Gość: Nerrrra
IP: *.57.46.215.mpowercom.net
13.08.05, 19:13
Temat ktory rozpoczynam jest dosyc blachy,ale ciekawi mnie czy tylko ja mam
takie doswiadczenia;)Spedzam wakacje w Stanach i akurat przez ostatnie kilka
dni bylam na wycieczce-tak sie zlozylo,ze z polskiego biura.Z wszystkieho
bylabym bardzo zadowolona,gdyby nie nawyki jezykowe czesci grupy,ktore mnie
osobiscie doprowadzaja do szewskiej pasji:[
-tikety jeszcze beda potrzebne
-na tej bout to swieci i swieci
-nie wjedziemy w ta ulice bo jest konstrakszyn
-ah te trafiki pod Chicago
-tylko szybko plizzzz,plizzz...
-trzeba wejsc na drugi flor
-tu musi byc jakis elewator(w polskim jezyku jest slowo "elewator" i
bynajmniej nie ma nic wspolnego z winda)
-prosze podac siatke na garbycz
Oczywiscie im ktos krocej za wielka woda,tym wiecej angielskiego w rozmowie;)
Najbardziej rozsmieszyla mnie kobieta(Polka) dzwoniaca do meza(Polaka) i
mowiaca do niego po angielskuHeHeHe.Czy ktos moglby mi wytlumaczyc skad taka
trudnosc z mowa ojczysta po kilku miesiacach poza domem:>??
Pozdrawiam