierunkach . Dzień bez wspinaczki to dzień stracony, dlatego również tu, wśród kaktusów, w upalnym słońcu musieliśmy wleźć na pobliską górę, z której rozciągał się piękny widok na … kaktusy. Szlaków jest tu kilka, my jednak, ze względu na czas (przeznaczyliśmy na ten park 5 do 6 godzin) musieliśmy się zadowolić zwiedzaniem w pigułce. Pojeździliśmy jeszcze trochę po punktach widokowych, w których domyślacie się co można było zobaczyć i skierowaliśmy się w stronę Yumy, przez którą prowadzi droga do San Diego. Warto zawczasu zatankować, bo stacje benzynowe rozmieszczone są mocno nieregularnie. Autostrada do Yumy, która objeżdża Phenix, jest drogą nudną i nużącą. Widoki beznadziejne i duży ruch, przez co spore zaangażowanie kierującego. Ruch spada po wjeździe na obwodnicę Phenix, ale za oknami nadal pustynia. Ciekawie zaczyna się robić przed Yumą. Rozpoczynają się pola uprawne, a w końcu olbrzymie pola campingowe dla kamperów, setek kamperów. Do teraz się zastanawiam, co takiego jest w tym miejscu, że taki tu ruch. Na wysokości Yumy można również zobaczyć fragment wspaniałej piaszczystej pustyni wydmowej. Szkoda, że nie można trochę po niej pochodzić. Nie można bo to strefa przygraniczna, o czym dowiadujemy się 5 minut później zatrzymując się przy bramce kontrolnej. Po odpowiedzi na pytania w stylu – czy wwozisz narkotyki, owoce, świeżą żywność itp. Jesteśmy bogatsi o żółtą karteczkę z zaświadczeniem o kontroli. Wjeżdżamy na terytorium Californii zwanej przeze mnie Kalafiornią (tak z przekąsem ;)). Kalafiornia jest zdecydowanie przyjemniejsza dla oka. Duże farmy, zieleń sztucznie nawadniana itp. Jakieś 100 km przed San Diego rozpoczynają się bardzo specyficzne góry, jakby usypane z kamieni otoczaków, tylko takich solidnych, metrowych. Bardzo fajnie to wygląda. Potem góry stają się jeszcze piękniejsze i tak już prawie do końca. Przed przedmieściami San Diego, zatrzymujemy się na kolejnej bramce kontroli granicznej. Obwąchuje nas piesek, a do tego musze odpowiadać na „podstępne” pytania w stylu: „Czy podoba mi się w USA?” i „Czy chciałbym tu mieszkać ?” Po kontroli wjeżdżamy do San Diego. Przedmieścia tego miast są licznie zamieszkałe (każda miejscowość kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców), rozłożone na górzystej przestrzeni i po prostu ładne. Dalej jest już trochę gorzej. Jest tu bardzo rozbudowany węzeł autostradowy i pomimo nawigacji czułe się tu bardzo niepewnie – przyznam, że miałem dużego stracha, bo decyzje o zmianie pasów trzeba podejmować błyskawicznie, a pomimo ograniczenia prędkości (65MPH) wszyscy tu gnają powyżej 70. Udało się nam jednak dojechać do naszego motelu, który położony był na południu, w dzielnicy znanej jako Imperial Beach. Rozłożyliśmy bagaże i postanowiliśmy się przywitać z oceanem, co jednak nam się nie udało z powodu odległości i tego że zrobiło się ciemno – czym bliżej równika tym słońce szybciej zachodzi. Po 19 trzeba chodzić z latarką ;) Zmęczeni jazdą i spacerem zasypiamy niemal natychmiast. Sam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 12 San Diego 25.06.12, 07:30 Dziś zwyczajnie zaspaliśmy. O 7:30 nikomu się jeszcze nie chciało wstać. Ocean przywitał nas chłodem. Jest tu przynajmniej 15 stopni mniej niż tam gdzie dotąd byliśmy. Rankiem chmury zasłaniają całe niebo. San Diego to całkiem spore miasto, położone na granicy z Meksykiem. Ponieważ nie wiem co mnie czeka w centrum, postanawiamy skorzystać z komunikacji miejskiej, zresztą nieopodal znajduje się stacja troley. Troley to taka kolejka miejska – skrzyżowanie tramwaju z pociągiem. Jeździ to na ziemi, i jest dosyć powolne, zwłaszcza w centrum gdzie stoi prawie na każdych światłach. Bilet dzienny na wszystkie autobusy i troley (bez pociągów podmiejskich – coaster) kosztuje tu 5$ od osoby dorosłej. W drodze na przystanek kolejki prysnął mit o czystej Ameryce – masa śmieci, przy drodze. Jeszcze nie wiem czy to bliskość granicy (w Meksyku to podobno jest dopiero śmieciarnia) czy też może efekt dużego miasta. Jest też wielu bezdomnych, podążają za swoimi wózkami. Generalnie jednak miasto jest barwne i raczej ładne, zwłaszcza Downtown. Z atrakcji nie można zobaczyć tu zbyt wiele. Moim celem był przede wszystkim lotniskowiec Midway, otwarty dla zwiedzających, jednak w tej kwestii nie było zgodności w rodzinie i płeć piękna wolała poczekać niż włóczyć się po okręcie. Mnie się on bardzo podobał. Wlazłem wszędzie gdzie było można. Koszt zwiedzania to 18$ od osoby dorosłej i 10$ od dziecka do lat 17 włącznie. Dzieciaki weszły za darmo bo znalazłem takie kupony w gazecie, którą zazwyczaj można znaleźć w motelach. Po lotniskowcu przeszliśmy się jeszcze podziwiając miast i zatrzymując się na śniadanio/obiad (branch ?). Tym razem poszliśmy po prostu do jakiegoś foodcort`u i każdy wybrał to na co miał ochotę. Ale czas leciał, i nie mogliśmy się zdecydować co robić dalej – może Water World a może plaża. Ogród zoologiczny , jeden z ładniejszych na świecie postanowiliśmy sobie darować, bo przeczytaliśmy, że pandy zazwyczaj śpią. Wybór padł na wodny świat, ale na skutek wypadku o którym dowiedzieliśmy się z informacji wyświetlanych na przystankach ruch w tym kierunku został chwilowo wstrzymany, i dobrze, bo potem okazało się, że bilety kosztują ponad 50$ od osoby. W tych niesprzyjających warunkach postanowiliśmy udać się na plażę, zwłaszcza, że byliśmy ku temu przygotowani. Tak też zrobiliśmy, tym razem pojechaliśmy tam jednak autobusem. Plaża Imperial Beach jest duża, piaszczysta i o tej porze roku raczej mało uczęszczana. Ciekawe kiedy tutaj jest sezon? Plaża jest strzeżona i to dosyć pilnie. Ratownicy są rozmieszczeni mniej więcej co 300 m i doglądają głównie początkujących serwerów. Osób kąpiących się jest jak na lekarstwo, co zapewne wynika z temperatury wody – coś koło 16 stopni Celsjusza. No ale być nad oceanem i do niego nie wejść? Nie z nami te numery ;) Powolutku, powolutku, fala po fali zanurzyliśmy się w wodzie. Nawet nie było tak źle. No to 2 oceany mamy już za sobą Atlantyk (w Maroku) i teraz Pacyfik. Mam nadzieję, że kiedyś wejdę także do Indyjskiego. Po kąpieli wysuszyliśmy się na słońcu. Niestety, nie było tu ani pryszniców ze słodką woda do opłukania ani przebieralni, a może po prostu my nie wiedzieliśmy gdzie szukać. Końcówkę dnia zepsuł nam niestety ból zęba jednej z moich pociech. Ząb dawał o s obie znać już od kilku dni, ale teraz zaczęło się na dobre. Chcąc nie chcąc poszedłem szukać dentysty, i bez trudu go znalazłem. Jak już kiedyś pisałem, w USA często działalności usługowe zintegrowane są razem w ramach kwartałów ulic zwanych tu blokami. Dentysta okazał się mężczyzną w średnim wieku. Jego zakład chyba był nastawiony na ludność meksykańską, gdyż jego personel mówił w tym języku i on sam porozumiewał się z nimi również po hiszpańsku. Na początek zapytałem o cenę zabiegu. Zatrucie zęba i założenie opatrunku miało kosztować 300$. Oczywiście przystałem na tą cenę, prawdę mówiąc bałem się, że będzie to sporo więcej. Sama usługa wykonana była w dosyć komfortowych warunkach, według mnie lepszych od tych z jakimi miałem do czynienia u nas. Przede wszystkim, stomatolog posiada rentgen na stanowisku pracy. Pacjent nie musi biegać po zdjęcie zęba. Po drugie, obraz zęba natychmiast pojawia się w powiększeniu na ekranie komputera i jego kopia zostaje dołożona do dokumentacji. W cenie, o której była mowa lekarz usunął również nerw, czyszcząc kanał i przepisał medykamenty. Zabieg trwał jakieś 50 minut i asystowały mu w tym dwie kobiety, z czego przynajmniej jedna była pielęgniarką. Według mnie pełen profesjonalizm. Na koniec dnia, zjedliśmy po burgerze i lulu. Sam Odpowiedz Link Zgłoś
saturn5 Re: Dzień 12 San Diego 25.06.12, 19:12 > enie opatrunku miało kosztować 300$. No to zrobil to za prawdziwe pol darmo, ja u swojego dentysty w Kalifornii place za cos takiego duzo, duzo wiecej. Ale gratulacje ze wszystko sie dobrze zakonczylo. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 13 Plaża nad Pacyfikiem 25.06.12, 07:32 Ten dzień od początku miał być dniem przeznaczonym dla mojej drugiej połowy. Mnie na dźwięk słowa plażowanie, ciarki przechodzą po plecach. Po prostu nie potrafię leżeć bezczynnie, a już leżenie na słońcu jest dla mnie nie do zniesienia. Bez filtra 50+ - no way. No ale ponieważ było to w planie, i aby zrewanżować się za ten lotniskowiec musiałem się zmusić do poświęcenia. Powstało tylko pytanie gdzie? Naszym kolejnym noclegiem miała być Yucca Valey, dlatego wybrałem po prostu najmniejszą miejscowość na mapie, położona nad Pacyfikiem w drodze do celu naszej podróży. Dodatkowo, nie posłuchałem nawigacji i zamiast od razy wjechać na autostradę, wybrałem dłuższą drogę, przejeżdżając imponującą estakadą przecinającą wyjście z zatoki, podziwiając flotę Pacyfiku, stojącą w zatoce, oraz dzielnicę mieszkańców o grubszych portfelach i marinę. To ciekawe widoki – z pewnością było warto nadrobić te parę minut. Dalej jechaliśmy już autostradami. Jeżdżę nimi już kilka dni (mam na myśli te duże i zatłoczone), ale nadal czuję się niepewnie i bardzo mnie to męczy. Przede wszystkim, irytujący są kierowcy zmieniający co chwila pas po to aby przesunąć się o 10 metrów naprzód. Takie auta wjeżdżają i z prawej i z lewej strony. Najniebezpieczniej jest gdy robią to z dwóch stron naraz w tej samej chwili, tuż przed moim nosem. Może się to wydawać śmieszne, ale na autostradzie, która ma 6 pasów w jedną stronę, objęcie uwagą wszystkich naraz jest naprawdę męczące. Sytuacja uspokaja się trochę kilkanaście kilometrów za metropoliami, i wtedy wszyscy jadą w miarę równomiernie, no chyba że są korki – co również mi się zdarzyło i to kilkukrotnie. Trasa z SD do LA jest mocno eksploatowana. Dodatkowo metropolie to tak naprawdę zbitki mniejszych miast, więc wyjeżdża się z takiego tworu przez kilkadziesiąt minut, co chwila przecinając inne miasto, co wiążę się z nowymi autami wjeżdżającymi na autostradę (oczywiście część też ją opuszcza). Pokonawszy jakieś 50 mil zjechaliśmy z autostrady. Jako, że wstaliśmy późno odsypiając dni poprzednie i nie jedliśmy śniadania, zapragnęliśmy napełnić czymś żołądki. Wybór padł na jakąś rodzinną, lokalną knajpkę serwującą dania meksykańskie. Każdy wybrał co innego, ale tylko ja byłem zadowolony ( i to bardzo). Czasami nie warto eksperymentować. Posiłek kosztował jakieś 30-35 $. Po tych kilkunastu dniach, stwierdzam, że to taki standard na obiad w fast-food’zie. Zostawiliśmy auto na głównej ulicy, upewniając się czy nie ma tu ograniczonej strefy postoju i wdrapaliśmy się na pas wzniesienia odgradzający ląd od oceanu. Plaża była tu piaszczysta (czarny piasek dla odmiany), ale po kilku metrach w oceanie, trzeba było przejść przez kilkumetrowy pas kamieni, co było zadaniem mało przyjemnym. Moje kochanie zabrało ze sobą gazety, abym nie miał wymówki i nie naciskał na wcześniejsze opuszczenie tego miejsca. Zanurzyłem się w wodzie, wyschłem i poczytałem trochę. Potem zrobiłem parę fotek i przespacerowałem przy skale, dając się po raz kolejny zmoczyć nieprzewidzianie silnej fali. Tak czy tak wytrzymałem tylko do 14:30 i zarządziłem odwrót. W końcu mieliśmy tego dnia przejechać jeszcze ponad 200 km. Dodam tylko, że tu również plaża była strzeżona i tu również woda była zimna – 16 stopni Celsjusza. Wyruszyliśmy dalej, trzymając się trasy wyznaczonej przez nawigację. Część drogi była nawet ładna, po drodze zatrzymaliśmy się przy kramie jakiegoś rolnika i zaopatrzyliśmy się w 6 koszyczków truskawek - takich 15 na 15 cm, o łącznej wartości 11$ oraz w świeże warzywa (pomidory, ogórki, cebulę). Potem wjechaliśmy na kolejną autostradę i nią przejechaliśmy już niemal do końca. Jakieś 15 mil przed naszym celem, wjechaliśmy w cień sporej góry, która pokryta była czymś białym (czyżby śnieg?). Tam też widziałem największą farmę wiatraków jaką udało mi się do tej pory spotkać – były ich setki, a może nawet trochę ponad tysiąc. Naprawdę imponujące wrażenie. Po zjeździe z autostrady w klimacie małych pustynnych miasteczek, dojechaliśmy do celu podziwiając drzewka Josuego, które zaczęły się powoli pojawiać. Samsung Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 14 Joshua Tree 26.06.12, 15:28 Nocleg był wyśmienity. Motel 8 prowadzony przez Hindusów, bardzo czysty i dobrze wyposażony (np. żelazko i deska do prasowania), przy czym bardzo przystępna cena - < 70$ z podatkiem za pokój dla 4 osób. Obok jadłodajnia Sizzlera, gdzie za stałą opłatę 10$ można dowolnie komponować sobie menu z bufetu – bardzo duży wybór, w tym dużo owoców, lody, zupy, sałatki itd., bez limitu ilości – nie omieszkaliśmy skorzystać w ramach kolacji dnia poprzedniego. Po drugiej stronie ulicy duży market. Wstaliśmy wypoczęci, zjedliśmy śniadanie zbudowane w oparciu o propozycję motelu i wczorajsze zakupy i ruszyliśmy w trasę. Droga do parku z Yucca Valey jest krótka, może z 30 minut do Visitors Center. Już tak nam się przyjęło, ze zawsze od niego zaczynamy wizytę w parku, przedstawiając obsłudze ile mamy czasu, prosimy o wskazanie najistotniejszych atrakcji. Zawsze przy okazji dowiemy się czegoś ciekawego i obejrzymy lokalną wystawę. JTNP to kolejny park, po którym niewiele sobie obiecywałem i ponownie zostałem mile zaskoczony! Drzewka i ich otoczenie są bardzo malownicze. Na tle porannego nieba świetnie prezentują się na zdjęciach. Na początek udaliśmy się do ukrytej doliny. Jest to 40 minutowy spacer z elementami „wspinaczki” – totalny „lajcik”, w pięknym otoczeniu. Szczególnie urocze są tu skałki. Potem udaliśmy się na kolejny spacer, tym razem zobaczyliśmy między innymi tamę, zbudowaną dla zwierząt przez jednego z ranger’ów, w cieniu której pasł się jakiś koziec (zwany tu bighorn sheep). Oczywiście stał się „ofiarą” naszego aparatu. Ta wycieczka również bardzo przypadła nam do gustu. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć ranczo pierwszego (białego, Indianie z pewnością byli tu przed nim) właściciela tych ziem – bardzo fajnie prezentowało się na pocztówkach, ale okazało się, że na tą atrakcję należy się udać z zarezerwowaną opieką przewodnika. Niby droga była otwarta, ale odstraszyły nas napisy informujące o konieczności rezerwacji. Na koniec, dojechaliśmy do punktu widokowego, z którego podziwialiśmy szeroką panoramę otoczenia. Ogólnie nie uznałbym tego parku za najlepszy, ale nie żałuję także czasu, który mu poświęciliśmy. Na koniec pożegnaliśmy drzewka i wyruszyliśmy w kierunku LA. Droga do LA wiodła przez przeciętnie wyglądające góry i malownicze pagórki pokryte trawą. Czym bliżej dojeżdżaliśmy, tym ruch na drodze był gęstszy. Zdecydowanie zwiększyło się też zagęszczenie mijanych miejscowości. Co chwilę mijaliśmy tablicę z nazwą miasta i ilością mieszkańców mierzoną w dziesiątkach lub setkach tysięcy (Na tablicy LA jest ponad 3 mln obywateli), jednak nie było tego widać po okolicy, gdyż miejscowości te położone są na wielu wzgórzach. Do Pasadeny dotarliśmy kilka godzin później. Tego dnia zdążyliśmy jeszcze rozpoznać najbliższe otoczenie i skromnie uczcić osiemnaste urodziny mojej latorośli. Samsung Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 15 Los Angeles 26.06.12, 16:32 Pobudeczka o 5:30. Mamy wykupione bilety do Universal Studio, które otwierają od 9:00, ale najpierw musimy zobaczyć aleję gwiazd. Po raz kolejny postanowiliśmy skorzystać z komunikacji miejskiej i po raz kolejny spotkaliśmy się ze zdziwieniem miejscowych, dla których ten środek lokomocji jest chyba czymś nienaturalnym ;). Z Pasadeny do LA Downtown jeździ kolejka podmiejska, nazywana tutaj Metro. Jest to linia złota, która jest linią naziemną. Całodzienny bilet kosztuje 5$ od osoby. Na głównym dworcu przesiadkowym (Union Station), który nota bene nie przypomina ani swoją wielkością ani otoczeniem głównego punktu przesiadkowego tak dużej metropolii (a może po prostu niewiele go zobaczyliśmy) przesiedliśmy się na linię czerwoną (podziemną), którą dojechaliśmy aż do Hollywood. Wysiadka na stacji Hollywood / Highland i już jesteśmy na alei gwiazd. Rozpoczęło się szukanie znajomych nazwisk i robienie zdjęć. Przy okazji oczywiście China Theather i odciśnięte w betonie kończyny co bardziej znanych celebrytów. Teatr Kodaka już się tak nie nazywa. Teraz jest to Dolby Teatr. Ze zdziwieniem zauważamy, że aleja gwiazd jest bardzo długa, obustronna i rozchodzi się na boczne ulice. Przeczytanie wszystkich nazwisk to spore wyzwanie, a czas leci. Wracamy do metra, zadowoleni ze zrobionych fotek. Jedziemy jedną stację dalej do Universal City. Tutaj po drugiej stronie drogi czeka już Pojazd z trzema przyczepami, tzw. shuttle bus ;), którym Universal wozi kapustę, przepraszam klientów, do swojej przetwórni, przepraszam wytwórni ;). Zakupiliśmy droższe bilety, umożliwiające korzystanie z atrakcji bez kolejek. Zwykły bilet to koszt jakichś 80$, first of line 149$. To duży wydatek, ale mamy ograniczony czas a chcemy zobaczyć jak najwięcej. Miasteczko jest już pełne. To ciekawy widok. W sumie nigdy nie byliśmy w czymś takim a ni nawet podobnym Disney- czy Lego-landzie. Zachęceni przeczytaną lekturą, spieszymy na najnowszą i najbardziej obleganą atrakcję, czyli Transformersów. Wchodzimy zaciekawieni, nie wiemy czego się spodziewać. Siadamy w małych „wagonikach”, zakładamy okulary 3D i rozpoczyna się 10-15 minutowa zabawa oparta o świetne efekty audio-video, połączone z szybkimi ruchami wagonika. Aż się w głowie zakręciło. Fajne to. Idziemy dalej – tuż obok jest Mumia. Okazuje się że to roller coaster, oczywiście w scenerii z filmu, ciemnościach i z efektami audio-video. Kurcze, czy wszystkie atrakcje opierają się o wywracanie mojego brzucha, zaczynam nabierać wątpliwości. Jakim cudem wszyscy tutaj jedzą i potem korzystają z tych kręcideł. Przy okazji przy wyjściu widzimy, że robią tu zdjęcia – na których mamy głupie miny. Zdjęcie fajne ale nie za 25$. Kolejny wagonik to wodna przygoda z Parkiem Jurajskim. Mam poważne obawy przed kolejnym rollerem, ale przejażdżka tym razem jest dużo przyjemniejsza i dosyć mokra ;). Nasze karty dobrze się sprawdzają – wszędzie kolejki po kilkadziesiąt minut, a my wchodzimy i już, przy czym zazwyczaj mamy najlepsze miejsca. Wyjeżdżamy do górnej części parku. Teraz atrakcją mają być Simpsonowie – no nie wiem nie oglądałem tej bajki i zupełni e nie czuję się w tym klimacie, dlatego nie bardzo mam ochotę tu wchodzić, ale rodzina zdecydowała – wszystko to wszystko. Po lekko nudnawym wstępie pakują nas do kolejnego wagonika i rozpoczyna się jazda. Faktycznie wagonik pozostaje w miejscu, jedynie przechyla się i poddawani jesteśmy działaniu dużych dmuchaw, które sprawiają wrażenie, że jesteśmy w ruchu. Cała przestrzeń wokół nas jest animowana. Łączne wrażenie jest bardzo przekonywujące i powoduje, że mózg mocno reaguje na te stymulowane bodźce. Z punktu widzenia, mojego żołądka, ta atrakcja była najmniej akceptowalna, choć może to efekt przejścia tych poprzednich. Przyszedł czas na wycieczkę po studiu filmowym. Najpierw jedziemy poprzez nudne hale dowiadując się gdzie kręcą taki czy inny serial. Jest niedziela, może w dzień roboczy życie trochę rozrusza ten widok. Potem jest już lepiej, miasteczko z tektury , naturalnej wielkości wygląda ciekawie, wystawa pojazdów z różnych filmów, krótki pokaz Kingkonga w 3D (znowu trochę wody). Dalej są fajne miasteczka westernowe z pokazem efektów zalewania, wątpliwe atrakcje jak pokaz z rekinem (szczęki) czy mordercy goniącego z nożem nasze wagoniki ;) Kluczowy jest oczywiście pokaz stacji metra z wpadającą doń ciężarówką i wodą z basenu powyżej. W sumie ciekawa wyprawa w krainę filmu, zwłaszcza dla tych którzy te filmy pamiętają. Byłbym zapomniał, jest jeszcze pokaz tańczących aut z Szybkich i Wściekłych. Po powrocie przeskakujemy na Schrecka – to krótki pokaz w kinie 3D (przepraszam teraz to wszystko jest 4D). Później prezentacja efektów specjalnych – w sumie nic nadzwyczajnego. Nie wiem dlaczego, ale moje Kochanie jest szczęśliwe jak małża. Mnie zaczyna ten park już nudzić. Przyszedł czas na dom strachów – to standard z wesołych miasteczek, tyle że większy. Moja rada – trzeba chodzić pojedynczo. Ja nie miałem z tego żadnej zabawy bo nikt mnie nie wystraszył – szedłem na początku a reszta trzymała się mnie jak rzep psiego ogona. Teraz Terminator – znowu pokaz, tym razem z obecnością aktorów, najfajniejsze jest jego zakończenie. Pozostał jeszcze Wodny Świat, ale że była to ostatnia atrakcja i musielibyśmy na nią czekać godzinę, postanowiliśmy opuścić miasteczko i zjeść coś na mieście (ceny w parku były trochę (2x) zawyżone). Tą sama linią metra przejechaliśmy na stację Hollywood/Vine. Byliśmy trochę zaskoczeni, widząc że aleja gwiazd ciągnie się aż tutaj. Stąd poszliśmy spacerkiem trochę ponad kilometr w górę, aby zobaczyć napis Hollywood i zrobić mu zdjęcie. Było dosyć ciepło i nie chciało nam się wspinać dalej. Dla najlepszych ujęć, trzeba by iść jeszcze przez godzinę. Wróciliśmy do metra i na koniec wysiedliśmy na stacji Pershing Sq. To centrum starej części miasta. Aleje tanich sklepów i ciekawe budynki. Robiło się coraz później i atmosfera i w pobliżu kręciło się coraz więcej podejrzanych typów – potem okazało się, że na placu wydają posiłki bezdomnym, których jest tu naprawdę dużo. Nas jednak bardziej niepokoiła młodzież z wytatułowanymi twarzami i hardymi spojrzeniami, która jakoś dziwnie kojarzyła mi się z gangami. Nie chcąc kusić losu, wróciliśmy do naszego motelu. Przemęczeni ale zadowoleni szykujemy się na dzień następny, a jutro pobudka wypada równie wcześnie ;) Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 15 Los Angeles IP: *.hsd1.ca.comcast.net 26.06.12, 22:15 >>Na głównym dworcu przesiadkowym (Union Station), który nota bene nie >>przypomina ani swoją wielkością ani otoczeniem głównego punktu przesiadkowego >>tak dużej metropolii Przykladasz miary europejskie do oceny kolei. Kolej pasazerska (obojetnie czy podmiejska czy dalekobiezna) w US jest zupelnie podrzednym srodkiem transportu, praktycznie zupelnie nie liczacym sie. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 16 Sequoia 27.06.12, 08:35 Wstaliśmy o 6:00. Przed nami sporo drogi więc, nie zjedliśmy nawet śniadania. Dopiero przy tankowaniu uraczyliśmy się hot-dogami. Wyjazd z LA wiedzie nas przez autostradę, która wije się w górzystym terenie. Powoli w krajobrazie dominować zaczynają pokryte żółtą trawą pagórki. Kalafiornia pokazuje nam swoje drugie oblicze. Za górami rozpoczynają się malowniczo zielone uprawy: truskawki, winogrona, w końcu olbrzymie sady pomarańczowe i brzoskwiniowe. Ten sielski widok zaburza jednak obraz śmigłowca, który zrzuca na opisane powyżej uprawy kolejne tony chemii, co nie odparcie kojarzy mi się z Monsanto, a to nie jest dobre skojarzenie. Nawigacja prowadzi nas przez małe drogi położone wśród gór i upraw. Czasami mija nas samochód szeryfa, innym razem przejeżdżamy wśród wypasającego się bydła. Miejsce upraw zajmują teraz małe wieże wiertnicze, których dziesiątki ciągną się po obu stronach naszej drogi i niestrudzenie wysysają ropę. Co jakiś czas widzimy przepompownie, do których ta ropa spływa. W końcu dojeżdżamy do Three Rivers. Mijamy po lewej duże położone wśród gór jezioro i powoli wspinamy się pod górę. Przejeżdżamy granicę parku i naszym zwyczajem udajemy się najpierw Visitors Center. Pomocna Pani Strażnik wskazuje nam główne atrakcje i informuje o ograniczeniach w ruchu związanych z remontem dróg w parku. Czym prędzej wyruszamy dalej, aby zdążyć jeszcze przejechać przez zamykany obszar w aktualnym okienku czasowym. Ktokolwiek planuje tu swoją wycieczkę powinien wziąć takie naprawy pod uwagę, gdyż bardzo spowalniają i są długotrwałe, obecne będą trwać przynajmniej do końca wakacji. Jedziemy krętymi górskimi drogami. Wjeżdżamy coraz wyżej. Zieleń drzew jest bardzo przyjemna dla oka. W końcu widzimy to po co tu przyjechaliśmy, szerokie pnie sekwoi. Zostawiamy auto na niewielkim parkingu przy Muzeum „Wielkiego Lasu” i rozpoczynamy sesję zdjęciową. Sekwoje są bardzo fotogeniczne. Ich brązowe pnie i zielone korony świetnie kontrastują z błękitem nieba. Jest tu naprawdę przepięknie. Autobusem parkowym dojeżdżamy do największego drzewa świata – Generała Shermana. Nie jest to może najładniejsze drzewo, czas odcisnął na nim swoje piętno, ale i tak zachwyca i budzi szacunek. Naszym kolejnym celem był punkt widokowy Moro Rock (ponad 2 tys. m) z którego roztaczał się wspaniały widok na okolicę. Stąd znowu autobusem przejechaliśmy obok słynnego Tunnel Log (zapewne każdy kojarzy zdjęcie z samochodami przejeżdżającymi przez tunel wycięty w pniu drzewa) do miejsca zwanego Crescent Meadow, w którym rozpoczęliśmy kilkumilowy spacer przez las, którego celem było dotarcie do parkingu, na którym znajdował się nasz samochód. Przed rozpoczęciem wycieczki warto zaopatrzyć się w mapę szlaków spacerowych, którą można otrzymać w centrum, a która jest zdecydowanie dokładniejsza i pełniejsza od tej, którą otrzymuje się przy wjeździe. Przechodziliśmy sami wśród olbrzymich drzew i mijaliśmy rozległe zielone polany, wszędzie było widać ślady pożaru który mocno zniszczył tutejszy drzewostan. Czasem szliśmy ścieżkami, którymi nikt tego dnia jeszcze nie szedł (były pograbione). To niesamowite wrażenie, które trudno przyrównać do innych. Parki pustynne są wspaniałe, ale nie mają tego czegoś co można znaleźć w obcowaniu z pierwotnym lasem. Spotykaliśmy zwierzęta, których nie potrafię nazwać – coś jak pomarańczowe zmieszanie bobra z borsukiem, wszędzie było głośno od świergotu ptaków. Po prostu rewelacja. Żałuję, że nie mam więcej czasu, a przecież na północy jest jeszcze Kings Kanyon NP. Ale czas biegł nieubłaganie, zatem i my musieliśmy się już zbierać. Nocleg nasz znajdował się w Maderze, więc trzeba było jeszcze spory kawałek dojechać. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 17 Yosemite 27.06.12, 08:39 Dziś pospaliśmy do 7:30 co nie było najlepszym pomysłem, ale kiedyś spać trzeba. Znowu bez śniadania, bo nie za bardzo było gdzie zjeść, a zapasy nam się wyczerpały ruszyliśmy w kierunku Marioposy. Nawigacja wybrała nam wąską i wijącą się wiejską drogę, która sama w sobie była świetną atrakcją. Najpierw mijaliśmy wiejskie rancza, takie jak można czasami zobaczyć na filmach, a potem pokonywaliśmy niezliczone zakręty wśród pagórków pokrytych ciemno żółtymi trawami, które na tle niebieskiego nieba wyglądały jak idealnie dopasowane. Oczywiście musiałem to sfotografować. Pomiędzy kolejnymi zakrętami naraz na środku drogi znalazł się granatowo ubarwiony paw, no czego jak czego ale pawia się tu nie spodziewałem. Przed samym wjazdem do parku mijamy małe klimatyczne miasteczko. Zachwyt na jego temat nieco opada, gdy za paliwo na stacji musimy zapłacić 4,1$ za galon – jak na razie to najdroższe paliwo, jakie w USA spotkałem (najtańsze znalazłem po 3,47 kilka dni wcześniej. Jeszcze tylko wizyta w Visitors Center, gdzie znowu uzyskaliśmy wiele informacji oraz wizyta na poczcie (w końcu trzeba kupić znaczki i wysłać te kartki – koszt znaczka do Europy to 1,05$, kartka „idzie” 4-5 dni) i możemy ruszać w dalszą drogę. Najpierw jedziemy wzdłuż rzeki, dnem wąskiego kaniony, pokonujemy przełęcz i rozpoczynamy powolną jazdę po niekończących się zakrętach, która ma nas wywieźć na odpowiednią wysokość. Wjeżdżamy do doliny, której widok zapiera dech w piersiach. Dolina jest niewielka, otoczona olbrzymimi skałami, z których z prawa i lewa spływają na dół strumienie, tworząc widowiskowe wodospady. Środkiem płynie płytka rzeka, w której można zanurzyć nogi, a nawet miejscami zanurzyć się całkowicie – czego nie polecam bo woda dosyć zimna, ale amatorów takiej kąpieli widziałem. Przez dolinę wiodą dwie równoległe, jednokierunkowe drogi. Kto raz nimi przejedzie, zna już topografię na pamięć. Można ją objechać specjalnym „tramwajem”, koszt od osoby 25$, ale zdecydowanie lepiej zrobić to osobiście autem, choć trzeba przyznać, że pomimo wielkiej ilości miejsc parkingowych, parkowanie jest rzeczą czasochłonną i wymagającą odrobiny szczęścia. Po prostu ruch tutaj jest taki, jak w Zakopanem na Krupówkach po południu. Wszędzie pełno dzieciaków, mnóstwo rowerzystów, kampery i setki pieszych. Choć widoki są wspaniałe, to jednak mnie tak liczne towarzystwo bardzo przeszkadzało. Na początku byłem przekonany, że czas który sobie daliśmy na zwiedzenie tego parku to zdecydowanie za mało (mieliśmy tylko 6 godzin) ale po namyśle stwierdziłem, że to wystarczy. Obejrzeliśmy wodospady, mnie wybierając się jednak na dłuższe szlaki wspinaczkowe. Żałuję tego, ale zdaję sobie sprawę, że gdybym wybrał któryś z tych naprawdę ciekawych, to znowu przez kilka dni byłbym wyczerpany. Tak, może kiedyś jeszcze tu przyjadę? Przy wodospadach znowu pełno zwierząt: sarny, ptaki, wiewiórki – których widok mniej mnie tu dziwi niż widok kota, bo wiewiórek widziałem już setki a kota jednego. Pobrodziliśmy trochę w rzece, zrobiliśmy kilka fajnych zdjęć i pojechaliśmy wyżej, w miejsce z którego rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na dolinę – tzw. Tunel View. Stąd 16 mil jazdy w górę i dojechaliśmy do punktu widokowego Glacier. Teraz mogliśmy obejrzeć dolinę i okolice również z góry. Po drodze mieliśmy niespodziankę dla wytrwałych. 15 metrów od nas buszował w polu zielonych roślin dosyć spory niedźwiadek. Zrobiliśmy mu zdjęcie po czym taktycznie opuściliśmy to miejsce nie czekając na ewentualny kontakt z mamą tego jegomościa, choć może był już na tyle duży że samodzielny. Droga z powrotem była uciążliwa, gdyż trafił nam się kamper, którego wyminąć nie było można, a który blokował nas przez prawie godzinę, jadąc zdecydowanie wolniej, niż my byliśmy w stanie. Ostatecznie na nocleg, który dziś wypadał nam w Sacramento dojeżdżaliśmy już po ciemku, zmęczeni, ale z bagażem nowych wrażeń i doświadczeń. Sam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 18 San Francisco 29.06.12, 16:06 Tylko nasz upór w dążeniu do celu, którym było zadowolenie z wakacji, nie zmienił dzisiejszego dnia w totalną porażkę. Nasze problemy były wynikiem wielu czynników, ale przynajmniej części z nich dałoby się uniknąć. Poprzedniego dnia na miejsce noclegu wybraliśmy Hayward. Nasz motel położony był w centrum tej miejscowości. Na nocleg dojechaliśmy bardzo późno, i zanim się ułożyliśmy do snu wybiła już 12:00. Telefonów komórkowych tu nie używamy (minuta rozmowy w roamingu to 10 zł), dlatego nikt nie dopilnował aby były załadowane, skutkiem czego nie mieliśmy budzika. Nasz pokój, choć w środku ładnie urządzony, położony był w taki sposób, że wejście z oknem znajdowało się w niszy za ścianą. W efekcie światło dzienne nikogo nie obudziło i radośnie obudziliśmy się o 8:20. Zanim się zapakowaliśmy była 9:00. Kolejnym problemem okazał się wyjazd z miasta. O tej godzinie wszyscy stali w jednym wielkim korku. Jechałem tak ze 25 minut, zanim zorientowałem się, że problemem jest zwężenie ulicy i po prostu objechałem je ulicą równoległą. Nie rozumiem tutejszych mieszkańców – może po prostu nie są nauczeni kreatywnego myślenia, ale 90 % z nich stało w tym korku jak owce…. Droga do autostrady zajęła nam może z 10 minut i po chwili pędziliśmy w kierunku … no właśnie. Nie wiem dlaczego, ale sprawa wydawała mi się tak oczywista, że nie zapoznałem się z topografią miasta. Nie miałem świadomości, że w połowie zatoki istnieje dodatkowy most, co gorsza wybrałem nam dojazd do SF od południa i niejako z rozpędu – do teraz nie wiem dlaczego (chyba z przyzwyczajenia ;)) odpowiedziałem negatywnie na pytanie nawigacji, czy korzystać z dróg płatnych. (Z tego co dotąd widziałem, a przejechałem już ponad 5 tys. km drogi w USA są bezpłatne. Płatne są czasem mosty - co ciekawe czasem tylko w jedną stronę, spotkałem też fragmenty ekspresowych autostrad – oznaczonych jako Fastrak, ale bałem się z nich korzystać, gdyż mogą wymagać płatności poprzez kartę elektroniczna – tak jak w Europie – a nie posiadając takowej nie chciałem mieć nieprzyjemności. Generalnie nie wiem jak to funkcjonuje – jeżeli ktoś ma taką wiedzę to niech napisze.). Ostatecznie nawigacja skierowała mnie na autostradę, której przebycie powinno zająć jakąś godzinę. Nam zajęło ponad trzy. Spotkaliśmy wszystko, wypadek na autostradzie, zepsuty samochód, roboty drogowe i na koniec zwykły ruch uliczny – poruszaliśmy się co chwilę stając w korkach. Carpool, czyli pas zarezerwowany dla aut z kilkoma pasażerami ( min 2 albo 3) funkcjonuje tu w wyznaczonych godzinach – od 6:00 do 9:00, więc nic nam to nie pomogło. Przez most przejechaliśmy około 12:00 (opłata 6$ tylko w kierunku do SF). Urocze widoki, robi wrażenie, choć strasznie tam wieje. Zrobiliśmy parę zdjęć popatrzeliśmy sobie na Alcatraz i postanowiliśmy przejechać 49 milową trasę po SF. Prawie nam się to udało – nie dotarliśmy do zoo bo droga była zamknięta i raz uciekliśmy z korka skracając sobie drogę. Trasa jest świetna, po drodze można zobaczyć wiele ciekawych miejsc i doświadczyć jazdy po tutejszych pagórkach (moje kochanie miało wielką radochę z prowadzenia auta w tych warunkach). Naprawdę polecamy tą trasę. W parku oglądaliśmy bizony, z Twin Peaks panoramę SF, dzielnice narodowe, tramwaje zjeżdżające po stromych wzniesieniach i słyną drogę z zakrętami. Nie będę tu wymieniał wszystkiego – zainteresowanych odsyłam do źródeł internetowych (49 miles scenic drive SF). Na koniec zostawiliśmy auto na parkingu przy nabrzeżu i za 16$ od osoby zwiedziliśmy tutejsze akwarium – jest mniejsze od tego, które widzieliśmy w Barcelonie, ale za to mają ciekawą ekspozycję z amebami, meduzami i ośmiornicą. Najważniejsze że na koniec jest specjalny basen, w którym można dotknąć płaszczki, małego rekina, rozgwiazd czy ukwiałów. Fajne to. Kiedy wychodziliśmy byliśmy zadowoleni ale zaczynało się już ściemniać. Ogólnie SF jest przeurocze. Jeden dzień, zwłaszcza tak obcięty jak nasz to stanowczo za mało. Uprzedzam jednak, że ceny są tu „kurortowe”. Wprowadziłem do nawigacji Sacramento, wybrałem płatne drogi i … znowu staliśmy w korkach, na szczęście tym razem już krótszych. Do celu dotarliśmy bardzo późno, ale uparłem się aby jeszcze tego dnia zatankować. Sklep na stacji był już zamknięty, więc nawet napojów nie było gdzie kupić. Z braku czasu po woli przestawiamy się na jeden posiłek dziennie ;) Na koniec, wprowadziłem cel kolejnego dnia podróży – West Yellowstone. Nawigacja podała nam 1580 km, 14 godzin jazdy. To oznacza pobudkę o 5:00. Czas iść spać. Osobom planującym zwiedzanie SF radzę, aby nocleg wybrały sobie jak najbliżej miasta. Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 18 San Francisco IP: *.hsd1.ca.comcast.net 29.06.12, 18:48 >> Generalnie nie wiem jak to funkcjonuje jeżeli ktoś ma taką wiedzę to niech napisze.). Do uzywania Fastrack musisz miec specjalne urzadzenie ktore ma rozmiar starych plaskich pudelek na papierosy ktore ludzie z reguly maja przyklejone do szyby. Kazdy twoj przejazd przez most jest notowany przez urzadzenie umieszczone nad droga i odejmowany z twojego bilansu (masz na to konto). Nie jest to dla turystow - musisz miec wszystko przedplacone za wczasu. Fastrack to bardzo szybka metoda na placenie za przejazdy na (platnych) mostach i znacznie przyspiesza przejazdy. Poza tym system Fastrack dziala na niektorych autostradach i pozwala ci uzywac linie Carpool mimo ze nie masz minimalnej ilosci ludzi w samochodzie (innymi slowy placisz za przywilej szybszej lini). Sa kamery ktore fotografuja tych co probuja oszukiwac. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Re: Dzień 18 San Francisco 02.07.12, 04:52 Dziś właśnie jechałem kawałkiem takiej autostrady w Salt Lake City. Nie miała w nazwie Fastrak, ale jakieś inne oznaczenie. Co jakąś milę były na górze tablice informujące o koszcie przejazdu przez taki odcinek - z reguły było to 0,25$. Pewnie też trzeba mieć jakieś urządzenie. Carpool oznaczony był jako HOV 2+ i dla takich pojazdów jak nasz był darmowy. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem co to takiego ten HOV bo kiedyś już coś takiego ominąłem. W necie wyczytałem, że to High-occupancy vehicle lane. Oprócz tego może się nazywać również diamond lane albo transit lane. Odpowiedz Link Zgłoś
saturn5 Re: Dzień 18 San Francisco 30.06.12, 04:11 >> Płatne są czasem mosty - co ciekawe czasem tylko w jedną stronę, Ja sie tez kiedys nad tym dziwowalem ale jak sie zastanowisz to jest to bardzo logiczne i praktyczne. Takie budki z tollami zajmuja kupe miejsca, muisz miec ludzi do pracy, poszerzona droge dojazdowa, nie mowiac o nastepnych kolejkach do placenia, itp. A szansa jest olbrzymia ze jak ktos jedzie mostem w jedna strone to bedzie wracac tym samym mostem w druga strone, wobec tego po prostu od razu za przejazd placisz jakby podwojnie za obie strony. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 19 Droga do Yellowstone (coś dla kierowców) 30.06.12, 08:38 Wiedzieliśmy co nas czeka - 15 godzin jazdy, więc pobudka i załadunek wypadły bardzo sprawnie. Na ulicach było trochę samochodów, ale korków na szczęście nie było. Przed nami długa droga, musimy przejechać przez Kalifornię, Nevadę i Idaho, aż do Minesoty. Kalifornia żegna nas górami, w Nevadzie – jak to w Nevadzie – same pustynie. Ciekawie wypadło Idaho – to typowo rolniczy stan, klimat i otoczenie, nawet miasta i ich okolice, zdecydowanie bardziej przypominają to do czego przyzwyczajeni jesteśmy u siebie. Czułem się jadąc tędy bardzo swojsko. Na koniec, znowu wjechaliśmy w góry i tak pośród lasów dotarliśmy do West Yellowstone. Miasteczko bardzo przyjemne, choć w 100% nastawione na obsługę turystów – tylko motele, restauracje, sklepy i stacje benzynowe. Ceny oczywiście odpowiednio wyższe. Z racji tego, że dziś niewiele mam do napisania – skupię się trochę na drogach i warunkach jazdy. Generalnie na większości głównych dróg stanowych (jeżeli się to inaczej tłumaczy to proszę o korektę) zwanych tutaj highway obowiązuje prędkość 65 MPH (czasem ze względu na specyficzne warunki 55 MPH) Na długich pustych odcinkach (w CA takich nie spotkałem ale w NV już jak najbardziej) można jechać z prędkością 70 a nawet 75 MPH – wszystko jest czytelnie opisane na znakach drogowych, trzeba jednak czytać co jest na nich napisane, czasami dotyczą tylko ciężarówek albo innych wyszczególnionych pojazdów. Na autostradach (freeway) jest bardzo podobnie. W zasadzie czasami trudno je rozróżnić. Generalnie autostrady są bezkolizyjne, na highway-ach spotkać można wszystko – skrzyżowania, przejazdy kolejowe, przystanki szkolnych autobusów czy nawet stada bydła. Oczywiście są tu również ograniczenia, stopniowane co 10MPH – 45 w miastach, 35 również w miastach albo w trudnych warunkach, 25 jeżeli stoi przed tobą szkolny autobus albo w warunkach bardzo specyficznych. Aby ograniczenie było mniejsze niż 25 (nie pamiętam czy spotkałem) warunki drogowe muszą być wybitnie specyficzne. Kolor biały, znak prostokątny - to znak informujący, żółty może być albo znakiem specjalnym związanym z jakimś wydarzeniem albo znakiem oznaczającym prędkość proponowaną – np. na górskich zakrętach. Wszystkie roboty drogowe, są oznaczone ze znacznym wyprzedzeniem, czasem nawet stoi przy nich patrol z migającymi światłami albo lokalny szeryf. Kierowcy jeżdżą tu zazwyczaj bezpiecznie, na razie widziałem tylko dwóch "totalnych idiotów” jadących powyżej 100MPH i kluczących po pasach. Ze względu na usystematyzowany i szybki ruch nie ma tu problemu z „wpuszczeniem” auta z pasa sąsiedniego. W zasadzie nikt na nikogo nie trąbi ani nie robi innym na złość. Tylko w dużych miastach zdarzali się niecierpliwi. Jeżeli pasy się zbiegają to ten, który jest pierwszy, choćby nawet jechał wolniej wjeżdża na pas wspólny, a ten z tyłu hamuje. Szybko można się przyzwyczaić. Wydaje się, że nie obowiązuje tu zasada prawego pasa, jak w Europie. Na różnych pasach samochody jadą według własnego uznania. Częste jest wyprzedzanie z prawej strony. Często też ten z lewej i ten z prawej jadą z tą samą, albo niewiele różniącą się prędkością, a ten z tyłu musi czekać aż się coś zmieni – aczkolwiek w takich warunkach, ci po lewej jadą albo z maksymalną albo trochę wyższą od niej prędkością. To wszystko co tu piszę to moje odczucia – jeżeli, ktoś ma szersze pojęcie w tym zakresie i własne doświadczenia to proszę o korektę. Zanim tu przyjechałem, zapytałem kolegę jaki jest tu margines tolerancji policjantów. Odpowiedział, że około 10 MPH. Nie wiem czy tak jest w rzeczywistości, ale jeżeli warunki na to pozwalają to wielu kierowców właśnie tak jeździ, tzn. szybciej o 5 lub 10 MPH. Jazda szybsza to raczej rzadkość. Na drogach jest wiele patroli – głównie Highway Patrol. Często widywałem stojące na poboczu auta patrolu z migającymi czerwono-niebieskimi światłami i zatrzymane przez nich pojazdy. Kilka razy widziałem też takie patrole jadące w ruchu drogowym. Raz jeden na poboczu strzelał do mnie radarem - jechałem może >5MPH, a może nawet poprawną prędkością, bo 300m wcześniej były roboty drogowe i nakaz obniżenia prędkości do 55MPH, oraz inny patrol z włączonymi światłami. Zdaje się, że działania tych służb w dużej mierze są tu nastawione na bezpieczeństwo i dlatego właśnie w takich strefach należy się najbardziej pilnować. Miałem takie zdarzenia, że przez dłuższy czas – jakieś 20 min jechał przede mną patrol. Obowiązywało 65MPH, on jechał trochę mniej niż 75MPH. Za nim cztery samochody w ogonku, i nikt nie chciał go wyprzedzić. Co jakiś czas dojeżdżał ktoś nowy, ale jak tylko przeskoczył na prawy pas celem wyprzedzenia tego korowodu i zobaczył patrol, karnie zajmował miejsce w szyku. Wielu miało ochotę jechać trochę szybciej, ja również, bo była to droga pustynna i wcześniej wszyscy jechaliśmy jakieś 80MPH. W pewnym momencie rozpoczęły się roboty drogowe i był znak ograniczenia do 55 oraz informacja o tym, że prawy pas zostanie zamknięty. Patrol zwolnił do jakichś 60. Kierowca auta, które jechało tuż za patrolem, albo nie zauważył znaku albo żle pomyślał, bo w tym momencie postanowił wyprzedzić patrol z prawej strony. Reakcja patrolu była natychmiastowa – zajechał mu drogę. Potem wszyscy wrócili na lewy pas, a prawy dosłownie za 100m był już zamknięty. Wydawało mi się, że się sprawa rozejdzie po kościach, ale jak tylko roboty się skończyły – jakieś 3 mile dalej, patrol zamrugał i oba auta zjechały na pobocze. Oczywiście wszyscy skwapliwie wykorzystaliśmy tą sytuację aby się oddalić, ale szkoda mi było tego kierowcy który męczył się z patrolem przez 20 min, a na koniec dał się tak złapać. Innym razem na totalnej pustyni – droga 95 z Nevady do Idaho, gdzie inne auto widziałem raz na 5 minut – limit 70MPH – ja jechałem ok 80MPH, w pewnym momencie jadący z naprzeciwka biały Van zamrugał do mnie światełkami (czerwono – niebieskimi, a nie drogowymi ;)) On zwolnił, ja zwolniłem, po czym on zgasił te światła i pojechał dalej. W sumie nie wiem co miałem zrobić w tej sytuacji. Zatrzymać się i czekać, aż zawróci czy jechać dalej. Ostatecznie zwolniłem i pojechałem dalej. Mam nadzieję, że nie zatrzymają mnie na lotnisku ;). Same drogi są raczej dobrej jakości, ale nie tak dobre jak niemieckie. Nie ma dziur, ale zdarza się ze trzęsie, albo, że się podskakuje. Nie są też chyba tak bezpieczne jak się powszechnie u nas uważa – świadczą o tym dziesiątki, a może i setki krzyży, jakie mijałem przy drogach – zwłaszcza w małych miejscowościach. Dziś też widziałem przewróconą i płonącą ciężarówkę (RV). Mam nadzieję, że pasażerom nic się nie stało. Jeżeli ktoś chce to zmienić to mają tu bardzo fajny program – każdy może „zaadoptować” fragment autostrady. Informują o tym tablice we wszystkich stanach. Na koniec muszę wspomnieć, że najmilszą niespodziankę zrobiła mi dziś nawigacja. Mniej więcej w 1/5 drogi zapiszczała radośnie i oznajmiła, że znalazła nową, krótszą o 76 minut trasę (to było ok 85 mil), dzięki czemu byłem na miejscu całkiem wcześnie – to znaczy tak myślałem, zanim się nie dowiedziałem że jest tu (ID, WY, MT) inna strefa czasowa (+1). To na dziś tyle. Pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 20 Yellowstone 30.06.12, 09:49 Dziś sobie pospaliśmy. Po pierwsze dłużej niż zwykle, po drugie dłużej bo inna strefa czasowa. Poza tym na Yellowstone przeznaczyłem 2 dni, kierując się opiniami innych. Z rana trochę podniosła mi ciśnienie Pani z recepcji, a w sumie to nie ona tylko polityka motelu. Śpimy w Days Inn – choć sobie obiecywałem, że już nie skorzystam z tej sieci, ale akurat ten nocleg rezerwowałem z większym wyprzedzeniem. Ceny noclegów w Yellowstone są bardzo wysokie. Ja za nocleg (4 osoby) płaciłem prawie 240$ - to trzy razy więcej niż gdzie indziej. Pokoje duże, czyste i nawet dobrze wyposażone, internet całkiem szybki. Poszło jednak o śniadanie. Motel reklamuje się szeroko, że w cenie jest normalne (tzn. nie kontynentalne) śniadanie. I prawie jest, ale jak wiadomo prawie robi różnicę. Wynająłem pokój dla 4 osób na dwa dni, ale według polityki motelu na jeden pokój przysługują tylko 2 kupony. Do tego należy zapłacić podatek od tych śniadań, zakupić napoje i dołożyć napiwek (co jest napisane na tym kuponie !). Już samo to bardzo mi się nie podobało, ale kulminacja miała miejsce w momencie, w którym dowiedziałem się, że nie mogę wymienić 2 sobotnich kuponów na 2 piątkowe, wtedy wszyscy razem zjedlibyśmy to śniadanie. Oczywiście mogłem po prostu kupić to dodatkowe śniadanie dla 2 osób, ale po zapoznaniu się z menu, z cenami i asortymentem, doszedłem do wniosku, że to się wcale nie opłaca. Dlatego oddałem Pani te kupony, dodając, że to napiwek dla menedżera. Nie omieszkam wystawić motelowi oceny w TA. Ale co tam, nie to najważniejsze, zwłaszcza, że dnia poprzedniego zdążyłem jeszcze zrobić w markecie zakupy – kupiłem sobie pomidorową Campbell`a – w końcu spróbuję jak smakuje! Zgodnie z naszym zwyczajem zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyt w centrum dla odwiedzających. Otrzymaliśmy mapki i parę wskazówek. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Zachodni wjazd do parku jest 200 metrów od miasteczka, w którym się zatrzymałem. Przed wjazdem trzy okienka i jedna długa kolejka – co dziwne, na pasie oznaczonym jako ekspresowy, czyli tylko dla tych, którzy mają już wstęp wykupiony. Ach „te dziwne ludzie”, przecież nigdzie nie jest napisane, że inne pasy nie obsługują ludzi z wykupionymi biletami. My mieliśmy, skorzystaliśmy z innego pasa i wjechaliśmy 3x szybciej. Jedziemy przez lasy, potem wzdłuż małej rzeki. Wszystko to jest ładne, ale jakoś tak nas „nie podnieca”. Myślę, że dlatego, iż są to krajobrazy zbliżone do tych jakie mamy u siebie. Czekamy na to coś, co nas zachwyci – w końcu to przecież Yellowstone! Park to w zasadzie dwie pętle (każda minimum 4 godziny jazdy) i to co jest przy nich położone. My na dziś wybraliśmy tą niższą i rozpoczęliśmy od wizyty przy gejzerach. Fajne są, nic dodać nic ująć. Naprawdę warto je zobaczyć. Może nie wyglądają tak pięknie jak w przewodnikach, ale do tego trzeba pewnie trafić na odpowiednią porę dnia i roku. Błękitne baseny gorącej wody, kolorowe minerały i siedliska bakterii. Kontynuujemy naszą podróż. Oglądamy małe wodospady i gorące źródła. Decydujemy się na pieszą wycieczkę, mamy trochę czasu, a poza tym doświadczenie uczy nas, że parki trzeba poczuć – oglądanie zza szyby samochodu to tak jak … (miałem kilka skojarzeń – dopowiedzcie sobie sami ;)). Idziemy szlakiem, który obok wodospadów wiedzie nas na pobliską górę – około 40 minut wspinaczki. W sumie szlak miał jakieś 3 mile i zajął nam 2 godziny (Mystic Falls). Widok z góry rewelacyjny, w końcu znaleźliśmy to po co przyjechaliśmy! Jedziemy dalej, kolejne gejzery i w końcu dojeżdżamy do jeziora. Jest bardzo duże. Po drugiej stronie widać ośnieżone szczyty. Stoję owiewany chłodnym wiatrem, patrzę na jezioro i dociera do mnie gdzie jestem – bezcenne. Ale najważniejszym bogactwem tego parku są w mojej ocenie zwierzęta. Jest ich tu bardzo dużo i są mało płochliwe. To niesamowite uczucie, móc obcować tak bezpośrednio z dziką przyrodą. Przede wszystkim jest tu bardzo wiele bizonów – są właściwie wszędzie. Nie trafić tu na bizona jest tak trudno jak spotkać prawdomównego polityka. Oprócz nich w sidła mojego aparatu wpadły: kojot (z tego jestem wybitnie zadowolony – córka go wypatrzyła, a potem przebiegał dwa metry od mojego auta), jelenie wapiti (zwane tu Elk), mulaki (Mule deer), świstak żółtobrzuchy (Yellow-bellied marmot) i jakieś wiewiórki. Widziałem także kawałek niedźwiedzia grizzly – uszy i kark, ale przez lunetę – mój aparat nie ma obiektywu o takim powiększeniu. Do szczęścia brakuje mi jeszcze łosia, pumy i … grzechotnika. Trzeba tu mocno przyglądać się otoczeniu, albo liczyć na to, że już ktoś inny wypatrzył zwierzynę – wówczas w takim miejscu pojawia się dużo samochodów. Tak dziś trafiłem na te niedźwiedzie. Na górce stał ranger z lunetą i kupa gapiów. Generalnie bardzo nam się ten dzień podobał. Zobaczymy jak będzie jutro ;) Sam Odpowiedz Link Zgłoś
porterhouse Re: Dzień 20 Yellowstone 01.07.12, 20:25 >> Przede wszystkim jest tu bardzo wiele bizonów – są właściwie wszędzie I wlasnie byl pare dni temu wypadek z takim bizonem. Tursyta siedzial sobie na laweczce a bizon zaczal do niego podchodzic. Turysta sie nie usunal (choc przepisy parkowe mowia ze trzeba zachowywac pewna odleglosc) bo rozumowal - mam prawo przeciez tu siedziec. Bizon podszedl naprawde blisko, podrzucil faceta 3 metry do gory i przygwozdzil do ziemi. Facet to przezyje ale trafil do szpitala z jakimis polamaniami, przebiciami, itp. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 21 Yellowstone / Grand Teton 02.07.12, 04:37 Na dzień dzisiejszy przeznaczyliśmy drugą pętlę YNP i przejazd przez GTNP – nasz kolejny nocleg jest w Jackson. Wyjechaliśmy odpowiednio wcześnie, w nadziei, że może po drodze zobaczymy jakieś nowe zwierzęta. Tak się też stało, choć absolutnie nie byliśmy na to przygotowani. Kilka mil, może ze trzy po wjeździe do parku, po lewej stronie przy krawędzi drogi, wśród gęstych niskich drzewek iglastych stał duży niedźwiedź. Najwyraźniej chciał przejść przez jezdnię. Zauważył go mój syn. Zanim zatrzymałem samochód – za mną jechały kolejne auta, zanim udało mi się wycofać, niedźwiedź zawrócił i pomiędzy drzewami widzieliśmy już tylko jego grzbiet i kołyszący się nierówno tyłek ;), Szkoda, to była niesamowita okazja, zobaczyć misia z tak bliska i to chyba gryźli – wnosząc po wielkości. Nie mieliśmy jeszcze przygotowanego aparatu. To błąd – w parku trzeba być czujnym jak anakonda ;) Jechaliśmy wzdłuż przepięknych strumieni, w cieniu gór. Naszym celem były przede wszystkim wapienne tarasy i gorące źródła Mamuta (?). Tarasy okazały się ciekawe, choć nie są tak okazałe jak te w tureckim Pamukkale. Wyglądaliśmy zwierząt, ale widzieliśmy tylko te gatunki, które już spotkaliśmy. Często w tych samych miejscach, co wczoraj. Po zakończeniu pętli, ponownie udaliśmy się szlakiem wzdłuż jeziora, tyle , że teraz w przeciwnym kierunku. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się podziwiając widoki. W ten sposób wjechaliśmy do Parku Grand Teton – otaczają go wysokie ośnieżone góry. Mieliśmy do wyboru dwie drogi – wschodnią i zachodnią. Wybraliśmy tą przy jeziorach, gdyż z naszego rozeznania wynikało, że jest bardziej atrakcyjna. Widoki wspaniałe. Zanurzyliśmy nogi w jeziorze – wbrew oczekiwaniom temperatura była całkiem znośna – może jakieś 16 st. C. Potem kolejne wodospady, zakola rzek i malownicze tereny. GTNP jest zdecydowanie mniejszy niż Yellowstone. Przejechać można go w miarę szybko. Najlepsze są z pewnością trasy do pieszych wędrówek, ale nie dysponowaliśmy taką ilością czasu, aby z nich skorzystać. Moim zdaniem oba te parki są raczej miejscem do spędzenia wakacji niż do przelotnego obejrzenia. Sklep nad jeziorem w GTNP ma zdecydowanie lepszą ofertę , jeżeli chodzi o pamiątki, od tych w Yellowstone. Wyjechaliśmy z parku zadziwiająco wcześnie – ok 16:00 . Czułem niedosyt, przede wszystkim nie udało mi się zobaczyć łosi. Kierowany tym uczuciem celowo wybrałem małą mniej uczęszczaną drogę boczną, którą trzeba było nadrobić sporo mil jadąc do Jackson. Był to bardzo dobry krok – droga, która w nazwie swojej miała łosie (Moose Wilson Road) prowadziła przez podmokłe tereny, zamieszkane przez bobry. Choć bardzo się przypatrywaliśmy okolicy łosia, nie udało nam się dostrzec. Lekko zawiedzeni udaliśmy się do zarezerwowanego motelu - Motel 6. Pierwszy raz spałem w tej sieci. Warunki bardzo dobre, ale pokój malutki. Cena za noc 142$ za 4 osoby + 2,9$ za internet (chociaż raz był naprawdę szybki). W recepcji zapytałem o te łosie. Pomocny pracownik motelu powiedział że można je zobaczyć wcześnie rano (7-8) albo wieczorem (ok 8). Łosiom w dzień jest gorąco i idą w góry, a na noc wracają na dół do wodopoju. Wskazał mi również potencjalne tereny ich występowania – tam którędy tu jechaliśmy ;). Decyzja zapadła. Posiłek w Subwayu, małe zakupy w markecie obok i jedziemy na „polowanie”. Pragnących powtórzyć ten „wyczyn”, uczulam na konieczność odpowiedniego przygotowania, które ja niestety przegapiłem. Przede wszystkim długie spodnie i koszule z długim rękawem. Najlepiej też wysokie buty, a nie sandały. Komary atakują tysiącami i są niesamowicie krwiożercze ;). Dodatkowo warto zabrać latarkę i lornetkę. Ruszyliśmy we wskazane miejsce i znaleźliśmy tam panią łosiową skubiącą sobie trawkę. Zostawiliśmy auto i ścieżką wzdłuż krawędzi udaliśmy się w głąb parku. Byli tam inni amatorzy takich spotkań. Na dole, jakieś 100 metrów od nas czujnie pasł się piękny jeleń. Popatrzył na nas i zszedł nam z pola widzenia. Powinniśmy tu poczekać, aż zacznie się ściemniać, jednak nie byliśmy w stanie wygrać z komarami. Pobici przez nie, wycofaliśmy się do auta. W drodze powrotnej młody pan łoś wyszedł nam na drogę, i stał tak kilka minut nie przejmując się naszą obecnością. Został obfotografowany ze wszystkich stron. Zanim wyruszyliśmy z powrotem zamieniliśmy kilka słów z miejscowym „łowcą zwierząt” który z olbrzymią kamerą przemierzał te ostępy. Miał dużą wiedzę – wskazał nam gdzie na terenie parku można spotkać zwierzęta i o której godzinie (z reguły była to 6:00!) Zadowoleni udaliśmy się na nocleg. W naradzie rodzinnej postanowiliśmy zmienić delikatnie nasze plany. Dzień następny mieliśmy przeznaczyć na GTNP a do kolejnego parku – Arches jechać w nocy. Jednak w zasadzie GT już przejechaliśmy, więc zamówiłem dodatkowy nocleg i jedziemy tam jutro w dzień. Dodatkowo za punkty zebrane w dotychczasowych rezerwacjach w sieci Wyndham zarezerwowałem 2 ostatnie noclegi w Las Vegas i to w sieci o 2 poziomy wyżej pozycjonowanej od Super 8. Sam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 22 Droga do Price 02.07.12, 04:41 Spaliśmy do jedenastej (10 czasu NV). Naprawdę. W końcu porządnie się w czasie tego wyjazdu wyspaliśmy. Zjedliśmy śniadanie, wybraliśmy się na ciuchowe zakupy do Kmart`u (rzeczy są tu droższe niż w Walmart, ale lepsze jakościowo i bardziej rozległa jest gama rozmiarów), zatankowaliśmy i około południa byliśmy już w drodze. Wzdłuż rzeki Wężowej (a może Węża) opuściliśmy górskie tereny. Jeszcze chwila i z Wyoming wjechaliśmy z powrotem do Idaho, przemierzając szlak krajobrazowy jaki pokonywali pierwsi osadnicy. Do celu mieliśmy 400 mil, więc droga trochę się dłużyła, zwłaszcza ze z każdą godziną robiło się coraz cieplej – wracamy na południe. Pożałowałem, ze na początku naszej wyprawy nie kupiłem prostej lodówki. Najtańsze styropianowe pudła można nabyć za 5$ (za 20$ są już te chłodzone wkładami). Maszyny do lodu są tu w każdym motelu. Wystarczy nasypać go trochę do takiego pudła, włożyć doń napoje i potem w podróży jest przyjemniej. Powoli trawy z zielonych zaczęły zmieniać się w żółte i przy dźwiękach muzyki AC/DC przekroczyliśmy granicę Idaho i Utah. Nawigacja poprowadziła nas przez Salt Lake City, długie miasto wciśnięte pomiędzy dwa grzbiety górskie. Sympatycy skoków z pewnością skojarzą je ze złotym medalem Małysza. Gdy już przebiliśmy się przez miasto rozpoczęły się urocze, kolorowe góry. Nad nimi niczym całun rozpościerał się rdzawo szary obłok dymu. Lato to pora pożarów. Do celu dojechaliśmy około 19, zatrzymując się po drodze na dzienny posiłek – tym razem wybór padł na Wendys, całkiem niezłe jedzenie, jak na USA oczywiście ;). Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: San Diegan Re: Dzień 22 Droga do Price IP: *.lightspeed.sndgca.sbcglobal.net 02.07.12, 16:41 Przeciez Wendy's to fast food... Jak mozna zywic sie tylko w fast foodach i krytykowac tutejsze restauracje jest dla mnie niezrozumiale. Polecam yelp.com jako zrodlo informacji na temat lokalnych restauracji i innych atrakcji. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: małgosia Re: Dzień 22 Droga do Price IP: *.opera-mini.net 02.07.12, 23:08 Czepiasz się albo nie rozumiesz priorytetów takiej wycieczki. Nikt nie wątpi w to, że w Stanach można dobrze zjeść. Tylko, że dotarcie do tej **** * knajpy wymaga od zmęczonych i zakurzonych turystów dołożenia kolejnych kilometrów, przebrania z krótkich gaci, no i kasy, która z założenia ma być wydana inaczej. Bo ekipa podróżująca w taki sposób ma jednak jakoś ograniczony budżet. A niestety ,jak pisze Sam, w takich hotelach ani w ich sąsiedztwie na szlakach turystycznych , przyzwoitego (nie wykwintnego) żarcia nie uświadczysz. Ja na tym forum też już oberwałam za podobną ocenę. Ale po roku dalej pamiętam, że z największym apetytem zjedliśmy gorące kurczaki z grilla kupione w supermarkecie i rozerwane serwetkami. forum.gazeta.pl/forum/w,205,126403644,126403644,Jak_zdobywalam_Dziki_Zachod.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 22 Droga do Price IP: *.arc.nasa.gov 03.07.12, 00:29 >> Nikt nie wątpi w to, że w Stanach można dobrze zjeść. Oj nie zgadzam sie, czytajac jego zdanie "jak na USA to Wendy jest dobrym jedzeniem..." (tresc podobna) mozna wlasnie miec bardzo duzo watpliwosci czy w USA da sie wogole dobrze zjesc. Gdyby napisal "jak na nasze potrzeby i mozliwosci turystyczne na trasie Wendy ma dobre jedzenie" to trudno by sie bylo przyczepic. Wedlug moich osobistych upodoban i znajmosci USA Wendy to fatalne miejsce. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dyskusja o jedzeniu, czyli kto ma wiekszego ;) 03.07.12, 03:38 Czołem Napisałem dokładnie to co napisać chciałem. Po pierwsze oceniam to jedzenie z którym miałem do czynienia. Nie jadam w restauracjach hoteli pięciogwiazdkowych. Małgosia, słusznie wychwyciła priorytety tej wycieczki. W trasie strzelając na ślepo trudno znaleźć porządny lokal. Już się ze trzy razy naciąłem. Strona, którą podał San Diegan jest bardzo ciekawa i pomocna. Chwała mu za to. Niemniej jednak w Polsce całkiem często zdarza mi się korzystać z jedzenia w fastfoodach (głównie tureckich i pseudo włoskich) i dlatego podtrzymuję, że jedzenie w USA jest gorsze, patrząc choćby wyłącznie na ten segment. Mogę również porównać ofertę w dużych marketach spożywczych, nawet tych lepszych - oferta wędlin, nabiału, pieczywa jest u nas nieporównywalnie większa, a do 100% soku z pomarańczy nikt nie dodaje kukurydzy! To moja własna opinia, każdy może mieć swoją, a o gustach się nie dyskutuje. Robaku, z założenia prezentuje tutaj moje wrażenia z tej podróży, to nie jest opracowanie naukowe. Ktoś kto z tej relacji będzie korzystał zajrzy na pewno również do innych źródeł, a ostatecznie swoją opinię zbuduje sobie sam. Małgosiu - opcję kuraka na gorąco przerabiałem w Page - całkiem dobry wybór! pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: San Diegan Re: Dyskusja o jedzeniu, czyli kto ma wiekszego ; IP: *.lightspeed.sndgca.sbcglobal.net 03.07.12, 04:37 Przeciez oczywiste jest, ze priorytetem Waszej wycieczki jest zwiedzanie i docenianie natury a nie kolacja przy lampce wina. Wszyscy przerabialismy "gorace kubki" w podrozy i pasztet pod namiotem, ale do glowy by mi nie przyszlo powiedziec, ze w Polsce to jedzenie niedobre bo drozdzowka na stacji byla czerstwa. O gustach sie moze i nie dyskutuje, ale to jest publiczne forum i kazdy moze komentowac. Spokojnie! Odpowiedz Link Zgłoś
saturn5 Re: Dyskusja o jedzeniu, czyli kto ma wiekszego ; 05.07.12, 20:08 >, że jedzenie w USA > jest gorsze, patrząc choćby wyłącznie na ten segment. Mogę również porównać ofe > rtę w dużych marketach spożywczych, nawet tych lepszych - oferta wędlin, nabiał > u, pieczywa jest u nas nieporównywalnie większa, a do 100% soku z pomarańczy ni > kt nie dodaje kukurydzy! To moja własna opinia, każdy może mieć swoją, a o gust Jest w tej obserwacje duzo prawdy, jako mieszkaniec US tez tak to widze (czesto jestem w Polsce). Ale jest tu pewne 'ale'. Nie mozna mowiac o calym US, nie mozna calego US wrzucac do jednego worka. Bo naprzyklad srodek US je duzo prosciej, nie znajdziesz tam wielkiego zroznicowania jedzenia. Ale w miastach kolo obu oceanow jest uwazam juz duzo lepiej niz w Polsce, mieszkaja tam po prostu ludzie ktorzy chca jesc znacznie lepiej, sa zamozniejsi, itp. Jedzenie w Oklahomie czy w okolicach Bryce Canyon nic nie ma wspolnego z jedzeniem w okolicach San Francisco, to co oferowane jest tu i tam w sklepach spozywczych nie jest wogole porownywalne. No i fast foody nie sa zadnym jedzeniem, ta kataegoria sie wogole nie liczy w okolicach takiego San Fran. Odpowiedz Link Zgłoś
tttzzz ton 06.07.12, 08:40 samsung_pl napisał: > Napisałem dokładnie to co napisać chciałem. Jasne. W sumie po tekscie o fladze na rental'u mialem dac spokoj, ale zerknalem jeszcze na kilka ostatnich postow. Ton sugeruje ze w 100% zgadzasz sie ze stereotypem "turysty" - bylem pol dnia w San Francisco i wiem wszystko! Jem w fast food'ach i mam absolutnie wyrobione zdanie o podlym jedzeniu w Ameryce. Itd, itd Wiadomo, ze to nic nie zmieni, ale moze - pokory zycze, choc odrobine. Ten kraj jest duzo wiekszy niz ty i wszyscy tobie podobni "turysci"... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: małgosia Re: ton IP: *.171.196.244.static.cdpnetia.pl 06.07.12, 14:49 Polski turysta lub tylko „turysta” (bo oczywiście nie dotyczy to Turystów takich jak Ty) pokorą musi się wykazać tylko w jednym momencie-jak stara się o wizę amerykańską. Bo gdyby nam nie zależało na zwiedzaniu tego pięknego kraju, wielu nie potrafiło by zacisnąć zębów i pokornie czekać pod konsulatem. Potem, dzięki Bogu, wolno nam mówić to co myślimy, nawet jeśli tylko na gadaniu się kończy. W jednym masz rację; mocarstwo jest naprawdę wielkie. Swoją siłę wykorzystuje jednak nie do robienia porządków u siebie, tylko w tych punktach globu ziemskiego gdzie są do zagospodarowania złoża ropy naftowej lub można sprzedać broń. I dlatego właśnie dalej mieszkamy w Pl, a pobyt tam tylko komentujemy. Ale wszyscy zgodnie przyznajemy, że parki narodowe są piękne i planujemy następne wycieczki. Odpowiedz Link Zgłoś
porterhouse Re: ton 06.07.12, 22:46 > tylko w tych punktach globu ziemskieg > o gdzie są do zagospodarowania złoża ropy naftowej lub można sprzedać broń. W Wietnami lub Bosni nie bylo zadnej ropy i na sprzedazy broni tez nic nie mozna bylo zarobic. Tam gdzie sprzedaja duzo broni faktycznie zyskiem to kraje typu Arabia Saudyjska, Japonia, wiele krajow Europy, itp. Nie bardzo w temacie tego watku ale chcialem skorygowac. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Re: ton 06.07.12, 15:58 "W sumie po tekscie o fladze na rental'u mialem dac spokoj" Czy mógłbyś rozwinąć tę myśl? Co złego widzisz w takiej symbolice? Nie wiem, może wydaje ci się "wieśniacka". W czym jest gorsza od flagi konfederacji na pickupie, symboli narodowych na całej gamie odzieży czy w końcu flagi amerykańskiej codziennie wciąganej chyba w każdej instytucji państwowej w tym kraju? Sam Odpowiedz Link Zgłoś
kwiatek_leona Re: Dyskusja o jedzeniu, czyli kto ma wiekszego ; 06.07.12, 14:55 Pewnie gdybys napisal: 'Wendys, całkiem niezłe jedzenie, jak na fast food oczywiście' byloby to bardziej przejrzyste i nie spowodowaloby zadnej reakcji ze strony ludzi mieszkajacych w Stanach a szczegolnie w Kalifornii. Tak sie sklada, ze Kalifornia generalnie, a San Francisco i okolice w szczegolnosci, jest kopalnia wspanialych restauracji, od malych klitek serwujacych tanie i bardzo smaczne autentyczne meksykanskie czy chinskie potrawy (i nie mowie tu o niesmiertelnych sajgonkach), poprzez miejsca typu bistro, specjalizujace sie w kuchni kalifornijskiej, po wielogwiazdkowe restauracje serwujace haute cuisine. Nie dziwie sie zupelnie, ze ludzie dla ktorych korzystanie z tej kulinarnej kornukopii jest czyms wiecej, niz tylko potrzeba nasycenia organizmu, maja problem z Twoja opinia o amerykanskiej kuchni. Swietnie rozumiem, ze Wasza wycieczka stawia przed Wami pewne ograniczenia a pielgrzymki do swiatyn kalifornijskiej gastronomii nie sa na liscie przewidzianych atrakcji. Tym niemniej korzystajac z oferty amerykanskiego fast food i sklepow spozywczych, szczegolnie tych w malych, pozamiejskich osrodkach, nastawionych glownie na glodnych turystow, nabyles doswiadczenia wylacznie w tym sektorze gastronomicznym. Nie watpie nawet, ze moze on nie wytrzymywac konkurencji z Twoimi polskimi doswiadczeniami w tym zakresie. Ale takie orzeczenie o kuchni amerykanskiej i jej generalnym poziomie w Twoich okolicznosciach wynika z braku doswiadczenia, jest nie fair i prostu bledne. Odpowiedz Link Zgłoś
more.ketchup Powracajaca melodyjka 06.07.12, 16:27 Opisy mozliwosci jedzenia w Stanach turystom z Polski nie wychodza. Mozna sie zastanowic z czego to wynika: braku wyobrazni, braku kasy, pospiechu lub wszystkich tych czynnikow razem wzietych. Pisanie, ze mozliwosci jedzenia w Stanach sa ubozsze niz w Polsce swiadczy tylko o zawezonej percepcji turysty. Taka ocene mozna lustrzano oddac po opisie jedzenia w Polsce w barze "Turysta". I po tym ubogim doswiadczeniu gastronomicznym powiedziec, ze jedzenie w Polsce jest do dupy (turysty) ma taka sama wiarygodnosc. San Francisco jest stolica mozliwosci najdoskonalszych kuchni lokalnych i miedzynarodowych w Stanach. Wydawanie autorytatywnych opinii na podstawie "obiadu" w Wendys lub McDonalda zniecheca od dalszej dyskusji. Zadziwijace, ze turysci z Polski czuja sie w obowiazku przy okazji priorytowego zwiedzania turystycznych atrakcji wydac negatywny osad o mozliwosciach kuchni amerykanskiej. Krecenie sie wsrod polek z bialym wacianym pieczywem w Wal Mart nie czyni jeszcze z turysty znawcy jedzenia i pieczywa w szczegolnosci w Stanach. Zupelnie bez zamierzonej zlosliwosci. Nie pamietam aby dotychczas ktos opisujacy swoje wrazenia ze Stanow napisal o zjedzeniu czegos dobrego w jakims interesujacym miejscu. Jest to zrozumiale przy mocno napietym planie zwiedzania - sandwicz i w droge. Sandwicz i do lozka. Prosze, nie badzcie nudnie monotematyczni w swoich opisach tego co zjedliscie z niesmakiem. Zjedzcie dla odmiany cos lepszego, drozszego i smacznego. Warto! Opisy podrozy, bez segmentu gastronomicznego, wychodza Wam znacznie lepiej. Warto sie na nich skoncentrowac. Ocena kuchni lokalnej przypomina dowcip w ktorym 80-latek przypomnial sobie o fascynacji mlodych ludzi strip-teasem i poprosil swoja zone, rowiesniczke, o calkowite rozebranie sie. Obroc sie, prosze, w lewo, w prawo, pochyl sie - mowil. Co ci ludzie widza podniecajacego w strip-teasie? - dziwil sie. Opis podrozy doskonaly, informacyjny i ciekawy. Opis kuchni amerykanskiej smutny i ubogi. Byc moze uda uda sie jeszcze poszerzyc i wzbogacic doswiadczenia kulinarne. Las Vegas tez ma duzo w tej dziedzinie do zaoferowania. Moze przy nastepnej okazji... Obawiam sie, ze moze powielic sie zmeczony i wytarty banal. Na zapytanie jak bylo w Stanach padnie odpowiedz: widoki powalajace i niezapomniane, ludzie ok ale (ulubione slowo pracy polskiej) jedzenie gowniane. Wszedzie tylko bialy chleb z waty:) Zyczliwie pozdrawiam m. ketchup Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Jasmine Re: Powracajaca melodyjka IP: *.hsd1.pa.comcast.net 21.07.12, 08:30 Trudno się pokusić o opis fantastycznych smakow US kiedy jest ich tak mało. Ja od paru miesiecy poszukuje miejsc, gdzie moge zjesc cos poza kanapka. I nie przekona mnie wypowiedz, ze w Ameryce mozna dobrze zjesc, no moze w SF jak wskazuje autor(ka), ale jak ktos chce wysunac nos poza granice stanu to moze napotkac nie lada trudnosci. Na pewno dobre jedzenie nie jest norma. Malo tego, jest bardzo trudne do znalezienia. Bedac w trasie, ludzie nie beda szukac smakow, a to co im serwuja po drodze jest slabe i tyle. Nie chce tu przyrownywac kuchni z innych krajow, ktore slynna z fantastycznych smakow i gdzie nawet w przydroznej knajpie dostaje sie smaczne jedzenie. Dodam jeszcze, ze nawet smaczne dania po kilku godzinach moga powodować niestrawnosc, bo ilosc sztucznych dodatkow lub tluszczu przekracza akceptowalne normy. I na koniec nawet najlepsze hamburgery w NY nie robia wrazenia, bo niby czym. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gosc Re: Powracajaca melodyjka - hamburger ? IP: *.tampabay.res.rr.com 21.07.12, 14:45 ...a co to takiego smaczny "hamburger" ? ktory sie nawet nie umywa do domowego mielonego... zastanawiam sie ciagle kto jezdzi gdzies tam zagranice po to tylko zeby zjesc "cos dobrego"....nigdy nie przyszlo mi do glowy szukanie "potrawy" gdzies tam w NY czy SF - gdzie wszem i wobec wiadomo no i widac jak nagminnie gryzonie i roaches tancza na stolach a "diggers" czyli ci co dlubia w d**ch przyrzadzaja te wspaniale posilki...no a pozniej to znana melodia "traveler's diarrhea"....wspaniale potrawy tylko w domu przy pomocy przepisow kulinarnych jak ktos sobie tego zyczy czy ich potrzebuje.... Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 23 Arches 03.07.12, 07:12 Droga z Price do Arches NP zajęła nam prawie 2 godziny. W sumie, biorąc pod uwagę miejscowości, które mijaliśmy po drodze, lepszą lokalizacją na nocleg byłoby Green River, gdyż leży zaledwie 50 mil od parku. Jednak miejscowość ta nie rzuciła mi się w oczy, kiedy szukałem wczoraj noclegu. Oczywiście najbliżej jest Moab, ale niestety ceny są tam prawie tak wysokie jak w pobliżu Yellowstone. Nie mam zresztą czego żałować, bo warunki mieliśmy bardzo dobre. Droga do Arches w zdecydowanej większości biegnie przez pustynię. Dziś od rana niebo było zachmurzone i nawet spadło kilka kropel deszczu. Dosłownie kilka kropel. Droga była raczej monotonna, ale w końcu wjechaliśmy w rdzawo-brązowe góry. Ostry skręt w lewo i już przejeżdżaliśmy przez granicę parku. Wjazd do parku jest tylko jeden, jeżeli brać pod uwagę drogi utwardzone. Zaraz później, po prawej znajduje się Visitor Center. Jest tam bardzo ciekawa ekspozycja. Zapoznaliśmy się z planem i stromym podjazdem wjechaliśmy na płaskowyż. Formy skalne które mijaliśmy sprawiały wrażenie mieszaniny GCNP i Monument Valley. Wkrótce przejeżdżaliśmy obok pierwszego szlaku turystycznego, który jednak odpuściliśmy sobie i pojechaliśmy do „Kamienia w równowadze”. Ta ciekawa forma skalna sprawia wrażenie, jakby się miała zaraz przewrócić. Na około wiedzie krótka utwardzona ścieżka, którą przeszliśmy nie zmieniając nawet obuwia, tzn. w sandałach ;) Ciekawostką, był jegomość który w cieniu pobliskiej skały przygrywał na kobzie. Ciekawy mariaż sztuki z naturą. W drodze do następnej atrakcji przystawaliśmy co chwilę w przydrożnych zatoczkach napawając się pięknymi widokami. Kolejnym punktem naszej wycieczki były tzw. Windows Arches – kilka łuków położonych w pobliżu siebie, i szlak, który je okala. Wycieczka ta, to około kilometra dreptania na równej przestrzeni, z czego połowa zawsze wypadnie w cieniu. Bardzo przyjemna sprawa. Do samych łuków można podejść i zrobić sobie fajne fotki. Zadowoleni udajemy się do głównej atrakcji parku, czyli Delicate Arch. Mamy do wyboru 3 szlaki. Dwa z nich, stosunkowo krótkie – około 1 mili pozwalają na dojście do miejsc z których łuk można sobie obejrzeć (w pewnej odległości), trzeci zaczynający się trochę wcześniej, dłuższy i trudniejszy pozwala na dojście do samego łuku. Wybraliśmy … ten trzeci :) Założyliśmy trepy i uzbrojenie w pięciolitrowy zbiornik z wodą, który wzbudzał powszechne rozbawienie, wyruszyliśmy w górę. Droga do góry wiedzie najpierw przez stosunkowo łagodne wzgórze, a następnie poprzez nachyloną około 7 st. płaską skałę, którą nazwałem patelnią. Skała ma dobre 300, a może i 400 metrów. Mieliśmy dużo szczęścia bo akurat ten odcinek drogi w górę przebyliśmy w cieniu chmury. Wędrówka po nagrzanym kamieniu nie jest moja ulubioną formą spędzania czasu ;) Krótki odpoczynek i ostatni odcinek, bardzo ciekawy z fotograficznego punktu widzenia – zwłaszcza obejście szczytu – i jesteśmy przed łukiem. Zadowoleni i dumni z tego, że wybraliśmy właśnie tą trasę. Dziwne, ale nasza woda przestała już budzić w sąsiadach rozbawienie :). Kilka fotek, wysłanie przedstawiciela pod sam łuk – padło na moje Kochanie, ku wielkiemu niezadowoleniu syna (podejście niby bezpieczne, choć skała nachylona pod dużym kątem i duża różnica poziomów pomiędzy górą a dołem, ale ryzyko jednak jest). Po sesji zdjęciowej schodzimy na dół. Teraz już w pełnym słońcu, aż żal tych którzy podchodzą pod górę – tu nie ma ani kawałka cienia. Na dole wietrzymy auto i zastanawiamy się co dalej. Nie mamy już wody, ale możemy ją zatankować w ostatnim punkcie – Devils Garden. Z tego miejsca wychodzi kilka szlaków – między innymi do Landscape Arch, ale to szlaki o dużym stopniu trudności, a my jesteśmy lekko zmęczeni i nie stoimy już dobrze z czasem. Rezygnujemy i jedziemy z powrotem. Na koniec postanowiłem zrobić mały off-road i przejechać nieutwardzoną drogą Salt Valley do Klondike Bluffs, a stamtąd wrócić równoległą drogą mijającą Herdina Park i łuk o nazwie "Oko wieloryba”. Do Klondike dojechałem choć strasznie nas wytrzęsło (cała frajda w tym właśnie), ale później na naszej drodze stanął znak informujący, że dalsza część drogi dostępna jest tylko dla aut z napędem na cztery koła (ten warunek spełnialiśmy) i wysokim prześwicie (tego niestety nie :( ). Zastanawiałem się prawie pięć minut, czy jednak nie spróbować, ale rozsądek zwyciężył. Kto by nas potem z tej dziury wyciągnął ;). Tak więc wróciliśmy i po opuszczeniu parku dojechaliśmy do Moab, gdzie zatrzymaliśmy się w motelu sieci Super 8. Niestety znowu byliśmy na tyle późno, że lokalna poczta była już zamknięta i nie mogliśmy kupić znaczków do Polski. Znaczek taki kosztuje 1,05$ i można go dostać niemal wyłącznie w placówkach pocztowych, które mają wyjątkowo niekorzystne dla nas godziny funkcjonowania. Najczęściej od 9:00 do 15:00 lub 16:00. Ta w Moab pracuje dłużej, bo nie jest to poczta tylko jakaś inna firma. Załapiemy się jutro o 8:00. Generalnie park bardzo nam się podobał. Tak jak wszędzie aby go zakosztować, trzeba wyjść z auta i trochę pochodzić, ale naprawdę warto. Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Rymic Re: Dzień 23 Arches IP: *.adsl.inetia.pl 03.07.12, 22:03 Dzieki Samsung.Faaaaantastyczna relacja.Czekam każdego dnia na nowy odcinek Twojej opowieści.Relacja jest wyjątkowa bo pisana na gorąco.To właśnie stanowi o jej wartości.Za miesiąc ruszamy na podobną do Twojej trasę.W niektórych miejscach już byliśmy,niektóre będą pierwszy raz.....Sporo informacji bardzo się nam przyda.Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 24 Canyonlands 05.07.12, 07:38 Nasze wakacje powoli zbliżają się do końca, a my jesteśmy coraz bardziej wyluzowani, i podchodzimy już do naszego wyjazdu z pewną rutyną, ale przede wszystkim bez stresu związanego z obcym nieznanym wcześniej otoczeniem. Noc spędziliśmy w motelu sieci Super 8 w Moab. Pokój rewelacyjny, dostaliśmy suitę z trzema łóżkami. Niestety dziś rano, kiedy zapakowaliśmy auto a ja poszedłem rozliczyć nasze zobowiązania, spotkała mnie przykra niespodzianka. Pomimo wyraźnej informacji, że zamierzam płacić gotówką (już przy odbiorze kluczy), motel obciążył moją kartę kredytową. Oczywiście, wykonano potem dyspozycję zwrotu, jednak pracownicy motelu nie przyjmowali do wiadomości, że na skutek ich nieodpowiedzialności straciłem dodatkowo kilkadziesiąt złotych. Choć to pewnie oczywiste, uczulam wszystkich na tego typu transakcje. Nasze karty kredytowe (kiedyś tylko Mastercard, teraz także Visa) obsługiwane są „w euro”, tzn., że płacąc za jakąś usługę 10 USD, musimy zapłacić również różnicę kursową (spread) pomiędzy dolarem a euro, a potem drugą pomiędzy euro a złotówką, potem w zależności od tego kto jaką ma kartę może jeszcze wystąpić dodatkowa prowizja za transakcję zagraniczną. Kiedy pieniądze zostaną zwrócone, operacja się powtarza, tyle, że bez prowizji. Standardowo hotel powinien tylko „preautoryzować” kartę, co blokuje środki, ale nie skutkuje naliczeniem wspomnianych opłat, aż do momentu rozliczenia. Standardowo taka blokada „znika” po 14 dniach. Dlatego najlepiej numeru karty nie podawać wcale. Operatorzy moteli, często jednak proszą, lub wręcz wymagają podania numeru karty, obawiając się o rachunki za rozmowy telefoniczne, czy też sprzątanie pokoju po osobach palących. Najlepiej wtedy pozostawić depozyt w gotówce, ale aby to zrobić, musi być komunikacja między stronami, co niestety nie zawsze się udaje i tym razem się nie udało. Nie miałem czasu czekać na kierownika i odpuściłem. Moab jest małą miejscowością, ale z ambicjami obsługi ruchu turystycznego, przez co można tu skorzystać z wielu wakacyjnych atrakcji – konie, quady, balony itp.. My nie mieliśmy na to czasu, od parku Canyonlands dzieliła nas godzina drogi. Do samego parku podchodziliśmy z pewną rezerwą. Widzieliśmy już w trakcie tego wyjazdu wiele różnych skał i zastanawialiśmy się, czy można nas jeszcze czymś zaskoczyć. Obawialiśmy się również, że park ten będzie bardzo podobny do Grand Canyonu. Zanim dojechaliśmy do parku, odbiliśmy w prawo i zajechaliśmy do State Park Dead Horse Point. Parki stanowe nie znajdują się w jurysdykcji parków narodowych, dlatego nasza karta wstępu nie obejmowała tej wizyty. Zapłaciliśmy 10$ i otrzymaliśmy mała skserowaną mapkę. Główną i w zasadzie jedyną atrakcją tego parku jest punkt widokowy o tej samej nazwie, z którego można podziwiać panoramę kanionów prawie w 360 stopniach. Widok naprawdę robi wrażenie, i uważam, że warto wydać te kilka dolarów i poświęcić 40 minut na to aby go zobaczyć. Teraz już bez zwłoki jedziemy do Canyonlands NP. Przejeżdżamy przez bramkę i kierujemy się do Visitors Center celem zebrania informacji. Park składa się z dwóch części – północnej (większej) i południowej, które jednak nie są ze sobą połączone. My wjechaliśmy do północnej, w której w zasadzie jest jedna droga, rozgałęziająca się w kształcie litery „Y”. Jest jeszcze okrężna droga nieutwardzona, ale to tylko dla maniaków ;). Zwiedzanie rozpoczęliśmy od odwiedzenia Mesa Arch, to mały ale całkiem przyjemny łuk, przez który można podziwiać panoramę okolicy. Aby do niego dojść należy odbyć krótką kilkusetmetrową wycieczkę pieszą. Następnie pojechaliśmy do Grand View Point, po drodze zatrzymując się w punkcie widokowym Buck Canyon. W Grand View nasze poprzednie obawy opuściły nas całkowicie. Widok, jest naprawdę unikalny i warty jego doświadczenia. Obrys równych kanionów wykutych w płaskim płaskowyżu robi wrażenie. Naprawdę nie dziwi, że do roku 1869 w tym miejscu na mapie Ameryki była biała plama. Pojechaliśmy również do Green River Overlook i na koniec do zapadniętego krateru Upheaval Dome, do którego prowadzi krótka kilkusetmetrowa lekka wspinaczka, a który jednak nie był już tak interesujący, w naszej ocenie, jak miejsca odwiedzone uprzednio. Objazd całego parku, razem z wycieczkami zajął nam jakieś 6 godzin i był to czas dobrze spożytkowany. Teraz czekała nas droga do kolejnego noclegu, który znajdował się w Parowan. Nawigacja twierdziła, że to około 4 godzin jazdy. Droga ta (nr 70) sama w sobie była niesamowitą atrakcją. Nie przejeżdżałem dotąd inną, która na stosunkowo niedużym odcinku, prowadziłaby przez tak zróżnicowane pod względem wyglądu tereny. Głównie są to góry, ale jakie! Przed naszymi oczami przewijały się wszystkie kombinacje kolorów i kształtów. Bajka. Do tego raz po raz mijały nas takie mini pociągi drogowe (ciężarówki z trzema przyczepami), którymi duże firmy (głównie Fedex) przewożą swoje przesyłki. Zakwaterowanie przebiegło szybko i sprawnie. Jesteśmy w tym coraz lepsi. Dziękuję bardzo za Wasze komentarze. Nie wiem dlaczego kilka z nich zostało usuniętych przez administrację forum, ale napisałem do nich maila w tej sprawie i mam nadzieję na odpowiedź. Pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
maciek7 Re: Dzień 24 Canyonlands 05.07.12, 12:49 Twoja opowieść jest świetna, powinieneś ją rozszerzyć, dopisać, dodać zdjęcia i wydać jako mały przewodnik po parkach na zachodzie USA... Bazę już masz - i to jak fajną! Szkoda, że zaraz koniec czeka Cię za chwilę Death Valley a tam robi się coraz cieplej w weekend ma być 46 stopni Celsjusza, a jak tyle podają w parku to na bank w Badwater Basin będzie jak nic 50... Byłem tam 2 lata temu i miałem 53 stopnie! Warto to przeżyć:) Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 25 Bryce 05.07.12, 17:03 Dziś jest czwarty lipca, Amerykanie obchodzą swoje święto narodowe – Dzień Niepodległości. Należy wziąć na to poprawkę, zwłaszcza jeżeli zamierza się przejeżdżać przez miasta – parady i zablokowane w związku z nimi drogi, mogą skutecznie spowolnić nasz przejazd. Inna rzecz, że to bardzo fajny i klimatyczny widok, taka niebiesko-czerwono- biała gawiedź i koniecznie żeńska orkiestra ;). My zatrzymaliśmy się w Parowan. Kiedy planowałem trasę, wybór ten wydawał mi się dobry. Jednak nie jest on optymalny. Lepiej wydłużyć dojazd dnia poprzedniego i dojechać do Panguitch. Z Parowan postanowiliśmy dojechać do Brice NP przez góry, omijając autostrady i podziwiając widoki. Był to dobry wybór wspięliśmy się do położonego ponad 3100 m npm Cedar Breaks National Monument, z którego mogliśmy podziwiać okazałą panoramę. Po drodze, mijaliśmy zimowy kurort Brian Head, który o tej porze roku sprawia wrażenie pogrążonego w letargu – choć mijał nas tam jadący z włączonymi światłami czerwony wóz strażacki – którego kierowca pomachał do nas ręką i przez wielki głośnik na dachu powiedział cześć ;). Z tego miejsca powinniśmy skręcić na prawo i drogą numer 143 zjechać do Panguitch. Oznaczenie jednak jest tu kiepskie i po prostu ją przegapiliśmy, a zanim się zorientowaliśmy byliśmy już na tyle daleko, że nie warto było wracać. Postanowiliśmy dojechać do drogi 89 objazdem przez 14. Prawie nam wyszło, ale pożar lasu przeciął naszą drogę i musieliśmy wracać do 143 (uroki jazdy małymi drogami). Aby nie cofać się aż tak daleko, oparłem się na naszej nawigacji. Droga którą wybrała była niesamowita. Wąskie górskie drogi, pokryte piachem i kamieniami. Dobrze, że auto miało napęd 4x4. Jak z niej zjechaliśmy, na aucie było prawie pół milimetra pyłu. Do parku dojechaliśmy już bez przygód. Zanim doń dotarliśmy, czekał nas przedsmak tego co zobaczymy, przejazd pod dwoma wykutymi w pomarańczowej skale łukami. Ten park jest po prostu niesamowity. Jeden z najładniejszych jakie tu widziałem. Zachwyca w każdym miejscu. Pomarańczowe skały, w zaskakujących wywołanych erozją formach komponują się wspaniale z zielenią drzew i zapewne błękitnym niebem – niestety w czasie naszego przejazdu były chmury. Czasem też kolor pomarańczowy styka się z białą warstwą skalną, co jeszcze potęguje efekt jaki przedstawiają swoją obecnością zbocza tych kanionów. W dolinach są wspaniałe piesze i konne trasy turystyczne, które niczym rozwinięte wstążki można podziwiać z punktów widokowych. Największe wrażenie robią punkty widokowe położone w obszarze parku zwanym amfiteatrem. Jest tu pięć punktów widokowych, z których najładniejszy widok, moim zdaniem, rozpościera się z Bryce Point. Warto zatrzymać się na każdym z nich, i chwilę pospacerować. My za radą strażnika z Visitors Center, rozpoczęliśmy zwiedzanie od Paria View, dojeżdżając potem przez Bryce i Inspiration do Sunset Point, gdzie zostawiliśmy samochód (można się tu również poruszać autobusami, ale w święto mało było Amerykanów, głównie byli tu turyści. Znalezienie miejsca parkingowego nie było więc trudne.). Z tego punktu już pieszo, udaliśmy się do Sunrise Point, a stamtąd szlakiem turystycznym Quin Garden Trail na dół i z powrotem przez Navaho Loop Trail. Jest to jeden z najpiękniejszych i najczęściej wybieranych szlaków. Jest przepiękny, wręcz cudowny. Niesamowite miejsce do sesji zdjęciowych – ale nie ubierajcie się w pomarańczowe koszulki ;). Szlak z założenia powinien zająć od 2 do 3 godzin. Ponieważ nie było słońca, nam zajął on godzinę i 20 minut. Rewelacja! Następnie pojechaliśmy do Rainbow Point – który znajduje się na końcu parku. To jakieś 16 mil dalej, jednak zarówno ten widok, jak i widoki z mijanych w drodze powrotnej punktów nie robiły już na nas takiego wrażenia jak to, które zobaczyliśmy na początku. Osobom planującym zwiedzanie parków, zdecydowanie rekomenduję umieszczenie Bryce na liście najważniejszych punktów. Nasz kolejny postój znajduje się w Hurricane i będzie bazą wypadową do Zion NP. Po drodze, „za radą” San Diegana ;) zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji, oferującej steki. Nie jest to moje ulubione danie, ale muszę przyznać, że zestawienie smaków było dla mnie sporym odkryciem i posiłek ten był zdecydowanie wyższej jakości niż te serwowane w fast-food`ach. Nie wszystkim z nas smaki te przypadły do gustu, ale to normalne, gdy mamy swoje nawyki żywieniowe. Koszt posiłku w tej restauracji, wraz z napiwkiem i napojami to 80$. Bardzo zadowoleni z dnia dzisiejszego jedziemy na nocleg. Mój niepokój budzą tylko ciężkie chmury nad głowami. Na jutro planowałem szlak Narrows, który wiedzie przez rwące strumienie Zion NP. Jeżeli spadnie deszcz, poziom wody się podniesie i szlak zostanie zamknięty. Zobaczymy. Pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 26 Zion 06.07.12, 16:54 Do tej wycieczki przygotowywałem się najdłużej. Zion to spory park, oferujący kilka szlaków turystycznych, mnie jednak od początku interesował głownie szlak Narrows. To wielogodzinna wyprawa w górę strumienia wijącego się pomiędzy wąskimi (czasem to zaledwie kilka metrów) i bardzo wysokimi ścianami kanionu. Pokonuje się ją częściowo brodząc w strumieniu a częściowo chodząc po odsłoniętych kamieniach. Nurt jest miejscami rwący, czasem trzeba się zanurzyć a w końcu nawet miejscami podpłynąć, ale wrażenia są niesamowite. W tych warunkach oczywiście ciężko robić zdęcia – chyba, że dobrze zabezpieczy się aparat. Generalnie to męcząca ale pełna pozytywnych wrażeń wyprawa, która za każdym rogiem pozwala na delektowanie się nowym fantastycznym widokiem. Aby ją rozpocząć trzeba podjechać parkowym autobusem (na tym obszarze ruch własnym pojazdem wymaga specjalnej „czerwonej” zgody) z dużego parkingu pod Visitor Center do ostatniego przystanku – Temple of Sinawava (40 minut). Stamtąd należy przejść krótkim półgodzinnym szlakiem utwardzonym (uważając aby nie podeptać wiewiórek, które są tu dosłownie wszędzie) do miejsca w którym kanion się zwęża, a dalej to już tylko w górę;) Zaraz na początku trzeba przejść przewężenie o głębokości trochę powyżej metra, potem długo jest już płyciej. Teoretycznie bez pozwolenia, można dojść aż do punktu Big Spring, z którego mając zgodę i załatwiony prywatny transport można kontynuować wspinaczkę wyżej, po noclegu w kanionie. Nam nie udał się dojść, aż tak daleko. Droga, choć przyjemna jest jednak męcząca, co jest o tyle niebezpieczne, że nie odczuwa się tego zmęczenia od razu – w kanionie jest chłodno. Trzeba mieć na uwadze, że zejście nie będzie szybsze od podejścia. Jest równie trudne i wymaga takiego samego wysiłku, w wyszukiwaniu miejsc w których bezpiecznie można postawić stopę. Ostatecznie minęliśmy Orderville Canyon – wąski kanion z małym strumykiem dochodzący do głównego z prawej strony a następnie drugi równie mały dochodzący z lewej. Potem musieliśmy zawrócić, bo czas nas już naciskał. Łącznie trasa od przystanku autobusowego i z powrotem zajęła nam 7 godzin. Wrażenia niezapomniane. Trasa nie jest formalnie oznaczona, ale zgubić się na niej nie można ;) Przed rozpoczęciem, należy koniecznie upewnić się w VC, jakie jest zagrożenie falą „powodziową”. Jeżeli w trakcie wspinaczki lub zejścia spadnie deszcz to poziom wody błyskawicznie (w ciągu minut) się podniesie, a tu właściwie nie ma gdzie uciekać. Czasem na zakolach można podejść parę metrów wyżej. Dodatkowo fala czołowa niesie z sobą masę gałęzi i tego co uda się jej zebrać na górze. Kamienie są śliskie, a głębokość często się zmienia dlatego niemal każdy ma tu kij, który pozwala utrzymać równowagę i sprawdzać głębokość. Zalecane jest również specjalne sztywne, wodoodporne obuwie, chroniące nogę przed urazami, jednak zdecydowana większość ludzi (których jest tu naprawdę sporo, zwłaszcza w pierwszej części kanionu) decyduje się na wodoodporne sandały (np. Keen) z chronionymi palcami. My dodatkowo przywieźliśmy ze sobą neoprenowe skarpety sięgające do kolan (można je nabyć na aukcjach internetowych) które są wodoodporne i dodatkowo zabezpieczają przed urazami. Zrobiły tu niezłą furorę – często pytano nas o nie i podkreślano, że to dobry pomysł. Inna rzecz, że chociaż były one wodoodporne, to jednak nie przylegały idealnie do nogi i siłą rzeczy trochę wody się w nie wlało – jednak woda ta, ogrzana naszym ciałem była dużo cieplejsza niż ta na zewnątrz. Ogółem temperatura wody wynosiła około 16 st. C – ja kupiłem te skarpety licząc się z 10 st. C. Woda była na tyle ciepła, że po drodze, wielu (w tym mój syn), decydowało się na skoki do wody ze skałek, w miejscach w których było nieco głębiej. Jako prowiant, na te drogę zabrałem z Polski wojskowe pakiety żywnościowe. Mają one tę zaletę, że są wodoodporne i chemicznie podgrzewane, a ja zakładałem, że temperatura będzie niższa. Ich wadą jest to, że sporo śmieci trzeba potem nieść z powrotem i to, że przewiezienie ich przez granice nie jest chyba legalne – choć czytając ograniczenia dotyczące wwozu przetworzonych produktów pochodzenia zwierzęcego nie miałem co do tego pewności. Podsumowując, jak dla mnie jest to najlepsza wycieczka tych wakacji. Zdecydowanie polecam tą atrakcję. Sam Zion, choć niewątpliwie piękny nie zrobił już na nas piorunującego wrażenia (po wizytach w wielu innych parkach). Zamierzamy tu przyjechać jeszcze jutro, więc może napisze coś więcej w tym temacie. Przez park można również przejechać, wijącą się górską szosą, a następnie długim ciemnym tunelem do drogi 89. Na koniec wróciliśmy do Hurricane, gdzie odkryliśmy chiński bufet (China Bufet) – miejsce, gdzie za 10$ każdy mógł wybrać to co chciał i ile chciał, a wybór był naprawdę imponujący. Dużo się ostatnio szumu zrobiło wokół tego jedzenia, więc zaznaczę tylko, że nam smakowało. Pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 26 Zion IP: *.hsd1.ca.comcast.net 06.07.12, 21:56 > ogi 89. Na koniec wróciliśmy do Hurricane, gdzie odkryliśmy chiński bufet (Chin > a Bufet) – miejsce, gdzie za 10$ każdy mógł wybrać to co chciał i ile chc > iał, a wybór był naprawdę imponujący. Dużo się ostatnio szumu zrobiło wokół teg > o jedzenia, więc zaznaczę tylko, że nam smakowało. Ameryka sie ugina od chinskiego/orientalngo jedzenia ale jak chcesz skosztowac powiedzmy jakas 'sieciowa' restauracje to zjedz obiad w takim "Outback Steakhouse". Wybralem takie miejsce bo to nie jakas droga restauracja gdzie 'elity' sie zywia, kulinarnych snobow z San Francisco tam nie zobaczysz, dosc popularne miejsce dla klas srednich na wypad w piatek lub sobote. Poza tym to sieciowa restauracja i masz ciagle doczynienie z 'tasmowym' jedzeniem ale o troche innym poziomie niz Wendy's, coprawda nie zjesz tam nic poza przystawkami za $10, ale ceny sa bardzo dobre jak na to co tam daja. Ulubione moje miejsce po nartach. Odpowiedz Link Zgłoś
kwiatek_leona Re: Dzień 26 Zion 07.07.12, 10:09 "...więc zaznaczę tylko, że nam smakowało." :))) No to nie pozostaje nam nic innego, tylko zrobic konkurs na restauracje w Las Vegas, w ktorej Samsung z rodzina powinni celebrowac zakonczenie udanych wakacji ;) Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 27 Zion cd. 07.07.12, 16:13 Po wczorajszej mokrej przygodzie, dziś postanowiliśmy poznać park od tej suchej strony. Nasze plany zakładały, że ja z córką udamy się na konną 3 godzinną wycieczkę, a w tym czasie moje Kochanie z synem przejdą się po górach. Jazdę konną oferują w Zion Lodge. Godzina kosztuje 40$, a pół dnia (czyli 3 godziny ;) ) 80$. Niestety pomysł upadł, gdyż nie spełniałem „wyśrubowanych” norm związanych z wagą ;) Limit wagi to 100 kg. I wcale się nie dziwię, bo ile te małe konie mogą targać po górach! Zatem przystąpiliśmy do realizacji planu „B”, który zakładał przejście szlakami nr 5, 6 i 7 – razem jakieś 3 godziny wspinaczki. Cel ten zrealizowaliśmy jednak tylko częściowo, gdyż po pierwsze ze ze względu na naprawy część szlaków jest niedostępna, a po drugie zaczął padać deszcz. W między czasie mogliśmy jeszcze zobaczyć akcję tutejszego „pogotowia”. Jeden z turystów skręcił nogę na szlaku. W ciągu 20 minut z dołu przybyli do niego najpierw rangersi z apteczką, a potem lekarz i coś co nazwać można taczko-noszami, czyli nosze z jednym kołem w środku, na których nieszczęśnik został zwieziony na dół – ten szlak był prosty i było to możliwe. Ciekawe, czy za taką usługę trzeba tu zapłacić (pewnie tak) i ile ona kosztuje. To wszystko mogliśmy obserwować, czekając na koniec deszczu, który jednak nie nadchodził, dlatego wsiedliśmy do autobusu i udaliśmy się do Zion Human History Museum, gdzie obejrzeliśmy między innymi około 20 minutowy film o tym parku. Kiedy wyszliśmy z muzeum padało jeszcze bardziej i zrobiło nam się zimno – to ciekawe uczucie, chyba pierwszy raz od kiedy tu przyjechaliśmy. Nie widząc symptomów wskazujących na ewentualną zmianę pogody wróciliśmy autobusem na parking główny. W Visitors Center były już zaktualizowane informacje dotyczące szlaków, część z nich została zamknięta do jutra, między innymi ten, którym szliśmy wczoraj – mieliśmy zatem sporo szczęścia. Tak jak pisałem wczoraj park oferuje kilka szlaków wspinaczkowych. Najbardziej wymagającym i dostarczającym największych wrażeń jest chyba Angel’s Landing, ale mogę to stwierdzić jedynie na podstawie zdjęć, gdyż z obawy o naszą kondycję zrezygnowaliśmy z tego szlaku ( i dobrze, już widzę chodzenie tam w deszczu). Na koniec dodam, że Park ma jeszcze północno zachodnią część – Kolob Canyon, gdzie można podziwiać tzw. Subway. I tak po czterech tygodniach wojaży wracamy dziś znowu do Las Vegas. Pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: traficante "Ta ostatnia niedziela" :) IP: *.phil.east.verizon.net 07.07.12, 17:06 Sam, Bardzo interesujaca relacja na zywo. Gratuluje zaciecia i konsekwencji. Rozwazcie zakonczenie sukcesu turystycznego brunch`em w Bellagio. Cena umiarkowana (24.99, z szampanem - 30.00 - moze warto:) Obfitosc jedzenia (all you can eat), roznorodnosc kuchni etnicznych. Kuchnia orientalna tez jest. Leniwa niedziela, bez pospiechu, doskonale wplynie na trawienie i nastroj. Radwanska wygrala drugiego seta 7:5 wiec moze jutro dostaniecie bonifikate jako Polacy:) lub "buy one get one free":) Pozdrowienia traficante Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: traficante Re: "Ta ostatnia niedziela" :) IP: *.phil.east.verizon.net 07.07.12, 17:07 www.bellagio.com/restaurants/the-buffet.aspx Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Piotr Re: Dzień 27 Zion cd. IP: *.cable.mindspring.com 07.07.12, 18:35 DUZE dzieki ze Twoje wpisy - sa poprostu super! Planuje wlasnie podobna wyprawe i to wszystko jest poprostu bardzo na czasie!!! W krotkich punktach albo lista co bylo naj a co mniej naj lub rozczarowaniem takze fajnie byloby jak bedziesz miec troche czasu wrzucic fotki na jakis dostepny server. Jeszcze raz DUZE dzieki i szczesliwego powrotu do Polski! Odpowiedz Link Zgłoś
porterhouse Re: Dzień 27 Zion cd. 07.07.12, 18:56 > żliwe. Ciekawe, czy za taką usługę trzeba tu zapłacić (pewnie tak) i ile ona ko > sztuje. Raczej nie kosztuje nic bo jestes na terenie parku za ktory zaplaciles i wszystko jest wliczone w cene biletu. Np. jak mialem powarzny wypadek na nartach i potrzebowalem pomocy to pomoc medyczna na terenie samej gory byla za darmo. Ale od granicy parku placisz - i tutaj z reguly twoje ubezpiecznie pokrywa (jak go masz). Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą 08.07.12, 18:59 W dniu dzisiejszym musimy oddać samochód, dlatego na wycieczkę wyjeżdżamy wcześniej. Pobudka o 5:30. Zanim byliśmy przygotowani, była już 6:30 więc jeszcze wizyta na śniadaniu. W Microtelu, w którym zarezerwowałem dwie noce (za punkty zebrane z poprzednich noclegów, a jeszcze zostały mi na jedna noc :)) śniadanie jest trochę lepsze, są jeszcze śniadaniowe burgery z jajkiem, jogurty i dobre soki. W Super8 i Days Inn standardem są gofry, 2 soki z maszyny, dżemy, tosty i płatki z mlekiem. Posileni ruszamy w drogę. Droga z LV do Death Valley NP. zajmuje około 2 godzin. O tej godzinie jest prawie pusta, prawie bo na początku mijamy wielu kolarzy. Jedziemy dosyć szybko, krajobrazy standardowe jak dla Nevady – pustynie i góry. Po drodze jest jedno większe miasto – Pahrump. Kupiłem tu najtańszą w USA benzynę – 2.99 za galon. W końcu dojeżdżamy do ciekawych i kolorowych gór – tak to już DV. Nie ma tu bramek, znanych z innych parków – jest maszyna sprzedająca bilety i pusty niestety stojak na ulotki. Dobrze, że miałem mapy ściągnięte w netbooku. Jedziemy do Furnace Creek. To jedyna „większa” miejscowość, na obszarze parku, bo znajduje się tu osada Indian Shoshone. Jest tu również Visitor Centre – gdzie po okazaniu karty wstępu do parków dostajemy nasze mapki i informacje od strażnika oraz zieloną karteczkę na szybę, z numerem 9, czyli jesteśmy jednymi z pierwszych w dniu dzisiejszym. Chociaż jest jeszcze wcześnie, ciepło już wyraźnie jest odczuwalne. Naszym pierwszym celem są piaskowe wydmy Mesquite Flat Sand Dunes. Wyglądają bardzo ciekawie – ale nie jest to obszar jakoś bardzo rozległy. Te na Saharze robią większe wrażenie ;). Kolejnym celem jest wyschnięte słone jezioro Badwater. To najniższy punkt w Ameryce – depresja 86m. ppm. By zrobić ciekawe zdjęcia, trzeb niestety przejść prawie kilometr w tej rozpalonej niecce – to się naprawdę odczuwa, ale warto. Na skale za parkingiem widać tablicę znajdującą się na wysokości poziomu morza wraz z informacją o tym. Największym wrażeniem dla mnie są jednak otaczające nas góry – z pozoru nie widać ich wysokości, jeżeli jednak dobrze przyjrzeć się ich perspektywie okazuje się, że to bardzo specyficzne miejsce. W odległości kilkunastu kilometrów widać Telescope Peak (3368 m. npm.), co oznacza, że mamy przed sobą zbocze o wysokości ponad 3,400 m. ! To tak jakbyśmy stali nad Bałtykiem, obok nas znajdowałyby się Rysy, tylko takie o kilometr wyższe ;). Po powrocie do samochodu, rzucamy się na wodę. Upał wysysa siły życiowe błyskawicznie – temperatura to ok 44 stopni C.. Teraz jedziemy do znajdującego się w pobliżu Devils Golf Course. Gdy tam dojeżdżamy, otacza nas obszar, który wygląda niczym zaorane olbrzymim pługiem pole soli wymieszanej z piaskiem. 5 minut i 6 fotek później jedziemy już dalej. Zjeżdżamy na urokliwą kolorystycznie jednokierunkową drogę, która nosi nazwę Drogi Artystów. Wije się ona wśród bogatych w minerały kolorowych skał. Wracamy do Furnance Creek. Wypiliśmy już naszą wodę i choć powoli zmierzamy już do wyjazdu, w tych warunkach warto mieć zapas na wszelki wypadek. Napełnimy pojemniki kranówką w VC. Oglądamy jeszcze ruiny rafinerii boraxu (sole mineralne), z której słynny (chyba – wcześniej o nim nie słyszałem) 20 mułowy zaprzęg ciągnął wagony o wadze 36 ton aż do Mohave. Wagony te można zobaczyć, i sfotografować. Wyjazd kończymy przejazdem szutrową drogą poprzez Twenty Mule Team Canyon. Opuszczamy ten niegościnny obszar. Wrażenia ciekawe, ale więcej już tu nie wracamy ;). Wracamy do LV. Rano sprawdziłem, że Kwiatek_Leona zaproponował konkurs na restaurację kończącą nasz pobyt ;), chcę sprawdzić czy są jakieś propozycje. Traficante zaproponował Bufet w Bellagio. Ok. zobaczymy co zacz. Najpierw jednak trzeba oddać auto. Procedura przebiega błyskawicznie, podjeżdża się na parking, podchodzi do nas pracownik, obchodzi auto na około, uruchamia silnik i sprawdza światła – po czym dostajemy karteczkę z którą idziemy do kasy. Zostało mi trochę gotówki, więc płace nią za wynajem i jedziemy na Strip. Koszt taksówki stąd do Bellagio to 25$. Taksówki w Vegas mają stały cennik 3.30$ za trzaśnięcie drzwiami i 0,2$ za każdą 1/13 mili co wraz z opłatą paliwową daje 2,8$ za milę do tego przejazd z lotniska (wypożyczalnia traktowana jest tak samo) to stała opłata 1.8$. Wchodzimy do Bellagio i wśród setek automatów do gry idziemy do bufetu. Kolejka jest bardzo długa – czekamy w niej prawie 45 minut. Koszt jest niestety wyższy – jest weekend i po 16:00, dlatego za wizytę w tym miejscu płacimy 150$ z podatkiem za cztery osoby. Jedzenie jest … dobre, ale nie wykwintne. Mały wybór mięs, zwłaszcza drobiu i sałatek, średni owoców morza, duży sushi, kuchni włoskiej i słodkości deserowych. Z pewnością to najlepsze co dotąd jedliśmy w czasie naszej wycieczki, ale średnio odpowiada nam forma tego posiłku. Zdecydowanie wolelibyśmy za te pieniądze wybrać posiłek z karty – w końcu ile można jeść ;), zwłaszcza jak się ma pokurczone żołądki po miesiącu małych i nieregularnych posiłków. Oczywiście takie żywienie, mam na myśli cenę, było w trakcie naszego całego wyjazdu nieosiągalne, ale teraz mamy porównanie, którego brak wcześniej nam zarzucaliście ;). Po posiłku wytaczamy się na zewnątrz. Oglądamy tańczące fontanny – ale jest jeszcze wcześnie i to nie ten efekt, więc ostatnie zakupy pamiątek i krótka wizyta w kasynie. Ja z 10$ zostałem z 0.15$ ale moje Kochanie z 5$ zrobiło 11,75$ więc ostatecznie na grze w kasynie straciliśmy trochę powyżej 3$ ;). Robi się ciemno i LV zaczyna tętnić życiem. Wszędzie pełno wszelkiej miary „naciągaczy fotograficznych” i osób rozdających ulotki zachęcające do korzystania z uciech doczesnych. Na rogu stoi osobnik z wielkim transparentem głoszącym, że czas już poznać Jezusa. Idziemy oglądać wulkan przy kasynie Mirage. Całkiem ciekawy pokaz ognia i wody, następnie pokaz sztucznych ogni przy Cesar’s Palace – Ci, którzy wytrwają te kilkanaście minut na koniec zobaczą te największe i najładniejsze. Z powrotem do Bellagio, teraz fontanny i gra świateł prezentują się jeszcze ciekawiej. Wracamy wzdłuż Stripu, tłum jest bardzo duży – blokują się wszystkie wąskie przejścia i schody. Policja kieruje ruchem. LV nocą to zupełnie co innego niż w dzień. Warto je zobaczyć. Wracamy taksówką do motelu. Jest tuż przed północą. Jutro już niestety wylatujemy. Pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
saturn5 Re: Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą 08.07.12, 21:35 > Mały wybór mięs, zwłaszcza drobiu i sałatek, średn > i owoców morza, duży sushi, kuchni włoskiej i słodkości deserowych. Jesli ktos gustuje w owocach morza to polecam specjalne piatkowe takie bufety. Nie wiem co oferuje Bellagio w piatek, nigdy nie bylem ale taki Atlantis lub Eldorado w Reno maja specjalne piatkowe bufety, sa drozsze niz w inne dni tygodnia ale wtedy wszystko polega na prawdziwej orgi morskiego jedzenia - kraby, langusty, krewetki, malze, ostrygi, kalamarnice, ryby, itp. i naprawde wtedy jest to uczta dla amatorow takiego jedzenia. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą IP: *.hsd1.ca.comcast.net 08.07.12, 23:32 >> Mały wybór mięs, zwłaszcza drobiu Drob???? Jak ide na takie kasynowe wyzerki to drob jest ostatnia rzecza ktora naloze na talerz, drob to mam na codzien w domu ;) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą IP: *.hsd1.ca.comcast.net 08.07.12, 23:55 >>Jedzenie jest … dobre, ale nie wykwintne. >> za te pieniądze wybrać posiłek z karty Wykwintne jedzenie w US za $30 od osoby w tym napoje (sodowe) to raczej czegos takiego w US nie znajdziesz. Zreszta zaraz wlasnie w Bellagio bylo osiagalne tzw. "fine dining" (maja tam jedna z najslawniejszych restauracji w USA - Picasso) ale by to niezle rabnelo po kieszeni. Trzeba mniej wiecej wiedziec za jakie ceny czego sie mozna spodziewac. Odpowiedz Link Zgłoś
kwiatek_leona Re: Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą 09.07.12, 00:26 W LV bylam ostatni raz grubo ponad 10 lat temu i bardzo chcialam pojsc do "Picasso", swiezo wtedy otworzonej restauracji Juliana Serrano, ktory byl poprzednio glowa kuchni w Masa's w San Francisco. Zostalam niestety haniebnie przeglosowana i wyladowalismy jednego wieczoru w bufecie w Paris, Paris (podle, podle) a drugiego wlasnie w Bellagio. Ten w Bellagio byl duzo lepszy od poprzedniego ale chyba jednak trzeba byc milosnikiem tej formy posilkow, zeby sie w to naprawde wczuc. Mnie zwykle w bufetach absolutnie psuja nastroj pazerni chciwcy ktorzy, zamiast sprobowac troche tego i tamtego, biegna pedem do stanowiska owocow morza i wracaja z kolejnym pelnym talerzem nog krabow, bo to wyceniane osobno byloby najdrozsze! Ostatniego wieczoru odmowilam udania sie do kolejnego bufetu i poszlismy do Coyote Cafe w MGM. Bylo calkiem przyjemni), choc znajac poziom gotowania Marka Franz z jego poprzednich restauracji (w "Santa Fe Bar and Grill" i "4th Street Cafe" w Berkeley a szczegolnie jako executive chef w "Stars" w San Francisco"), wiedzialam ze jedzenie w Coyote Cafe byloby znacznie lepsze poza Las Vegas... Przepraszam za ten przydlugi wtret gastronomiczny, kiedy chodzilo mi o cos calkiem innego. Dzieki za te wszystkie swietne relacje.Napisane lekko i ciekawie, jest to bardzo interesujaca lektura dla tych, ktorzy tych miejsc jeszcze nie widzieli a i podejrzewam rowniez dla tych, ktorzy juz te miejsca zwiedzili, chocby dla porownania z wlasnymi wspomnieniami. Wracajcie bezpiecznie i mam nadzieje gdzies Cie jeszcze tu spotkac, relacjonujacego nastepne eskapady, Moze tym razem cos w Europie? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: traficante Las Vegas by night (and by day:) IP: *.phil.east.verizon.net 09.07.12, 06:36 Las Vegas to specyficzne miasto amerykanskie. Opinie o miescie polaryzuja sie. Jedni miasto lubia bardzo, inni znacznie mniej. Amerykanscy kosmonauci powiedzieli, ze jest to jedyne miasto na Ziemi widoczne z kosmosu noca ze swoja feeria swiatel. Ogladanie swietlnej panoramy z wysokosci VooDoo Lounge robi duze wrazenie. Bufety w kasynach maja specjalnie ustawiona marketingowa cene aby zwabic turystow najpierw nieograniczonym jedzeniem a pozniej posadzic ich na stolkach w kasynie:) Mialem cicha nadzieje, ze rozbijecie jackpot w Bellagio i przeprowadzicie sie do hotelu Four Season a z hotelowej restauracji Verandah bedziesz kontynuowal swoje reportarze. Raz jeszcze "chapeau bas" za interesujaca relacje. Na pewnych odcinkach Waszej trasy moglem odbyc raz jeszcze sentymentalna podroz. Pomyslnego i spokojnego lotu do kraju zycze - t. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą IP: *.hsd1.ca.comcast.net 09.07.12, 06:52 >> pazerni chciwcy ... z kolejnym pelnym talerzem nog krabow.. He, he, to dokladnie ja, ja to robie - butelka bialego wina i jeden talerz nog krabow za drugim, z roztopionym maselkiem, nie dlatego ze najdrozsze ale najlepsze. Probowac wszystkiego po trochu - zostawiam to innym frajerom!!! Santa Fe Bar and Grill - milo to miejsce wspominam, stare czasy, chyba nawet na fortepianie tam przygrywali w pewne dni! Odpowiedz Link Zgłoś
kwiatek_leona Re: Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą 09.07.12, 12:09 "He, he, to dokladnie ja, ja to robie - butelka bialego wina i jeden talerz nog krabow za drugim..." No, najwyzej prawie, bo butelka bialego wina robi duza roznice:) Boszsz, ktos inny jeszcze pamieta "Santa Fe Bar and Grill?! To juz o wiek i staz w US nie bede nawet pytac ;) Wspominam te restauracje bardzo milo, bo to byly moje niesmiale pierwsze kroki w kategorii "chowhounding". A kiedy odkrylam Chez Panisse, zatracilam sie juz do reszty i na zawsze... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Dzień 28 Death Valley i Las Vegas nocą IP: *.arc.nasa.gov 09.07.12, 23:27 >> To juz o wiek i staz w US nie bede nawet pytac ;) Nie pytaj ;) Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Dzień 29 Powrót do domu 12.07.12, 02:49 To już ostatni dzień w USA. Porządnie się wyspaliśmy i zabraliśmy za pakowanie. Sporo z tym było kłopotów, bo wszystkie pamiątki, prezenty i zakupy trzeba było jakoś upchać, do tego trzymając się limitów bagażowych, które mogliśmy tylko ocenić „na oko”. Zjedliśmy śniadanie i poprosiliśmy obsługę hotelu o transfer na lotnisko. Musieliśmy chwilę poczekać, gdyż nie byliśmy jedynymi chętnymi. Lotnisko było położone blisko, tak więc już 20 minut później zastanawialiśmy się gdzie mamy się udać. Nasz bilet był wystawiony przez Lufthansę, ale pierwszym lot był obsługiwany przez United. Znaleźliśmy odprawę bagażowa tego przewoźnika, ale było przy niej sporo ludzi. Ze 20 minut czasu zajęło nam dopchanie się do samoobsługowych terminali odprawowych, których nie potrafiliśmy obsłużyć, ale znalazła się pomocna obsługa i … klops, nasze paszporty nie były poprawnie powiązane z biletami. Czas uciekał – bagaże należy odprawić min 40 minut przed wylotem, a my stoimy przy stanowisku, gdzie pracownica United zastanawia się, co ma zrobić. W końcu znalazł się jakiś manager, który nacisnął kilka magicznych przycisków i bilety zostały wydrukowane. Niestety teraz był problem z bagażami – pierwszy odprawił się prawidłowo, tzn. do Poznania. Pozostałe niestety wszystkie chciały lecieć tylko do Monachium. Znowu cenne minuty uciekają, w końcu wszystkie bagaże zostały odprawione do jednego biletu. Co prawda przeżyłem jeszcze chwilę grozy stawiając je na wadze, ale szybko uświadomiłem sobie, że waga zlicza lbs a nie kg. Ostatni bagaż był trochę cięższy (jakieś 2 kg), ale pani z obsługi miała nas już dosyć, więc tylko doczepiła karteczkę z dopiskiem haevy i już mogliśmy biec do naszej bramki. Najpierw kontrola, dokładna i szczegółowa. Byliśmy przygotowani i poszło dosyć szybko, potem sprint do bramki i … znowu zonk. Po pierwsze nasz samolot miał zmieniony rozkład lotu, startował 30 minut później. Po drugie był spóźniony ok. 30 minut. To były fatalne wieści, bowiem na przesiadkę w Chicago mieliśmy planowo tylko 40 minut (teraz mieliśmy wylądować już po starcie tamtej maszyny). Pracownik United poinformował nas, że na miejscu United załatwi nam hotel, a rano będziemy szukać następnych lotów. To nie była dobra wiadomość, ale co zrobić. Lot był kiepski, bez posiłku, same napoje, a różnica czasu spowodowała, że lądowaliśmy w Chicago tuż przed zmierzchem. Na miejscu były jeszcze jakieś problemy z rękawem, ale ustawiłem się przy wyjściu i jako jeden z pierwszych pobiegłem do terminalu, w którym powinna odprawiać Lufthansa (tak przynajmniej informowała pokładowa gazetka, w samolocie, którym przylecieliśmy). Oczywiście naszego przewoźnika tam nie było. Przycisnąłem do muru pierwszą osobę w uniformie, jaką spotkałem i dowiedziałem się, że Lufthansa odprawia jakiś lot nieopodal bramki, którą wysiedliśmy. Znowu sprint, teraz w przeciwnym kierunku. Znalazłem. Trwały przygotowania do lotu do … Frankfurtu. Pracownica linii w pierwszym odruchu chciała nas odesłać do United, ale już po chwili jej szefowa, o typowej niemieckiej aparycji zauważyła, że jesteśmy pasażerami Lufthansy. Jej działania były konkretne i skuteczne. Potwierdziłem, że wolimy lecieć do Europy i tam ewentualnie czekać na połączenie. Sprawdziła, że z Frankfrtu jest połączenie do Poznania, realizowane 2 godziny po przylocie, przez polski Eurolot. Przekierowała bagaże, odebrała karteczki potwierdzające wyjazd z USA (trzeba o tym pamiętać, bo inaczej można mieć problemy przy kolejnych odwiedzinach). Następnie wystawiła nam bilety i umieściła w kolejce oczekujących. Generalnie linie lotnicze sprzedają bilety z wyprzedzeniem, prawie zawsze jednak, zwłaszcza w tak dużych samolotach zdarza się, że ktoś z przyczyn rożnych wypadnie. Czasem jest takich miejsc kilka, czasem można trafić miejsce w klasie biznes lub w pierwszej klasie z wszystkimi tego miejsca przywilejami. Ja jednak bałem się, że może się zdarzyć, że miejsca będą 2 lub 3 i będziemy się musieli podzielić. Szczęśliwie starczyło miejsca dla wszystkich i wylecieliśmy. Prawdę mówiąc myślałem, że samoloty międzykontynentalne Lufthansy będą wygodniejsze. Ten lot był mniej przyjemny niż ten, którym przylecieliśmy, choć był o 2,5 godziny krótszy. Jedzenie gorsze, wyposażenie audio/video również. Tylko wybór napojów alkoholowych i idealne maniery personelu były lepsze. We Frankfurcie wylądowaliśmy o czasie, tj. około 14. Już w Chicago upewniłem się, z której bramki będzie wylot do Polski. Przybyliśmy na miejsce i jako pierwszy ustawiłem się w kolejce oczekujących. Nie mieliśmy jeszcze biletów z miejscówkami, a ja obawiałem się, że w małym samolocie ATR może być z nimi większy problem. Miałem trochę racji, gdyż pani z obsługi, która przybyła 40 minut później oświadczyła mi, że nie jest w stanie zabukować nam miejsc, bowiem po pierwsze ich nie ma a po drugie to są inne (polskie) linie i Lufthansa musiałaby za nie zapłacić. Wzięła jednak nasze paszporty i po chwili okazało się, że działanie obsługi z Chicago było perfekcyjne. Bilety już były wystawione a miejsca zarezerwowane – jedyne, co trzeba było zrobić to je wydrukować. Szczęśliwi jak małże, już bez żadnych innych problemów, wylądowaliśmy w Poznaniu z 2 godzinnym opóźnieniem względem pierwotnego planu, lecąc zupełnie innym połączeniem. Następnie odebrani przez rodziców, zostaliśmy ugoszczenie przepysznym polskim obiadem, i niech mi teraz ktokolwiek udowodni, że nasza kuchnia jest gorsza ! ;) Teraz przyjdzie nam jeszcze przestawić się na czas Europejski, co pewnie trochę potrwa – jest 3 w nocy a ja nie mogę zasnąć ;). Dziękuję bardzo wszystkim, którzy wraz z nami „brali udział” w naszej wyprawie. Mam nadzieję, że nasze informacje okażą się pomocne, dla tych z Was, którzy zastanawiają się nad podobnym wyjazdem. W najbliższym czasie postaram się zamieścić jeszcze jakieś podsumowanie, informację o kosztach itp.. Może uda mi się też zamieścić galerię zdjęć. Z wyjazdu do USA przywiozłem nawigację z mapą i adapter do gniazda zasilającego. Chętnie te rzeczy odsprzedam. Jeżeli jest ktoś zainteresowany, to proszę o kontakt, inaczej wystawię je na Allegro. Do tego zestawu mogę dorzucić gratis wejściówkę do parków narodowych, ma miejsce na drugie nazwisko i jest ważna jeszcze przez 11 miesięcy. Pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś
dotii_m Re: Dzień 29 Powrót do domu 12.07.12, 12:29 Hej! Super relacja z wyprawy! Wskazówki z podróży przydadzą się na pewno, ponieważ też planuję na przełomie września i października objazdówkę po zachodnim wybrzeżu USA. Napisz proszę na maila za ile masz do sprzedania nawigację z mapą i adapter do gniazda (no i oczywiście wejściówką do parków też jestem zainteresowana :) mój mail: dotii_m@wp.pl Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: gosc Re: Dzień 29 Powrót do domu (na Florydzie) IP: *.tampabay.res.rr.com 21.07.12, 00:42 ....No wlasnie dzis rano ja tez wrocilem z mojej "objazdowki" ale z calkiem innymi wrazeniami....czytajac wspomnienia odnioslem wielka satysfakcje ze moge sie poruszac i to swobodnie w tym pieknym pelnym natury kraju...ciesze sie na sama mysl ze nie musialem odstawac w kolejkach, szukac bramek, byc na odprawach bo to rujnuje caly sens wlasciwej podrozy...siadam i wysiadam z samochody (van) i w prosty oto sposob przenosze sie do do miejsc ktore zakodowalem do objazdu...Yosemity suche, wody w "falls" zabraklo, kwiatow (wildflowers) nie uswiadczysz jak na lekarstwo, Powell Lake wysycha i Glen Canyon pokazazuje swoje uprzednie oblicze.... ....Koszmar obecnej turystyki odczulem na wlasnej skorze na "zwiedzaniu" Kuby, Peru i Chile - wolalbym o tym zapomniec - tak wiec w pelnej krasie i ku wielkiej satysfakcji oraz samozadowoleniu korzystam w pelni z faktu ze jestem z " krwi i kosci" amerykaninem (oj jak dobrze jest byc obywatelem tego kraju).... ....Koszt wlasciwy mojego objazdu bez porownania duzo, duzo mniejszy, klopotow zadnych oprocz zlej pogody w stanach pacyfiku (CA,OR,WA) tak wiec odpuscilem sobie Olympic NP i Waterton,Alberta ale nie robie z tego wielkiego problemu bo jak "troche odsapne" to znowu zaspiewam sobie "on the road again".... ....Ciesze sie ze Stany przypadly wam do gusta bo natura tutejsza jest nie do podrobienia i zawsze rozna w innych porach roku.....A tak naprawde to pochodzilbym tez chetnie po Poznaniu w ktorym to spedzilem mile chwile w moim zyciu (5 lat) na Grunwadzkiej ale dawno temu bo w koncu lat 50-tych kiedy to dziwczyny byly mlode i zdrowe... Odsiadywalismy czesto przy "Lacrima" na Lampego - sadze ze ta malenka winiarnia jeszcze utrzymala sie w swojej egzystencji... ........"Trzymaj sie zdrowo i pozdrow tesciowo (Mlynarski) poznanska pyro" albo jak sie tez popularnie mowilo "szczunie"... PS: rural america jest parszywa i tandetna no i rupieciarska (shabby mobile homes) ktore dla przykladu w Californi czasami siegaja nawet ceny 1.5 M Dollarow (location) - ale to typowa kalifornijska glupota i niewypal...Godne uwagi typowo amerykanskie i bombastyczne to Floryda i Arizona w pozostanych Stanach tylko ekskluzywne miejsca, (estates) jak LV czy CA..., ........ BTW : kupujac owoce w Walmart w Page tak sobie pomyslalem ze to miasto(teczko) nie jest wcale takim "parszywym" miejscem no i lepiej moim zdaniem ze jest tam 15 (?) kosciolow niz 15-cie meczetow czy synagog na odmiane..... ...Okolice Page to unikalne i przepiekne miejsca bez przesady klasy UNESCO ktorych nie da sie obskoczyc "ad hoc" a wedrowki z rodzina limituja sens podrozy mimo to ze sa czesto tez bolesne (odpadlem od sciany na trail w NM i nie mialem nikogo pod reka kto by mi wspolczul w tych bolesnych chwilach ale juz sie "wyleczylem" no i kamery (DSLR) uratowane).... .....Jesien natomiast mimo krotkich dni jest chyba nawet bardziej interesujaca ze wzgledu na kolory i unikalne piekno tych zachodnich Stanow.... Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Podsumowania: 12.07.12, 02:55 Spędziliśmy w USA 29 dni. Byliśmy w 7 stanach (Nevada, Arizona, California, Idaho, Montana, Wyoming, Utah) nie licząc Texasu i Illinois gdzie miałem przesiadki ;). Odwiedziliśmy: cztery większe miasta Las Vegas, San Diego, Los Angeles i San Francisco; 14 parków narodowych: Grand Canyon NP, Glen Canyon NP, Petrified Forest NP, Saguaro NP, Joshua Tree NP, Sequoia NP, Yosemite NP, Yellowstone NP, Grand Teton NP, Arches NP, Canyonlands NP, Bryce Canyon NP, Zion NP, Death Valley NP; 1 park stanowy Dead Horse Point; kilka parków plemiennych (np. Monument Valley, Antelope Canyon); kilka monumentów i lasów narodowych. Koszt całkowity wyjazdu (ujednolicony w PLN) to 45 260 zł, co daje 11 317 zł na osobę łącznie i 377 zł na osobę dziennie. W tym koszty (dla 4 osób): Wizy i związane z nimi wydatki 2 400 zł Bilety lotnicze 9 883 zł 2 470 zł osoba Ubezpieczenie (leczenie i podróż) 839 zł Wynajem auta (z ubezpieczeniem) 940 $ 36,15 $ dziennie Koszt paliwa (385,6 galona) 1 426 $ 3,7 $ za galon czyli (1460 litrów) 4 700 zł 3,21 zł za litr Przejechałem 6 000 mil (9 656 km), co daje 214 mil dziennie (345 km). Samochód Dodge Nitro 3,7 - spalanie średnie 6,4 galona na 100 mil (15,1 litra na 100 km). Wyżywienie (+ napoje) 1 893 $ 15,78 $ dziennie / osoba 6 237 zł 51,98 zł dziennie / osoba Akomodacja (28 dni dla 4 osób) 2 728 $ 101,01 $ dziennie / pokój bez kosztów noclegu w namiocie w GC 8 988 zł 321,01 zł dziennie / pokój Atrakcje + komunikacja miejska 1 489 $ Pozostałe wydatki: prezenty, pamiątki, kosmetyki, napiwki, nieprzewidziane extra (np. dentysta, nawigacja etc.) 1 200 $ Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: survey Re: Podsumowania: IP: *.umkatowice.static.3s.pl 16.07.12, 10:26 Witam wyjeżdżam w piątek 20.07 w praktycznie te same miejsca - pierwszy tydzień zawodowo w San Diego, później tydzień objazdówki - wiem że za mało czasu, ale tylko tyle udało się wygospodarować. Byłbym zainteresowany nawigacją oraz wejściówka do NP. Wracam 6.08 więc po powrocie mógłbym przekazać nawigację dotii_m za cenę pomniejszoną o amortyzację:) jeżeli taka byłaby wola Sam'a. pisz w tej sprawie na rommas@poczta.onet.pl czasu jednak nie mam za dużo:) super relacja pozdro Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: rymic Re: Podsumowania: IP: *.adsl.inetia.pl 16.07.12, 22:02 Na temat relacji nie będę się ponownie wypowiadał-świetna!!!!Mam pytanie do Autora;gdzie załatwiałeś za te cenę ubezpieczenie od kosztów leczenia i podróż?U mnie w PZU chcą 1700 zł za 2+1 przy 35 dniach . Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Re: Podsumowania: 17.07.12, 07:37 Ubezpieczenie było opcją do biletów lotniczych, które kupiłem na esky.pl Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kasia Re: Podsumowania: IP: *.emea.ibm.com 20.07.12, 16:16 Sam, rewelacyjny opis wyprawy, bardzo mi pomogl w planowaniu moje podrozy , ja jade 9 sierpnia na 3 tyg w te same miejsca . Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: and23 Re: Podsumowania: IP: 195.85.249.* 04.09.12, 15:41 cześć Samsung! rewelacyjna relacja! jak masz więcej takich przydatnych informacji, spostrzeżeń, rad itp. to bardzo proszę odezwij się do mnie na maila: platynowa6@wp.pl wszelkie wskazówki i rady jak najbardziej mile widziane bo w październiku( za trochę ponad miesiąc) lecę z żoną na 3 tyg. i też trochę chcemy pojeździć po zachodzie... :) pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Re: Podsumowania: 06.09.12, 13:09 Czołem ! Moje wrażenia spisywałem na bieżąco, dziś trudno byłoby mi znaleźć spontaniczny kontekst do ich kontynuowania. Bardziej mogę dziś pisać o miłych wspomnieniach ;) Jeżeli masz jakieś pytania, oczywiście w miarę możliwości postaram się na nie odpowiedzieć. Poza tym takie pytania warto zadawać na forum. Wiele osób tutaj ma wiedzę daleekooo większą od mojej i chociaż czasami są opryskliwi (Wy już wiecie kto ;), jak pytania są sensowne to i odpowiedzi można się doczekać. Mój wyjazd wspominam tak miło, że już Tobie zazdroszczę ! Z pewnością nie będziesz żałował. Pozdrawiam serdecznie. Sam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: survey Re: Podsumowania: IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.09.12, 21:26 no ja wróciłem cało i mogę powiedzieć jedno - wycieczka była super. Co prawda tylko tydzień objazdówki, ale WARTO. Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Re: Podsumowania: 06.09.12, 13:13 Cześć Tam chyba nie można pojechać i wrócić niezadowolonym. To świetnie, że miałeś udaną wycieczkę. Sprzęt funkcjonował bez zarzutu? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robak Re: Podsumowania: IP: *.arc.nasa.gov 07.09.12, 00:22 > Co prawda tylko tydzień objazdówki..... Ojej to dopiero malo czasu! Nigdy bym czegos tak krotkiego nie polecal chyba ze trasa tez odpowiednio krotka. Odpowiedz Link Zgłoś
jpp12 Re: Podsumowania: 27.10.12, 22:43 Z tego co przeczytałem zakupiłeś nawi od Samsunga, może chcesz odsprzedać?, jeżeli tak to proszę o info. Samsung_pl super wyprawa Odpowiedz Link Zgłoś
samsung_pl Zdjęcia 13.09.12, 01:34 W końcu załadowałem zdjęcia. Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę: Tekst linka pozdrawiam Sam Odpowiedz Link Zgłoś