waldek.usa
03.08.04, 17:21
Wracam z Polski. Z Krakowa do Rzymu LOT-em, bez problemow.
Z Rzymu do Nowego Jorku Alitalia, tu zaczely sie schody.
Na poczatek zarcie. Francuzi i Polacy nakarmili mnie OK.
Italiance probowali struc mnie. FA pyta; miecho czy rybka?
Moj sasiad wzial rybkie, ja wzialem padline. Zamowilem do tego czerwone
winko. Padlina wygladala niejadliwie, ale zaczalem sie z tym szarpac.
Doslownie, gdyz mialo to-to cechy podeszwy. Nie zebym podeszwy jadal, ale
zadaje sie z nimi na codzien i cos niecos o nich wiem.
Wiec nie mogac tego nazwac sznyclem nazwe to-to podeszwa. Tak na boku, moze
trzeba zaczac robic kanapki...
Anyway, najbardziej zjadliwe byly bulka i ser, makaron sztywny, warzywa,
hmmm, zdechle. Gdzie wloska kuchnia, no?
Uczte splukalem czerwonym winem, calkiem do rzeczy.
Sasiad z obrzydzeniem podlubal w rybie i spojrzal na mnie. Zjadlem z musu,
powiadan, nie chce z glodu zaczac airplane rage.
Posprzatano i po chwili poszedlem po drugie wino, do filmu, no i palic nie
wolno, qzwa mac.
Poszedlem do tylu. FA wpie*rdalali Craft macaroni and cheese.
Bez oporu facet dal mi flaszke i powedrowalem ogladac film, jezeli wogole
moglem znalezc cos ciekawego. Moze japonski...
Pod koniec filmu flaszka byla pusta i trzeba bylo zrobic wyprawe do tylu.
Przed zaciagnietymi zaslonami staly dwie pasazerki.
Co jest? Wino nie chcialo mi sie otworzyc, dalam FA pol godziny temu i znikla.
Druga tez cos chciala.
To na co panie czekaja, uchylic zaslony i egzekwowac, przeciez nie spia. Nie
czekajac tak zrobilem i powiadam; te panie cos potrzebuja, a ja czerwone,
dziekuje i juz spadam.
OK, jest to dziewiec godzin lotu, ilez takich winek bedzie? Meczylem FA szesc
razy.
Prawie koniec lotu, okolice Bostonu i mam ochote zawolac; panie kierowca,
podrzuci mnie pan do domu, nie chce mi sie okreznie przez Nowy Jork posuwac.
FA wyciagaja graty, beda serwowac ostatni "posilek" - stara bulkie ze srem i
szinkom. FA zadaje mi pytanie; co do picia? Jakby sie, qzwa, do tej pory nie
zorientowal, co pije, hehehe. Popatrzyl sie na mnie, jak gdyby chcial wyczuc,
czy jezdem w trzi dupi, czy nie jezdem. W koncu ocenil mnie jako
kwalfikujacego sie na ostatnia buteleczke. O co chodzi, jezyk mi sie nie
placze, mordy nie wydzieram, nie zataczam sie, nie rzygam, stjuardes nie
obmacuje, a chcialo sie bardzo, bo laski super, a wogole to masz szczescie,
ze nie lecisz z Szikago, bo pol samolotu by zarzygali.
Nareszcie JFK.
Kontrola paszportowa, pada pytanie; a gdzie deklaracja?
O w morde jeza, zapomnialem. Obrot, zaraz wracam i podaje, stempel w paszport
i gnam za drzwi, bagaz moze poczekac, papierosssss.
Wracam na karuzele, ludzie bagaz przerzedzili, bedzie latwiej znalezc i wio
do Delty, do Bostonu.
Latwiej znalezc byloby, gdyby ten bagaz byl.
Ale go nie bylo.
Gnam do Alitalia i skladam raport o zaginionej torbie. Pani powiada, ze jutro
dostarcza, czyli w niedziele.
W poniedzialek zaczynam stukac palcami po biurku. Robie trace, sie okazuje,
ze Italiance wsadzili moja torbe do Filadelfii - przez Logan, czyli Boston.
O co chodzi????
Dzwonie do Delty, pani poinformowala mnie, ze torba znaleziona, wysyla ja
apiac nazad na Logan i we wtorek po poludniu dostarcza.
Sroda.
Dzwonie jeszcze raz, torba przyleciala, ale gdzies sie zapodziala.
Juz jestem lekko podku*wiony, po pracy na Logan.
Pani w Delcie oznajmia, ze Alitalia zarzadala od nich mojej torby, jako, ze
ja krzywe chooje zgubili, to teraz musza ja "znalezc", qzwa, cwaniaczki we
wloszczyzne kopane, i do mnie dostarczyc.
To przekonalo mnie, ze sprawa sie rypla i prawdopodobnie mojego smokingu juz
nie zobacze.
Oczywiscie, w Alitalia nikogo juz nie bylo (12-5), z wyjatkiem Wloszki z
jednym tygodniem stazu.
Czwartek.
Numer centralny do zagubionych bagazy jest na automatycznej sekretarce.
Zostawiam szczegolowa wiadomosc. Tak samo lokalnie.
Maja juz tych wiadomosci od groma i ciut-ciut.
Glucha cisza, dranie olewaja.
Znalezienie zywej osoby jak do tej pory bylo bezskuteczne.
W koncu dorwalem zywa osobe, oraz sensowny numer. Zadzwonilem, opowiedzialem
i panienka dala mi namiary do menedzera centrali w Nowym Jorku.
Wyslalem detalicznego maila opisujacego historie od a do z,
"Not even ONCE I was called back – contrary to Alitalia's outgoing message
promising such action, which is a standard in a business world. I don’t know
what kind of personnel is employed at Alitalia lost luggage at Logan airport,
but they certainly do not belong to the business world.
Ms Patti, I expect you to take immediate action and have Alitalia personnel
at Logan do their work and deliver my luggage.
Thank you very much."
Sobota.
Jemy sniadanko. Szykuje sie do okupowania Alitalia na Loganie. Raptem dzwoni
komora. Torba sie "znalazla", pytaja o instrukcje. Nie jestem w domu, wiec
wysylam do mojej knajpy osiedlowej, kazdy moze tam pokwitowac. Pare godzin i
drinkow pozniej dzwonie, aby sprawdzic sytuacje. W koncu pojawia sie facio z
moja torba.
Czekajac na facia rozmawialem z kumplami. Jeden z nich zazartowal:
Te Italiance sa poyebusy, pomysleli, ze skoro uwalili na JFK, to moze po
prostu wyslac bagaz do Wloch i sprobowac jeszcze raz, moze sie uda...
Prorocze slowa, hehehe!
Wyslali, dranie, do Mediolanu. Zamiast do mnie do domu.
Tak sie sklada, ze wiele osob ma podobne opinie; Francuzi karmia dobrze, ale
lotnisko do dupy, LOT w mojej opinii tez karmi niezle, a Italiance paxow
truja.