Dodaj do ulubionych

Lizbonskie wspomnienia. Czesc 1.

19.11.03, 10:42

Acha, dla wyjasnienia, poniewaz jest to rozsyłane dla moich znajomych ze
świata, więc opisy są bez polskich znaków, jednak myślę, że da się zrozumieć
bez problemu.
Miłego czytania i ...czekam na opinie:)



3 listopad, 2003, poniedzialek. Zaczyna sie nasza przygoda z Portugalia, z
Lizbona i okolicami. Wylatujemy z Warszawy wieczorem z polgodzinnym
opoznieniem, w zwiazku z czym nie wiemy, czy zdazymy na lot laczony z
Frankfurtu do Lizbony.Po sporej dawce nerwow na lotniosku po wyladowaniu
(zmienili w miedzyczasie numer gate, do ktorego musimy pobiec) , trafiamy tam
gdzie trzeba przekonaniu, ze sie spoznimy, jednak ufff, co za ulga, okazuje,
sie, ze czas podany na bilecie nie byl czasem wylotu samolotu do Lizbony, a
czasem boardingu. Tak wiec w sumie z jednego pokladu samolotu przeskoczylismy
na nastepny i w droge! Musze przyznac, ze Lufthansa ma bardzo dobre jedzonko,
jak na samoloty oczywiscie.
Juz w samolocie poczynilam pierwsze obserwacje, leca z nami ludzie o zupelnie
innym typie urody, widac, ze to nie sa Slowianie...i ten jezyk, super! Po
drodze cwicze sobie podstawowe zwroty , miedzy innymi "Dziekuje", hihi, chyba
troche za glosno, bo dziewczyna obok popatruje na mnie z zainteresowaniem,
wiec
wsciubiam nos w rozmowki i udaje, ze ...to nie ja:)

Do Lizbony przylatujemy o polnocy, u nas w Polsce to juz 1 w nocy, ale tu
znowu
przesuwamy wskazowki. Pisze znowu, bo w Polsce dopiero co przesuwalismy
wskazowki, teraz kolejna zmiana czasu, a po tygodniu znowu trzeba bedzie
zmienic czas, zastanawiam sie, czy nawet takie male zmiany, ale w tak krotkim
czasie moga jakos na nasze ogranizmy wplynac.

Bierzemy taksowke i jedziemy do naszego hotelu "Mirapargue". Hotel 3*,
polozony
w pieknej okolicy przy Parku Edwarda VII. Metro bliziutko. Sam hotel, taki
sobie, moze nie najgorszy, ale widac, ze leciwy, czysto, ale pokoje malutkie,
lazienka jeszcze mniejsza, nie za duzo polek, czy szafeczek na rzeczy, a
przeciez na ten tydzien dwie osoby jakies ubranka musza miec.

Przed wyjazdem powiedziano nam, ze w Lizbonie koniecznie trzeba miec ze soba
kurtke przeciwdeszczowa i parasol, bo tam lubi sobie popadac i ze czesto
gesto
po prostu leje. Zaopatrzylismy sie oczywiscie w te sprzety, jak rowniez
odpowiednie buty.

Ale wracajac do przyjazdu. Rozpakowalismy sie , ogarnelismy w tej maluskiej
lazieneczce i do lozeczka, tym bardziej, ze Piotr nastepnego dnia musial isc
od
rana na konferencje.
Nastepnego dnia wstalismy ledwo ledwo i na sniadanko, a po sniadanku Piotr na
konferencje, a ja...jeszcze pospac:)

Wiedzialam, ze pierwszy dzionek musze sobie jakos w wiekszosci sama
zorganizowac, wiec najpierw udalam sie na spacer po okolicy. Pierwszy dzien,
wtorek, byl, przynajmniej z rana zimny, dobrze, ze mialam moj cieply polarek,
ale w pewnym momencie nawet pozalowalam ze nie mam rekawiczek na raczkach.
Pospacerowalam po okolicy, pogapilam sie na ludzi. Po poludniu razem z
Piotrem
zjedlismy lunch i potem on znowu wrocil na konferencje, a ja postanowilam isc
do Muzeum Gulbenkiana. Jest to prywatne Muzeum. Jest tam moze nie mnostwo
rzeczy, za to zbiory rzeczywiscie ciekawe, w tym bardzo interesujace zbiory
sztuki antycznej. Tak wiec ja sobie posiedzialam tam i porozkoszowalam sie
sztuka. Szczegolnie sztuka japonska i chinska podobala mi sie, wiec tam w
sumie
najwiecej czasu spedzilam.

Ile jednak mozna siedziec w Muzeum:)) Po wyjsciu i stwierdzeniu, ze jeszcze
mam
troche czasu poszlam sobie zobaczyc centrum handlowe, jakie bylo niedaleko
naszego hotelu.

Wieczorem Piotrek byl juz wolny i razem wybralismy sie na kolacje do Bairro
Alto. Jest to jedna z bardziej malowniczych dzielnic Lizbony, mozna tam
wieczorami zjesc kolacje w jednej z rodzinnych restauracji.
I tu moja kolejna obserwacja z Lizbony, wieczorem zycie wre!! Ludzie tlocza
sie
w restauracyjkach i to nie tylko turysci. Tam sie po prostu wychodzi jesc
wieczorami, i to zaczyna sie taka biesiada o godzinie 20.00 i trwa do poznych
godzin nocnych. Czy oni w ogole sypiaja?? Hihi. I jeszcze jedno, mlodzi,
starsi, wszyscy razem, to tez fajnie wyglada, tam sie starsi ludzie nie
zamykaja w czterech scianach, ale dobrze sie bawia.

Tego wieczoru zjedlismy kolacje popijajac ja dzbanem domowego wina w dobrej
restauracji "Bota Alta" ("But z Cholewka"!). Stoliki ustawione sa tam
ciasniutko, niemal mozesz odwrocic sie i skosztowac czegos z talerza sasiada,
za to porcje duze i jedzenia naprawde dobre, a wino wyborne. My w Lizbonie
kosztowalismy przede wszystkim ryb. Nie ma co, na ryby nastawialismy sie
najbardziej, bo wiadomo, ze gdzie jak gdzie, ale tam sa naj naj:)) Swiezutkie
i
pyszniutkie. Ja osobiscie i tak zawsze jadalam filety,bo ja jestem osoba,
ktora
nawet w filecie osci znajdzie, ale Piotr probowal i innych, z grilla i
smazonych.

I tak nam minal pierwszy dzien, nastepny wiedzielismy, ze spedzimy juz tylko
czesciowo osobno, bo Piotr mial konferencje do 13.00 godzinki. A plany na
dzien
nastepny byly takie, o jakich jeszcze nie tak dawno ja osobiscie nawet balam
sie pomarzyc, a mianowicie Pokaz Delfinow w ZOO lizbonskim.
No, ale o tym napisze w nastepnej czesci.:))

Obserwuj wątek
    • chiara76 Czesc 2. 19.11.03, 10:48
      Sroda , 5 listopada. Rano do 13.00 Piotr mial konferencje, a ja, przyznam sie
      bez bicia, poszlam sie posnuc po centrum handlowym, ciuchy bardzo fajne, ale
      zdecydowanie nie na nasza kieszen. Zastanawiam sie, czy centrum bylo tak
      drogie, bo dosc eleganckie, czy tam po prostu takie sa ceny i ich stac jest na
      te wydatki. Firmowa bluza meska sportowa 100Euro, a Euro jest po 4,5 zlotego,
      wiec latwo policzyc, ze drogo to wychodzi. Przy tej okazji, jakze mi sie
      podobal styl ubierania sie Portugalek.
      Sa to kobietki bardzo eleganckie, ale, uwaga!! daleko im do idiotycznego
      wystrojenia sie wiekszosci Polek. U nas jak idziesz do sklepu po make czy
      cukier , to trzeba robic makijaz, przynajmniej niektorzy tak maja, a tam tego
      zadecia nie ma. Nosza na sobie rzeczy ladne i dobrze skrojone, widac, ze z
      dobrych materialow, ale nie sa przestrojone. Poza tym, jak dla mnie bomba,
      starsze panie sa baaardzo zadbane, prawie kazda ma staranna fryzurke, trwala
      ondulacje, do tego dobrze skrojony kostiumik, czy zakiet, w kazdym razie
      starosc wyglada tam o wiele lepiej, niz to widzialam nawet w duzych miastach w
      Grecji na przyklad. Tam starsze panie wydaja mi sie miec obowiazek wygladania
      smutno i szaro, tu odwrotnie. Nie znaczy to, ze nosza jakies kolorowe wdzianka
      na wzor Amerykanek , ale sa prostu bardzo zadbane i ladne. Przyjemnie
      popatrzec.

      Kobietki nosza tam duzo bizuterii, ale takiej wielkiej, grubej i topornej, co
      mnie zastanowilo. Nie widzialam ani jednej ladnej sztuki bizuterii. Za duzo i
      jakos za topornie. Nie wiem, czy wszystko to bylo oryginalnym zlotem, czy moze
      tombak, ale u nas na ulicy to strach by bylo to nosic.OK, ale mialam mowic na
      inny temat. Otoz w tym centrum glownie sobie popatrzylam i ze zdziwieniem
      odkrylam, ze tam maja o wiele cieplejsze i praktyczniejsze ciuchy! U nas na te
      pore roku jakies paletka wiatrem podszyte sie proponuje, a tam? Cieple
      plaszcze, fajne kurtki. To samo z butami, zadne tam czuby, buty wygodne, az
      pozalowalam, ze nie mam wiecej kasy, bo moze jakies wygodne buty bym sobie
      nabyla.

      W centrum dotarlam na wszystkie 7 pieterek, z czego najbardziej spodobalo mi
      sie pietro z dzieciecymi rzeczami, a szczegolnie dzial zabawkarski. Poniewaz
      tam juz (zreszta u nas podobnie) Swieta za pasem, o czym przypominaja napisy
      Wesolych Swiat, i Mikolaje i inne gadzety, wiec i asortyment taki pod
      dzieciaki na Swieta . Ale niektore zabawki zapieraly mi dech w piersiach, nie
      wiem, jak to jest, ale ja u nas nie widuje takich fajnych zabawek, a moze po
      prostu nie znam sie na tym i nie znam sklepow...

      Po poludniu , kiedy Piotr wrocil z konferencji, od razu przebral sie w wygodne
      ciuchy i fru metrem do ZOO. Pokaz delfinow byl na godzine 15..00, ale
      chcielismy wczesniej zjesc jakis lunch, co tez w knajpce przy ZOO
      uczynilismy.Potem ruszylismy do delfinow. Dla wszystkich niezorientowanych,
      delfiny kocham i sa to chyba moje ukochane zwierzeta i jednym z moich marzen
      zyciowych bylo zobaczenia delfinow na zywo!! I jak sie okazuje, marzenia
      rzeczywiscie sie spelniaja!! Podeszlismy do zbiornika, poniewaz bylo jeszcze
      nieco przed poczatkiem pokazu, delfiny bawily sie w wodzie. Na powierzchni wody
      plywaly liscie zwiane tam z pobliskich drzew i delfiny wymyslily sobie super
      zabawe. Widzac nasze zainteresowanie podplywaly do liscia, lapaly go pyszczkiem
      i ...wyrzucaly nam je ponad barierka zbiornika na glowy:)) Hihi, moge Wam
      przysiac, ze usmiechaly sie przy tym, jakby wiedzialy, ze to jest rzeczywiscie
      dobry kawal! Hi hi , przyznam sie jeszcze do czegos, otoz, kiedy podplynely
      do mnie i zobaczylam ich pyski po drugiej stronie szklanej tafli, to...lezki
      wzruszenia zakrecily mi sie w oczach...

      A potem zaczal sie pokaz. Okazalo sie, ze nie tylko delfiny beda sie przed
      nami popisywac, ale najpierw foki. Mozna powiedziec, ze mimo, ze byl to pokaz
      prowadzony jedynie po portugalsku, to nie bylo z tym problemow.

      Foki wykonywaly fajne sztuki, okrecaly sie , stawaly na ogonie, a potem jedna z
      nich ze swoja opiekunka chodzila po widowni i kazdemu dawala buzi, a pani obok
      robila zdjecie, ktore zreszta przy wyjsciu z ZOO mozna bylo sobie nabyc. Hihi,
      powiem Wam, ze buzi foki pachnie ryba:)) dobrze, ze to bylo tylko buzi w
      policzek, bo w usteczka na pewno bym sie foczce calowac nie dala:))

      A potem byly delfiny...Tego nie da sie opisac, to po prostu trzeba zobaczyc. Na
      pewno robia te popisy dla przyjemnosci, poza tym, oczywiscie panie opiekunki
      caly czas ganiaja z lodoweczkami podrecznymi, z ktorych po kazdej sztuce
      delfiny otrzymuja smaczna rybe:)

      Ostatnia czescia pokazu bylo plywanie z jedna opiekunka , ktora razem z nimi
      robila fajne sztuki, na przyklad byla przez delfinki wyrzucana do gory ponad
      powierzchnie wody. JA tam tej pani wspolczulam, bo jak dla mnie, to listopad
      nie jest pora do plywania, ale ona nie wygladala na zmartwiona.
      Pokaz podobal nam sie bardzo, w sumie trwalo to godzine, razem z pokazem
      foczek, wiec naprawde bylo na co popatrzec.

      Dzien zakonczylismy kolacja w uroczej knajpce na Bairro Alto. Nawet nie
      pamietamy nazwy. Po prostu mala knajpeczka, oczywiscie jednoizbowa, ze
      stloczonymi stolikami, i smacznym jedzonkiem.

      Acha, i na koniec tego opisu taka mala refleksja. Otoz, musze powiedziec, ze
      moze mielismy szczescie, a moze to fakt, ze nam sie wydala Lizbona bezpieczna.
      Nie zdarzyla nam sie na szczescie zadna nieprzyjemna sytuacja, nikt nas nie
      zaczepial, i nie balismy sie, jak w Warszawie poznym wieczorkiem spacerowac po
      ulicach, czy jechac metrem.
      Ale, tak jak mowie, o bezpieczenstwie powinny sie wypowiedziec osoby, ktore
      dluzej tam mieszkaja i zyja.

      Ciag dalszy nastapi.
    • chiara76 Czesc 3. 19.11.03, 10:51
      Nastepnego dnia, to jest w czwartek, 6 listopada, wyruszylismy na podboj
      Lizbony.
      Najpierw metrem i kolejka podmiejska dotarlismy do Belem, tak przy okazji,
      metro tam moim skromnym zdaniem wcale nie tak rewelacyjnie oznakowane, a juz
      jesli chodzi o angielski, to oj, powiem tak, przez caly pobyt ze zdziwieniem
      zauwazalismy, ze po angielsku nawet mlodzi ludzie nie mowia za dobrze. Bylismy
      tym zaskoczeni, skoro staraja sie do siebie sciagnac turystow...u nas jednak
      duzo lepiej ze znajomoscia jezyka wsrod mlodych, naprawde. W centrum handlowym
      dziewczyny z takiego sklepiku z salatkami, i makaronami ledwo co mowily.No, ale
      dobrze, ze zawsze mozna palcem pokazac:)
      No, ale wracajac do Belem.
      Najpierw poszlismy zwiedzic Klasztor Hieronimitow, w ktorym jest grobowiec
      Vasco da Gamy. Wnetrze bardzo ladne, kolumny podpierajace sklepienie
      przypominaja palmy, budowla jest monumentalna ale naprawde ladna.
      Nastepnie dotarlismy do Pomnika Odkrywcow, wzniesionego w 1960 roku.
      Ma on forme wyplywajacej w morze karaweli, na czele grupy ludzi Henryk Zeglarz.
      We wnetrzu jest winda, ktora mozna dotrzec na szczyt pomnika, skad rozciaga sie
      przepiekna panorama miasta, gdyz sam pomnik jest bardzo wysoki.
      Stamtad dotarlismy wzdluz nabrzeza do Torre de Belem, to dawna wieza straznicza
      przy wejsciu do portu. Wieza jest bardzo ladna, nie jest duza budowla, ale jej
      architektura jest sliczna, wiele zdobien, mnostwo wiezyczek , i jak mowi
      przewodnik, jest to jedyna czysto manuelinska budowla w Portugalii. Widac tam
      fascynajce architekta architektura mauretanska i jest to moim skromnym zdaniem
      cacuszko:)
      Nozki nas juz bolaly, wiec po wizycie w porcie postanowilismy , ze teraz czas
      na lunch.
      Po poludniu zas ruszylismy do najstarszej dzielnicy Lizbony, jaka jest Alfama.
      Jest to niezwykla dzielnica, w ktorej uliczki sa waskie, tak, jak wszedzie w
      Lizbonie, ktora polozona jest na wzgorzach, wiec prowadza one ciagle pod gore
      lub w dol. Uliczki wiec, a raczej zaulki sa waskie, krete i uwazaj wedrowcze ,
      abys sie posrod wedrowki swej tam nie zgubil:)) Kamienice stare, pokryte
      azulejos. Tu dochodze do skarbu Portugalii, jakim sa owe ceramiczne plytki,
      kafelki o mauretanskim rodowodzie. Sztuka ta rozwinela tu swoje skrzydla, ze
      sie tak wyraze. W Portugalii widac je na zewnatrz budowli, wewnatrz, takze na
      sufitach i podlogach. W Lizbonie takze jest Muzeum Azulejos, szkoda, ze czasu
      nam zabraklo odwiedzic to muzeum, bo powiem szczerze, ze mialam na to wielka
      ochote. W Alfamie wiele kamieniczek ma sciany zewnetrzne pokryte owymi plytkami
      i wyglada to naprawde bardzo malowniczo.
      Wedrujac po Alfamie przygladalismy sie z zaciekawieniem owym waskim uliczkom,
      stloczonym domom, na zewnatrz okiem czesto wywieszona jest klatka z kanarkiem
      lub papuzka, a bardzo czesto wisi tez calkiem pokazne pranie, reczniki,
      ubrania, koszule itd. Wzdluz Alfamy , docierajac do Bairro Alto, a i chyba
      dalej, ciagna sie tory zabytkowego starenkiego zoltego tramwaju , ktory
      niespiesznie toczac sie ujawnia podrozujacym wszystkie zakamarki Lizbony, my
      sie raz nim kawalek przejechalismy.
      Wciaz i wciaz idac pod gore dotarlismy do Katedry Se, a stamtad dalej pod gore
      do Zamku Swietego Jerzego. Sam zamek jest glownie odrestaurowany, ale bardzo
      piekny. Dochodzac do niego mozna z terenu podzamcza podziwiac piekna panorame,
      widac tez, ze jest to obowiazkowe miejsce pierwszych randek mlodych
      Lizbonczykow, hihi, widac duzo wtulonych w siebie parek przechadzajacych sie
      lub po prostu siedzacych gdzies w przytulnym zakamarku i wsluchanych w siebie.
      Podobno panorama z podzamcza nalezy do jednych z najpiekniejszych w Lizbonie i
      trzeba przyznac, ze to prawda, niezapomniane widoki, a ponadto pytanie "Ojej,
      weszlismy az tu? Na gore? A z dolu wydawalo sie, ze to tak wysoko". I
      rzeczywiscie jest wysoko!
      Kiedy weszlismy na teren samego zamku uslyszelismy dzwieki gitary, to siedzacy
      na murku mezczyzna dawal taki swoj prywatny koncert przy tej okazji starajac
      sie sprzedac swoje cds, zreszta bardzo ladnie gral, ta muzyka wyrazala ten
      portugalski slynny nastroj zwany saudade. Saudade, to tesknota, nostalgia, to
      cos nie do konca dajacego sie opisac jednym slowem, to tesknota za czyms, czego
      sie opisac nie da, za czyms, co odeszlo, za czyms, czego nigdy nie
      bylo...Portugalczycy sa nieco saudade, ale nie na codzien, na codzien wydaja
      sie usmiechnieci i zadowoleni, saudade tkwi w ich duszach, odzywa sie zapewne w
      roznych momentach ich zycia...Czy to nie troche polskie?? Zastanawialo mnie to
      odkad uslyszalam o saudade, czy nam Polakom nie jest to nieco znane i bliskie?
      Taka jakas tesknota za czyms, co bylo i odeszlo, za czyms czego moze nie bylo,
      czyms nieokreslonym?? Do rozwazenia.....


      A wieczorkiem wybralismy sie do lokalu z muzyka "Fado". Obiecalismy sobie te
      muzyke uslyszec przed wyjazdem. Nie wiem, czy juz pisalam o "Fado" , jest to
      muzyka majaca rodowod wlasnie z Lizbony, wyrazajaca rozwniez saudade, spiewacy
      spiewaja przy akompaniamencie gitar. Podczas wystepu w lokalu, kiedy my bylismy
      spiewaly dwie panie i dwoch panow , a w tle gralo im dwoch dziadkow. Hihi,
      pamietacie dziadkow z "Muppet Show" No, mnie sie oni wlasnie z owymi dziadkami
      kojarzyli.
      W kazdym razie muzyka cudowna, wraz z rozpoczeciem spiewu milkna rozmowy, brzek
      sztuccow, wszyscy zasluchuja sie w te spiewana opowiesc, i naprawde niewazne
      jest w tym momencie, ze nie zna sie portugalskiego, po prostu trzeba oprzec
      brode na zlozonych rekach, zasluchac sie w ten spiew i ...marzyc...
      My poprosilismy jedna ze spiewaczek o wspolne zdjecie i zgodzila sie, wiec mamy
      tez i taka mila pamiatke z Lizbony.
      No i tak oto zakonczyl sie czwartek. Za jakis czas napisze kolejna czesc
      opowiesci Lizbonskich.
      • chiara76 cieszę się... 19.11.03, 23:19
        Ciesze sie, że Ci się podobały wspomnienia. W przygotowaniu jeszcze jedna
        część, no, może dwie, jeśli się zbiorę i jakoś to podsumuję. Krytykę jak
        najbardziej przyjmuję, więc jakby co, nie pogniewam się:))
        Acha, jeszcze Ci zdradzę, że Sintry nie odwiedziliśmy,nie z naszej winy, ale o
        tym...w następnym odcinku...:)
        • peter2715626 Re: cieszę się... 20.11.03, 01:15
          Czekam niecierpliwie na ciag dalszy. Coz moglbym skrytykowac?

          Moze te muzea??????

          Dla mnie to strata czasu, ale rozumiem, kazdy ma inne zainteresowania.

          Certyfikat z Cabo da Roca tez mam, bardzo ladny, rzeczywiscie.

          Kosciol Herionimitow rewelacyjny, zgadzam sie. Ten gotyk, jakze inny od tego,
          ktory znamy z kraju urodzenia.

          Przejechalas sie winda Eiffla?
          • chiara76 Re: cieszę się... 20.11.03, 10:26
            peter2715626 napisał:

            > Czekam niecierpliwie na ciag dalszy. Coz moglbym skrytykowac?
            >
            > Moze te muzea??????
            >
            > Dla mnie to strata czasu, ale rozumiem, kazdy ma inne zainteresowania.

            Dla nas Muzeum Narodowe też okazało się stratą czasu, ale z reguły mam zasadę,
            że właśnie Narodowe lubię zwiedzić w kraju ,który zwiedzam. Natomiast milion
            razy jeszcze mogłabym iść do M. Gulbenkiana. Podobało mi się to, że nie jest
            wielkie, ale ma naprawdę ciekawe zbiory, no, ale może ja mam właśnie takie
            zainteresowania. Zresztą Muzeum Azulejos żałuję, że nie byliśmy, lubię właśnie
            takie miejsca, no, ale nic , to na następny raz. Bo teraz już jestem pewna, że
            kiedyś tam wrócę i odwiedzę te miejsca, jakich nie zdążyliśmy tym razem.
            >
            > Certyfikat z Cabo da Roca tez mam, bardzo ladny, rzeczywiscie.
            >
            > Kosciol Herionimitow rewelacyjny, zgadzam sie. Ten gotyk, jakze inny od tego,
            > ktory znamy z kraju urodzenia.
            >
            > Przejechalas sie winda Eiffla?

            Nie, wszędzie ganialiśmy na nóżkach i szczerze mówiąc zapomnieliśmy już o
            windzie, jak sobie przypomnieliśmy, że się nią mieliśmy przejechać, czasu nie
            starczyło:)
            • blue_jay Re: cieszę się... 21.11.03, 04:27
              w Portugalii bylam prawie 4 miesiace w 98 roku.. i wiesz co pamietam? jak w
              miedzynarodowym akademiku moim zabraklo swiatla i wszyscy ponad 30 osobowa
              grupa zasiadla przy wielkim stole w kuchni, Polacy, Japonczycy, Chinczycy,
              Holender, Francuzi, Wloszka, Mexykanka, Finowie i przy zapalonych swiecach
              spiewalismy portugalskie piosenki;-) Taka magiczna noc, niezapomniana, piekna..
              Lizbona kojarzy mi sie niestety z potwornym bolem glowy ( ostre zapalenie
              zatok), ale i pomimo tego wrocilam stamtad z milionem zdjec i kilogramami
              wspomnien, ktore pomimo tego, ze juz 5-letnie wciaz jak zywe..
              pokaz delfinow? bylam;-) teraz bylam na Florydzie w St Augustine, delfiny
              wyrzucaly pilke z wody wydajac przy tym cudowne glosne dzwieki.. ale i tak
              wole delfiny w morzu, ktore mam okazje ogladac czasem jak siedze nad oceanem..
              w drodze na moj slub ( bralismy slub na plazy) 3 sliczne wystajace pletwy z
              wody zaszczycily nas swoja obecnoscia..
              dziekuje Ci za Twoje wspomnienia z Portugalii.. to tak jak wielka reka czasu,
              ktora chwyta mnie wpol, zamykam oczy i stoje na plazy w Barra czy na campusie
              na uniwerku w Aveiro.. czasem nawet wiatr od oceanu "smakuje" i pachnie tak
              samo jak wiatr w Aveiro..
              dziekuje raz jeszcze... za Portugalia tesnikc bede zawsze...
              • chiara76 dziękuję... 21.11.03, 10:30
                Nawet nie Wiesz, jak mi miło. Cieszę się, że w jakiś sposób przyczyniłam się do
                przypomnienia tak fajnych czasów i momentów.
                Zazdorszczę Ci też tego, że możesz spoglądać na delfinki brykające na wolności.
                Choć te w ZOO nie wyglądały na nieszczęśliwe, to na pewno te na wolności czują
                się bardziej swobodne i wolne...Pozdrawiam serdecznie!
    • chiara76 czesc 4. 20.11.03, 16:25
      Odespalismy wieczor Fado i nastepnego dnia, w piatek 7 listopada, wybralismy
      sie, aby zobaczyc zupelnie inne oblicze Lizbony. Do tej pory widzielismy
      Lizbone leciwa staruszke, teraz przyszlo nam zobaczyc Lizbone-mloda ,
      nowoczesna kobiete, a wiec Lizbone futurystyczna.

      Pojechalismy tam przede wszystkim do Oceanarium, ale przy okazji zrobilismy
      sobie wycieczke po Lizbonie futurystycznej, a wiec wokol Parque das Nacoes,
      dawnych terenow wystawy Expo' 98. Oceanarium Lizbonskie jest najwiekszym w
      Europie, a drugim co do wielkosci Oceanarium na swiecie. Najpierw wiec
      odwiedzilismy Oceanarium, gdzie spedzilismy dwie godziny z nosami przylepionymi
      do szyby. Spotkac w nim mozna mnostwo kolorowych ryb, zwierzakow i stworzen
      morskich, takich miedzy innymi, jak moje ukochane koniki morskie czy matwy.
      Wedrujac tam czulismy sie jakbysmy sami nurkowali, a tym bardziej, ze
      listopadowa Lizbona ma w sobie to COS, czym jest brak tlumu turystow!! Co nie
      znaczy, ze ich w ogole nie ma o tej porze roku.

      Po wyjsciu z Oceanarium postanowilismy odbyc krotka wycieczke w chmurach , a
      mianowicie przejechac sie kolejka linowa, z ktorej podziwiac mozna Park i
      tereny futurystyczne. Nie zwiedzilismy wszystkich tamtejszych budynkow, choc na
      pewno warto, sa tam bowiem takie cuda, jak Pawilon Rzeczywistosci Wirtualnej.
      No i podziwialismy Most Vasco da Gamy wiszacy nad Tagiem, nie chce sie wierzyc,
      ze most moze miec 18 kilometrow dlugosci, a tyle ma.

      Potem jeszcze raz do Muzeum Gulbenkiana, Piotr chcial sam tez zobaczyc te
      wspanialosci, o jakich mu opowiadalam, szczegolnie o cudownej bizuterii
      Lalique'a, jakiej tam jest dosc duzo. Kiedy sie o nim uczylam , nie wiedzialam
      jeszcze, ze sama zobacze kiedys jego wspaniale dziela sztuki, jakimi spokojnie
      nazwac mozna jego brosze, klamry do spinania wlosow, spinki itd. Cudowne! Mozna
      patrzec godzinami.

      W sobote z rana nieudana wyprawa, postanowilismy odwiedzic Muzeum Narodowe. I
      tu porazka, o co mam tez pretensje do wszystkich przewodnikow, jakie kupilismy.
      Nikt tam nie pisze, ze w godzinach przedpoludniowych do 14.00 niektore czesci
      Muzeum sa po prostu zamkniete. Oj, ale bylismy zawiedzeni. W sumie nie
      zobaczylismy wielu interesujacych kolekcji, zreszta atmosferka tam byla podobna
      do naszej w Muzeum Narodowym. Osobiscie wole mniejsze Muzea, takie, jak nawet
      wspomniane przeze mnie Muzeum Gulbenkiana, ktore jest prywatne. Szczerze mowiac
      teraz nie moge odzalowac, ze zamiast tluc sie do Narodowego, w ktorym i tak nic
      oprocz jednego obrazu Boscha "Kuszenie Swietego Antoniego"nas nie
      zainteresowalo, nie odwiedzilismy na przyklad Muzeum Azulejos. Sa tez i inne
      perelki w Narodowym, ale najciekawsze czesci Muzeum takie, jak meble i tkaniny
      i czesc sztuki orientalnej byly zamkniete.

      No, ale co robic. Z Muzeum odbywamy spacer przez cala dzielnice Bairro Alto,
      teraz za dnia widzimy to, co do tej pory glownie wieczorami, kiedy trafiamy tam
      na kolacyjki:) I teraz zycie gastronomiczne wre, teraz otwarte sa glownie male
      restauracyjki na lunch, za to te, ktore wieczorami beda czynne na razie
      zamkniete na cztery spusty...W koncu w jednej z nich zjadamy dobry posilek i
      nabieramy sil na popoludnie. Tego dnia po poludniu odbywamy jeszcze jedna
      wyprawe do Alfamy i Zamku Swietego Jerzego, a wracajac zdarza sie moj maly
      wypadek. Tak, jak juz mowilam, Lizbona polozona na wzgorzach wymaga ciaglego
      wspinania sie pod gore i schodzenia w dol. Schodzac w dol z Alfamy niestety
      przewracam sie i mocno tluke kolano. Skutki tego odczuwam do dzis. Niestety
      nastepne pare dni w ogole chodzilo mi sie zle, tym bardziej, ze odezwalo sie
      sciegno Achillesa, teraz ciagle noga jeszcze pobolewa, mimo, ze do lekarza
      poszlam i nic nie widzi. Mam nadzieje, ze te wspomnienie Lizbony szybko minie i
      pozostana tylko te najprzyjemniejsze...zwiazane z widokami, z zabytkami, z tymi
      wszystkimi wspanialosciami.
    • chiara76 Część 5. 20.11.03, 16:26

      Nastepne dwa dni to podroze samochodowe. Wynajelismy samochod na dwa dni, na
      niedziele i poniedzialek. W niedziele kierunek- Sintra, gdzie sa cudenka
      architektury, gdzie jest kilka wspanialych zamkow i Palacow. Jeden z nich
      Palacio da Pena, wyglada zupelnie bajkowo, na to wszystko wiec mimo bolu nogi
      ostrze sobie zeby.
      Niestety, ten jeden jedyny dzien Portugalia pokazala nam, ze padac deszcz, to
      tam naprawde umie. Pada, nie, nie pada, leje juz od rana i to tak, ze kiedy
      dojezdzamy do Sintry, w polowie drogi musimy stanac na godzine przy drodze,
      jechac sie nie da, nie widac nic na odleglosc kilku metrow, a po ulewie po
      ulicach plyna doslownie strumienie wody!!
      Kiedy wreszcie docieramy do Sintry w pierwszym Palacio National dowiadujemy sie
      od pani w kasie, ze z powodu tak wielkiej ulewy wysiadl prad i do zadnych
      obiektow dzis nie wpuszczaja. Zamkniete i koniec! No, ladnie, myslimy sobie,
      ale pech, no, ale co robic, przeciez szturmowac nie bedziemy, wiec wsiadamy do
      samochodu i ruszamy dalej, aby odwiedzic Cabo da Roca. To najbardziej na zachod
      wysuniety punkt Europy na ladzie stalym i nabywamy nawet certyfikat, ktory
      poswiadcza, ze owszem, bylismy i widzielismy.
      Punkt widokowy wspanialy, stoimy na stromym, wysokim klifie, w dole o skaly
      rozbijaja sie z hukiem fale Oceanu Atlantyckiego, skaly poszarpane z morzem sie
      zmagaja, w tle stoi latarnia morska, a wokol tylko ogrom Oceanu. No, powiem, ze
      warto to bylo zobaczyc. I choc w przewodnikach to miejsce traktowano raczej po
      macoszemu, ja osobiscie jestem szczesliwa, ze moglam to miejsce zobaczyc i
      poczuc, ze jestem na ...koncu Europy:)

      Tego dnia po poludniu idziemy posnuc sie po jeszcze jednym centrum handlowym.
      Musimy nabyc winko i jakies drobiazgi dla krewnych i znajomych krolika, a takze
      wieczorem po kolacyjce przy swiecach i dobrym winku, odbywamy krotka
      przejazdzke starym zolciutenkim tramwajem, tez na przejechanie sie nim mialam
      ochote i musialam ja odbyc.

      W poniedzialek od rana czuje wyjatkowo mocno nastroj saudade, to juz ostatni
      dzien pobytu w Portugalii i choc jeszcze caly dzien przed nami, to juz...za nia
      tesknie. Spodobal mi sie ten kraj, tym bardziej, ze widze, ze mamy tu mnostwo
      rzeczy do obejrzenia nastepnym razem. Wracajac z Copa da Roca widzialam urocze
      nadmorskie miasteczka, jest tez mnostwo zieleni i starych zamkow, czy
      klasztorow w niej skrytych, chocby Batalha.

      My natomiast spelniamy nasze wielkie osobiste marzenie, marzenie juz od dawna,
      a mianowicie jedziemy do Fatimy. Choc ja po moim upadku mocno kuleje, i noga
      boli (co wykluczy wlasnie zwiedzanie Batalhy, ale spokojnie, to na nastepny
      raz:) to wiem, ze byc tam chce i bede!
      I jestem. Wchodzimy na wielki plac przed Bazylika. Przed chwila padal deszcz,
      ale kiedy wchodzimy na plac wychodzi slonce...ale na ziemi ciagle jest
      woda...Widzimy dwie osoby, ktore na kolanach powoli suna w kierunku miejsca
      Objawien, obie to kobiety, podtrzymywane za reke przez ich mezczyzn. Jedna z
      nich, co widze po dojsciu blizej, to dziewczyna w mocno zaawansowanej
      ciazy...lzy wzruszenia staja mi w oczach...

      Idziemy przed wszystkim w miejsce, w ktorym mialy miejsce Objawienia...teraz
      jest tam Kaplica i slynna Figura Matki Boskiej Fatimskiej.
      Przyjechalismy tam z bardzo osobista intencja...mamy nadzieje, ze nasza prosba
      zostanie wysluchana.
      Dla mnie jest to bardzo wazne , ze moge tam byc, to wielkie przezycie, ja
      osobiscie czuje sie dobrze, czuje, ze jestem w dobrym miesjcu, nagle po prostu
      ogarnia mnie spokoj i takie wewnetrzne przekonanie, ze bedzie dobrze.

      Potem wracamy do hotelu, pakujemy sie, bo juz jutro o 5 rano wstac trzeba, a
      wieczorkiem kolacyjka w naszej ukochanej restauracyjce...Szkoda wyjezdzac, zal
      sciska mnie za gardlo, tyle jeszcze nie widzialam, tyle by sie chcialo.

      Jeszcze ostatnia rozmowa z kelnerem, pamietali tam nas i wiedzieli, co lubimy
      jesc. Choc po angielsku mowi slabo, to jakos udaje nam sie mu powiedziec, ze
      podobalo nam sie w jego miescie , i ze, jestem tego teraz pewna, obiecuje ci to
      Lizbono, WROCIMY TU JESZCZE:)

      To tyle, jak jeszcze cosik mi sie przypomni, to na pewno napisze. Musze
      przyznac, ze byly to jedne z naszych najwspanialszych wakacji, dawno tyle
      wspanialosci nie widzialam, i niesamowite, spwlnily sie w czasie tego krotkiego
      wyjazdu moje dwa wielki od wielu lat marzenia a mianowicie wizyta w Fatimie i
      zobaczenie delfinow na zywo.
      Marzenia wiec rzeczywiscie sie spelniaja, trzeba tylko nie bac sie marzyc.

      Wszystkich, ktorzy przebrneli przez moje wspomnienia serdecznie pozdrawiam i
      zycze rownie wspanialych i pelnych przygod wakacji.
      • peter2715626 Re: Część 5. 20.11.03, 22:56
        Bardzo ladny opis, przypomina mi moje podroze. Bylem cztery razy w tej czesci
        Europy, zawsze 4-5 dni, krotko, ale intensywnie. Nastepnym razem wybierz sie
        koniecznie do Mafra, gdzie jest wspanialy barokowy kosciol i do Nazare, ktore
        fantastycznie polozone jest nad oceanem. Polowa miasteczka na poziomie plazy, a
        druga wysoko w gorze na szczycie urwiska. Obie czesci laczy stroma kolejka,
        ktora kiedys zerwala sie zabijajac wszystkich pasazerow, co dodaje dreszczyka
        emocji turystom.

        Oceanarium rowniez nam sie podobalo i zachwycony bylem mozliwoscia ogladania
        zycia morskiego przez szybe na poziomie dna. Ale wyobraz sobie, ze w Auckland
        jest takie oceanarium, ktore oglada sie idac przezroczystym tunelem ulozonym na
        dnie glebokiego basenu, co stwarza jeszcze wieksze wrazenie obcowania z zyciem
        morskim.
      • thonn Re: Lizbonskie wspomnienia. 09.08.04, 12:02
        chiara76 bardzo ciekawie piszesz i dokladnie. A moze na moje nastepne wakacje
        do Portugalii? Jest tam sporo ciekawych rzeczy do zwiedzania! Wiem ile pracy
        wlozylas w napisanie tekstu ale oplacalo sie. Prawie tam z Wami bylam :-)
        dzieki!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka