Dodaj do ulubionych

Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Korsyce

26.04.06, 13:29
Witajcie,

Korsyka to nasze marzenie od bodaj kilku dobrych lat.
Ciagle TAM nie dotarliśmy...

Czy jest ktoś z okolicy Kraków-Tarnów, kto również chciałby TAM jechać?
Ja proponuję opracowanie planu wyjazdu, zorganizowanie map i folderów darmowy
nocleg w PIZIE.
Proszę o kontakt na monw@gazeta.pl
Obserwuj wątek
    • monw Re: Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Kor 10.05.06, 14:33
      :-)
      dokładnie 22.08.02, 19:15 założyłam wątek o Korsyce.
      Jego zainteresowanie przeszło wszelkie oczekiwania i zmienił się w niezły
      przewodnik po Korsyce.
      Jeśli ktoś ma ochotę oraz CZAS proszę zajrzeć i poczytać o Korsyce...może
      zaintryguje kogoś i zechce jechać z nami tam gdzie wyspa pachnie ziołami i
      zachwyca rozbujałą zielenią :-)

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=193&w=2762267&s=0
      • chokai Re: promocja - aut na promie Livorno-Bastia tylko 19.05.06, 17:57
        :)
        To zależy od terminu i linii.
        Kwestię promów przerabiam dość intensywnie i np. w Corsica Ferries , w terminach
        który mnie interesuje, również w wersji samochód + 4 osoby (1 dziecko), zamykam
        się w cenie 232 e, wliczając w to koszt drogiej kabiny Top Class na trasie do
        Toulonu :)

        W Moby chyba wychodziło nawet taniej , ale mi godziny nie pasują.

        • monw Re: promocja - aut na promie Livorno-Bastia tylko 22.05.06, 11:29
          chokai napisał:

          > :)
          > To zależy od terminu i linii.
          > Kwestię promów przerabiam dość intensywnie i np. w Corsica Ferries , w
          terminac
          > h
          > który mnie interesuje, również w wersji samochód + 4 osoby (1 dziecko),
          zamykam
          > się w cenie 232 e, wliczając w to koszt drogiej kabiny Top Class na trasie do
          > Toulonu :)
          >
          > W Moby chyba wychodziło nawet taniej , ale mi godziny nie pasują.
          No to faktycznie tanio.
          Jak długi trwa rejs do Bastii?
    • chokai Re: Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Kor 29.05.06, 20:49
      Do wątku "promowego" dodam tylko, że rzeczywiście , tak jak pisał Bah,
      wszystkie rezerwacje załatwia się przez Petpolonię (www.promy.pl), z tym że i
      tak gdy ktoś chce płacić kartą musi zgłosić się do któregoś z agentów (ja
      załatwiałem przez Orbis).
      Najprościej wejść na strony CorsicaFerries i tam zarezerwować - mi się nie
      udało zapłacić , bo system nie chciał zautoryzować ani Visy ani MC, nie wiem
      dlaczego, przedstawiciel CorsicaFerries również nie wiedział i proponował
      załatwienie sprawy przez wysłanie wszystkich danych mailem, ale stwierdziłem że
      podawanie w ten sposób numerów kart byłoby trochę niefrasobliwe , więc
      skończyło się na Orbisie.
      W ten sposób pierwszy krok na Korsykę mam za sobą :)
    • monw termin 10.07.06, 18:06
      Witam,już lepiej.Są chetni, brakuje jednej, konkretnej, zdecydowanej osoby i
      kupujemy bilety na prom.
      Termin 3 VII-16 VIII (14 dni)
      lub
      28 lipiec - 16 VIII (19 dni)

      CZY KTOŚ CHCE?MA CZAS i CASCH?
    • anlip Korsyka na rowerze - szukam towarzyszki :-) 13.07.06, 12:07
      Planuję wyjazd na Korsykę i zwiedzanie wyspy na rowerze. Szukam kogoś do
      towarzystwa, najlepiej dziewczynę, która lubi jeździć na rowerze, nie
      przeraża ją spory wysiłek fizyczny, otwartą na przygodę.
      Dojazd samochodem, spanie na kempingach. Wyjazd niskobudżetowy, bez
      szaleństw. Termin II połowa września, 2 tygodnie (+ ewentualnie 1-2 dni), na
      wyspie ok. 10 dni.
      Więcej informacji na priva.
      Ania, 30+, Zielona Góra
    • monw Dzieękuję... 23.08.06, 20:24
      I udało się!!!

      Pozostają nam niezapomniane wrażenia,setki zdjęć,zapach dzikiego tymianku i
      makii i miejsca do których pewnie kiedyś wrócimy.

      Dziękuję BASI!!! Tomaszowi i Tomkowi :-)
              • monw Korsyka - reportaż - PROLOG 17.11.06, 14:03
                22.08.02, 19:15 - po raz pierwszy pomyślałam aby wraz z chętnymi (np.z
                forum GW:-) udać się na Wyspę Napoleona.
                Pierwszy post pojawił się dopiero (?) po trzech dniach i to tylko po to
                aby poprawić gramatycznie tytuł wątku.Dzisiaj nie wiem czy
                przekornie napisałam "...do Korsyki" a nie "...na Korsykę" ale dało
                to początek długim dyskusjom.
                Ostatni zarejestrowany na forum post był wysłany 13.08.03, 08:34 i był to 482
                post!
                Koniec końców do wyjazdu wtedy (!) nie doszło i zostało mi nawet
                zarzucone,że manipuluje ludźmi,że założyłam wątek a nie miałam w
                planach jechać itd, itp.

                W tym miejscu pragnę pozdrowić wszystkich czynnie biorących udział w dyspucie
                czyli:Bah,Krzyś,Liloom,Milena,Tomaszek,Wiśnia oraz tym, którzy
                pojawili się epizodycznie.

                Mam nadzieję, że wątek dał inspirację wielu szukającym ciekawego
                miejsca na urlop i wybrali oni właśnie Korsykę.

                Dzisiaj (17 XI 2006) muszę przyznać,że warto było czekać tak długo
                aby znaleźć się na wyspie.
                Wyjazd udał się dzięki obecności męża Tomka i dwóch poznanych poprzez Internet
                osób czyli Basi (Poznań) i Tomasza (Wrocław)
    • monw Niedziela, 30 VII 2006, 20.11.06, 11:32
      Niedziela, 30 VII
      Wstajemy wcześniej niż to pierwotnie planowaliśmy – musimy spakować się dzisiaj,
      bo wczoraj wszystko nam się opóźniło – Monika i Tomek dojechali do Wrocławia o
      21:30, zaczęło padać i zamiast się pakować urządziliśmy sobie beztroski wieczór
      przy muzyce i piwie. Ale dzisiaj nie ma żartów, prom nie zaczeka na nas, a
      bilety przepadną gdy nie dojedziemy na czas, więc do dzieła ! Bagażnik i cały
      tył Micry wyładowany rzeczami do zabrania i to ma się zmieścić w bagażniku
      Accorda ?! A gdzie namiot, rzeczy Tomasza i Basi – to niemożliwe !
      Zaczyna się „brutalna” eliminacja – stolik i krzesełka nie pojadą, płetwy, maska
      też i do tego parę innych drobiazgów. Potem dokładnie układamy wszystko -
      okrągłe do okrągłego, a kwadratowe do kwadratowego, wykorzystujemy każdy
      zakamarek w samochodzie – po 40 minutach nasze wysiłki zostają nagrodzone
      sukcesem. O 11:00 Basia przyjechała pociągiem z Poznania, Tomasz odbiera ją ze
      stacji i już jesteśmy w komplecie. Jeszcze tylko pamiątkowa fotografia i o 11:20
      ruszamy, nasza trasa, to : Wrocław – Kłodzko - Brno- Wiedeń – Wenecja – Bolonia
      - Florencja - Livorno.
      Jedziemy spokojnie, zgodnie z przepisami – Czechy wloką się niemiłosiernie,
      przed 17-stą docieramy do przejścia Mikulov-Drasenhofen, Austria wita nas
      kontrolami prędkości – na odcinku pomiędzy granicą a Wiedniem mijamy aż 3 razy
      policjantów z „suszarkami”. Dalej idzie już gładko. Po 22:30 wjeżdżamy do Włoch.
      Pierwszy zgrzyt dopiero na obwodnicy Florencji – chcemy zjechać z autostrady na
      bezpłatną dwupasmówkę do Livorno, dlatego mijamy zjazd na płatną i dłuższą
      autostradę A11 i jedziemy szukając następnego zjazdu na Livorno. Niestety, nic
      takiego nie ma i dojeżdżamy aż do zjazdu na Rzym – nie ma rady, przestajemy
      kombinować i zawracamy na „niechcianą” A11. Wracając jeszcze raz sprawdzamy
      zjazdy – jeden jest intrygujący „Fi-Pi-Li”, ale godzina 4:30 rano nie wpływa
      korzystnie na szybkie kojarzenie faktów. Olśnienie przychodzi później, że
      „Fi-Pi-Li” to skrót od „Firenze-Pisa-Livorno” - w ten sposób włoscy drogowcy
      „ukrywają” zjazd na bezpłatną dwupasmówkę i zmuszają turystów do jazdy dłuższą i
      płatną A11. Na 30 km przed Livorno stajemy na stacji benzynowej na małą drzemkę.
      • bah77 Re: Niedziela, 30 VII 2006, 20.11.06, 13:24
        Witaj Moniko!

        > godzina 4:30 rano nie wpływa korzystnie na szybkie kojarzenie faktów.
        > Olśnienie przychodzi później, że „Fi-Pi-Li” to skrót od „Firenze-Pisa-
        > Livorno” - w ten sposób włoscy drogowcy „ukrywają” zjazd na bezpłatną
        > dwupasmówkę i zmuszają turystów do jazdy dłuższą i płatną A11.

        Nie sądzę, gdyż jadąc z północy, zjazd z A1 na A11 jest jakieś 10 km _przed_
        zjazdem na drogę opisaną w atlasach jako "Strada Grande Comunicazione Firenze-
        Pisa-Livorno", więc jak można ukryć cóś, co będzie dopiero później?

        Winiłbym raczej:
        - brak Pilota wycieczki (odpowiada prawie za wszystko!)?
        - brak dobrego atlasu samochodowego?
        - brak noclegu po drodze?

        Czekam z wielkim zaciekawieniem i... niepokojem na ciąg dalszy. :)

        Pozdrawiam serdecznie

        bah77
        • monika.wegrzyn Re: Niedziela, 30 VII 2006, 20.11.06, 14:40
          Hmm,nie mam teraz w pamięci tej trasy.
          Masz racje co do jenego: brak noclegu... ale nie mogliśmy sobie na to pozwolić
          bo wcześniejsze (nie zaplanowane korkociągi na drogach) sprawiły,że mieliśmy
          już czas tylko na jazdę dalej.
          Mapy były dobre, pilot też wydawał się być OK.
          Rozmawiałam z Panią, która mieszka we Florencji i mówiła,że często obcokrajowcy
          mylą się na obwodnicach...
          CD nastąpi :-)
        • ttu Re: Niedziela, 30 VII 2006, 28.02.07, 13:43
          Nie sądzę, gdyż jadąc z północy, zjazd z A1 na A11 jest jakieś 10 km _przed_
          > zjazdem na drogę opisaną w atlasach jako "Strada Grande Comunicazione Firenze-
          > Pisa-Livorno", więc jak można ukryć cóś, co będzie dopiero później?
          Toteż w relacji napisaliśmy, że jadąc z Polski minęliśmy zjazd na A11 i
          jechaliśmy dalej ale aż do zjazdu na Rzym nie było już żadnego zjazdu na
          Livirno, tylko to zaszyfrowane Fi-Pi-Li i musieliśmy zawrócić.

          TTU - kierowca wyprawy
          • bah77 Re: Niedziela, 30 VII 2006, 28.02.07, 14:49
            > nie było już żadnego zjazdu na Livirno, tylko to zaszyfrowane Fi-Pi-Li...

            Zaszyfrowane?

            A jak w Atlasie samochodowym, z którego korzystał Pilot, ta droga jest
            oznakowana?

            U Michelin'a (przy średniej skali) jest dokładnie tak: FI-PI-LI:

            www.viamichelin.com/viamichelin/gbr/tpl/hme/MaHomePage.htm

            bah77
            • ttu Re: Niedziela, 30 VII 2006, 01.03.07, 12:14
              Sorry, ale jestem przyzwyczajony do standardu, że na drogowskazie jest pełna
              nazwa miejscowości, a nie skrócone nazwy trzech. Moim zdaniem, to
              jest "robienie w konia" obcych kierowców, bo miejscowi wiedzą o co chodzi.

              To, że "Fi-Pi-Li" jest w atlasie Michelin'a świadczy o wysokiej jakości
              Michelin'a. My mieliśmy niemiecki atlas Europy z 2005 roku (wydawcy nie
              pamiętam) i w nim ta droga była normalnie oznaczona jakimś numerkiem.
              • bah77 Re: Niedziela, 30 VII 2006, 01.03.07, 18:13
                Ttu, zgadzam się, atlasy Michelin'a są zdecydowanie najlepszymi w Europie.

                Ta droga chyba nie ma numeru, tylko nazwę.

                W popularnym w PL, gorszym (choć tańszym od Mi) Atlasie Marco Polo Włochy
                1:300.000, droga jest nieoznakowana, ale miejsce zjazdu z A1 na nią jest
                wyraźnie opisane: Firenze-Signa.

                Atlasy w mniejszej skali są w/g mnie mało przydatne do wycieczek samochodowych
                po Europie...

                bah77

    • monw Poniedziałek, 31 VII 2006 21.11.06, 11:26
      Do portu Livorno dojeżdżamy na godzinę 7:00, zgodnie z życzeniem linii promowej
      Moby Lines, bo ten przewoźnik wymaga by być w porcie na 2 godziny przed
      wypłynięciem promu - nasz wypływa o 9:00. Przed nami jakieś 50 samochodów, ale
      i tak wjeżdżamy na prom jako jedni z pierwszych i nasze auto ląduje na
      najwyższym, 2 piętrze promowej ładowni. Po znalezieniu wygodnego miejsca na
      leżakach na górnym pokładzie, mogliśmy się wreszcie poczuć jak na wakacjach.
      Prom ruszył punktualnie.
      Cały rejs trwał 4 godziny, ale na wyjazd z promu czekamy jeszcze 40 minut –
      bo „ostatni będą pierwszymi” i odwrotnie. Z promu jedziemy w kierunku
      północnym szukać campingu - nadmorską drogą wyjeżdżamy z Bastii i mijamy
      kolejne miejscowości Palagaccio, Pietranera, Grigione, Miomo, właściwie, to
      tylko tablica z nazwą informuje, że kończy się jedna miejscowość, a zaczyna
      następna – to taka jedna, długa, niekończąca się miejscowość. Na początek
      chcemy sprawdzić nocleg w polskim Domu św. Jacka w miejscowości San Martino di
      Lota - drogowskaz kieruje nas w lewo z nadmorskiej drogi – wspinając się wąską
      dróżką po kilku minutach dojeżdżamy do Domu św. Jacka. Udaje się nam obejrzeć
      sale sypialną – w małych boksach 2,5x1,5 m stoją piętrowe łóżka, które od
      korytarza oddziela jedynie zasłonka. Niestety dziewczyna z recepcji nie zna
      ceny i nie jest pewna czy są wolne miejsca, a pani dyrektor ma być za 2
      godziny, postanawiamy rozejrzeć się jeszcze i sprawdzamy zauważony wcześniej
      camping w miejscowości Miomo. Camping jest kameralny - na dole
      parę „bungalowów” i mini-parking na kilka samochodów, powyżej, na tarasach w
      zboczu góry rozbija się namioty, miejsca są zacienione przez drzewa. Standard
      campingu raczej niski – np. w baraczku gdzie były umywalki były prysznice tylko
      z zimną wodą, a tam gdzie były prysznice z wodą ciepłą nie było umywalek. W
      campingowym sklepiku-barku ceny restauracyjne – Heineken 2,80, piwo Pietra 3,50
      a rano bagietka za 1,50. Miła właścicielka podlicza nas na 27,30 (4 osoby,
      samochód, namiot) za noc.
      Po rozpakowaniu i prysznicu ruszyliśmy na plażę, która okazuje się wąska i
      kamienista. Basia, która opiekuje się naszą kasą robi pierwsze rozliczenia,
      kto, komu i ile jest winien. Budżet podróży został tylko nieznacznie
      przekroczony – w błąd wprowadziła nas włoska strona internetowa, która podała
      koszt przejazdu autostradą od granicy do Livorno ponad dwukrotnie niższy niż
      okazał się „w realu”.
      Wieczorem idziemy na małą pieszą wycieczkę do Bastii żeby coś zjeść i wypić.
      Okazuje się, że trochę przeceniliśmy nasze siły, szczególnie Tomek, który
      odczuł skutki opalania na promie i popołudnia na plaży – gdy wracamy, dostaje
      dreszczy i zaczyna mówić niewyraźnie jak po większej wódzie (chociaż nie pił
      ŻADNEGO alkoholu).Twierdzi, że ma udar słoneczny-nieźle jak na pierwszy dzień
      na Korsyce. Na noc dostaje kalcypirynę, wiaderko wody do wypicia i czułą opiekę
      żony.
    • monw Wtorek, 1 VIII 2006 22.11.06, 12:52
      Tomek po wczorajszych przygodach ze słońcem doszedł do siebie – ciekawe, co go
      tak postawiło na nogi? Tomasz z Moniką jadą na zakupy do Geant’a w Bastii – do
      koszyka wędruje m.in. czerwone wino „Gaspa-Mora” za jedyne 1,55, to wino musi
      być niezłe ;-), bo była to ostatnia butelka tego wina na półce. Wieczorna
      degustacja niezbicie wykaże, że to wino w kategorii „Econo” (stosunek jakości
      do ceny) zajęłoby 1 miejsce w dowolnym rankingu. O godzinie 11:00 po śniadanku
      wyruszamy na objazd Cap Corse w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara. Na
      ulicach wąsko, już po kilku minutach dostajemy pierwsze ostrzeżenie od losu –
      „pukamy” się lusterkami z samochodem z naprzeciwka. Na szczęście nasze
      lusterko złożyło się i nie odniosło żadnych „obrażeń”.Nic to - jedziemy dalej
      nadmorską drogą, przed Porticciolo zauważamy cmentarz usytuowany na skale nad
      morzem i stajemy na małą sesję fotograficzną.
      Postanawiamy, że dojedziemy na północny kraniec Korsyki i z głównej drogi
      zjeżdżamy na Barcaggio – droga robi się naprawdę wąska – żeby się wyminąć z
      samochodem z naprzeciwka trzeba lekko zjechać na pobocze, mijamy dwa „ślepe”
      zakręty gdzie droga zwęża się do szerokości samochodu. Gdyby z przeciwka jechał
      jakiś „dynamiczny” kierowca czołowe zderzenie murowane, na szczęście ruch
      niewielki. W Barcaggio zatrzymujemy się na mini parkingu przy barze-
      restauracji – Tomki postanawiają coś zjeść – menu jest wypisane niewyraźnym
      ręcznym pismem kredą na tablicy – przy prośbie o kartę właścicielka obcesowo
      przynosi tablicę do naszego stolika, podtyka pod nosy i głośno tłumaczy -
      Tomek zamawia małże a Tomasz krewetki. Po niedługim czasie zamówione potrawy
      stoją przed nami. Ich smak sprawia, że zapominamy o niesympatycznym zachowaniu
      właścicielki.
      Po udanym obiedzie jedziemy dalej, teraz już na południe, zachodnią stroną Cap
      Corse. Stajemy na 2 godzinne plażowanie koło Pino, w małej zatoczce z wielkimi
      falami.
      Czarną plażę Nonza oglądamy z góry. Potem jedziemy do St-Florent, wreszcie
      pierwszy kilometr prostej i w miarę szerokiej drogi – można pojechać 90 km/h i
      nawet wrzucić 5 bieg.Po małych zakupach zawracamy do Bastii, z poziomu morza
      wspinamy się serpentyną i z przełęczy Taghime na wysokości 536 metrów n.p.m
      podziwiamy panoramę Bastii wraz z laguną Biguglia. Wieczorem przechadzka po
      starym mieście w Bastii oraz wyśmienite lody przy głównym placu St-Nicolas
      W nocy potworna wichura, szarpało namiotem w prawo i w lewo, zanosiło się że
      resztę nocy spędzimy tylko pod rozgwieżdżonym niebem, ale namiot nie odleciał.
      Nad ranem wichura ucisza się.
      • bah77 Re: Wtorek, 1 VIII 2006... 22.11.06, 18:14
        Bardzo miły dzionek, a szczególnie te fale! ;-)

        Będzie wątek z Twoimi fotkami na FotoForum (cmentarz i tablice widziałem)?

        > Czarną plażę Nonza oglądamy z góry...

        Mnie najbardziej w tej okolicy podobała się mała "odnoga" tej plaży (na prawo),
        ale jej z góry nie widać...

        > „pukamy” się lusterkami z samochodem z naprzeciwka.

        To pukanie to taka starokorsykańska "tradycja" - czy widziałaś, jak wyglądają
        autka tubylców?
        Sam miałem 3x takie bliskie spotkanie, ale o tym już pisałem...

        > mijamy dwa „ślepe” zakręty gdzie droga zwęża się do szerokości samochodu.
        > Gdyby z przeciwka jechał jakiś „dynamiczny” kierowca czołowe zderzenie
        > murowane...

        Raczej nie, bo wszyscy przed takim zakrętem zazwyczaj używają klaksonu... :)

        Pozdrawiam

        bah77
        • monw Re: Wtorek, 1 VIII 2006... 23.11.06, 09:36
          "Raczej nie, bo wszyscy przed takim zakrętem zazwyczaj używają klaksonu... "

          wszyscy korsykańczycy owszem ale tacy jak my czy inni od razu tego nie wiedzą :-
          ) potem się nauczyliśmy :-)
          • petromin Re: Wtorek, 1 VIII 2006... 23.11.06, 10:14
            Oj Moniko to słabo czytałaś swój własny wątek o Korsyce 3 lata temu. Bo tam to
            wszystko już bah i nie tylko on opisali. Ja dzięki twojemu wątkowi o Korsyce
            byłem na to przygotowany :)
            • petromin Re: Wtorek, 1 VIII 2006... 23.11.06, 10:20
              I żeby nie być gołosłownym:

              Autor: Gość: bah

              4.Tylko jedna nudna, płaska droga: Bastia - Bonifacio; pozostałe super: wąskie,
              kręte, obok 50-100 m przepaści; konieczny świetny kierowca (jak moja żona) i
              TRĄBIENIE przed zakrętami; ponieważ drogi składają się z samych zakrętów, nikt
              tu nie stawia barierek i odpowiednich znaków drogowych, a jeśli są, to służą
              FNLC za tarcze strzelnicze; miejscowi nie ustępują drogi, choć czasem trochę
              zwalniają, i wtedy albo lusterko, albo... (zaliczyliśmy 3 x "pocałunek
              lusterek" !); najwspanialsza droga: Ponte-Leccia - Porto (!!!) - Piana !!!

              Całość:

              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=193&w=2762267&a=2831200
    • monw Środa, 2 VIII 2006 23.11.06, 10:49
      O 10.30 wyjazd z campingu. Najpierw zakupy, prosto z Geant’a ruszamy w
      kierunku ST.Florent i pustyni Agriates niestety pustyni nie widać z głównej
      drogi a na jazdę polnymi drogami w jej poszukiwaniu nie mamy samozaparcia.
      Z „pustyni” a raczej korsykańskiego buszu znów wyjeżdżamy nad morze, droga robi
      się szeroka, a krajobrazy pocztówkowe – z widokiem miasteczka I’lle Rousse w
      roli głównej. W I’lle Rousse przejechaliśmy powoli nadmorską promenadą szukając
      miejsca do zaparkowania, ale ponieważ niczego wolnego nie było, pojechaliśmy
      dalej.
      Przed Calvi stajemy przed bazą 2 Brygady Legii Cudzoziemskiej. Po uproszeniu
      wartownika, Tomek robi parę zdjęć bramy wjazdowej i stojącego obok działka,
      drżąc cały czas, czy legionista się nie rozmyśli i nie zacznie strzelać - minę
      miał jakąś taką niewyraźną i kategorycznie zabronił fotografować siebie.
      W Calvi w odróżnieniu od I’lle Rousse miejsc parkingowych nie brakuje – wzdłuż
      plaży jest rozległy plac na którym można zaparkować, a po przeciwnej strony
      supermarket SuperU. Nad miasteczkiem góruje stara genueńska cytadela, po drodze
      do niej mijamy marinę, w której podziwiamy zacumowane jachty – niedyskretny
      urok burżuazji. Po tym lizaniu loda przez szybę idziemy do cytadeli – w środku
      wystawa Legii Cudzoziemskiej – Tomasz „z rozrzewnieniem” wspomina podobną
      wystawę, którą oglądał ponad ćwierć wieku temu w Wędrzynie (garnizonowym
      miasteczku wśród lubuskich lasów) w izbie pamięci 6 dywizji artylerii Północnej
      Grupy Armii Czerwonej. Tomek korzysta z uprzejmości sympatycznego legionisty i
      robi sobie zdjęcie w przepisowym białym kepi, które ów żołnierz ściągnął z
      własnej głowy.
      Z murów cytadeli oglądamy panoramę miasteczka, plaży i mariny. Zachwycamy się
      widokiem, gdy silny podmuch wiatru porywa czapkę z głowy Tomka i niesie ją
      gdzieś w gąszcz kaktusów pod murami – „Przeminęło z wiatrem” chciałoby się
      powiedzieć.
      Nasyceni widokami idziemy na miejską plażę – jest ładna, piaszczysta, woda ma
      idealną temperaturę, a dno opada bardzo łagodnie – jednym słowem ideał. Z żalem
      ją opuszczamy, ale tego dnia chcemy dotrzeć do Porto. Posuwamy się szybko drogą
      nr D81 w głębi lądu – jest szeroka i mało kręta jak na Korsykę. Po drodze
      zahaczamy miasteczko Galeria – ładne, z plażą poniżej, ale w sumie nic
      specjalnego. Za Galerią wjeżdżamy w góry – po raz pierwszy jedziemy świeżo
      poszerzoną drogą – posypaną żwirkiem, bez linii i murków ochronnych – a droga
      wycięta jest w zboczu góry - załoga wpada w lekki popłoch, na szczęście z
      wyjątkiem kierowcy.
      Remontowany odcinek szybko się kończy, droga znów jest zabezpieczona murkiem ,
      ale takim z surowych, ostrych kamieni zabetonowanych w podłożu. Chyba w okolicy
      działa prężne lobby blacharzy i lakierników, bo nawet lekki kontakt z taką
      barierą oznacza poszarpanie boku samochodu. Nie ma natomiast wątpliwości, że
      okoliczni rolnicy żyją z hodowli krów, bo te spacerują sobie po drodze na
      pełnym luzie.

      Przed Porto znów robi się wąsko i kręto – ciężarówki, busy i campingowozy
      trąbią przed zakrętem, a wymijając inne samochody prawie się o nie ocierają -
      jeżeli na Korsyce słyszysz trąbienie zza zakrętu, to zwolnij, a najlepiej zjedź
      na pobocze głęboko jak się da, a potem czekaj.
      W Porto sprawdzamy 2 campingi opisane w Lonely Planet i wybieramy Le Porto.
      (ostatni jadąc z Calvi) polecany przez respondentów przewodnika. Camping jest
      położony na zboczu góry - droga wewnątrz niego okazuje się stroma i z nawrotami
      pod bardzo ostrymi kątami (135 st). Miejsc parkingowych jest niewiele i pewnie
      dlatego jakiś cymbał zaparkował na najostrzejszym i najbardziej stromym
      nawrocie – silnik naszego auta dławi się, gaśnie, wszyscy pasażerowie
      wysiadają, potem lekko pali się sprzęgło, ale w końcu samochód dojeżdża na
      miejsce parkingowe. Zmierzcha kiedy rozbijamy namiot i przygotowujemy kolację –
      jedzenie uprzyjemniają nam korsykańskie piosenki oraz światowe przeboje
      dobiegające gdzieś z dołu, Po kolacji wyruszamy na poszukiwanie źródła tych
      dźwięków – okazuje się że to na sąsiednim campingu występują śpiewający na dwa
      głosy gitarzysta i klawiszowiec. Zamawiamy piwo i słuchamy muzyki lekkiej
      łatwej i przyjemnej, lekko zaskakuje nas piosenka sławiąca „Comendante Che
      Guevara” - ciekawe czy by to grali gdyby koledzy „Comendante” lub on sam
      wprowadzili na Korsyce swoje porządki ?
      • bah77 Re: Środa, 2 VIII 2006... 23.11.06, 23:37
        > Posuwamy się szybko drogą
        > nr D81 w głębi lądu – jest szeroka i mało kręta jak na Korsykę.

        Miłośnikom dróg w stylu "korsykańskim" zdecydowanie polecam w tym rejonie
        przejazd sąsiednią, malowniczą drogę Nr D81a, prowadzącą po wybrzeżu...

        Pzdr

        bah77
        • ttu Re: Środa, 2 VIII 2006... 01.03.07, 12:25
          > Miłośnikom dróg w stylu "korsykańskim" zdecydowanie polecam w tym rejonie
          > przejazd sąsiednią, malowniczą drogę Nr D81a, prowadzącą po wybrzeżu...
          Żeby wjechać na D81a trzeba przejechać przez Calvi (jadąc z północy), my z
          parkingu przy plaży i supermarkecie cofnęliśmy do skrzyżowania gdzie był
          drogowskaz "na Porto".
            • ttu Re: Środa, 2 VIII 2006... 01.03.07, 20:27
              > Wam się spieszyło, więc nie mieliście czasu na drogę widokową...
              To raczej "wypadek przy pracy" ;-) - ten drogowskaz "Galeria" widzieliśmy
              dojeżdżając do Calvi, a gdy mieliśmy je opuścić akurat zrobił się mini-korek -
              samochodziki pełzły w stronę miasteczka i uznałem, że po co się tam pakować,
              jak drogowskaz był wcześniej. Miałem też cichą nadzieję, że to jest ta droga
              nad morzem.
              • bah77 Re: Środa, 2 VIII 2006... 02.03.07, 23:51
                > Miałem też cichą nadzieję, że to jest ta droga nad morzem.

                Cóś mi się wydaje, że przed następną wycieczką zaopatrzycie się w dobry Atlas
                samochodowy... ;-)

                bah77
    • monw Czwartek, 3 VIII 2006 24.11.06, 12:16
      Słońce schowało się za ciemnymi i niskimi chmurami, - plażowania dzisiaj nie
      będzie, nie można popłynąć do rezerwatu Scandola, bo od wczoraj wszystkie rejsy
      tam zostały zawieszone, z uwagi na złe warunki na morzu. Zbliżający się deszcz,
      raczej wyklucza wejście na jedną z otaczających nas górek – są strome i mocno
      skaliste, a nie wszyscy zabrali porządne górskie buty. Dziewczyny chcą
      pojechać na pieszą wycieczkę do Girolata, wioski do której można dopłynąć lub
      dojść wąską ścieżką, grono męskie nie bardzo. W końcu idziemy na spacer do
      portu w Porto, z campingu to niecałe 2 km. Gdy dochodzimy do nabrzeża zaczyna
      padać i to mocno – to że mijane po drodze sklepiki z pamiątkami miały w ofercie
      kurtki przeciwdeszczowe to nie przypadek. W przerwach między kolejnymi falami
      deszczu szukamy łodzi, która popłynie do Scandoli – we wszystkich agencjach
      słyszymy to samo, że „dzisiaj i jutro nie płyniemy, a w sobotę być może” – a my
      nie będziemy tkwić w Porto czekając na rejs nie wiadomo jak długo - Monika jest
      mocno niepocieszona, bo bardzo chciała tam popłynąć. Na „otarcie łez” idziemy
      na smażoną rybkę do knajpki, który mijaliśmy po drodze - wybieramy stolik i
      czekamy, aby złożyć zamówienie, a tu kelnerka oświadcza nam, że możemy zamówić
      tylko coś do picia, bo jest już 14:00 a jedzenie będzie podawane dopiero od
      godziny 18. Zdegustowani udaliśmy się do pobliskiego Marketu i kupiliśmy po
      kawałku (zimnej !!!) pizzy za jedyne 2,30 i 2,00 za kawałek, Dziewczyny
      dobrały jeszcze po kawałku serniczka i jakiegoś pysznego ciasta z orzechami.

      Sympatyczny i mówiący po angielsku chłopak z recepcji polecał nam wycieczkę do
      wąwozu Spelunca - posłuchaliśmy go i pojechaliśmy w kierunku na Evisa. Wąska
      droga wiła się wśród majestatycznych poszarpanych skalistych gór, potem za
      Evisą wjechaliśmy do pięknego sosnowego lasu. Samochodowy termometr informuje
      nas, że na zewnątrz z każdym kilometrem robi się coraz zimniej – 20,19, 18
      stopni.
      Droga jest bardzo dobra, ale zwalniamy, bo przy i na drodze spacerują sobie ...
      świnie – duże i małe. Zatrzymujemy się by zrobić zdjęcie maciorze karmiącej
      gromadkę prosiaków, te okazują się bardzo towarzyskie – radośnie biegną ku nam
      i otaczają nas – my rewanżujemy się ryżowymi waflami. Jedziemy dalej, robi się
      mgliście a temperatura spada do 14 stopni – wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń –
      jesteśmy na przełęczy Vergio 1467 m n.p.m. a ta mgła to chmury. Stajemy pod
      pomnikiem wysokiego mężczyzny – „pomnik Romana Giertycha ?”, chmuro-mgła
      ogranicza trochę widoczność, ale przy bliższych oględzinach dostrzegamy fryzurę
      a’la Mikołaj Kopernik” - w przewodniku sprawdzamy, że to figura Jezusa –
      blisko, chociaż Roman nieco inaczej pojmuje kwestie miłości bliźniego,
      miłosierdzia i nastawiania drugiego policzka. Na chwilę wiatr rozprasza chmurę
      i możemy podziwiać wspaniały widok na okoliczne góry i doliny. Zaparło nam dech
      w piersiach, ale po chwili chmury znów zasłoniły wszystko, a zimno zagnało nas
      do samochodu.
      Zawracamy - po drodze oglądamy z góry wąwóz Spelunca a potem zatrzymujemy się
      na spacer po Evisie. To małe i urokliwe miasteczko, którego specjalnością są
      różne produkty spożywcze robione z kasztana jadalnego – my kusimy się na lody z
      kasztana – dowiadujemy się dlaczego ten smak nie zrobił (i raczej nie zrobi)
      międzynarodowej kariery. Lonely Planet poleca wizytę w suszarni kasztanów, ale
      nie udaje nam się takiej znaleźć. Postanawiamy, że coś zjemy w Evisie –
      wybieramy hotelową restauracje – szef, sympatyczny starszy pan, informuje nas,
      że kuchnia jest jeszcze zamknięta (jest 18:30), ale za 20 minut dostaniemy
      jedzenie, wchodzimy i zajmujemy miejsce przy wielkim oknie z panoramą Evisy.
      Mijają jednak kolejne minuty i nic się nie dzieje, dopiero kelner informuje
      nas, że otwierają restauracje dopiero o 19:00. W oczekiwaniu zamawiamy i pijemy
      wino, Tomek gra na pianinie, Monika fotografuje papugę latającą po lokalu.
      Faktycznie, szef nas co nieco zabajerował – dostajemy nasze dania dopiero około
      19:30, ale jest bardzo miło, widok piękny a jedzenie smaczne. Tak kiepski
      początek dnia nie zapowiadał tak fantastycznego finału.
      W drodze powrotnej fotografujemy jeszcze postrzelany znak drogowy – często
      można takie tu spotkać, ale do tego ktoś strzelał chyba z jakiejś rusznicy
      przeciwpancernej – Arnold tu był?. Poza strzelaniem do znaków drogowych, innym
      miejscowym sportem jest zamalowywanie francuskich nazw na dwujęzycznych
      tablicach z nazwą miejscowości – nazwa po korsykańsku pozostaje nietknięta.
      • bah77 Re: Czwartek, 3 VIII 2006... 24.11.06, 18:34
        Moniko!

        Pomimo tego, że przytrafiła Ci się obrzydliwa, deszczowa pogoda w samym środku
        lata (!), czytam Twoją relację z wielkim zainteresowaniem - czuję się tak,
        jakbym tam był!
        Nic dziwnego - znalazłaś się właśnie w uroczej okolicy Porto...

        > pojechaliśmy w kierunku na Evisa.
        > Wąska droga wiła się wśród majestatycznych poszarpanych skalistych gór...

        Trudno o lepszy wybór - wiele razy pisałem: "najwspanialsza górska droga
        widokowa na Korsyce to: Ponte-Leccia - Porto (!!!) - Piana !!!", a to przecież
        jest jej fragment.

        > i możemy podziwiać wspaniały widok na okoliczne góry i doliny. Zaparło nam
        > dech w piersiach...

        No właśnie!

        > jesteśmy na przełęczy Vergio 1467 m n.p.m.

        Pokażesz fotki?

        www.aukadia.net/corsica/co_ve_.htm

        > za Evisą wjechaliśmy do pięknego sosnowego lasu...

        To słynny Las d'Aitone, a w nim urocze kaskady:

        xs40.xs.to/pics/05312/photocascadeaitone.jpg

        i wodospad:

        guerinbodeau.free.fr/Photos_F/Corse/ph02_Corse1-33_Aitone.htm

        czyli świetne miejsce na piknik:

        canyon.team.free.fr/alb_aitone.htm

        > Droga jest bardzo dobra, ale zwalniamy, bo przy i na drodze spacerują
        > sobie świnie – duże i małe...

        Ponieważ nad ich głowami szumią bardzo liczne drzewa kasztanowe, a świnki lubią
        kasztany, które zagryzają korsykańskimi ziołami, to właśnie stąd pochodzi
        wyśmienita szynka...

        xs40.xs.to/pics/05312/photocochon.jpg

        > oglądamy z góry wąwóz Spelunca a potem zatrzymujemy się na spacer po Evisie..

        Rozumiem, że nie udało się Tobie dotrzeć do wioski Ota i udać do Gorges de
        Spelunca:

        www.enkiri.com/europe/france/corse/spelunca021.html

        aby zabaczyć choć jeden z genueńskich kamiennych mostków?

        www.enkiri.com/europe/france/corse/spelunca022.html

        Pozdrawiam serdecznie

        bah77

    • monika.wegrzyn Piątek, 4 VIII 2006 27.11.06, 10:46
      Zostawiamy za sobą Porto, jedziemy wzdłuż morza w stronę Ajaccio. Już
      kilkanaście km od Porto czeka na nas pierwsza atrakcja skały „les Calanche”,
      mieniące się różnymi kolorami – od pomarańczowego do niebieskiego - w
      zależności od kąta padania światła słonecznego. Najciekawsze są o zachodzie
      słońca, widziane od strony morza - odwiedzający to miejsce ponad 100 lat temu
      pisarz Guy de Mauntpassant widział w kształtach skał „prehistoryczne stwory i
      dawnych herosów”. Niestety jest 11:00, nie wypiliśmy jeszcze żadnej butelki
      wina i nasza percepcja jest zdecydowanie uboższa od postrzegania wielkiego
      literata. Podczas gdy podziwiamy skały i robimy zdjęcia, drogą przejeżdża Tir
      chłodnia – to cud, że w ogóle udaje mu się przejechać i że żaden z jadących z
      przeciwka samochodów nie zostaje przy tym nawet draśnięty.
      Mijamy Cargese – uroczą wioskę, a przed miejscowością Sagone urządzamy
      sobie „śniadanie na skałach”. Moneta nie ma w pobliżu, więc żeby je uwiecznić
      muszą wystarczyć nasze cyfrowe aparaty. O skały rozbijają się duże fale. Po
      śniadaniu schodzimy na piaszczystą plażę przy skałach i następne dwie godziny
      opalamy się, czytamy, a w przerwach walczymy falami.
      Sielanka nie trwa długo – pora ruszać do Ajaccio, bo tam Dom-Muzeum Napoleona
      zamykają o 17:00, a drogi przed nami jeszcze kawałek. Przed 16:00 jesteśmy w
      stolicy Korsyki, przejeżdżamy centrum bezskutecznie próbując znaleźć miejsce do
      zaparkowania – udaje się to dopiero poza centrum, na jakiejś spokojnej bocznej
      ulicy. Na piechotę idziemy do centrum – po drodze odwiedzamy katedrę, w której
      ochrzczono przyszłego cesarza, fotografujemy chrzcielnicę. 300 m od katedry
      znajdujemy dom rodzinny Napoleona.W środku Monika i zagorzały bonapartysta
      Tomek, oglądają pamiątki po Cesarzu i jego rodzinie - m.in. szpadę, maski
      pośmiertne, meble, obrazy. Na wystawie czasowej akurat prezentowano biżuterię i
      stroje z epoki empire, oryginalne i rekonstruowane (m.in. biżuterię i suknię
      Józefiny z ceremonii koronacji).
      Potem rozdzielamy się - dziewczyny idą „w miasto” a chłopcy idą do muzeum
      Fescha.
      Kardynał Joseph Fesch to wuj Napoleona (przyrodni brat matki), był wielkim
      miłośnikiem i kolekcjonerem sztuki. W czasie kampanii włoskiej Joseph Fesch
      zawiesił sutannę na kołku i został kwatermistrzem swojego siostrzeńca -
      zabezpieczył (wg francuzów) lub zrabował (wg włochów) wiele dzieł sztuki,
      głównie obrazów. Później wrócił do roli duchownego – w 1802 roku został
      arcybiskupem Lyonu, a następnie kardynałem i ambasadorem w Watykanie. Dzisiaj
      większość obrazów z kolekcji kardynała Fescha można podziwiać w jego dawnym
      pałacu zamienionym na muzeum.
      Pan sprzedający bilety do muzeum sprzedaje nam jeden bilet normalny a drugi
      ulgowy tłumacząc, że do zamknięcia pozostało niewiele czasu – jesteśmy mile
      zaskoczeni, bo jest parę minut po 17:00, zamknięcie o 18:00, a muzeum nie
      należy do tych największych. Spokojnie zachwycamy się obrazami, jesteśmy na
      początku ostatniego piętra muzeum (malarstwo włoskie XVIII wieku) gdy obsługa
      zaczyna nas wypraszać – nasze zegarki pokazują 17:40. Widocznie pracownicy
      muzeum są już zmęczeni i chcą pojechać na weekend – lekko rozczarowani
      wychodzimy. W drodze powrotnej do samochodu Tomek kupuje pamiątkowy brelok z
      Napoleonem – tutaj dygresja – z wyborem pamiątek na Korsyce mieliśmy problem –
      albo noże-koziki, albo wariacje na temat kształtu wyspy lub głowy maura – a
      jeżeli trafiało się coś ciekawego, to cena powalała. W poszukiwaniu pamiątek
      zaglądamy też na małe targowisko przy nabrzeżu, ale tam to już tragedia –
      wyroby „Made in China”, które równie dobrze można by sprzedawać na odpuście w
      Końskich lub kolonistom w Mrzeżynie.

      Wyjeżdżając z Ajaccio tankujemy do pełna – benzyna jest tu najtańsza na Korsyce
      1,39-1,40. odwrotnie niż w Bastii to 1,43-1,44, gdzie jest najdroższa. Noclegu
      szukamy w Porticcio – to miejscowość z mnóstwem turystów, nie wyróżniająca się
      niczym szczególnym, dlatego nazajutrz zamierzamy ją opuścić i jechać dalej.
      Wybieramy drugi z napotkanych campingów – camping Europa, niestety na recepcji
      nikogo, chociaż jest przed 20:00, mimo tego wjeżdżamy, stawiamy tropik namiotu
      i idziemy do campingowej knajpki. Po drodze mijamy murowanego grilla, który
      akurat jest w użyciu i roztacza wspaniale aromaty – więc i na korsykańskich
      campingach się griluje - mały grill (za 9,99 zł) który zabraliśmy z Polski
      dostanie swoją szansę, ale jeszcze nie dziś.
      W knajpce mają piwo podawane w normalnych półlitrowych szklankach, a
      sympatyczny kelner pomaga nam w zamówieniu. Już po czasie zauważamy w głębi
      piec do pizzy, który jest opalany drzewem („feu on bois”) - dzisiaj nie damy
      rady zjeść pizzy, ale następnym razem, jak tylko zauważymy taki piec, to nie
      odpuścimy ! W dobry humor wprawia nas zamówione wino – miejscowy produkt
      (apelacja Ajaccio) z prostą, kartkową etykietą – ma „kopa” chociaż o tym
      przekonujemy się z pewnym opóźnieniem.
    • monw Sobota, 5 VIII 2006 28.11.06, 15:37
      Po przebudzeniu Tomasz zauważa, że prawe tylne koło wygląda na lekko sflaczałe –
      poprzedniego dnia na stacji sprawdzaliśmy ciśnienie – i w nim było mniejsze o
      jakieś 0,2. Zostało dopompowane, ale wygląda na to, że ciśnienie znów opadło.
      Tak czy inaczej lepiej to sprawdzić i ew. naprawić teraz, gdy mamy wyładowane
      rzeczy – zagadnięty kierowca ciężarówki kieruje nas do warsztatu przy stacji,
      ale po chwili dodaje, że dziś sobota i warsztat nie pracuje. Jedziemy tam i
      rzeczywiście – zamknięte na głucho, za to na stacji sprawdzamy ciśnienie – jest
      niższe tylko o 0,1 atm, w innych kołach też różnie. Więc na szczęście to
      najprawdopodobniej jakiś błąd pomiaru i fałszywy alarm, podpompowujemy tył o
      0,1 atm więcej niż mówi instrukcja - następny pomiar wszystko wyjaśni..

      Po 9:00 znajduje się recepcjonistka, płacimy i 10 wyjeżdżamy w kierunku
      Bonifacio, po drodze chcemy zobaczyć posągi w Filitosa. Przejeżdżamy przez
      Sarcunacciu i Marmontaja, później drogowskazy prowadzą nas do Filitosy, gdzie
      miejscowy rolnik w roku 1946 przypadkowo wykopał pierwszy posąg. Zainicjowało
      to kompleksowe prace archeologiczne i dzisiaj w miejscu odkrycia można
      podziwiać kilka posągów, a w muzeum mniejsze przedmioty. Do dziś nieznane
      pozostaje przeznaczenie Filitosów, tak samo niewiele wiadomo o kulturze i
      ludziach, którzy te posągi stworzyli – początek osadnictwa określono na 3300 r
      p.n.e a koniec na 1500 r p.n.e - czyli na okres gdy Egipcjanie budowali
      piramidy, a przodkowie prawdziwych Polaków (a jednocześnie Rosjan, Czechów i
      Bułgarów) hasali sobie gdzieś po azjatyckim stepie, a między Odrą a Wisłą
      mówiło się po celtycku ew. starogermańsku (tu badacze nie są zgodni).
      Po obejrzeniu Filitosów mamy mieszane uczucia – większość z nas nie zapłacilaby
      7 euro gdyby wiedziało jak to wygląda w środku, choć trzeba przyznać, że trasy
      spacerowe są zrobione z pomysłem: przy ścieżkach dyskretnie rozmieszczone są
      głośniczki, z których płynie nastrojowa muzyka, a posągi wieczorem są
      podświetlane.
      Zaraz obok kamiennego skansenu jest lokalny targ z wyrobami tradycyjnymi. Można
      skosztować i zakupić miód, wędliny, sery, oliwę, wino, słodycze, wyroby
      skórzane i różne pamiątki. Wszystko to ciekawe, ale wydaje nam się droższe niż
      w sklepach. W końcu nic nie kupujemy.
      Jedziemy dalej – w Propriano kierujemy się na plażę, ale ponieważ parking jest
      zapchany, postanawiamy spróbować później lub gdzie indziej, a teraz zadbamy o
      zapas wody i chleb na jutro. Zakupy robimy w napotkanej hali targowej – w
      środku niespodzianka – żywy dzik ! Dzika można często spotkać na Korsyce, ale
      tylko na obrazku - jako symbol-logo restauracji, sklepu, czy też hotelu, bo
      jak podają przewodniki dzików nie ma już na Korsyce. Napotkany dzik jest pewnie
      turystą tak, jak my i jego pan, który z dumą pozował z nim do zdjęcia.
      W między czasie niebo zaciąga się chmurami, a nad górami robi się ciemno i
      pewnie pada - z plażowania w Propriano i okolicach nic już dziś nie będzie.
      Kierujemy się do Sartene, które okazuje się urokliwym miasteczkiem zbudowanym z
      szarego kamienia. W XVI wieku Sartene przeżyło tragedię - piraci uprowadzili
      wszystkich 400 mieszkańców a potem sprzedali ich na targu niewolników w
      Algierze.
      Sartene wyróżnia tradycja Catenacciu – to wielkanocna procesja podczas której
      zakapturzony mężczyzna w czerwonym habicie odtwarza drogę Jezusa niosąc
      stromymi uliczkami Sartene ważący 36 kg krzyż, dodatkowo jest skuty łańcuchami
      ważącymi 14 kg. W trakcie drogi upada z krzyżem 3-krotnie tak jak Jezus, a
      pomaga mu się podnieść postulator – mężczyzna, który w rolę zakapturzonego
      Jezusa wcieli się w następnym roku – on również jest zakapturzony ale dla
      odmiany ubrany jest na biało. Następny rok postulator, którego tożsamość
      pozostanie nieznana, spędzi w klasztorze, gdzie będzie się przygotowywał. Sam
      fakt wystąpienia w tej roli dla wybrańca dużym wyróżnieniem – okazją do
      podziękowania za łaski, lub formą przeprosin za grzechy. Chętnych do roli jest
      tak dużo, że do roku 2040 lista jest już zamknięta.
      Niestety mroczna atmosfera wokół Sartene udziela się nawet naszemu samochodowi
      i sprężarka klimatyzacji odmawia dalszej współpracy – do końca wyprawy będziemy
      podróżować z otwartymi szybami.
      Następnym punktem na naszej trasie są Lwie Skały – robimy zdjęcia i jedziemy
      dalej, droga jest dobra, więc wkrótce dojeżdżamy do Bonifacio. Zaczynamy
      sprawdzać campingi – ostatecznie nasz wybór pada na camping który
      sprawdziliśmy jako pierwszy – parę km przed Bonifacio jadąc od strony Ajaccio –
      jest w miarę przestronny, niedrogi i ma basen. Wracając do niego sprawdzamy
      ceny rejsów na wyspy Ile Lavezzi – w drewnianej budzie przy parkingu (tylko dla
      uczestników rejsu) 200 m za Lidlem młodzieniec proponuje nam rejs za 30 Euro,
      po czym „specjalnie dla nas” obniża do 26 euro za osobę (w tym parking).
      Wstrzymujemy się, szukamy innej agencji - drogą obok Cytadeli zjeżdżamy w dół
      do portu - okazuje że stąd odpływają tylko promy na Sardynię, a agencje są
      przy głównym bulwarze w dolnym mieście. Niestety w Bonifacio ciężko znaleźć
      miejsce do parkowania (płatnych parkingów nie sprawdzamy) – widzimy jak
      wciągają na lawetę samochód na niemieckich numerach, który nieopatrznie
      zaparkował na zakazie. Jedziemy do Lidla – mały parking (tylko dla klientów)
      zapchany, stajemy w kolejce i po kilku minutach parkujemy – pod bacznym
      spojrzeniem parkingowego dziewczyny idą na zakupy, a Tomasz sprawdza rejsy –
      sprawdzanie popłaca - jest rejs na Ile Lavezzi za 20 Euro (40 min rejs na
      wyspę, a później 1,5 godzinny rejs wokół Ile Cavallo, oraz Grota Napoleona-
      Sdragonato). W cenie również jest parking – więc decydujemy się.
      Jedziemy na Camping - wyjeżdżając z parkingu Lidla skręcamy lewo – po minięciu
      2 samochodów z przeciwka orientujemy się, że coś jest nie tak, droga wąska (to
      tutaj normalne) a kierowcy z przeciwka machają do nas – no tak, jedziemy pod
      prąd. Na szczęście ruch z przeciwka to pełzający korek, kierowcy życzliwie
      zjeżdżają na bok, a 20 m dalej jest rozjazd, w który możemy skręcić.
      Wieczorem zachęceni wczorajszym przykładem anektujemy i rozpalamy campingowego
      grilla – korsykańskie kiełbaski okazują się znakomite a wino doskonałe i tak to
      znów słaby początek dnia wieńczy świetny finał.

    • monw Niedziela, 6 VIII 2006 29.11.06, 16:56
      O godzinie 7:30 pobudka, o 8:40 zgodnie z planem jesteśmy na przystani –
      podziwiamy cumujące opodal 2 superluksusowe jachty „Alibi” i „Sweet Doll”
      (pierwszy można wynająć za 250 tys. $ za tydzień, drugi nie jest do wynajęcia,
      za to kosztował 21 milionów $ - tu nawet kumulacja w Lotto nie pomoże),
      O 9:00 wypływamy – taki rejsik to znakomita atrakcja. Z morskiej perspektywy
      oglądamy Bonifacio i słynne wapienne klify, stateczek rozpędza się, a dziób co
      i rusz uderza w fale, trzeba się trzymać, żeby nie zlecieć z miejsca – extra
      jazda. Wreszcie dopływamy do wyspy-rezerwatu – na brzegu przewodnik uświadamia
      wszystkim, że znajdujemy się w rezerwacie, że nie wolno zbaczać ze ścieżek,
      śmiecić, niszczyć roślin. Na koniec mówi o plażach – że są dwie - jedna
      piękniejsza oddalona o 30 minut spaceru, druga o 10 minut.
      Wszyscy idą na tę piękniejszą, a tylko nasza czwórka na tę brzydszą, po drodze
      mijamy cmentarz na którym pochowano ofiary jednej z największych katastrof
      morskich na morzu śródziemnym – w nocy 15 lutego 1855 roku we mgle na skałach
      Ile Lavezzi rozbiła się trójmasztowa fregata Semillante wioząca żołnierzy na
      wojnę krymską – zginęli wszyscy - 350 osobowa załoga i 400 żołnierzy – morze
      całymi tygodniami wyrzucało na brzeg nagie ciała ofiar – poza kapitanem nie
      udało się nikogo zidentyfikować i wszyscy zostali pochowani anonimowo.
      Plaża okazuje się być całkiem ładna, leży w małej otoczonej skałami zatoczce.
      Pod wodą za linią boi można podziwiać ryby – najpierw pojawiła się jedna, potem
      druga, a po chwili spod skał przypłynęło kilkanaście – witamy w podwodnym
      świecie. Mamy tylko okulary pływackie - co kilkadziesiąt sekund trzeba
      zaczerpnąć powietrza i od nowa rozglądać się za podwodnym „towarzystwem”, cóż
      następnym razem zabierzemy chociaż fajkę.
      Plaża jest tylko nasza przez niecałą godzinę – na wyspę docierają kolejne
      statki przywożące turystów, a w „naszej” zatoczce kotwicę rzuca jakiś
      stateczek. Ryby chowają się, zostaje tylko kilka tych „najtwardszych”.
      Nad horyzontem pojawiają się czarne chmury, które szybko zbliżają się do nas -
      na 99% będzie deszcz, a dookoła ani pół drzewa lub czegoś co da nam
      schronienie. Jest południe, a za pół godziny odpływa pierwszy rejs powrotny do
      Bonifacio – zwijamy się więc i idziemy na przystań by zająć dobre miejsca na
      statku. Szczególnie ucieszony takim obrotem spraw był Tomasz – pasjonat
      Formuły 1, który otrzymał wczoraj informację, że dzisiaj po raz pierwszy w
      historii, w wyścigu F1 wystartuje Polak – Robert Kubica.

      W drodze powrotnej płyniemy przez rezerwat przyrody ustanowiony wokół wyspy Ile
      Cavallo – tym razem płynie z nami płynie z nami przewodnik, który opowiadając
      przez megafon o mijanych „okolicznościach przyrody” – uświadamia nas, że to nie
      rezerwat przyrody, ale „rezerwat miliarderów”, gdzie swoje domy mają m.in.
      Berlusconi, właściciele FIAT’a rodzina Agnelli oraz inni włoscy i francuscy
      posiadacze fortun (padały różne nieznane nam nazwiska). Na wyspie jest pas
      startowy i lądowisko helikopterów, oraz marina, w której cumują luksusowe
      jachty podobne do tych dwóch widzianych rano. Niestety domy bogaczy mogliśmy
      oglądać tylko z dystansu 200-300 metrów – przewodnik pokazał nam m.in. dom
      rodziny Agnelli oraz położony całkiem po sąsiedzku dom Illony Staller byłej
      posłanki do włoskiego parlamentu, znanej większości jako Cicciolina, pod którym
      to pseudonimem była gwiazdą porno na przełomie lat 80 i 90 tych.
      Kapitan zrobił nam niespodziankę – nasz statek wpłynął do groty – wejście do
      niej było niskie i wydawało się, że statek straci dach albo wbije się w ścianę
      groty. Na szczęście umiejętności kapitana były wysokiej próby – manewr był
      perfekcyjny i został przez pasażerów nagrodzony brawami ! Przez minutę
      oglądaliśmy grotę i otwór w stropie, który oglądany pod pewnym kątem przypomina
      zarys Korsyki, a potem z równą gracją nasz statek wypłynął innym wejściem -
      niesamowite wrażenie !!!

      Po zejściu na ląd Tomasz szuka „telewizora z formułą” – zagadnięty pierwszy z
      brzegu pan z budki na nabrzeżu wskazuje nieodległy bar i pyta skąd jesteśmy –
      Tomasz na to, że z Polski i że dzisiaj po raz pierwszy startuje nasz rodak – a
      pan : „aaa Kubika ! Jak będzie dobry, to będzie jeździł dla nas, dla Ferrari.”
      Pełne zdziwienie – facet zna i kojarzy Roberta, a do tego to „dla nas, dla
      Ferrari”, ale to przecież Korsyka, a nie Francja.
      Tomasz z Tomkiem zasiadają w barze, a dziewczyny wyruszają w miasto, po chwili
      Monika wraca z informacją, że obok jest bar z dużym telebimem gdzie też leci
      Formuła. Tomki szybko zmieniają lokal – w środku trochę więcej kibiców i
      sportowa atmosfera – właściciel lokalu i stoliki z przodu ożywiają się gdy
      Renault wychodzi na prowadzenie, tył lokalu kibicujący Ferrari wydaje pomruk
      niezadowolenia. Po pewnym czasie gdy Renault wypada z toru, tył baru wybucha
      radością, a właściciel rzuca ścierą o stół i piorunuje wzrokiem tylne stoliki.
      Dopiero gdy Ferrari Schumachera spada na dalszą pozycję właściciel znów ma
      zadowoloną minę. My też się cieszymy, bo Kubica zajął 7-mą pozycję i minął
      metę przed Schumacherem – w tych warunkach gdy połowa nie dojechała do mety,
      taki świetny debiut ! Może za parę lat będziemy mieli mistrza F1 !
      Zadowoleni wracamy na Camping, gdzie korzystamy z campingowego basenu.
    • monw Poniedziałek, 7 VIII 2006 01.12.06, 19:31
      O 10:20 po porannym basenie opuszczamy Bonifacio, jedziemy na północ, wzdłuż
      wschodniego wybrzeża - powoli zamykamy naszą planowaną pętlę wokół wyspy.
      Wschodnie wybrzeże jest zdecydowanie bardziej płaskie, góry są odsunięte od
      morza, więc droga jest szeroka, prosta i można podróżować z normalną
      szybkością – gdybyśmy chcieli to za 2-3 godzinki możemy być znów w Bastii. Ale
      nie o to nam dzisiaj chodzi.
      Dojeżdżamy do Porto-Vecchio i tu dochodzi do pierwszego poważnego rozdźwięku
      pomiędzy nami – dziewczyny chcą jechać na plaże Palombaggia albo Santa Gulia,
      opisywane w przewodniku jako plaże nadzwyczajnej urody, a ponadto na pierwszej
      z nich nakręcono reklamę pewnego batonika opartą o skojarzenie„smak raju”.
      Tomki nie chcą, bo po pierwsze trzeba się wracać (dziewczyny „przespały”
      drogowskazy na te plaże), a po drugie dla Tomasza „plaża zachwalana w
      przewodniku” = „tłum, że nie można szpilki włożyć” + „problemy z zaparkowaniem
      samochodu”. Stosunek głosów 50:50 sytuacja patowa – Tomasz przyznaje sobie
      uprawnienia „kapitana” jako kierowca i posiadacz auta i decyduje, że pojedziemy
      dalej, Basia mówi coś o ustalaniu zasad i chce losować. Atmosfera zgęstniała. W
      milczeniu idziemy zwiedzać Porto Vecchio. To piękne miasteczko, o układzie
      podobnym do Calvi czy też Bonifacio – na górze cytadela, obok niej lub u
      podnóża miasteczko, a w dole port/marina. Można się zapomnieć i poczuć, że
      jesteśmy gdzieś we Włoszech, zwłaszcza, że mnóstwo tu włoskich turystów i
      zewsząd dobiega język włoski. Podstawą wyżywienia jest pizza, spaghetti i pasta.
      W informacji turystycznej pani zagadnięta o atrakcje wokół PortoVecchio
      wymienia na wstępie ... plaże Palombaggia i Santa Gulia – Tomasz kapituluje.
      Z mapy wynika że na Palombaggie prowadzą dwie drogi, chcąc znaleźć się na tej
      drugiej, szerszej i krótszej Tomasz mija pierwszy drogowskaz i w ten sposób
      lądujemy na ... „Santa Gulia” – mamy szczęście – znajdujemy od razu miejsce
      parkingowe, po kilkuset metrach jesteśmy na plaży – rzeczywiście jest piękna –
      biały piasek, turkusowe morze, a po bokach malownicze skałki. Po dłuższej
      chwili dostrzegamy wolne 4 m kw. piasku, i szybko je zajmujemy. Niestety nie
      udaje nam się wbić parasola przeciwsłonecznego, pod 10 cm warstewką piasku jest
      coś twardego. Tomek wyrusza na poszukiwanie innego wolnego kawałka plaży – jest
      nieco dalej od morza – udaje mu się umocować parasol przy pomocy usypanego z
      piasku kopczyka. Ten piasek jest jakiś podejrzany - polany wodą piaskowy
      kopczyk zastyga i trwa tak prawie nienaruszony przez 2 godziny – zwykły piasek
      wysechłby i rozsypał po 20 minutach. Tomasz podejrzewa, że w styczniu na
      tą„rajską” plażę wjeżdżają spychacze i wywrotki i poprawiają cokolwiek jej
      urodę – wymieniają stary „piasek” na nową czystą mieszankę. Dziewczyny
      korzystają ze słońca, a chłopaki płyną do kilku skałek wystających z morza w
      odległości ok. 100 metrów od brzegu. Tutaj ryb jest niewiele, za to widać
      piękne muszle, wodorosty i koralowce. Przy wychodzeniu na skałki Tomek rozcina
      sobie ręce i stopy o ostre muszle. Na szczęście rozcięcia nie są głębokie, a w
      apteczce mamy bandaż w sprayu.
      Plażujemy do 18:20, wracając do samochodu obserwujemy jak samochody
      wyjeżdżające z plaży wymijają jednego wjeżdżającego prawie ocierając się o
      niego i o samochody parkujące z boku drogi. Nam udaje się zgrabnie wyjechać z
      tego bałaganu. Znów jedziemy w stronę Porto Vecchio i na głównej drodze
      grzęźniemy w korku, dopiero za tym pięknym miasteczkiem przeluźnia się i
      przyspieszamy. O 19:30 zaczynamy rozglądać się za Campingiem – każdy kolejny
      napotkany nie spełnia wymagań kogoś z nas : pierwszy „nie, bo za drogi”,
      drugi „nie, bo nie można się rozbić na dwie noce”, na trzecim nie ma miejsc,
      na czwartym jest dużo miejsca, ale „nie można się rozbić w cieniu”, w tym
      momencie Tomasz nie wytrzymuje i zaczyna „rzucać k...wami”. Piąty camping Sole
      d’Oru zostaje już (chociaż bez entuzjazmu) zaakceptowany przez wszystkich,
      chociaż jest bliźniaczo podobny do poprzedniego – jest położony bezpośrednio
      przy plaży, ma bardzo dużo wolnego miejsca i jest płaski, nie ma żadnych
      ekstrawagancji typu basen, utwardzone dróżki, supermarket, basen, itp..Za to
      jest nie drogi bo tylko 4,50 za osobę, 0,80 za auto, 2,25 za namiot, a w barze
      mieli Heinekena za jedyne 2,00 co okaże się niepobitym rekordem barowej
      taniości (trzeba tu dodać, że na Korsyce sprzedają piwo w butelkach 0,25) jak
      na Korsykę. Siedząc w campingowym barze można spoglądać na morze, światła
      statków – a w wieczór, w który przyjechaliśmy kontemplację horyzontu dodatkowo
      umilały dźwięki dobiegające z sąsiedniego baru przy plaży – Monika i Tomek,
      którzy poszli „zbadać sprawę” trafili na występ 9-cio osobowego zespołu. Trochę
      to surrealistyczne, bo zarówno nasz camping jak i bar były trochę na uboczu,
      publiczności ze 30 osób, a tu przyzwoicie grający zespół, przyzwoicie na tyle,
      że w barze brzmiało to jak muzyka z płyty.
      • orchidea27 Re: Poniedziałek, 7 VIII 2006 02.12.06, 08:37
        >dziewczyny chcą jechać na plaże Palombaggia albo Santa Gulia,
        >opisywane w przewodniku jako plaże nadzwyczajnej urody, a ponadto na pierwszej
        >z nich nakręcono reklamę pewnego batonika opartą o skojarzenie„smak raju”.

        Jezeli masz na myśli batonik Bounty, to ja znowu jadąc na Krete wyczytałam w
        któryms z przewodników, ze reklama była nakrecana na plaży Vai. Na wrzuconym
        przez Baha linku tez nie widze palm, a jedynie same pinie na plaży Palombaggia.
        Przyznaje jednak, ze plaża jest prześliczna ... :))))
        • bah77 Re: Poniedziałek, 7 VIII 2006... 02.12.06, 17:33
          > plaże nadzwyczajnej urody, a ponadto na pierwszej
          > z nich nakręcono reklamę pewnego batonika opartą oskojarzenie „smak raju”...

          Na Korsyce jest wiele pięknych plaż nadmorskich, ale z prawdziwym Rajem mnie
          najbardziej kojarzą się urocze, zaciszne miejsca plażowo-kąpielowe nad
          czystymi, ciepłymi, górskimi rzekami.

          A tu jest śliczna Fotogaleria z rowerowej wycieczki wokół Korsyki, zawierająca
          m.in.: takie Rajskie miejsca, górskie panoramy, plaże (jest też oczywiście
          Palombaggia), wodospady, lasy, zwierzątka, zabytki etc.:

          www.ljudmila.org/chrt/pp/cz/corsica/imagepages/image32.htm

          Pzdr

          bah77

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka