Dodaj do ulubionych

ostrzeżenie przed pośrednikami

24.10.03, 16:06
Wydaje się, że duch Ojca Pio opuścił okolice Foggii i San Giovanni Rotondo.
Tereny, na których uczył się i pełnił swą posługę najsłynniejszy stygmatyk
świata, są obecnie opanowane przez grupy oszustów z Polski, którzy bezkarnie
żerują na swoich rodakach.
Zaczyna się od niewinnego ogłoszenia w Gazecie Wyborczej: „Włochy, praca przy
zbiorach winogron, mandarynek i oliwek. Bez prowizji. Tel. 696-501-432” .
Dalej przebiega już wszystko według z góry ustalonego schematu. Potencjalny
pracownik dzwoni i dopytuje się o szczegóły. Pośrednik zapewnia, że praca
jest załatwiona na 100%. Wystarczy tylko zabrać ze sobą 450 złotych na
transport oraz 100 euro na zakwaterowanie.
- Mieszkania są naprawdę porządne, a nie jakieś tam baraki, o jakich się
czasem słyszy – przekonuje. – Dlatego warto za nie zapłacić. Proszę też nie
zapomnieć o śpiworze, bo noce są chłodne – troszczy się nasz dobrodziej.
Nasz pośrednik nie przedstawia się co prawda z imienia i nazwiska, ale jest
tak miły, że radzi co zabrać do jedzenia i dokładnie tłumaczy, jak dojechać
na plac Andrzeja w Katowicach, skąd ma odjechać autokar.
- O nic więcej proszę się nie martwić. Zawieziemy pana na miejsce, a prowizję
pobierzemy sobie od plantatora.
To ostatnie stwierdzenie do końca usypia moją czujność. „Przecież to nie może
być oszust, bo co by z tego miał? – myślę sobie.
Decydujemy się jechać we trójkę: ja, Danka i Sławek. Z Gdańska do Katowic
podrzuca nas samochodem syn Danki. Jest piątek rano, 10 października 2003
roku.
Na miejscu okazuje się, że na wyjazd do Włoch czekają liczne grupy ludzi z
całej Polski. Podjeżdżają po nich busy i autokary. Sławek zaczyna mieć złe
przeczucia. Jednak my z Danką twardo obstajemy przy wyjeździe.
O wpół do dwunastej (półgodzinne spóźnienie) podjeżdża autokar z napisem
Pietro za szybą, ale naszego pośrednika nie widać.
- On wsiądzie w Żorach – uspokaja dysponent (właściciel?) autobusu.
Faktycznie, na stacji benzynowej w Żorach wsiadł jakiś osobnik i zebrał od
kilkunastu osób po 450 zł. Nie był zbyt rozmowny. Na wszelkie pytania
odpowiadał, że we Włoszech będzie czekał na nas łącznik, który wszystko nam
wyjaśni.
Po 27 godzinach jazdy przez Czechy, Austrię i włoskie wybrzeże Adriatyku
dotarliśmy w okolice Foggii. Po drodze wysiadały kilkuosobowe grupki, na
które oczekiwały już busy. Nasza grupa liczyła 14 osób.
Kierowca wysadził nas w szczerym polu i niezwłocznie odjechał. Wtedy ze
stojącego nieopodal samochodu wysiadł młody człowiek ze złotym łańcuchem na
szyi. Patrząc na długie czubki swoich kowbojek, mówił o tym, że będziemy mieć
pracę nawet do stycznia. Winogrona co prawda się skończyły, a oliwki jeszcze
nie dojrzały, ale pracy w rolnictwie nigdy nie brakuje. Kto będzie pracowity,
to na pewno zarobi. Po tym wprowadzeniu przystąpił do sedna sprawy:
- Za chwilę zawieziemy was na kwaterę, ale najpierw musimy się rozliczyć. Mam
nadzieję, że wszyscy mają po 100 euro, tak jak było umówione?
- A nie moglibyśmy najpierw zobaczyć tej kwatery? – zapytał ktoś.
- Nie, to zresztą nie są pieniądze za kwaterę. Za pracę trzeba płacić. Nie
wiecie o tym?
Powoli schodziło nam bielmo z oczu. Jednak nie wszyscy do końca uświadamiali
sobie, w co wdepnęliśmy.
- A nie można by wpłacić teraz zaliczki, a później uregulować resztę z
pierwszej tygodniówki?
- Nic z tego! Ja też muszę się z kimś rozliczyć – długowłosy brunet był już
nieco rozdrażniony. – Załatwiamy wam pracę, a wy tu macie jakieś głupie
obiekcje.
W tym czasie podjechał biały bus z elbląską rejestracją, z którego wysiadło
dwóch niezbyt sympatycznie wyglądających mężczyzn, Jeden z nich mówił po
rosyjsku.
- No, szkoda czasu – ponaglał nas ten ze złotym łańcuchem. – Kto zapłaci, ten
jedzie na kwaterę, a jak ktoś nie chce, to może wracać do domu.
Powoli zaczęliśmy wyjmować pieniądze.
Ściśnięci jak śledzie w beczce podjechaliśmy dwa kilometry dalej. Po wyjściu
z auta zobaczyliśmy stojący na kompletnym odludziu budynek. Wyglądał jak
typowy magazyn: wysokie ściany, betonowa posadzka z kratką ściekową pośrodku.
Na zewnątrz był szlauch podłączony do rury z wodą. Za toaletę służyły
okoliczne pola.
- Może to nie są pałace, ale da się mieszkać – pocieszał nas jeden z
czwórki „opiekunów”. – Prąd macie za półtora euro dziennie, jedzenie będziemy
wam dowozić. Do pracy też was zawieziemy, no, może nie wszystkich od razu…
Raptem wybuchło zamieszanie. Do Sławka, który spisywał na karteczce numer
rejestracyjny busa, doskoczył jeden z pośredników i zaczął go okładać
pięściami, krzycząc: „Ty mendo j…..! Ty chciałbyś sprzedać nas glinom! Ja cię
ukatrupię i zakopię tam, gdzie nikt cię nie znajdzie!”.
Wszyscy stali jak sparaliżowani. Było nas dwunastu mężczyzn, w tym kilku
dobrze zbudowanych. Ktoś tylko nieśmiało (ja?) powiedział : „Zostawcie go!”
- Co, jeszcze komuś się coś nie widzi?! – wrzasnął „Rusek” i ruszył w stronę
samochodu. – Mam wyciągnąć broń?
Nikt się nie odezwał.
- Won, żebym cię tu więcej nie widział. S……..j stąd razem ze swoją panią! –
usłyszał Sławek.
Po odejściu Sławka i Danki nasi „patroni” próbowali nieco załagodzić sytuację.
- Wszyscy pracujemy na czarno i nie możemy tolerować takich mend, które
donoszą. Zresztą, my się z policją dogadamy, ale wy stracicie pracę i was
deportują.
Nadal milczeliśmy.
Po paru minutach nasi bossowie odjechali (wraz z nimi mój nowy
śpiwór) „załatwiać interesy” – jak nam powiedzieli. Obiecali niedługo wrócić.
Teraz wszystkim otworzyły się gęby. Naradzaliśmy się co robić. Ja
postanowiłem bez zwłoki ruszać śladem Sławka i Danki. Inni przez kilka minut
jeszcze się wahali.
Dogoniłem Sławka. Wziąłem część jego bagażu na mój wózek (co za szczęście, że
go zabrałem) i ruszyliśmy powoli w stronę stacji kolejowej w Orta Nova. Sześć
kilometrów w skwarze, objuczeni bagażem ciężkim od prowiantu, pokonywaliśmy
ponad trzy godziny. Po jakimś czasie dogoniła nas reszta grupy. Jakoś nikt
nie śmiał spojrzeć Sławkowi w oczy.
Gdzieś w połowie drogi zobaczyliśmy „naszego” busa. Jechał z kolejną grupą
frajerów (kilka godzin później spotkaliśmy ich na dworcu w Foggii).
Do Foggii pojechaliśmy pociągiem, oczywiście na gapę. Konduktor coś tam
mruczał, ale my tylko bezradnie rozkładaliśmy ręce.
Na dworcu spotkaliśmy sporo Polaków. Wszyscy nam się dziwili, że daliśmy się
tak nabrać: „Nie oglądacie telewizji czy co?”
- Lepiej powiedzcie, co robić dalej – odpowiadaliśmy.
- Jak macie kasę, to wracajcie do domu, a jak nie, to szukajcie pracy, żeby
zarobić na drogę. Za darmo nikt was nie zawiezie.
Noc przekoczowaliśmy w poczekalni dworcowej.
Rano zaczęliśmy rozglądać się za jakimś środkiem transportu. Okazuje się, że
powrót do Polski jest bardzo łatwy. Z Foggii i z Neapolu kursuje mnóstwo
autokarów i busów. Jest tylko jeden warunek: pieniądze! Ceny za przejazd
kształtują się w przedziale 80 – 90 euro od osoby. Nie ma co marzyć o tym,
aby jakiś przewoźnik zlitował się i wziął kogoś za darmo. Na szczęście miałem
rezerwowe 95 euro i 100 PLN. Sławek dołożył 20 euro. To wystarczyło, aby
jeden z właścicieli busa zabrał cała naszą trójkę. Zapowiedział wszakże, że
trzeba mu jeszcze dopłacić 400 PLN. Na „zabezpieczenie” tej kwoty zabrał
Sławkowi i Dance paszporty.
W busie, do którego wsiedliśmy, jechała kolejna grupa „wysadzonych w kosmos”.
Wykiwano ich w Neapolu. Jedyną satysfakcję mieli z tego, że widzieli na
własne oczy, jak ich pośrednika „oklepali” ci, którzy przyjechali przed
tygodniem i też zostali zrobieni w przysłowiowego wała.
Sławkowi strasznie spuchły stopy. Nie może włożyć butów i porusza się z
trudnością. Ma też gorączkę. Nie wiemy, jaka może być tego przyczyn
Obserwuj wątek
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka